Kronika
Do Pszczyny szlakiem cesarsko-królewskim

17.07.2010

Co prawda temat ten był przewidziany na sierpień, jednak mając na uwadze zagęszczenie imprez sierpniowych postanowiłem go nieco przyspieszyć. Miało to na pewno związek z potencjalną frekwencją, bo większość z Ondraszków jest gdzieś nad morzem lub na innych wyprawach. W umówionym miejscu w Pawłowicach pojawiło się jednak dziewięciu śmiałków. Byli to: Alapala, Justyna Pawlik, Franek Grelowski, Stasiu Pawlik, Piotrek Hamera, Leszek Szurman, Krzysztof Ochman i niżej podpisany. Grupka ta dodatkowo wzbudziła mój podziw silną motywacją wyjazdu, gdyż od dłuższego czasu panuje tutaj klimat podzwrotnikowy, więc kto żyw to raczej siedzi w cieniu, i to najlepiej nad wodą.

W zamian mogliśmy wypróbować jak wyglądałaby wycieczka gdzieś w Afryce, gdyż w pejzażu tylko nam palm brakowało. Intrygująca nazwa szlaku wzięła się od dawnej granicy austriacko-pruskiej, która po XVIII w. wojnach śląskich podzieliła ten teren aż do 1914r. Wyruszyliśmy zatem wzdłuż dawnej granicy po groblach dawnych stawów , w chłodnym cieniu dorodnych dębów. Po kilku kilometrach spotkaliśmy szlak żółty, który doprowadził nas polnymi drogami aż do miejscowości Studzionka. Tutaj wjechaliśmy na rowerowy szlak R-4. Trzymając się tej drogi między lasami i polami dojechaliśmy do jeziora zaporowego Łąka. Z daleka było już widać kąpielisko nad jeziorem, które z uwagi na tłumy ludzi i samochodów przypominało wielkie mrowisko. Odsapnęliśmy również i my sącząc zimne napoje i brodząc w ciepłej jak zupa wodzie.

Do Pszczyny nie było już daleko, więc niebawem wjechaliśmy do parku pałacowego gdzie dłuższy przystanek przy zagrodzie żubrów. Jak się dowiedziałem zwierzaki te żyją w Pszczynie od 150 lat, od kiedy panujący książę Hochberg nabył kilka sztuk z Białowieży od cara Rosji w zamian za stado jeleni. I był to szczęśliwy pomysł, bo kiedy po I wojnie świat. bolszewicy doszczętnie wytrzebili dziko żyjące żubry w Puszczy Białowieskiej ocalałe pszczyńskie okazy przyczyniły się do restytucji tego stada. Stadko, które widzieliśmy nie wyglądało jednak na specjalnie żywotne, lecz była to pewnie wina temperatury i kożuszka , które miały na sobie. Bardzo ciekawa była również zaaranżowana wystawa zwierząt naszych lasów oraz leśniczówki z trofeami. Moim trofeum z kolei było zdjęcie z wspaniałym porożem, z którym podobno mi było do twarzy. Hm, dziwne...

Następnie pojechaliśmy na rynek, gdzie na ławeczce oczekiwała nas cierpliwie księżna pszczyńska Daisy, rodem z Albionu. Z powodu, że była odlana z brązu nie była specjalnie rozmowna, lecz pamiątkowa fotkę którą sobie zrobiliśmy zaliczam do udanych. Muzeum Prasy Ślaskiej, gdzie mieliśmy umówione wejście niestety było zamknięte na głucho. Wynika z tego, że pomimo ustalonych godzin otwarcia muzealnicy własne pomysły kiedy i komu otworzyć. W programie wyprawy było również zwiedzanie skansenu. Tutaj można było się zapoznać z życiem mieszkańców z okolic Pszczyny w okresie XVIII- XIX w. Wiejskie chałupy były w pełni wyposażone w sprzęty z epoki, których przeznaczenia w części już trzeba się domyślać. W sąsiedztwie skansenu jest czynna karczma w oryginalnym, dawnym budynku. Jedząc podany żurek oglądaliśmy wystawę zdjęć z majowej powodzi. Rzeka Pszczynka, którą teraz ledwie można dostrzec zalała wtedy całą okolicę , a w tej karczmie wody było aż po okna.

Tu też nastąpiło rozwiązanie naszego mini- peletonu, więc każdy drogę powrotną obierał wg własnego pomysłu. Część jednak pojechała z powrotem do Pawłowic zwiedzając po drodze pałacowy park z herbaciarnią i nekropolią dawnych właścicieli Pszczyny -von Anhaltów. Razem przejechaliśmy 53 km wyłącznie ścieżkami rowerowymi , które można polecić każdemu amatorowi takich wędrówek.

Rechtór-Zbyś
Galeria