Kronika
I Otwarty Zlot Turystów Kolarzy - Zibołki na Ukrainie

15.05.2012 - 20.05.2012

Ilekroć brałem pióro (pardon - klawiaturę) do ręki aby opisać ten niesłychanie bogaty w przeżycia tydzień nie widziałem jak się za to zabrać - no bo jak to opisać, na co zwrócić uwagę, a co pominąć? W końcu zawziąłem się aby to uczynić, choć są to moje może nieco subiektywne odczucia.

Kiedy w marcu 2012r. na spotkaniu działaczy kolarskich w Bytomiu Michał Raczyński zapowiedział, że taki zlot będzie organizowany już wiedziałem – tam trzeba być! Tak samo pomyślało kilku Ondraszków i po różnych perypetiach 15.05.2012 samochodem z rowerami na dachu wybraliśmy się w drogę w następującym składzie: Rozstrzapek, Gwarek, Stanisław Radomski z Gliwic (Ondraszek honorowy) oraz piszący te słowa Rechtór. Naszym zamiarem było dojechać na miejsce zlotu tj. do miejscowości Zibołki leżącej ok. 15km na wschód od Żółkwi - czyli jakieś 90km od granicy.

Wyjechaliśmy o 5 rano i bez przeszkód zameldowaliśmy się ok. 1500 na przejściu Korczowa-Krakiwiec. Ustawiłem się w kolejce kilkunastu aut na ukraińskich numerach i…dość długo nic się nie działo. Niebawem pani w uniformie Służby Celnej poradziła nam żeby ustawić się na pasie „green line”. Stąd płynie doświadczenie nr 1a - jak chcesz przekroczyć wschodnią granicę sprawnie i szybko - ustaw się do właściwej kolejki. Wkrótce pomknęliśmy przepiękną nową szosą w stronę Lwowa. Z mapy wychodziło jednak, że do Żółkwi można dojechać skrótem czyli drogą oznaczoną na mapie T-1415. Po kilku kilometrach wiedziałem, że słowo „droga” nie bardzo pasuje do rzeczywistości, a po kolejnych dziesięciu stwierdziłem, że Ford Eskort r.1998 w tak ekstremalnych warunkach jeszcze nie jechał. Każda próba omijania jednej dziury kończyła się na „zaliczeniu” pięciu okolicznych, a jedna większa od drugiej! W tej sytuacji całe towarzystwo przesiadło się na rowery, i na zasadzie „baba z wozu –koniom lżej” jakoś dotelepaliśmy się do miasta. Tutaj zapamiętałem doświadczenie nr 2 - symbol drogi T oznacza pewnie droga „Terenowa”. Późnym popołudniem, ok.1800 zameldowaliśmy się już na mecie zlotu. Tutaj od razu wpadliśmy w otwarte ramiona organizatorów. Powitały nas też komary, które pewnie nie mniej od organizatorów się cieszyły z naszego przyjazdu.

Bazę stanowił dziecięcy ośrodek wypoczynkowy „Rosinka” ładnie położony w sosnowym lesie. Na Zlocie były reprezentowane chyba wszystkie regiony Ukrainy, ok. 15 gości z Polski oraz dwie przemiłe Rosjanki, które jechały tutaj pociągiem aż 4 dni! Łącznie było nas trochę ponad 100 osób. Michał Raczyński z Nysy pełnił funkcję wicekomandora, natomiast komandorem był p. Taras Pacholiuk z Lwowa - przemiły facet tryskający energią oraz pomysłami. Organizacja zlotu mocno przypominała nasze zloty przodownickie – do czego prawdopodobnie przyczynił się wicekomandor. Sprawnie przydzielono nam 4-osobowy domek campingowy, odebraliśmy świadczenia w których znalazłem dobrą mapę i trasy na każdy dzień, ładne zlotowe gadżety, informatory krajoznawcze. Po rozpoznaniu rozlokowania zlotowego obozowiska i węzła sanitarnego poszliśmy spać.

