Kronika
Ziemia Cieszyńska znana i nieznana - ”Spa jedziemy do wód!”

01.06.2008

Jestem przekonany, że ten kto jechał wraz z Ondraszkiem „do wód” wyprawę długo zachowa w swej pamięci i to z kilku powodów. Wycieczka rozpoczęła się na dworcu w Karwinie - gdzie zebrało się ok. 40 kolarzy żądnych przygody, w tym wielu sympatyków klubowych wycieczek z obu stron Olzy. Tradycyjnie nie zawiedli jastrzębscy „Wiercipięty” oraz „Beskidziocy”. Był też obecny przedstawiciel żorskiego „Wandrusa”. Pierwszy postój nastąpił w pobliskim Darkowie, w miejscu gdzie w połowie XIXw. powstało i nadal funkcjonuje uzdrowisko oparte na bogatych złożach solanki jodowo-bromowej. Historię tych i nie tylko tych wydarzeń przybliżył znany powszechnie Józef Chmiel- darkowianin urodzony w... Bielsku-Białej. Swój ciekawy wykład poparł zdjęciami z prywatnego, bardzo bogatego archiwum.

Następnie pojechaliśmy do Kaczyc, gdzie korzystając ze ścieżki rowerowej skierowaliśmy się do Dębowca. Po drodze nie można było nie zauważyć postępującej dewastacji infrastruktury ścieżki - brak tablic informacyjnych, a po punkcie odpoczynkowym pozostały tylko ruiny... W Dębowcu w rolę przewodnika wcielił się niedawno mianowany klubowy „Gwarek” - K. Szewczyk. Zaprezentował wytwory miejscowej, otwartej w latach 60-tych XXw., wytwórni „zabłockiej soli jodowo-bromowej”. Solanka czerpana z głęb. 300m jest odparowywana tradycyjnie poprzez podgrzewanie gazem co w oczywisty sposób wpływa na koszty i zmiany kolejnych właścicieli. Wykład odbywał się w atmosferze solankowych oparów które „produkował” wiatr z sączącej się solanki z „grzybka”, ustawionego w centrum wsi.

Posiliwszy się nieco w miejscowej pizzerni (super!) ruszyliśmy dalej rowerową ścieżką w kierunku Łączki. Raptownie utwardzona droga się skończyła, wjechaliśmy na koronę stawu i niebawem w dorodne, prawie po pas pokrzywy! Nie było innej alternatywy - pchając i jadąc na przemian dotarliśmy jakoś do Kostkowic. Określeń jakich używano po drodze oczywiście nie mogę przytoczyć. Byłby to następny przyczynek do tematyki ścieżek rowerowych, które w założeniu mają ułatwiać rowerzystom życie. Całe szczęście, że tematem wyprawy było zdrowie, a pokrzywy w tym kontekście podobno wpływają bardzo pozytywnie. Pozostała część trasy poprzez Łączkę, Kisielów, Bładnice oprócz „kopieczków” raczyła nas wspaniałymi widokami na beskidzkie grónie, a i po wiślańskim wale nie jechało się najgorzej. Przepchawszy się przez tłumy ludzi na ustrońskim deptaku dojechaliśmy do miejsca, gdzie tutejsze sanatorium rozpoczęło swą karierę, czyli do dawnego kuracyjnego budynku ufundowanego przez sasko-cieszyńskiego księcia Alberta Kazimierza. Budynek mieszczący obecnie restaurację do dziś stoi obok Muzeum Kuźnictwa. Stojąc na „świni”1) wyjaśniłem, że w XVIIIw. kuracjusze jeździli tutaj, aby wykąpać się w wodach powstałych po... schłodzeniu żużla z książęcej huty „Klemens” oraz „mulce” czyli podgrzanym owczym mleku.

Po likwidacji huty w 1897r. nastała era kąpieli w odkrytych wówczas borowinach, a dopiero w latach 60-tych ubiegłego wieku karierę ustrońskiego uzdrowiska zapoczątkowały odkryte wówczas gorące solankowe źródła. Zakończywszy wykład teoretyczny był też czas na praktykę. W tym celu pojechaliśmy (niestety w mocno już okrojonym składzie) na basen sanatoryjny w kompleksie sanatorium im. J. Ziętka. Myślę, że nie można było wymyślić lepszego zakończenia rowerowej wycieczki, niż leniwe pławienie się w ciepłych i gęstych od składników mineralnych solankowych wodach. O tym zapewnia wszystkich, którzy z nami nie byli, niżej podpisany autor scenariusza.

1) „Świnia” to wielka bryła żelaza i żużla – pozostałość po nieudanym wytopie stojąca na pamiątkę przed muzeum.

Rechtór-Zbyś
Galeria