Kronika
Obóz rowerowy po „Terra incognita czyli... nieznanej ziemi tuż za miedzą”

07.08.2010 - 21.08.2010

Na początek pytanie: Jest takie państwo graniczące z Polską, o którym wiedza przeciętnego Polaka jest ograniczona do negatywnych przykładów z mediów? W księgarniach, gdzie półki uginają się od przewodników po różnych dalekich i egzotycznych krainach nie uświadczysz przewodnika czy mapy mogącej służyć pomocą w wyprawie do sąsiada. Tymczasem został tam kawał historii naszego kraju, o której wszyscy uczyli się w szkole na lekcjach historii i literatury: Poniatowski, Radziwiłłowie, Rejtan, Niemcewicz, Traugutt, Mickiewicz, Rodziewiczówna, Orzeszkowa... Gdzie to jest?

Kraina ta nazywa się ... Białoruś.

Nasz wschodni sąsiad ma obszar 207 tys. km2 i liczy ok. 10 mln mieszkańców, co daje średnią gęstość zaludnienia 49,7 os/km2. Wymarzona kraina dla rowerzystów z uwagi na całkowicie płaski teren. Najwyższe wzniesienie nazywa się dumnie Góra Dzierżyńska i osiąga zaledwie 345mnpm. Białoruś ogłosiła niepodległość stosunkowo niedawno, w 1991r, gdyż tak jak sąsiednia Ukraina powstała w wyniku rozpadu ZSRR. Kiedy początkiem roku przypadkiem rozmawiałem z Markiem Koba z Jaworzna o rowerowych planach na ten sezon i w dyskusji padła ta nazwa, od razu wiedziałem – to jest to! Przygotowania rozpoczęliśmy wcześnie, gdyż było sporo ważnych spraw do załatwienia. Przede wszystkim formalności: wiza, voucher lub zaproszenie, a do tego specjalne ubezpieczenie. Następna grupa problemów to zezwolenie na przekroczenie granicy na rowerze. I wreszcie ustalenie trasy, programu oraz zebranie niezbędnych map i przewodników. Zadania rozdzieliliśmy między siebie i ostatecznie początkiem sierpnia sprawy formalne mieliśmy za sobą. W międzyczasie pokaźna kilkunastoosobowa grupa potencjalnych uczestników zmalała do czteroosobowego zespołu: doświadczony przewodnik Edward Kaniewski z Mysłowic, który jako jedyny z nas był tam kilka lat wstecz, Marek Koba z Jaworzna - działacz PTTK i członek Komisji Kolarskiej ZGPTTK oraz dwóch członków „Ondraszka”: Alicja i Zbigniew Pawlik.

W tym składzie w piątkowy wieczór 6.08.2010 spotkaliśmy się w pociągu relacji Bielsko-Warszawa. Naszym zamiarem był przejazd via Warszawa i Łuków do Terespola. W stolicy zarezerwowaliśmy nocleg i był to dobry pomysł, gdyż mieliśmy czas na nocny spacer oraz podziwianie najnowszej atrakcji stolicy, czyli obozu samozwańczych obrońców krzyża na placu przed pałacem prezydenckim. Następnego dnia około południa na końcowej stacji w Terespolu objuczyliśmy nasze rowery całą furą niezbędnego bagażu i tak zaczęła się przygoda. Należy jeszcze wspomnieć, że z premedytacją zrezygnowaliśmy z zabrania namiotu licząc, że dla tak nielicznej grupy nie będzie problemu ze znalezieniem noclegu. Odprowadzeni nieco zdumionymi spojrzeniami kierowców oczekujących na odprawę w sznurze samochodów, dotarliśmy pod graniczny szlaban. Odprawa po stronie polskiej była bardzo symboliczna, a po przekroczeniu Bugu po moście Warszawskim trafiliśmy do nieco zaskoczonych naszym widokiem białoruskich pograniczników. Wszyscy paradowali w czapkach, która każda z racji rozmiarów mogła służyć jako mały parasol. Odprawa ku naszemu zaskoczeniu również poszła sprawnie i ograniczyła się do wypełnienia deklaracji osobowej oraz odbioru kart meldunkowych. Po ok. dwudziestu minutach wjechaliśmy na szeroką jak lotnisko drogę w kierunku Brześcia. Pierwszy przystanek nastąpił w banku, gdzie zaopatrzyliśmy się w miejscową walutę czyli białoruskie ruble (BYR). Mając kilkaset tysięcy BYR w kieszeni poczułem się jak w Polsce przed denominacją złotego.