A propos tego węzła - w języku ukraińskim ludzka populacja dzieli się na Człowieka oraz Kobietę, a wiec stosowne oznaczenia „Ҷ” oraz „Ӂ” należało szukać na drzwiach ubikacji typu „Na Małysza”, natomiast a propos spania to Gwarek przytargał ze sobą cały tartak i w nocy zawzięcie na nim piłował….

16.05.środa

Jakoś przeżyłem to nocne piłowanie i o dziwo nikt poza mną niczego nie słyszał. Wstaliśmy wcześnie, bo zapowiedziano wspólny wyjazd na uroczyste otwarcie Zlotu do Żółkwi. I faktycznie o 900 sprawnie uformowany peleton wyruszył na trasę poprzedzony pilotem na skuterku do którego przytroczył narodową flagę. Na rynek wjechaliśmy z wielką pompą i rozmachem pilotowani też przez milicję blokującą wszelkie poprzeczne drogi –włącznie z międzynarodową E-372, która musieliśmy przekroczyć. Na rynku powitał nas cały sztab miejscowych oficjeli. Po uroczystych przemówieniach i powitaniach odbył się program artystyczny w którym bardzo ładnie śpiewały wokalistki od całkiem małych po większe, a wszystkie wyjątkowo urodziwe. Następnie zaproszono wszystkich na herbatkę do bufetu pod parasole. Rowery pozostawiliśmy pod opieką milicjantów i prowadzeni przez ukraińską przewodniczkę zwiedziliśmy to piękne miasto, które było siedzibą Żółkiewskich oraz Sobieskich. Można było się o tym m.in. dowiedzieć (tym razem po polsku) od proboszcza kolegiaty św. Wawrzyńca i Stanisława, która stanowi nekropolię tych zacnych i zasłużonych dla Rzeczpospolitej rodów.

Po zakończonym programie otwarcia mieliśmy wybór: wracać tą samą drogą (co wybrała większość) lub jechać według założonej i oznakowanej terenie trasy - co uczyniłem wraz z Gwarkiem i kilkoma chłopakami na MTB. Prowadził nas szef tras kolarskich – p. Mirosław Tesliuk, któremu mimo 63 wiosen na karku nie było łatwo utrzymać koła. Na szczęście po drodze było kilka sporych podjazdów co nam – kolarzom z Ondraszka pomagało, a pozostałym raczej przeszkadzało. Gdzieś połowie trasy chłopcy jednak odpadli i na bazę dojechaliśmy tylko w trójkę. Przejechaliśmy 45 km po drogach typu T oraz zupełnych bezdrożach m.in. w koleinach traktorów.

Późnym wieczorem wzięliśmy udział w konkursie piosenki – jako jeden z czterech zespołów. Nasz występ wokalny zajął ostatecznie drugie miejsce ex-equo z Rosjankami. Dla mnie jednak bezapelacyjnie to one śpiewały najładniej, lecz jury miało naprawdę ciężki wybór. Wieczorem gdy usłyszałem, że Gwarek znów wyciąga swój warsztat próbowałem zasnąć wcześniej, lecz niestety ta sztuka mi się nie udała…

17.05. czwartek

Obudziła nas nie ptaszyna, lecz deszcz bębniący po dachu naszej chałupki. A dziś w programie był Lwów. Jak trochę przestało padać peleton ubrany w różne stroje przeciwdeszczowe, w tym nawet zrobione z worków foliowych szybko się uformował i ruszył w drogę mimo, że chmury wisiały nad głową a temperatura nie przekraczała 5°C. Nie bez żalu zrezygnowałem z roweru i stałem się znów kierowcą umęczonego Forda. Moim zadaniem była teraz rola czerwonego światełka za peletonem. Jako pasażerowie dosiadło się państwo z Nysy oraz Rozstrzapek. Trasa częściowo pokrywała się z wczorajszą tak, że mniej więcej wiedziałem w którą stronę pojechali kolarze. W międzyczasie zaczęło znów padać i ja zaaferowany omijaniem co większych dziur tak kluczyłem, że znalazłem się z powrotem…. w Zibołkach. Ręce mi opadły, bo nie miałem zielonego pojęcia jak to się stało. I tutaj doświadczenie nr 3 - na bocznych drogach nie szukaj drogowskazów bo ich tam nie ma i chyba nigdy nie było.

