Kronika
Zielonoświątkowa jajecznica – Kończyce Wlk.

31.05.2009

Zielone świątki więc smażymy wajecznicę!

Kontynuując tradycję lat ubiegłych spotkaliśmy się na rynku, a w wiezionym na bagażnikach torbach znajdował się łatwo tłukący towar. Tym razem ekipa ok. 23 „żarłoków” składała się z Wiercipiętów oraz licznych Ondraszków. Być może byłoby nas więcej, lecz pogoda nie wróżyła nic dobrego. Przewodzenie tej imprezie tradycyjnie objął Władek „Kropelka”, który przygotował aż trzy warianty trasy: schodowy, szosowy i terenowy, wszystkie prowadzące do gospodarstwa „U Brzezinów” w Cisownicy. Obiecał też, że po drodze zdziwimy się dwa razy, lecz faktycznie to zdziwiliśmy się aż trzy razy.

Ale po kolei: najpierw pojechaliśmy do Błogocic, na wstępie rezygnując z wariantu schodowego (było do pokonania 99 schodów w rezerwacie „Lasek nad Puńcówką”). Dojechaliśmy w miejsce, gdzie kiedyś stał graniczny szlaban i jadąc wzdłuż Olzy raptem znaleźliśmy się po czeskiej stronie w Końskiej, nawet nie bardzo wiedząc kiedy to się stało. To było pierwsze zdziwienie. Dalsza droga prowadziła do Lesznej Dolnej, gdzie chcieliśmy wdepnąć do znanej gospódki. Niebywałe jak na tutejsze zwyczaje, ale była jeszcze zamknięta. To było drugie nieoczekiwane zdziwienie. Jadąc dalej cały czas lekko pod górkę dotarliśmy aż do samego końca czeskiej Lesznej Dolnej. Przed nami było wyraźnie widać kościół w polskiej Lesznej Górnej, lecz jak tam dojechać? Okazało się, że granica jest tu tak poplątana, że należało otworzyć furtkę w ogrodzeniu pewnego gospodarstwa, gdyż była ona jednocześnie granicznym szlabanem. I znów się zdziwiliśmy. Teraz należało wybierać jakim wariantem chcemy dojechać na metę: terenowym i szosowym. Zważywszy na ciężkie chmury nad nami większość chciała jechać po asfalcie.

Pojechaliśmy zatem aż na przełęcz po Czantorią pchając rowery pod potężną górę. Na przełęczy widok był niestety był zerowy, gdyż wszystko utonęło w gęstej mgle. Potem nastąpił jednak radosny zjazd zakończony skrętem w boczną drogę, która okazała się niestety wielkim bajorem. Upaprani w błocie niektórzy w myślach pewnie nabijali prowadzącego na pal. Trasa jednak miała tę zaletę, że na metę przyjechaliśmy z górki. A tutaj... Piotr „Śmig”, który przyjechał własnym wariantem już zdążył rozpalić ognisko i przygotować skwarki w wielkiej brytfannie. Panie błyskawicznie zajęły się tłuczeniem jajek (było ich ok. 130) i po chwili nad nami unosił się przyjemny zapaszek jajecznicy i jej kapitalny smak wynagrodził nam trudy podróżowania. Maniuś wesoło zagrał na harmonii i od razu przydały się nasze śpiewniki.

Mieliśmy też do rozegrania kilka konkursów - strzelanie z wiatrówki, zwijanie sznurka oraz zaproponowany przez Jarka „Bystrego” „konkurs z jajem”. Strzelanie, mimo zaciętej konkurencji zostało rozegrane już w pierwszych minutach. Moje 38 na 50 możliwych okazało się nie do pobicia. Niektórzy co prawda zwalali winę na flintę, ale ja wiem swoje. Powiem nieskromnie, że w konkursie zwijania sznurka również okazałem się najlepszy, czym byłem mile zaskoczony. „Konkurs z jajem” był rewelacyjnym sprawdzianem umiejętności rzutów i łapania. Kto nie złapał, mógł mieć jajecznicę na ubraniu lub swoim obliczu, bo jajka którymi rzucano były surowe. Tutaj najlepsza okazała się para „Śmig” - Michał Gracyasz.

„Kropelka” obdzielił zwycięzców nagrodami, a puchar-patelnia zawiśnie u Pawlików aż do następnego roku. Pewnie biesiadowalibyśmy dalej, ale wiszące chmury nie wróżyły nic dobrego. Trzeba więc uciekać. Wraz z „Alą-palą” i „Niezłomnym” ruszyliśmy z powrotem, jednak ulewa nas dopadła po drodze i musieliśmy schronić się pod drzewko.

Przejechaliśmy ok. 40km. Mimo nienajlepszej pogody twierdzę, że impreza bardzo się udała. Wszelkim niedowiarkom przypominam też, że Ondraszki jeżdżą, że „choćby żabami prało i koło się w tył obracało” jak brzmi rota naszej przysięgi.

Rechtór-Zbyś
Galeria