Turystycznie rzecz biorąc Brześć to przede wszystkim twierdza, której zgodnie z dekretem ZSRR nadano tytuł „twierdza bohater”. Wybudowana w carskiej Rosji w XIXw. zapisała się krwawo w historii wojny obronnej kilkudniową obroną WP w 1939r. oraz kilkutygodniową, przez Armię Czerwoną w 1941r. Wewnątrz murów, na których wyraźnie widać ślady po pociskach, ustawiono monumentalne, kilkunastometrowe (!) pomniki obrońców (wyłącznie upamiętniające radzieckich obrońców) oraz odbudowano kilka budynków, w tym cerkiew. Od strony miasta wybudowano równie monumentalną bramę z przejściem w kształcie gwiazdy. Całość jest starannie wypielęgnowana i robi naprawdę duże wrażenie.

Pierwszy nocleg trafił się nam na... dworcu kolejowym w „komnacie oddycha”. Na większych dworcach funkcjonują bowiem mini-hoteliki zapewniające podstawowy standard, przeznaczone dla podróżnych na dalekobieżnych trasach. Wieczorny spacer po starannie utrzymanym pieszym deptaku wśród ukwieconych klombów, z ławeczkami i kafejkami pełnymi młodych ludzi pozwolił mieć nadzieję, że nie spełnią się złowrogie przewidywania malkontentów. Uspokoiły nas również sklepy spożywcze pełne wszelakiego dobra, w całkiem przyzwoitych cenach. Napotkaliśmy pomnik Adama Mickiewicza stojący pośrodku ogromnego klombu. Spotkaliśmy również tutejszą atrakcję tzn. dwukołową beczkę z napisem „kwas”, gdzie pani w białym fartuchu serwowała wyborny i orzeźwiający kwas chlebowy. Opodal, na głównym placu spiżowy Lenin wskazywał palcem świetlaną przyszłość, choć według mnie wskazywał raczej na uroczą fontannę, w której wesoło pluskały się dzieci. Rankiem uczestniczyliśmy w polskiej mszy w XIXw. kościele p.w. Podwyższenia Krzyża. Zauważyłem, że mimo dość wczesnej godziny kościół był pełen wiernych.

Po dłuższych poszukiwaniach odnaleźliśmy cmentarz żołnierzy polskich z wojny polsko-bolszewickiej 1920r. Cmentarz był wciśnięty między garaże i bloki mieszkalne, jednakże sprawiał wrażenie nie pozbawionego opieki. Z miasta wyjechaliśmy porządną asfaltową drogą w kierunku miejscowości Wysokie Litewskie. Po drodze odwiedziliśmy wieś Skoki - rodową siedzibę Niemcewiczów. Ich dwór jest obecnie w remoncie, lecz o Julianie Ursynie – pisarzu, poecie, działaczu społecznym i adiutantowi Kościuszki przypomina wmurowana tablica. Małe miasteczko Wołczyn to była siedziba rodu Poniatowskich. W miejscowym kościele, po dłuższych peregrynacjach, w 1938r. pochowano ostatniego króla Polski - Stanisława Augusta. Ekshumacja w 1989r. celem przeniesienia szczątków króla Stasia do Warszawy, natrafiła tylko na parę guzików i strzęp królewskiego płaszcza, bowiem reszta znikła, rozwleczona przez cmentarne hieny. Kościół p.w. Św. Trójcy - jedyna pozostałość zespołu pałacowego Poniatowskich - jest obecnie ruiną, jednak obstawioną rusztowaniami, co pozwala mieć nadzieję, że kiedyś świątynia wróci do dawnej świetności. Do celu pierwszego etapu dojechaliśmy wieczorem. Tutaj mieliśmy zamiar poprosić o nocleg miejscowego proboszcza. Niestety był nieobecny, lecz pan opiekujący się remontowanym kościołem św. Trójcy udostępnił nam małą szopkę wewnątrz kościelnego muru, w której na rozścielonych kartonach rozwinęliśmy wiezione obozowe wyposażenie i niebawem zasnęliśmy snem sprawiedliwych.

Nazajutrz zwiedziliśmy zespół pałacowo-parkowy Potockich z I połowy XIXw. W budynku mieściła się szkoła, lecz po przeprowadzce do nowej siedziby opuszczony, klasycystyczny budynek powoli popada w ruinę. Dzięki uprzejmości dyrektorki szkoły, która otwarła nam pałac, zaglądnęliśmy też do wnętrza stwierdzając, że za kilka lat chyba nie będzie czego zwiedzać. W podobnej kondycji był stary polski cmentarz opodal. Zaskoczył nas jednak wygląd tutejszych przystanków autobusowych, które były jednocześnie małymi galeriami malarstwa, przyjemnie kontrastującymi ze znanymi wszystkim przystankami PKS-u. Dojechaliśmy do Kamieńca, którego najważniejszym zabytkiem jest wysoka ceglana wieża, nazywana „Białą Wieżą’. Jest to jedyna pozostałość po XIIIw. zamku litewskim, a od jej nazwy wzięła się ponoć nazwa niedalekiej Puszczy Białowieskiej. Pobliska wieś Szostaków to miejsce urodzenia dyktatora powstania styczniowego - Romualda Traugutta. Po dworze niestety nie pozostał żaden ślad, jednak mieszkańcy wskazali nam miejsce, gdzie niegdyś był wybudowany, o czym świadczy pamiątkowa tablica z napisem w dwu językach.