Koniec końców dojechałem do Lwowa przez Żółkiew i zdążyłem akurat na formowanie peletonu przed wjazdem do miasta. Pomysł był taki: najpierw milicyjny radiowóz potem peleton a na końcu ja z włączonymi awaryjnymi światłami. Pomysł świetny lecz życie go niebawem zweryfikowało. Najpierw radiowóz jechał tak szybko, tak że kolumna się niemiłosiernie rozciągnęła i jako zamykający z trudem widziałem w którą stronę mamy jechać. Blisko centrum wcisnęło się między nas i kolarzy kilka autobusów… i to był już koniec mojej roli. Nie wiedząc gdzie całe to rowerowe towarzystwo pojechało „na nosa” pojechałem w kierunku centrum. Rozglądaliśmy się pilnie gdzie się wszyscy podziali, aż tu nagle z bocznej uliczki wyjechał jeden z naszych rowerzystów. Pełniąc rolę pilota doprowadził nas do ratusza, gdzie już zebrała się cała grupa. Towarzystwo było już mocno przemoknięte i zmarznięte, jednak ze względu na przygotowane media (radio, reporterzy gazet, TV) wszyscy ustawili się wraz z rowerami na dziedzińcu ratusza, gdzie odegrała się scena powitania tym razem z udziałem władz Lwowa oraz grupowego wyjazdu.

Program wspólnego zwiedzania miasta obejmował najbliższe otoczenie rynku, wyjście na 63 m wieżę ratusza (przy ładnej pogodzie rewelacyjny widok) i zakończył się w studenckiej stołówce miejscowego AWF-u. Ciepły posiłek i herbata jako tako przywróciły wszystkich do życia. Następnie rowerzyści teraz wyłącznie w asyście deszczu udali się w drogę powrotną, a my – pasażerowie auta mogliśmy spokojnie kontynuować zwiedzanie, choć pod parasolami . Mając w ręce przewodnik i mapę podjąłem się roli pilota grupy i sprawnie zwiedziliśmy zabytkowe centrum Lwowa. W programie wycieczki było jeszcze zwiedzanie Cmentarza Łyczakowskiego, który jak na złość był ulokowany po przeciwnej stronie miasta. W końcu po przyjeździe pod cmentarną bramę zanotowałem doświadczenie nr 4 - kto zrobił prawo jazdy we Lwowie da sobie radę za kółkiem chyba na całym świecie.

Po zwiedzeniu tej ważnej dla Polaków nekropolii nastąpiło pytanie – jak się wydostać na drogę powrotną do Żółkwi, gdyż znów była zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta. Pytany o to młody człowiek siedzący opodal w starej Ładzie najpierw próbował mi to wytłumaczyć, w końcu machnął ręką i powiedział żeby jechać za nim. W ten sposób zaliczyliśmy w wyścigowym tempie auto-cross po lwowskich opłotkach i w końcu wyjechaliśmy jednak na znajome już nam rondo. Odetchnąłem, podziękowałem i już bez przeszkód prawie po ciemku dojechaliśmy do bazy. I znów nie zdążyłem zasnąć przed Gwarkiem, choć Bóg mi świadkiem - bardzo się starałem.

