Kronika
IV wyprawa do ujścia Olzy im. W. Janika

12.09.2010

Można założyć, że pomysł zainicjowany na którymś z dawniejszych spotkań przy źródle Olzy trafił na podatny grunt. Grażyna i Genek - duet prowadzący dzisiejszą wyprawę pewnie nie spodziewali się takiego tłumu kolarzy żądnych poznać miejsce gdzie Olza wpada w objęcia Odry. Z samego Cieszyna wyjechało ok. 30 kolarzy, więc zajęliśmy wszelkie wolne miejsca w pociągu. A na dworcu w Boguminie, gdzie wyznaczono start oczekiwało już drugie tyle uczestników. Oprócz tradycyjnie licznych ondraszków i beskidzioków, byli również obecni reprezentanci klubów: niezawodny „Wiercipieta” z Jastrzebia, i gościnnie „Wandrus” z Żor, ”Wagabunda” z Katowic oraz kolarze z Raciborza.

Szybko uporaliśmy się ze sprawami organizacyjnymi i tym 60-osobowym peletonem rozciągniętym w długą sznurówkę ruszyliśmy w stronę granicy. Po drodze Genek zapoznał nas z historią nowobogumińskiej fary i opowiedział o tajemniczym miejscu gdzie przed wiekami grzebano ofiary zarazy. W Starym Boguminie trafiliśmy na imprezę folkorystyczną „jarmark na granicy”, więc przy okazji można było podziwiać członków zespołu ludowego ubranych w miejscowe stroje regionalne jakże różniące się od naszych, cieszyńskich.

Najpierw skierowaliśmy się do barokowego kościoła, w którym jest wystawiony słynący łaskami obraz MB Różańcowej. Po kościele i jego zakamarkach oprowadzał nas młody człowiek, pełniący funkcję kościelnego. W nieco dziwnym polsko-czeskim narzeczu opowiedział nam mnóstwo ciekawych historii i oprowadził po zbiorach, których mogłoby pozazdrościć niejedno muzeum. Proboszcz, któremu miejscowi znosili rożne zabytkowe, a im niepotrzebne przedmioty wykazał się niesamowitą inwencją adaptując na wystawę muzealną poszczególne pomieszczenia w kościelnej wieży, wraz z poddaszem. Czego tam nie było: stare zabawki i meble, obrazy i zegary, aparaty fotograficzne i książki, grający patefon(!) i maszyna do szycia.

Jednak najciekawszą była sala ze zbiorami artefaktów kościelnych, a zwłaszcza Biblia z 1598r(!) drukowana w Krakowie. Dosłownie rzuciło nas na kolana, że tak zacna 400-letnia księga leżała sobie ot po prostu na półce i można było po nią sięgnąć i wertować. W muzeum podziwianie jej ograniczyłoby się pewnie do oglądania okładki, a i to przez pancerną szybę i pod czujnym okiem kamer.

Po zwiedzeniu fary jakoś przebiliśmy się przez tłumy ludzi uczestniczących w festynie zlokalizowanym dosłownie w miejscu dawnego przejścia granicznego w Chałupkach i ruszyliśmy w stronę miejscowości Olza. Po drodze chcieliśmy również zwiedzić atrakcyjny rezerwat przyrody „meandry Odry”. Jednak mamy wyraźnego pecha, bowiem teraz, tak jak podczas naszej ostatniej wizyty kilka lat temu powódź zdemolowała nadbrzeżne łąki, więc przejazd był niemożliwy.

Z mostu opodal było widać miejsce połączenia obu rzek, lecz podjechaliśmy rowerami aż do miejsca, skąd można było dojść aż nad sam brzeg. Brzeg po ostatniej wysokiej wodzie był bardzo urwisty, lecz prowadzący zadbali też o zabezpieczenie liną, ułatwiające zejście aż nad wodę. Stojąc tym razem z polskiej strony i patrząc się na to magiczne miejsce połączenia obu rzek, zaintonowaliśmy chóralnie „Płyniesz Olzo...”.

Po zapowiadane jedzonko pojechaliśmy do nowo otwartego campingu w Olzie. Już z daleka było widać, że został opanowany przez rowerzystów, gdyż wyznaczono tutaj również metę rajdu kolarskiego z Wodzisławia Śląskiego. Miejsce i żurek był OK, jednak było na tyle głośno, że aby podsumować nasz rajd musieliśmy odjechać nieco poza camping. Przede wszystkim wielkie brawa zebrali p. Klapuchowie jednocześnie prowadzący i organizatorzy tej wyprawy. Rajd był bowiem profesjonalnie przygotowany i ciekawie prowadzony, zadbano nawet o takie drobne przyjemności jak rozdane drobne jedzonko na trasie oraz regionalne mapy tras rowerowych.

Leszek Wolny prezes katowickiego Wagabundy otrzymał z kolei od „Ondraszka” upominek z okazji 25-lecia powstania klubu. Do Gorzyczek pojechaliśmy jeszcze wspólnie. Tutaj część peletonu udała się do Wierzniowic i z powrotem do Bogumina, a pozostali poprzez Godów i Gołkowice pojechali do Karwiny, skąd już tylko w piątkę obraliśmy kurs na Cieszyn rowerową ścieżką przez Stonawę i Podoborę. Przy sprzyjającej pogodzie przejechaliśmy 63km z postanowieniem: Do zobaczenia na następnym rajdzie do ujścia Olzy.

Rechtór-Zbyś
Galeria