Kolejna wieś - Siechnowicze Małe należała niegdyś do Kościuszków. Miejscowi twierdzą, że to właśnie tutaj urodził się Tadeusz, późniejszy bohater Polski i Stanów Zjednoczonych. Nie jest to całkiem pewne, lecz w budynku dawnej szkoły przygotowuje się muzeum jego imienia. Tymczasem można podziwiać okazałe popiersie wodza ustawione przed budynkiem. Pokazano nam również pozostałość parku dworskiego, a w sąsiednich Siechnowiczach Wielkich zachowała się cerkiew p.w. św. Mikołaja fundacji Pawła Kościuszki z 1727r.

Wieczorem dojechaliśmy do Kobrynia, gdzie nasz przyjazd był anonsowany przez przemiłego ks. Jana - proboszcza z Wysokiego. Otóż kiedy dowiedział się, że pod nieobecność byliśmy jego gośćmi wskoczył do auta i dogonił nas na trasie. Niespodziewane serdeczne spotkanie na drodze oprócz przemiłej pogawędki zaowocowało właśnie propozycją noclegu u ks. Czesława w Kobryniu. Przyjął nas z otwartymi ramionami, przy czym nie ukrywałem zaskoczenia, gdy dowiedziałem się, że pochodzi z bliskiej nam Istebnej. Ks. Czesław od kilku lat prowadzi tutejszą parafię i w wieczornej ciekawej dyskusji wprowadził nas w zawiłości życia miejscowej Polonii. Nazajutrz zwiedziliśmy jego kościół p.w. Wniebowzięcia NMP z 1843r., który do 1989r. pełnił funkcję hali sportowej. Przed świątynią znajduje się wojskowy cmentarz z 1920r. oraz groby ekshumowanych kilka lat temu polskich żołnierzy poległych w 1938r.

Pieszy deptak w centrum miasta był podobny do brzeskiego z tym, że tutaj można było dodatkowo zwiedzić siedzibę rosyjskiego marszałka z epoki napoleońskiej - Suworowa. Po serdecznym pożegnaniu pojechaliśmy w kierunku Berezy Kartuskiej. Po całodziennym „telepaniu się” po „grawiejkach” czyli żwirówkach, trafiliśmy na asfaltową drogę prowadzącą bezpośrednio do celu. Na odległości ponad 20km nie było na niej żadnego zakrętu, stąd stanowiła szkolny przykład perspektywy zbiegającej się w punkcie na horyzoncie. Bereza Kartuska - obecnie Bierioza - jest znana z rozległych ruin niegdyś potężnego klasztoru Kartuzów z XVIIw. oraz więzienia dla przeciwników politycznych, czynnego w okresie sanacji. Na centralnym placu w XIXw. wybudowano ładną cerkiew z kilkunastoma wieżyczkami zakończonymi baniastymi hełmami. Obok niej wystawiono mauzoleum żołnierzy poległych w latach 1975-1985 w odległym Afganistanie. Mauzoleum to uzupełnia wystawa używanego wówczas sprzętu wojskowego. Na noc zatrzymaliśmy się w miejscowym hotelu, którego standard był adekwatny do bardzo niskiej ceny - w przeliczeniu raptem kilkanaście zł.

Z miasta wyjechaliśmy główną, mocno uczęszczaną drogą, w palącym słońcu i bez szans na odrobinę cienia. Tutejsze drogi mają bowiem bardzo szerokie pobocza, więc drzewa, o ile rosną, nie są na tyle wysokie, aby ocienić drogę. Skręt w boczną drogę był dla nas zbawienny choć oznaczał nieuchronne spotkanie z „grawiejką”. Jazda po tej „rolce” wymagała sporej umiejętności balansowania rowerem. Jak się jednak przekonaliśmy, prawie wszystkie lokalne drogi mają żwirową nawierzchnię, która tylko w granicach miejscowości zamienia się na asfalt.

