Kronika
Obóz kolarski "Roztocze-Zamojszczyzna"

04.08.2007 - 12.08.2007

4.08.2007-12.08.2007r.

  • Uczestnicy: Zbyszek, Jacinta, Alicja i Justyna Pawlik, Basia i Andrzej Nowak, Basia Kubica.
  • Baza noclegowa: agroturystyka u p. Bogusi w miejscowości Tereszpol - Zygmunty.

Zwiedziliśmy urocze krajobrazowo tereny Roztoczańskiego Parku Narodowego, Puszczy Solskiej oraz atrakcyjnych miejscowości od Biłgoraja po Zamość. Ogółem przejechaliśmy ok. 300km przy wspaniałej pogodzie, a w bazie byliśmy rozpieszczani przez naszą gospodynię - p. Bogusię. Poniższy opis wydarzeń widzianych oczyma Jusi, stanowi skrót z jej pamiętnika (za zgodą autorki).

4.08.2007r.

Jedziemy autem... a o 2100 jesteśmy na miejscu! Ale śliczny ten dom, po prostu cud, miód i fistaszki. Mam nadzieje, że będzie dobrze!

5.08.2007r.

Rano zjedliśmy śniadanie, a tata zaproponował Kindze (córce gospodarzy w wieku Justyny), żeby pojechała z nami i ona się zgodziła! Jechaliśmy sobie różnymi dróżkami. Byliśmy w browarze (Zwierzyniec) starzy pili piwo, a reszta sok. Później oglądaliśmy kościół na wodzie, a za nim na wysepce był grób ulubionego psa Marysieńki, czy kogoś tam. To mało istotne... W muzeum RPN były różne wypchane zwierzaki, różne zdjątka, spróchniałe i niby piękne pniaki. Dojechaliśmy do Górecka Kościelnego – była tam chmara ludzi, bo odbywał się festiwal pieśni Maryjnej. Jakieś m.in. babcie sobie piały... Przejechaliśmy 43km.

6.08.2007r.

Najpierw byliśmy w pobliskim kościele bo był odpust. Po mszy tata kupił „szczypkę” czyli tradycyjny odpustowy cukierek. Następnie jechaliśmy do Biłgoraju, a tam zwiedziliśmy kościół oraz pracownię i chatę sitarza. Później jechaliśmy, aż wjechaliśmy do lasu i lasowych piaskowych dróżek. Dojechaliśmy na jakąś polankę (Trzęsiny) i zjedliśmy resztkę naszego prowiantu. Aha! Wcześniej chodziliśmy jeszcze po takiej ogromnej hałdzie piasku... Ale było to fajne, choć spore ilości dowiozłam do domu w butach. W trakcie drogi widzieliśmy pole tytoniu, kaszy którejś (gryczanej) i malin w wielkości truskawek. Później w dół i górę... aż dojechaliśmy do domu. Przejechaliśmy 53km! I najważniejsze: podoba mi się tu!

7.08.2007r.

Znowu zeszłam ostania na śniadanie, ale to jest już chyba tradycja. Wyjechaliśmy ok. 900, a to serio dobry czas! Pierwszy przystanek był w Guciowie na picie. Jechaliśmy... jechaliśmy... przez te piaskowe leśne dróżki, po asfalcie, w dół i w górę, aż dotarliśmy do Krasnobrodu. Zjedliśmy pyszny obiad, a potem pojechaliśmy do kapliczki na wodzie i nad jezioro trochę się popluskać. Ruszyliśmy dalej przez kilka mieścin, przez Park Narodowy i te piekielne piaszczyste dróżki z kałużami i dziurami, aż dojechaliśmy do domu.

8.08.2007r.

Podrzuciliśmy się samochodami do Józefowa. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy ok. 10km asfaltem, a potem czarnym pieszym szlakiem... mówiąc ostro – to była masakra! W Suścu zjedliśmy pyszne obiadzio i zaś w drogę... tym razem po czerwonym szlaku prosto do Józefowa.

9.08.2007r.

