Kronika
Z serii korzystamy ze zniżek PTTK - Bieszczady

19.09.2012 - 23.09.2012

Ubiegłoroczny wypad w Bieszczady ze "Ślimokami" tak się nam spodobał, że postanowiliśmy w tym roku sami zorganizować coś podobnego. Basia Toman, z racji swojej pracy, miała najlepsze możliwości, aby podjąć się trudu zorganizowania tej wyprawy. 19.10 o 540 grupki turystów zaczęły zbierać się w okolicach parkingu koło sądu, aby o 600 wyruszyć w dosyć długą podróż w Bieszczady. Po drodze zabraliśmy jeszcze kilka osób ze Skoczowa. Andrzej Słota - nasz niepisany przewodnik i jednocześnie kierowca - co jakiś czas opowiadał nam ciekawostki na temat mijanych miejsc. Pierwszy postój i jedyny, nie licząc normalnej "sikpauzy", był przewidziany w Łańcucie, w Muzeum wnętrz pałacowych i muzeum powozów. Pałac Potockich, w którym to muzeum się mieści, sprawia nisamowite wrażenie. Ogrom budowli, wyposażenie oraz otoczenie: park, oranżeria i budynki mieszczące muzeum powozów mogą zachwycić wszystkich. Niestety, podziwianie parku uniemożliwiła nam nadciągająca burza. Dalszą drogę do Wetliny, gdzie nocleg mieliśmy w Domu Wycieczkowym PTTK, odbyliśmy już bez żadnych niespodzianek. Andrzej cały czas nie wychodził z roli przewodnika, co na pewno było bardzo pożyteczne dla wszystkich uczestników wycieczki. Na miejscu, po rozlokowaniu się w pokojach, udaliśmy się na obiadokolację (była równie pyszna jak te zapamiętane z roku poprzedniego.

Czwartkowy poranek pokazał nam, że z wyjścia w góry raczej nic nie będzie. Pozostało więc jedynie pogodzić się z tym faktem i zorganizować jakiś wypad autokarowy. Postanowiliśmy pojechać nad Zalew Soliński. Jednakże wiejący wiatr i padający deszcz nie zachęcały do spacerów. Miłą alternatywą okazał się pobyt w zaciszu baru.

Piątek przyniósł niewielką, ale jednak, poprawę pogody. Część uczestników była chętna na wyjazd na Ukrainę, aby przejechać się trasą kolejową wiodącą przez malownicze tunele i wiadukty, a niewielka grupka, 6-8 osób, postanowiła zająć się tym po co tu przyjechała, tzn. ruszyć w góry. Grupa autokarowa, po wczesnej pobudce, udała się w kierunku Chyżnego, aby tam przekroczyć granicę. Zaraz za szlabanem było widać, że Europa "już się skończyła". Podobno nawet milicja tutaj nie używa alkomatów - wystarczy popatrzeć, który kierowca jedzie prosto... Trasa widokowa miała się rozpocząć na stacji Sjanki, ale po przyjeździe pociągu okazało się, że wycieczki nie będzie, bo tory są uszkodzone. Pozostała więc jazda w drugą stronę. Z okien pociągu można było zauważyć dysproporcje pomiędzy biednymi zagrodami ludności a bogactwem obiektów sakralnych. Miłym akcentem na koniec wycieczki była wizyta w sklepach ze słodyczami i alkoholami za niewielkie pieniądze. Jakaż to różnica między tymi sklepami przy granicy a wiejskim sklepikiem w m. Sambor, gdzie jeszcze liczy się na zwykłym liczydle.

Grupa górska podjechała busem na Przełęcz Wyżniańską, aby stamtąd rozpocząć wędrówkę. Trasa prowadziła koło Bacówki PTTK pod Małą Rawką, przez Małą Rawkę, Wielką Rawkę, na Kremenaros czyli Krzemieniec - gdzie znajduje się styk trzech granic: Polski, Ukrainy i Słowacji. Dopóki szlak wiódł lasem, można było spokojnie wędrować. Gdy tylko wyszliśmy ponad granicę lasu, okazało się z jaką siłą wieje wiatr i jak bardzo jest zimno. Na trójstyku zrobiliśmy sobie krótką przerwę na posiłek, a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną. Niektórym marzył się inny środek transportu niż własne nogi, ale na marzeniach się skończyło. Droga powrotna prowadziła ponownie przez Wielką Rawkę, Małą Rawkę, a następnie przez Dział i Przełęcz nad Wetliną do Wetliny.

Sobota przyniosła zdecydowaną poprawę pogody. Było cieplej, pokazywało się co jakiś czas słońce. Część grupy postanowiła ponownie pojechać z Andrzejem na objazdówkę po okolicy, a dość spora grupka postanowiła zdobyć Połoninę Caryńską. Tak jak dzień wcześniej, po wyjściu ponad granicę lasu, zaczęło porządnie wiać. Czasem nawet z kijkami trudno było utrzymać obrany kierunek. Jednakże szczęśliwie udało się nam przejść całą Połoninę Caryńską aż do Brzegów Górnych i wrócić do Wetliny.

Wszystko, co dobre, ma swój koniec. Tak więc i nasz pobyt w Bieszczadach dobiegł końca. Po śniadanku wskoczyliśmy do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną do Cieszyna. Pierwszym przystankiem na trasie był klasztor w Komańczy - miejsce internowania w latach 1955 - 1956 Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wysłuchaliśmy krótkiej prelekcji o historii zakonu w Komańczy oraz o pobycie w tutejszym klasztorze Prymasa. Ponownie ruszyliśmy w drogę do Żarnowca, do muzeum Marii Konopnickiej. Dworek, w którym znajduje się muzeum, jest pieczołowicie utrzymywany. Mieliśmy możliwość i okazję, aby przypomnieć sobie książeczki naszego dzieciństwa. Można również było odświeżyć w pamięci tekst "Roty". Była jeszcze jedna przerwa na obiad, a potem już prosta droga do domu.

Jarek - "Bystry"
Galeria