Następnie dojechaliśmy do wsi Hruszowo - dawnego majątku Rodziewiczów. Tutaj, za kilka złotych zjedliśmy przyzwoity obiad w kołchozowej stołówce oraz zobaczyliśmy dwujęzyczną tablicę, przypominającą, o dawnej mieszkance - Marii Rodziewiczównej, autorce znanych powieści. Umieszczono ją pod dorodnym dębem, którego pisarka nazwała „Dewajtis” w swej powieści „Lato leśnych ludzi”. Mimo poszukiwań na miejscowym cmentarzu nie udało się zlokalizować grobu rodziców pisarki, lecz można było zauważyć, że miejscowi mają szczególną estymę do koloru niebieskiego, który w jaskrawych odcieniach zdobi nawet nagrobki. Wieczór zastał nas w Żyrowicach, które dla Białorusi są tym, czym Częstochowa dla Polski. A wszystko za sprawą wizerunku Matki Boskiej wyrytej w jaspisie, która jest najmniejszą ze wszystkich czczonych na Kresach. Jej rozmiary są wielkości pudełka zapałek (5,6x4,4cm).

Historia rozpoczęła się w XVw., kiedy to pastuszkowie znaleźli na gruszy ten mały wizerunek. W następnym wieku powstał już klasztor, który do XIXw. był stopniowo rozbudowywany. Obecnie jest tu siedziba wyższego seminarium duchownego i akademii teologicznej, przy której jest prowadzony dom pielgrzyma. Dzięki uprzejmości prawosławnego przeora złożyliśmy nasze pielgrzymie ciała w tym właśnie domu. Było to jednak seminarium męskie, wobec czego Alicja musiała się z nami pożegnać i pójść na nocleg za klasztorne mury, do osobnego domu dla kobiet. Dodam jeszcze, że nocleg i wyżywienie było gratisowe, lecz następny dzień zaczął się dla nas od „służby” czyli udziału w porannym nabożeństwie.

W okolicy Żyrowic tryska kilka źródeł znanych z uzdrawiającej wody. Odwiedziliśmy jedno z nich i trzeba przyznać, że miejsce było oblegane przez ludzi objuczonych różnej wielkości pojemnikami.

Z Żyrowic jest już niedaleko do Słonimia, gdzie dojechaliśmy, korzystając z pasa rowerowego wydzielonego z szerokiej asfaltowej szosy. W tym pięknym mieście zachwyciło nas bogate wnętrze barokowego kościoła św. Andrzeja z XVIIIw. Inne katolickie świątynie obecnie funkcjonują jako prawosławne cerkwie, za wyjątkiem remontowanego XVII w. kościoła i klasztoru Bernardynek, który obecnie zajmuje zakon Niepokalanek. Tego dnia celem podróży były Baranowicze, które dzięki węzłowi kolejowemu z niegdyś prowincjonalnego miasta stało się dużym ośrodkiem przemysłowym. Z historii wiemy, że urodziła się tutaj utalentowana ilustratorka Maja Berezowska, choć nie natrafiliśmy na ślad jej obecności. Nie udało się też zlokalizować czynnej „turbazy” czyli schroniska turystycznego i wobec braku innych propozycji wynajęliśmy pokoje w nowoczesnym wielopiętrowym hotelu „Horyzont”. Penetrując wyposażenie hotelowej łazienki, ze wzruszeniem przeczytałem napis na plastikowej rurze kanalizacyjnej. Okazało się, że pochodzi z Cieszyna.

Wczesnym rankiem, z dworca Baranowicze Poleskie „elektryczką” tzn. pociągiem podmiejskim za 7zł (!), pojechaliśmy do odległej o przeszło 200km stolicy państwa – Mińska. Całodniowy pieszy spacer wzbogacił nas o nowe doświadczenia. Miasto było kilkakrotnie niszczone w czasie ostatniej wojny, więc prawie w całości legło w gruzach. Odbudowane, przypomina powstałe w latach 50-tych warszawskie dzielnice. Dominowały tam monumentalne, ciężkie, socrealistyczne budynki, szerokie place i promenady, a także ładnie zaaranżowane parki z fontannami. Wobec czujnych spojrzeń ochrony, pałacu prezydenckiego nie udało się sfotografować, lecz potężny pomnik Lenina przed parlamentem - jak najbardziej. Usytuowany na centralnym placu, gdzie zgodnie sąsiadują ze sobą rządowe budynki, w tym: parlament, uniwersytet a także katolicka świątynia z 1910r., która z racji elewacji cegły nazywana jest „czerwonym kościołem”. Plac ma swoje podziemia, gdzie znajduje się obszerny, trzykondygnacyjny pasaż handlowy. Na malowniczym jeziorze pośrodku miasta leży „Wyspa Łez” z przejmującym mauzoleum, wybudowanym w hołdzie żołnierzom, którzy nie wrócili z Afganistanu. Ciekawa była również ekspozycja w Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Jednak trzeba zaznaczyć, że dla Białorusinów wojna to wyłącznie okres między 1941-1945 rokiem, a to, co zdarzyło się wcześniej, jest traktowane jako wyzwolenie zachodnich terenów kraju spod polskiej dominacji.

