Kronika
„Z rowerową wizytą u sąsiadów” – okolice Bielska-Białej

09.07.2017

Wyprawę tradycyjnie przygotował nasz bielski Ondraszek - Włodek Nowak. Uczynił to niezwykle starannie, a temat był podany w dość tajemniczej formie. Włodek miał też znajomości wśród „czynników wyższych”, gdzie zamówił piękną pogodę, którą dostarczono na czas.

Nic zatem dziwnego, że przy dworcu PKP w Bielsku zebrało się nas prawie 20 Ondraszków. Po powitaniu i objaśnieniu jakie atrakcje przed nami, pojechaliśmy przez centrum miasta do muzeum „Dom Tkacza”. Jest to wierna rekonstrukcja drewnianego budynku z XVIII wieku. Oryginalny niestety spłonął w 1986, tuż przed otwarciem muzeum. Wewnątrz odtworzono warsztat i mieszkanie zamożnego mistrza sukienniczego, co przypominało o tkackich tradycjach Bielska. Na poddaszu z kolei zebrano ekspozycję etnograficzną strojów regionalnych z okolic, w tym z Beskidu Śląskiego, Pszczyny oraz Małopolski (m.in. Wilamowic).

Jadąc dalej, korzystając ze ścieżek rowerowych, dotarliśmy do Gemini Parku, gdzie akurat odbywał się zlot „maluchów”. Zadziwiające, jak to małe autko, jeszcze nie tak dawno popularne na drogach, stało się obiektem kolekcjonerskim, a niektóre z nich były naprawdę dopieszczone. Następnie podjechaliśmy do Bystrej. Tutaj zatrzymaliśmy się na dłużej zwiedzając muzeum artystyczno-biograficzne Juliana Fałata, który zmarł tu w 1929 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Ten znany polski malarz z przełomu XIX i XX wieku, rówieśnik Wojciecha Kossaka, kupił w 1910 roku posiadłość, w której obecnie znajduje się muzeum. Oprowadzała nas sama pani kustosz i w interesujący sposób omówiła zbiory dokumentujące życie prywatne, osiągnięcia i kolekcję obrazów mistrza. Przedstawiono też dzieje słynnej, a obecnie nieistniejącej panoramy Berezyna, która była dziełem spółki Fałat & Kossak. J. Fałat był bardzo sławny i ceniony, choć jak się dowiedzieliśmy, życie go jednak nie rozpieszczało. Temat był tak ciekawy, że nie wiadomo kiedy zleciała nam cała godzina, a i tak nie wszystko udało się nam zobaczyć.

Następnym przystankiem w naszej rowerowej peregrynacji był kościół parafialny w Rybarzowicach. Ksiądz proboszcz powitał nas serdecznie i opowiedział historię świątyni. Parafianom „od zawsze” wystarczał mały XIX-wieczny kościółek. Jednak obecnie był już za ciasny i postanowiono go w niekonwencjonalny sposób powiększyć. W 2004 roku z boku dobudowano sporej wielkości rotundę, potem zlikwidowano jedną z bocznych ścian i w ten sposób powstała jedna świątynia składająca się z dwóch części - dawnej i nowoczesnej - co wewnątrz jest doskonale widoczne. Dodatkowym atutem tego miejsca był pięknie zaaranżowany ogród otaczający cały kościół. Z błogosławieństwem otrzymaliśmy też pieczątki do KOT-ów oraz breloczki ze Świętym Krzysztofem – patronem podróżników.

Teraz ruszyliśmy super ścieżką rowerową w górę potoku Żylica i dojechaliśmy docelowo do Szczyrku, gdzie znajdowała się meta naszej wycieczki. Tutaj, w regionalnej gospodzie, mieliśmy zamówiony obiad, za czym wszyscy już tęsknili oraz mieliśmy dowiedzieć się czym jest rzeczona niespodzianka.

Było nią spotkanie z miejscowym gawędziarzem - instrumentalistą. Ubrany w góralski strój przyniósł całe naręcze różnych fujarek na których grał, a w przerwach gawędził o tym jak „hańdowni bywało”. Zagrał też na dudach oraz stuletniej harmonii-guzikówce.

I tak radośni i najedzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Niespodziewanie natknęliśmy się na „prawie prawdziwego” Ondraszka, który był ozdobą miejscowego festynu sportowego. Wykonane rodzinne zdjęcie na pewno trafi do annałów historii naszego klubu. Część ekipy ruszyła przez Przełęcz Salmopolską do Wisły i Cieszyna, a część (zmotoryzowanych) wróciła w miejsce startu. Ogółem przejechałem 47 km, a wyprawę zaliczam do udanych i niezwykle ciekawych.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria