Kronika
Zielony Górny Śląsk - Rybnik i okolice

07.07.2012 - 08.07.2012

Wobec dokonanej szczegółowej eksploracji terenu wokół jez. Dzierżno postanowiliśmy zmienić bazę i wybór padł na jezioro Rybnickie. Ten wielki akwen wodny zwany Rybnickim Morzem (3,5 mln m3 wody) został sztucznie stworzony przez spiętrzenie wody rzeki Ruda i służy jako… wielka chłodnica do turbin pobliskiej elektrowni. Z tego powodu jezioro w zimie nie zamarza i ma specjalny mikroklimat.

Lista uczestników była bardzo dynamiczna - to się rozszerzała, to kurczyła i ostatecznie udział wzięli: „Rozstrzapek” „Śmig” i „Rechtór”, Beskidzioków reprezentowali Monika i Czesiek, pojawili się też sympatycy wypraw żeglarsko-rowerowych Benia i Mariusz Urbankowie. Na ośrodku żeglarskim ”Koga-Kotwica” w Chwałęcicach przywitał nas Genek Klapuch, który zajął się stroną organizacyjną czyli zamówił nocleg, przewodników, pogodę, a także opracował cały scenariusz.

Razem zajęliśmy dość spory domek kampingowy, który mówiąc delikatnie najlepsze lata miał za sobą i mocno się dziwiliśmy dlaczego jest taki zaniedbany, gdyż atuty lokalizacyjne tego miejsca są niezaprzeczalne.

Niebawem pojawił się rowerowy duet z miejscowego Oddziału PTTK Bogdan Paszek i Piotr Bażan, którzy podjęli się prowadzenia naszej wyprawy. Ze względu na żar lejący się z nieba ustaliliśmy, że odwiedzimy tereny Parku Krajobrazowego „Cysterskie kompozycje” dzięki czemu korzystaliśmy z chłodnego leśnego cienia. Po drodze peletonik nieco się rozszerzył, gdyż dołączyli również dalsi sympatycy rowerów z rybnickiego PTTK tak, że ostatecznie było nas chyba z 15. Bogdan okazał się wytrawnym znawcą leśnych dróg i dróżek tego ogromnego kompleksu lasów, gdyż bezbłędnie prowadził nas w ich plątaninie więc właściwe przez cały dzień z lasu prawie nie wyjeżdżaliśmy. Po trasie odwiedziliśmy uroczysko „Schlossberg - Góra Zamkowa”, zagubioną w leśnych ostępach bardzo ciekawą leśniczówkę Wildek z charakterystyczną wieżą, wstąpiliśmy do Kuźni Raciborskiej, zobaczyliśmy leśną kapliczkę Magdalenka, przejechaliśmy przez kompleks młodego lasu powstałego w miejscu pogorzeliska po wielkim pożarze jaki miał tu miejsce w 1992r. Ten katastrofalny pożar strawił wówczas 8,5 tys. ha drzewostanu, sporo strażackiego sprzętu oraz pozbawił życia dwóch strażaków.

Pora obiadowa zastała nas w Sośnicowicach, gdzie w miejscowej gospodzie uraczono nas między innymi „golonką z pańcióm” (kto nie wie co to takiego niech zapyta tych co byli). Nadal korzystając z zaskakująco dobrych leśnych dróg dojechaliśmy do ciekawej miejscowości Rudy. Hitem tego miejsca jest niedawno odrestaurowany kompleks pocysterskich klasztornych zabudowań wraz z XIII w. gotyckim kościołem pw. Wniebowzięcia NMP i całą okolicą obfitującą w stawy zakładane przez zakonników. Następnym miejscem godnym uwagi jest skansen kolei wąskotorowej z bogatą kolekcją nieco miniaturowych przeróżnych kolejowych urządzeń. Kolejka ta nadal zresztą kursuje, choć teraz już wyłącznie jako atrakcja turystyczna. W niedalekich Stodołach zobaczyliśmy budynek krewnej JPII u której późniejszy papież bywał w studenckich czasach, a także budynek niemieckich służb celnych. Trzeba wiedzieć, że po powstaniach śląskich i plebiscycie w latach 1923-1939 tereny te podzieliła granica państwowa tak, że Stodoły były po stronie niemieckiej a sąsiednie Chwałęcice już po polskiej.