W następnym dniu „elektryczka” podwiozła nas wraz z rowerami do stacji Gorodeja, skąd wyruszyliśmy najpierw na północ, w kierunku miejscowości Mir, a następnie na południe, do siedziby Radziwiłłów - Nieświeża. W obu tych miastach znajdują się zabytki, które chyba jako jedyne na Białorusi zostały wpisane do rejestru światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. W Mirze można podziwiać wspaniale zachowany XVIw. zamek obronny, który do wybuchu wojny pozostawał w prywatnych rękach rodziny Światopełk-Mirskich. Okazała, modernistyczna, prawosławna kaplica grobowa została wybudowana opodal zamkowych murów i nadal kryje doczesne szczątki właścicieli.

Nieśwież jako rodowa siedziba Radziwiłłów słynęła w XVIw. z renesansowej rezydencji pałacu-fortecy, jak i ogromnej biblioteki, obecnie podzielonej i wchodzącej w skład kilku znaczących zbiorów w Europie. Nieświeski zamek – wciąż bardzo efektowny - wraz z całym założeniem jest poddany gruntownemu remontowi. W wodach pobliskich stawów odbija się kopuła kościoła p.w. Bożego Ciała. Zbudowany na wzór rzymskiego kościoła „Il Gesu” stanowi jedną z pierwszych budowli barokowych w tej części ówczesnej Rzeczpospolitej i jest rodową nekropolią Radziwiłłów. W podziemiach pochowano w jednakowych 102 trumnach kilka pokoleń członków tego bogatego rodu. W tym kościele kaznodzieją był jezuita Andrzej Bobola, później wyniesiony na ołtarze.

Kolejny dzień upłynął pod znakiem Mickiewicza. Najpierw pojechaliśmy do Zaosia. Dworek w którym urodził się wieszcz, ku mojemu zaskoczeniu stoi na zupełnym pustkowiu pośrodku ogromnego pola kukurydzy, gdyż wieś Zaosie jest oddalona o dobrych kilka kilometrów. Dotarliśmy tutaj dobrą asfaltową drogą kierując się drogowskazami, lecz już zaczynaliśmy wątpić, czy aby jedziemy w dobrym kierunku. Uroczy dworek wraz z pozostałymi zabudowaniami gospodarczymi został z pietyzmem odtworzony wg starych rycin oraz opisów. Wnętrze, również wiernie odzwierciedla epokę, kiedy hasał tu mały Adaś. W klimat epoki wprowadził nas kustosz muzeum, który okazał się być wielkim pasjonatem swojego fachu. Na zakończenie zdradził nam, gdzie należy szukać przedwojennego pomnika „trzech pochodów” upamiętniającego polskie krucjaty. Nie bez problemów znaleźliśmy go na skraju lasu. Uszkodzony pociskami, obrabowany z napisów, z orłem z utrąconą koroną monument nadal robi spore wrażenie, przypominając polski udział w napoleońskiej wyprawie na Moskwę, Legionistów oraz wojnę z bolszewikami.

Następnie kierujemy się na jezioro Świteź. Leży ono na Wysoczyźnie Nowogródzkiej, która wystając ponad jednostajną płaszczyznę Polesia, dodaje uroku okolicy urozmaiconym krajobrazem przypominającym nasze Mazowsze. Zmęczeni upałem w końcu wjechaliśmy do Płużyn ciemnego boru i jak radził Mickiewicz w ”Switeziance” - „zatrzymaliśmy swe konie aby przypatrzeć się jezioru”. A widok był doprawdy zaskakujący. W kłębowisku ludzi opalających i kąpiących się, zarówno jeziora jak i kamienia z tym słynnym wersetem prawie nie było widać. Wystarczyło jednak przejechać kilkaset metrów w bok, aby w pełni odkryć urok tego niezwykłego miejsca. Jezioro w kształcie prawie regularnego koła o pow. ok. 1,5ha i głębokości 15m stanowi wielką, biologiczną zagadkę z uwagi na występujące tutaj endemity. Najpiękniejszym przeżyciem tego dnia była jednak kąpiel w cudownie chłodnej wodzie. Warto dodać, że w pobliżu brzegu, na terenie należącym do sanatorium Świteź, z głębin wynurza się postać Świtezianki, którą kąpiący się wykorzystują prozaicznie jako słupek do skakania.

