Kronika
Wspomnienia z wypraw bliskich i dalekich - Bronholm

21.08.2009 - 26.08.2009

W tych dniach byliśmy w rowerowym raju. Dosłownie!. Raj ten znajduje się 90 km (4,5 godz. promem) od Polski, mniej więcej na środku Bałtyku i nazywa się Bornholm. Pomysł wyprawy zrodził się w trakcie pobytu na 49. Zlocie P.T.Kol. na kołobrzeskim molo, gdzie wciśnięto mi do ręki ulotkę firmy „Bornpol” obsługującej promowe połączenia na trasie Kołobrzeg- Nexǿ. Upłynęło parę miesięcy i wysiedliśmy na tym nieznanym duńskim lądzie w składzie wybitnie rodzinnym: Afi, Alapala, Justyna i Rechtór, wszyscy Pawlikowie. Rowery i całe wyposażenie biwakowe również przypłynęło wraz z nami. O wyspie mieliśmy raczej mgliste pojęcie, choć to i owo udało się mi wyszperać w Internecie oraz od przyjaciół, którzy byli tu przed nami. Jednak konfrontacja rzeczywistości z wyobrażeniami wypadła zdecydowanie na korzyść tej pierwszej. Jest to bowiem miejsce gdzie rowerowy turysta znajdzie wszystko co potrzebne - 235 km specjalnie oznakowanych ścieżek z wspaniałą nawierzchnią, bezpłatne informacje turystyczne i mapy, piękne krajobrazy i wspaniałe zabytki, przyzwoite pola namiotowe za rozsądną cenę oraz przyjaznych tubylców.

Jedynym zgrzytem na tym idealnym obrazku były ceny żywności. Lecz na to akurat byliśmy przygotowani, gdyż wieźliśmy ją z sobą na rowerach, jak również i całe wyposażenie biwakowe. Miało to też i dobrą stronę, gdyż posiłki przygotowywaliśmy w miejscu przez siebie wybranym i nie byliśmy przywiązani do stałego miejsca pobytu. Nie było to również specjalnie uciążliwe, gdyż odległości mierzone są tutaj zupełnie inną miarą. Bornholm ma nieco ponad. 500 km2 powierzchni a długość linii brzegowej to zaledwie 158 km. Korzystając z oznaczonych pól namiotowych u farmerów objechaliśmy więc całą wyspę naokoło i ostatecznie przejechaliśmy aż 230 km, przy czym najdłuższy dzienny odcinek trasy to zaledwie 57 km.

Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów - od klifowych wysokich urwisk na północy i zachodzie, po piaszczyste plaże na południu. Było to oczywiście związane z dość sporymi podjazdami i zjazdami - w tym nawet 24%! Centralna część wyspy to przede wszystkim pola uprawne gęsto poprzetykane lasami. Malownicze miasteczka mocno kontrastują z polskim wybrzeżem brakiem hałasu i wielkich tabunów wczasowiczów. I to do tego stopnia, że np. akurat mijana spora portowa miejscowość Hasle wyglądała na wymarłą i zakup żywności po godz.1900 był już sporym wyzwaniem. Było to dla nas dziwne, gdyż mieliśmy świeżo w pamięci czynne bodaj do północy sklepiki w Kołobrzegu.

Należy dodać, że uroki wyspy zostały już wcześniej odkryte przez turystów przede wszystkim z Polski i Niemiec. Z nami przypłynęło co najmniej kilkudziesięciu rowerzystów, a na wspomnianych polach namiotowych zawsze słychać było nasz język. Reszta pasażerów promu to wczasowicze korzystający z oferty jednodniowej „objazdówki” wokół wyspy i wracali w tym samym dniu. Z kolei na drogach oprócz miejscowych jeździło sporo aut z niemieckimi rejestracjami i… to tyle. Aż dziwne, ale jak mi się wydawało żaden inny kraj nie był tutaj reprezentowany. A szkoda, bo oferta wyspiarzy to nie tylko krajobrazy, lecz również bogata historia. Zetknęliśmy się z nią w muzeum Bornholmu w stolicy wyspy Rǿnne oraz ciekawym interaktywnym muzeum historii naturalnej „Naturbornholm” w Aakirkeby. Perełką wyspy są malownicze rotundowe kościoły o romańskim rodowodzie i największe w północnej Europie ruiny średniowiecznego zamku w Hammershus.

Na smakowaniu tego wszystkiego czas zleciał nam szybko i dosłownie jeden dzień się gdzieś nam zawieruszył. Rankiem planując następne atrakcje zupełnie przypadkiem odkryliśmy, że to już dzień wyjazdu! Stojąc na pokładzie promu i patrząc na niknącą w oddali wyspę pomyślałem, że ta wspaniała wyprawa do rowerowego raju jest godna polecenia wszystkim pasjonatom tej formy aktywnego wypoczynku.

Rechtór-Zbyś
Galeria