18.05 piątek

Powitał nas piękny, słoneczny poranek. I bardzo dobrze bo na dziś przewidziano rowerowy maraton. Prawdę mówiąc nie miałem zamiaru na niego jechać myśląc raczej o programie krajoznawczym, lecz w ostatniej chwili dałem się przekonać. Pojechało nas nieco więcej, lecz wróciło 12 (w tym Gwarek). Prowadzeni przez niezawodnego Mirosława zaliczyliśmy imponująca trasę : przez Kamionkę Strumiłowską , Busk, Ostriw, Nowy Milatyn i Żówtanci łącznie ok. 120km. Teren raczej równinny więc przejazd nie był znów specjalnie wyczerpujący. Absolutnie nie żałowałem swojej decyzji, bo maraton był też połączony z programem krajoznawczym i pomimo dość dobrego oznakowania trasy nie byłbym w stanie sam wyłuskać wszystkich ciekawostek. A były to m.in.:

  • kościół w Kamionce, w którym zachowała się oryginalna tablica poświęcona H. Sienkiewiczowi.
  • urocza cerkiew drewniana w Kamionce granicząca z starym polskim cmentarzem
  • przejście przez rzekę Zachodni Bug po osobliwym improwizowanym moście wiszącym
  • piękny drewniany lecz już mocno zmurszały drewniany kościółek wiejski w wiosce Tadani.
  • cerkiew grekokatolicka w Ostriwie.

Kapłan zachwycony przybyciem naszej grupy oprowadził nas po zakamarkach świątyni (włącznie z przestrzenią sacrum za carskimi wrotami), specjalnie dla nas opuścił wiszącą nad ołtarzem cudowną ikonę, którą wszyscy kolejno całowaliśmy otrzymując błogosławieństwo i na koniec obficie pokropił nas wodą święconą za pomocą specjalnej miotełki. Następnie wskoczył na rower aby pokazać nam dalszą drogę, lecz niestety miał defekt i rower nie był do użytku. Niezrażony tym faktem zatrzymał akurat przejeżdżającego parafianina, który otrzymał polecenie wyprowadzenia naszego peletoniku. I słowo ciałem się stało - wyjechaliśmy z Ostriwa pilotowani przez archaiczną Ładę.

W wiosce Kudrawci wyznaczono półmetek maratonu w wiejskiej zagrodzie zamieszkałej przez krewnych naszego Michała. Gościnę, jaką dla nas przygotowano - obcych przecież ludzi zapamiętam na długo. Byłem bardzo wzruszony tym niezwykle serdecznym przyjęciem.

W Nowym Milatynie starsza kobieta widząc rower Gwarka przystrojony w narodową flagę zaczęła wołać za nami żebyśmy oddali obraz. Obraz - jaki obraz? Dopiero w centrum wsi przy imponującym rozmiarami kościele XVII w. pw. Jana Chrzciciela (obecnie w remoncie) okazało się, że w trakcie powojennych migracji ludności miejscowi Polacy opuszczając rodzinne strony zabrali z sobą łaskami słynącą ikonę Matki Bożej, która obecnie znajduje się w Krakowie.

Staw pełny wody mineralnej przed Nw. Milatynem. Woda z wyraźnie odczuwalnymi składnikami siarki pod własnym ciśnieniem wytryskuje na kilka metrów tworząc malowniczy gejzer oraz spory staw. I pomyśleć, że ludzie jeżdżą do wód, aby za grube pieniądze zafundować sobie coś – co tutaj jest zupełnie za darmo.

Dzięki temu, że Mirosław nieustannie nas poganiał do bazy wróciliśmy nieco po 1700 i był jeszcze czas aby uczestniczyć w rozgrywanej konkurencji rowerowej jazdy terenowej. Przejazd po leśnej trasie ok. 1 km nie był trudny, lecz jako Ondraszki nie zajęliśmy jakiś znaczących pozycji. Wieczorem odbyło się spotkanie z władzami organizacji UETC zrzeszającej stowarzyszenia zajmujące się turystyką rowerową. Należy do niej kilka państw europejskich ( w tym nasze PTTK, które tutaj było reprezentowane było przez przedstawicieli Kom. Kol. ZG PTTK). Ukraina przystąpiła w marcu br. do UETC, w związku z czym delegacja przyjechała aby omówić sprawy organizacji przyszłego międzynarodowego zlotu na tym terenie.