W niedalekim Nowogródku kierujemy się do klasztoru sióstr Nazaretanek, które chętnie użyczają nam noclegu w prowadzonym na terenie klasztoru domu pielgrzyma. Miasto w okresie międzywojennym było nobilitowane na siedzibę województwa. Obecnie nie ma już tego statusu, co wcale nie umniejsza jego uroku. Z zainteresowaniem zwiedziliśmy pozostałości zamku książąt litewskich, kościół farny, gdzie przed wiekami król Władysław Jagiełło poślubił księżniczkę ruską Sońkę i ochrzczono małego Adasia, kopiec Mickiewicza oraz muzeum z pomnikiem jego imienia. W pobliskiej klasztornej szkole prowadzonej przez dominikanów, Mickiewicz rozpoczynał swoją przygodę z nauką. Słowem - co krok to zabytek, więc nie ma wątpliwości, że Nowogródek to malownicze i magiczne miejsce.

Następnym etapem była Lida, do której docieramy wieczorem, przejeżdżając przez Puszczę Nalibocką i przekraczając majestatyczny Niemen. Lida to miasto z bogatą przeszłością. Założona w 1323r. może pochwalić się najstarszym zabytkiem - okazałym zamkiem warownym z wysokimi na 15m grubymi murami i dwoma flankującymi wieżami. W bocznym ołtarzu kościoła p.w. Podwyższenia Świętego Krzyża z 1770r. umieszczono cudami słynący obraz zwany Matką Boską Lidzką. My akurat trafiliśmy na gorączkowy lifting całego miasta. Rozkopane było dosłownie wszystko: od podziemnych kolektorów i sieci, przez nawierzchnię chodników, parków i ulic, po generalny remont dworca kolejowego. Wszystko, w tym zamek, było w remoncie. A przyczyną całego zamieszania była decyzja ulokowania tutaj centralnych obchodów republikańskich dożynek. Totalny zakres prowadzonych robót pozwala mieć nadzieję, że miasto wypięknieje, o ile, oczywiście, zostaną one kiedyś zakończone. Dzięki uprzejmości pani dyrektor, na nocleg zatrzymaliśmy się w pomieszczeniu klubowym miejscowego „Domu Polskiego”. Spore wrażenie zrobiła prowadzona tu polska biblioteka licząca kilkanaście tysięcy książek. Jest ona ponoć bardzo popularna wśród miejscowej Polonii, która stanowi tutaj prawie 40% ogółu mieszkańców.

Nazajutrz znów skorzystaliśmy ze znanej już „elektryczki” i rowerową peregrynację rozpoczęliśmy od nieodległej miejscowości Murowanka, gdzie zobaczyliśmy unikalną, gotycką cerkiew obronną. Następne godne zwiedzenia miejsce to Wasyliszki, w których znajduje się nieprzerwanie czynny, barokowy kościół p.w. Jana Chrzciciela. Akurat trafiliśmy na smutny obrządek pogrzebowy. Zauważyłem, że trumna była obita czerwonym suknem, a wieńce prawie bez wyjątku są wyprodukowane z plastiku. Co kraj to obyczaj. Miasteczko to stanowi również ciekawy przykład nowej zabudowy. Obszerne domy, osiedla i budynki użyteczności publicznej posadowiono pośród dróżek i starannie wypielęgnowanych klombów pełnych kwiatów.

Sąsiednie Stare Wasyliszki nie powinny być obce fanom nowoczesnej muzyki. Tutaj bowiem w 1938r. urodził się i mieszkał do 1958r. Czesław Wydrzycki, później znany jako Niemen. Ten sławny kompozytor i piosenkarz urodził się w małym drewnianym domku na skraju wsi, który zgodnie z ambicją miejscowego komitetu stanie się siedzibą muzeum folklorystycznego oraz izbą pamięci poświęconą zmarłemu w 2004r. piosenkarzowi. Domek na razie jest pusty, lecz słuchając opowieści kustosza wydaje się, że niebawem będzie to miejsce, które warto odwiedzić. Wieczorem dojechaliśmy do przysiółka Obrub, gdzie znajdowało się gospodarstwo agroturystyczne. Rozległa posiadłość z własnym jeziorem i basenem mocno kontrastuje z tym co dotychczas poznaliśmy. Standard oferowanych noclegów mógł już sprostać wymogom przeciętego turysty. Jednakże turystyka nie stanowi jeszcze mocnej strony Białorusi, gdyż w czasie dotychczasowej podróży napotkane obce rejestracje można było policzyć na palcach jednej ręki.