W bazie już oczekiwała nas Grażyna Klapuch, która zdążyła już przygotować grillową biesiadę. W pięknej scenerii, nad jeziorem bardzo nam smakowały przygotowane specjały - dosłownie „niebo w gębie”. A jak Genek wyciągnął gitarę, a my śpiewniki to zaczęło się „wielkie szantowanie”. Zapewne dość dobrze nam to wychodziło, gdyż niebawem dołączyli również przygodni słuchacze zaintrygowani tym koncertem. Finał naszych występów wokalnych nastąpił późno w nocy w dramatycznej scenerii przeszywających niebo błyskawic w oddali. W nocy podobno padało, choć z autopsji tego nie potwierdzam.

Nazajutrz okazało się, że pogoda była bardzo „żeglowna”, pewnie zgodnie zamówieniem naszego Genka. Oznaczało to, że wiatr dmuchał tak w sam raz aby zrealizować drugą część scenariusza naszej wyprawy. Czym prędzej sprawnie zaokrętowaliśmy się na dwie żaglówki typu „Omega”, i już mieliśmy odbijać od brzegu, aż tu nagle na molo pojawili się rowerzyści w znajomych koszulkach. To przyjechali „Proszejaciebie”, „Ziołowy”, ”Paparazzi” oraz sympatyk klubu Heniu, którzy wiedząc o tej propozycji programowej zrobili sobie niedzielny wypad rowerowy do Rybnika. Po drodze nawet zdążyli zaliczyć deszcz, o którym nikt tutaj nawet nie słyszał.

„Paparazzi” zdążył jeszcze wskoczyć do łódki i ruszyliśmy pod żaglami w poszukiwaniu marynarskich wrażeń. Tutejszy akwen jest dużo większy niż pamiętaliśmy z wypraw nad Dzierżno, toteż czuliśmy się tutaj niczym na morzu. Czyż może być coś piękniejszego niż wiatr we włosach pod żaglami? Myślę, że przebija go jedynie wiatr we włosach na rowerze.

A zatem po przycumowaniu i sklarowaniu łodzi znów pod opieką Bogdana i Piotra ruszyliśmy na rowerach tym razem w stronę Ochojca i leśniczówki Książnice, gdzie miejscowy odział PTTK organizował II Rajd przyrodniczy. Na metę dojechaliśmy akurat na „amen” więc pozostało nam przywitać się z pozostałymi i zobaczyć hodowle danieli w pobliskiej leśniczówce.

Następnie cały czas lasem przez dzielnicę miasta Paruszowiec dojechaliśmy do ogrodowej restauracji ”Basztowa” aby „wrzucić coś na ruszt”. Tutaj pożegnaliśmy się z cieszyńską ekipą, która obrała kierunek powrotny, a reszta zespołu pojechała ścieżką rowerową wzdłuż rzeki Ruda do punktu wyjścia, czyli na bazę. Tutaj nastąpiło wielkie pakowanie i już z rowerami na dachu aut rozjechaliśmy się niebawem „w różne świata strony”.

Tak zakończyła się ta weekendowa przygoda z pod znaku roweru i żagla. Przejechaliśmy łącznie 95km i mimo panujących afrykańskich upałów uważam, że była bardzo udana. Na pewno zachowamy we wdzięcznej pamięci dobre organizacyjne przygotowanie imprezy przez naszych przyjaciół - p. Klapuchów oraz profesjonalne prowadzenie przez Bogdana i Piotra.

A kto nie był… niech żałuje.

Rechtór-Zbyś
Galeria