Ranek jak ranek... ciężko wstać, myciu-myciu, śniadanie i odjazd! Dzisiaj dojechaliśmy autem do Szczebrzeszyna. Robiliśmy zdjęcia przy rzeźbie tego sławnego chrząszcza, który okazał się świerszczem. Dojechaliśmy do Zamościa, panowie zdjęli rowery, wsiedliśmy na nie i fruuu... Rynek - ratusz z ogromnymi schodami. Tato poszedł do arsenału, a my na lody, kawę i piwo. Jak nasz fanatyk militariów wrócił, to objechaliśmy całe miasto dookoła. Z powrotem znów wróciliśmy autem.

10.08.2007r.

Rano wsiedliśmy na rowery i razem z p. Bogusią pojechaliśmy do lasu na grzyby, ale główny cel to było zobaczenie bagien. Zaraz jak wjechaliśmy między drzewa p. Bogusia rzuciła rowerem i zebrała kilka grzybków. Dojechaliśmy do bagna i pierwszy raz w życiu zobaczyłam żurawiny, pijanice i bagno zwyczajne (rośliny). W trakcie zbierania żurawin zaczęło strasznie mocno padać, więc musieliśmy zrobić użytek z wożonych cały tydzień peleryn. Później się trochę pogubiliśmy, a jak już w końcu wyjechaliśmy na leśna ścieżkę asfaltową, to tata złapał gumę. Okazało się, że do opony wbił się całkiem spory drucik! Później jechaliśmy przez koszmarną wytrzęskę (bruk), a przy końcu zjedliśmy kanapki. Główną drogą dojechaliśmy do domu i okazało się, że przejechaliśmy aż 30km! Po obiadku, już bez gospodyni, pojechaliśmy do Bojar na ścieżkę dydaktyczną (ścieżka w nadleśnictwie Biłgoraj), którą przeszliśmy na piechotkę. Ok. 2100 wróciliśmy do domu.

11.08.2007r.

Więc tak... Rano było pyszne śniadanko (jak zawsze), a potem my przygotowaliśmy się do wycieczki, natomiast reszta – do wyjazdu do Cieszyna... najpierw przejechaliśmy przez rezerwat Czartowe Pole, później zatrzymywaliśmy się w rezerwacie Szumy nad Tanwią. Poszliśmy dalej, a tu nagle zaczęło lekko kropkać (padać). Nic sobie z tego nie robiliśmy, bo przecież mieliśmy parasole. Ale w jednej chwili zaczęło tak okropnie lać, że staliśmy jak te ciotki pod drzewami... W końcu postanowiliśmy się schować w sklepiku na górce, gdyż po mału parasole zaczęły nam przeciekać. Pod daszkiem było tyle ludzi, że ledwo się zmieściliśmy. Po jakimś czasie przestało padać, lecz miałam całkiem przemoczone tenisówki. Pojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego. Tam spotkaliśmy Asię i Grzesia (rodzina z Cieszyna). Było bardzo fajnie! Potem pojechaliśmy przez Bełżec, gdzie obejrzeliśmy drewnianą cerkiew, do Narola, gdzie widzieliśmy pałac Łosiów. Przy błyskach z nieba dojechaliśmy do domu. Pani super-gospodyni przygotowała sos z grzybków, które rano zebrała w lesie z tatą i p. Basią K. Mega dobre!

12 .08.2007r.

To już ostatni dzień naszej przygody. Wracamy! Pierwszy przystanek był w Biłgoraju, a potem w Baranowie Sandomierskim. Chodziliśmy tam po ogrodach, ale jakiś takich brzydkich... Następny przystanek był w Tarnowie. Znowu zaczęło tak potwornie lać, że nie dało się jechać! Mieliśmy jeszcze jedna przygodę – w Bielsku odpadł nam tłumik i buczało jak nie wiem co! Dlatego zatrzymaliśmy się, a tata przywiązał go drutem. Później jechaliśmy z rykiem. Na trzy kilometry przed Cieszynem znowu nam ta część odpadła, a na dodatek zaczęło lać. Zadzwoniliśmy po znajomego, który nas podwiózł. Była 100 w nocy kiedy wreszcie dojechaliśmy do domu!

Wrażenia opisała uczestniczka wyprawy
Justyna Pawlik
Galeria