Rankiem wyruszamy w kierunku Szczuczyna. Po nieodłącznej „grawiejce” dojeżdżamy do wsi Bogdany, gdzie chcieliśmy zobaczyć pomnik upamiętniający miejsce śmierci znanego dowódcy AK porucznika Jana Piwnika „Ponurego” oraz jego żołnierzy. Napis na pomniku był dość ogólnikowy, jednak miejscowi opowiedzieli nam historię tragicznych wydarzeń z 1944r. Tablicę, która miała tutaj zostać wmurowana, zgodnie ze wskazówkami znaleźliśmy umieszczoną w Domu Polskim w Szczuczynie. Szczuczyn to pięknie położone miasteczko z obecnie remontowanym klasycystycznym pałacem rodziny Scipio del Campo, z której wywodził się pionier lotnictwa. Wcześniej rezydencja należała m.in. do Ksawerego Druckiego–Lubeckiego, który m.in. był inicjatorem budowy kanału Augustowskiego. Pałac jest malowniczo położony nad dużym stawem, a po przeciwnej stronie w wodzie odbijała się kopuła kościoła ojców Pijarów, przy którym w 1669r. założono cieszącą się dużą sławą szkołę. Istniał tu również pierwszy na ówczesnej Litwie ogród botaniczny założony przez przyrodnika – pijara Bonifacego Jundziłła.

Po upałach, które dotychczas nas nieprzerwanie nękały, nagłe ochłodzenie powitaliśmy z radością, jednak ciemne chmury na horyzoncie nie wróżyły nic dobrego. Ledwie zdążyliśmy dojechać do przystanku autobusowego, kiedy zaczęła się potężna nawałnica z piorunami. Strugi wody w momencie zamieniły drogę w rzekę, a świat zniknął w deszczowych chmurach. Ulewa jednak nie trwała długo i kiedy niebawem pojawiły się przebłyski słońca, mogliśmy kontynuować naszą rowerową peregrynację. Z zabytków, jakie spotkaliśmy w tym dniu warto odnotować przepiękne kościoły w Różance oraz w Łunnej, które zostały wykonane z kamienia polnego, a także największy na Białorusi drewniany kościół w miejscowości Wołpa. Zwiedzając te i inne zabytkowe świątynie na naszej trasie należy pamiętać, że są one w zdecydowanej większości czynne i po sowieckich czasach, kiedy służyły różnym nie-sakralnym celom, zostały w większości starannie odrestaurowane i zwrócone miejscowym społecznościom.

Wieczorem dojechaliśmy do miejscowości Mosty, gdzie zamierzaliśmy skorzystać z hotelu. Tym razem jednak ze względu na brak miejsc, okazało się to niemożliwe. Z opresji wybawił nas proboszcz kościoła katolickiego, dzięki któremu trafiliśmy na nocleg do... babci. Babcia mieszkała w niewielkim drewnianym domku obok kościoła i chętnie użyczyła nam dachu nad głową i obdzieliła nas warzywami ze swego ogródka. Nazajutrz po serdecznym pożegnaniu pojechaliśmy na spotkanie miejsc, gdzie historia styka się z miejscami znanymi z prozy Elizy Orzeszkowej. Podążając polną drogą wzdłuż majestatycznie płynącego Niemna, natrafiliśmy najpierw na wioskę Miniewicze. To tutaj pani Eliza pisała powieść „Nad Niemnem”. Zachował się autentyczny drewniany dom z epoki, obecnie w rekonstrukcji, lecz wg zapewnień robotników niedługo powstanie w nim izba pamięci pisarki. Zaprowadzili nas też do położonej w pobliskim lesie mogiły powstańców z 1863r. opatrzonej napisem „Gloria Victis” - Chwała Zwyciężonym.

Opodal leży osada Bohatyrowicze, w której napotkaliśmy rodzinę noszącą to znane nazwisko. Prowadzeni przez panią Teresę Bohatyrowicz doszliśmy do symbolicznego grobu Jana i Cecylii, położonego na wysokiej nadniemeńskiej skarpie. Błądząc po polnych drogach i bezdrożach docieramy w końcu do Swisłoczy, skąd główną drogą, poganiani przez deszcz, pędzimy do stolicy regionu - Grodna. Dotarliśmy tam o zmierzchu, więc niewiele się namyślając staliśmy się gośćmi hotelu „Inturist”. Należy jednak dodać, że standard hotelu sięgał raczej poprzedniej epoki, natomiast cena za pokój była jak najbardziej współczesna.

Cały następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Grodna, miasta, które mocno odcisnęło piętno na dawnej i współczesnej historii Polski. To tutaj często przebywali polscy królowie. Tu również dokonali żywota niektórzy z nich: Kazimierz Jagiellończyk w 1482r., wcześniej jego syn św. Kazimierz (patron Litwy) w 1484r. oraz Stefan Batory w 1586r. Tutaj odbył się też w 1793r. ostatni sejm, który zatwierdził traktat rozbiorowy, tu wreszcie mieszkał i w 1795r. abdykował ostatni król Stanisław August Poniatowski. Podczas wojny obronnej w 1939r. Grodno jako jedno z niewielu kresowych miast stawiło kilkudniowy zbrojny opór wojskom sowieckim. Przypomina o tym tablica w katedrze poświęcona miejscowym harcerzom.

