Kronika
Z rowerem i na piechotę przez Szwarcwaldzką krainę

25.07.2008 - 09.08.2008

Takiej wyprawy ondraszkowy "rozkład jazdy" nie przewidywał. Choć pomysł zrodził się nieco przypadkowo, jednak w realizacji tej wyprawy brało udział kilku członków klubu więc uważam, że ma pełne prawo zagościć w klubowej kronice. Na przełomie lipca i sierpnia skorzystaliśmy z zaproszenia pewnych miłych ludzi mieszkających w niewielkiej mieścinie St.Peter, leżącej w południowej części Szwarcwaldu, ok. 20 km od stolicy regionu- Freiburga (Fryburg Bryzgowijski) w niemieckim landzie Badenia -Wirtembergia. Nasz zespół w składzie: Afi (J.Pawlik), Rechtór (Z.Pawlik), J.Pawlik, K.Ochman oraz trzej niezrzeszeni sympatycy niekoniecznie rowerowej przygody, przejechał samochodami prawie 1200 km, aby rozpocząć eksplorację nieznanej mi dotychczas krainy. Za lokum służył dom gościnnych gospodarzy, który z racji swej nietypowej wielkości i wyposażenia przypominał skrzyżowanie kościoła z muzeum.

Czas pracowicie wykorzystaliśmy na zwiedzanie tego ciekawego regionu, leżącego na pograniczu aż trzech państw: Francji, Szwajcarii i Niemiec. Niemiecki Szwarcwald oddzielony jest od francuskich Wogezów szeroką doliną rzeki Ren, na którym w pobliżu szwajcarskiej Bazylei istnieje graniczny trójstyk. Podczas peregrynacji zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc o których można długo wspominać, lecz wspomnę tu tylko o naszych rowerowo-pieszych wyprawach.

Okolica w której przyszło nam przez dwa tygodnie mieszkać przypominała całkiem swojskie krajobrazy. Porośnięte lasem góry o podobnych do naszych Beskidów wysokościach, były gęsto przetykane pastwiskami, na których pasły się całe tabuny krów. Bydlęta wyposażone w potężne dzwony pod karkami, nieustannie nimi dzwoniły niczym tłum ministrantów. Oczywiście tam gdzie są krowy wyczuwalne było wyraźnie pełne spektrum całkiem swojskich zapachów w rodzaju kiszonki czy gnojówki. Na tym podobieństwa się jednak kończyły. Przyzwyczajeni do raczej niewielkich beskidzkich góralskich "drzewiónek" byliśmy zaskoczeni choćby wyglądem i gabarytami tutejszych gospodarstw. Wielkie domy ze sporymi podcieniami, pod jednym dachem skupiały wszelkie funkcje: mieszkalne, składowe czy gospodarcze, przy czym zazwyczaj poddasze jest dostępne z zewnątrz, po specjalnie usypanej rampie. Do farm prowadzą wąskie i kręte drogi, lecz ich piękna asfaltowa nawierzchnia w niczym nie przypomina swojskich dziurawych dróżek.

Nasza grupa wybrała się na całodzienne piesze wyprawy w najwyższe góry regionu: Kandel (1243 mnpm) oraz Feldberg (1495 mnpm). Oba zupełnie bezleśne szczyty są mocno "oswojone", czyli zagospodarowane turystycznie. Na Kandel w pobliże szczytu podciągnięto asfaltową drogę, przy której stoi schronisko, a Feldberg (jest to równocześnie najwyższa góra Szwarcwaldu) dodatkowo wyposażono w wieżę widokową, przekaźnikową i górską kolejkę linową. Jest tu również pokaźnych rozmiarów kolumna Bismarcka, w formie kamiennego obelisku z podobizną kanclerza. Z zamontowanych panoramicznych tablic informacyjnych wynikało, że przy dobrej widoczności zobaczyć można Alpy, czego jednak naocznie nie udało się nam stwierdzić. Przekonaliśmy się za to, że turystyka piesza jest mocną stroną narodu niemieckiego, gdyż na obu szczytach było całkiem sporo ludzi korzystających z gęstej sieci oznakowanych szlaków. Znakowanie to opiera się na różnokolorowych symbolach graficznych np. kółka, trójkąty, romby i trzeba przyznać, że jest starannie wyznaczone i pielęgnowane przez lokalne towarzystwo Schwarzwaldverein.

Aby nie ciągnąć rowerów przez pół Europy postanowiliśmy wypożyczyć je na miejscu. Udało się wypożyczyć tylko dwa, więc wspólnie z Krzysztofem mieliśmy okazje wypróbować jakość rowerowych ścieżek. Ze względu na konfigurację terenu nie było to łatwe, gdyż nawet w trakcie krótkich ok. 30 km wycieczek przeważnie wspinaliśmy się serpentynami w rodzaju naszej Kubalonki. Trud rowerowych wspinaczek wynagrodziły nam przepiękne widoki oraz poczucie, że nie jesteśmy tu sami, gdyż sądząc z ilości spotykanych kolarzy - turystyka i sport rowerowy są tu również bardzo popularne. Trasy rowerowe świetnie oznakowane i choć prowadzone bocznymi drogami z równiutkiego asfaltu właściwie nie zjeżdżaliśmy. Wspomnieć należy, że zjawisko dewastacji oznakowania tak u nas dokuczliwe, jest tu zupełnie nieznane.

Na zakończenie dodam moje spostrzeżenie, że miejscowa społeczność żyje wg zasady "pewnie i powoli". Odnosiłem wrażenie, że nikt nigdzie się nie spieszył, spotykani przechodnie uśmiechali się przyjaźnie i pozdrawiali niezmiennym "Gruss Gott", a miejscowy piekarz gdy przyszedłem po bułki witał mnie w progu jak swojego starego znajomego...

Rechtór-Zbyś
Galeria