Miasto jest pięknie położone nad głębokim jarem Niemna. W panoramie dominuje pojezuicki kościół św. Franciszka Ksawerego., pełniący obecnie funkcję katedry czyli siedziby biskupa. Jest to jedna z największych budowli ówczesnej Rzeczpospolitej. Malowniczo prezentują się też wieże cerkiew, pozostałych klasztorów i kościołów, pożarowej wieży dozorowej, a także futurystycznego budynku teatru. Grodno ma aż dwa zamki - stary i nowy, i oba są siedzibą bogatego muzeum historycznego. Na nadrzecznej stromej skarpie w XIIw. wybudowano cerkiew św. Borysa i Gleba. W 1856 r. doszło do nieszczęścia: część świątyni osunęła się wraz z gruntem do rzeki. Później odbudowano ją już jako drewnianą, więc całość wygląda dość oryginalnie. Równie oryginalny jest pomnik jednostek ochrony pogranicza, którego instalacja zajmuje sporych rozmiarów plac. Starówka grodzieńska jest ładnie odrestaurowana i sprawia miłe wrażenie. Równie pozytywnego zaskoczenia doznaliśmy w miejscowej księgarni bogato zaopatrzonej we wszelkie przewodniki i mapy oraz inne rarytasy bibliofilskie, których u nas nie uświadczysz. Za niewielkie pieniądze nasz bagaż wzbogacił się o interesujące każdego turystę pozycje.

Warto było zwiedzić dom - muzeum Elizy Orzeszkowej, która w tym mieście przeżyła większość życia i tu też zmarła. Jej dworek jest położony pośrodku miasta i został z pietyzmem urządzony oryginalnymi meblami, obrazami i przedmiotami codziennego użytku pisarki. Obok dworku pyszni się wyniosły katedralny sobór garnizonowy z XIXw. Wewnątrz umieszczono tablice upamiętniające ofiary wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905r. oraz poległych w Afganistanie w latach 1975-1985. Zaskoczyły mnie zupełnie nietypowe współczesne ikony przedstawiające zmagania dostojników prawosławnych z bolszewikami. Pojechaliśmy również na stary cmentarz katolicki, gdzie w gąszczu XIXw. polskich nagrobków znajduje się zadbany granitowy pomnik pisarki, a opodal jest również grobowiec jej matki – jak głosi wykuta w kamieniu inskrypcja.

Późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu i nazajutrz pożegnaliśmy to miłe miasto, obierając kurs na graniczną miejscowość Bruzgi. Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy w strefę nadgraniczną o czym przypominała ogromna tablica przydrożna. Granica w tym miejscu jest poprowadzona lądem i nie można było nie zauważyć szerokiego pasa zaoranej ziemi niczyjej, odgrodzonej z obu stron kolczastymi drutami. Tutaj, po dwu tygodniach spędzonych na rowerze i przejechaniu ok. tysiąca kilometrów, żegnamy Białoruś, kraj przyjaznych ludzi, gdzie doświadczyliśmy tylu ciekawych i pozytywnych przeżyć. Odprawa graniczna była równie sprawna jak przy wjeździe i właściwie ograniczyła się do oddania niezupełnie wypełnionych kart meldunkowych.

Siedząc w pociągu pędzącym w stronę Katowic, zrobiłem wstępne podsumowanie. Na podstawie naszych doświadczeń wysnułem konkluzję, że Białoruś jest krajem przyjaznym turystom - w tym rowerowym - pod warunkiem, że godzą się na pewną improwizację i niewygody. Drogi asfaltowe mają przyzwoitą nawierzchnię, choć większość trasy pokonaliśmy, jadąc po żwirówkach - „grawiejkach”. Nie ma problemu z zaopatrzeniem w żywność, a miejscowi są dla przyjezdnych bardzo życzliwie nastawieni. Kto jest zainteresowany historią i współczesnością dawnych Kresów na pewno nie wyjedzie stąd zawiedziony. Nie bez znaczenia jest też fakt, że ceny zarówno artykułów spożywczych, jak i usług (pociągi, muzea) jak na razie są dla nas więcej niż przystępne.

Zupełnie powaliła mnie na kolana czystość w miastach i dworcach kolejowych, wygląd przystanków autobusowych przypominających galerię sztuki, wcale nie incydentalną obecność ścieżek rowerowych, zupełny brak reklam (z wyjątkiem patriotycznych) oraz pozytywne nastawienie mieszkańców, mimo rzeczywiście niełatwych warunków finansowych. Utkwił mi też w pamięci napis zajmujący całą elewację pewnego domu w Grodnie, który głosił wszem i wobec, że: „Ja lubliu tiebia Białoruś”. Hmm... coś w tym musi być.

Rechtór-Zbyś
Galeria