19.05. sobota

Na dziś przewidziano grupowy wyjazd do miejscowej Częstochowy – czyli monastyru bazylianów w Krechowie, a także do Jaworińskiego Parku Narodowego. Przed tym jednak znów zajechaliśmy na rynek w Żółkwi, gdzie ponownie odbyła się ceremonia powitania, tym razem z przy udziale oficjeli z UETC. Dalsza droga prowadziła nas do Krechowa, gdzie powitali nas przedstawiciele dyrekcji parku narodowego. Po zwiedzeniu ładnie odrestaurowanego klasztoru pojechaliśmy cała grupą do miejsca wypoczynkowego położonego już na terenie parku. Tutaj leśnicy ufundowali nam poczęstunek oraz świetną herbatę z lipowych kwiatów przyrządzoną bezpośrednio nad ogniskiem.

I znów podzieliliśmy się na dwa zgrupowania – część pojechała z powrotem tą samą drogą a część po trasie obejmującej fragmenty parku. Tym razem jeździliśmy po leśnych ostępach, piaskach i błocie pilotowani przez pracownika administracji leśnej na motorowerze. Mocno zziajani tymi zmaganiami z terenem wyjechaliśmy w końcu na drogę, gdzie oczekiwali nas … oficjele z UETC którzy podjechali tutaj luksusowym busem. I teraz już wszyscy razem podjechaliśmy na sporą przełęcz, która jest głównym wododziałem europejskim. Oznacza to, że patyk w zależności od tego do której rzeczki zostanie wrzucony dopłynie albo do Morza Czarnego albo do Bałtyku. Po pokonaniu kilku dalszych kilometrów pośród malowniczych łąk i lasów dojechaliśmy do leśnego gospodarstwa, które zajmuje się hodowlą koników… polskich. Okazało się, że Jaworiński Park Narodowy chroni wzgórza będące częścią pasma Roztocza, które jest położone po obu stronach granicy. Należy wspomnieć, że hodowla tych koni jest również specjalnością naszego Roztoczańskiego Parku Narodowego.

Po serdecznym pożegnaniu z dyrektorem parku udaliśmy się w drogę powrotną. W miejscowości Majdan znów nastąpił dylemat - albo jedziemy do Żółkwi i dalej do mety, albo też trasą wyznaczoną na dzień dzisiejszy. Nasza grupka znów się podzieliła i już w kilka osób (w tym Gwarek) prowadzeni przez niezawodnego Mirosława obraliśmy trasę, którą po przejeździe określam jako mocno terenową z podkreśleniem słowa „mocno”. Rekompensatą były wspaniałe widoki i krajobrazy – jak w swojskich Beskidach. Po zjeździe na bardziej równinne tereny Mirosław rozwinął taką szybkość, że z Gwarkiem daliśmy sobie spokój i skręciliśmy do wiejskiego sklepiku celem uzupełnienia płynów w organizmie. Przy okazji poczyniliśmy różne ciekawe spostrzeżenia obyczajowe. Na liczniku było prawie 100 km co jednak nie przeszkodziło nam uczestniczyć w zapowiedzianym konkursie krajoznawczym. Test był pisemny i obejmował zakres historii i krajoznawstwa woj. Lwowskiego. Mimo że pytania były sformułowane po ukraińsku - daliśmy radę.

Na ten ostatni już wieczór przewidziano podsumowanie zlotu, rozdanie nagród i biesiadę integracyjną. Cały program rozpoczął się ok. północy rozdaniem nagród. Byłem mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że w konkursie krajoznawczym zdobyłem I miejsce, w tym puchar oraz złoty medal. Nasz Staszek Radomski został seniorem zlotu, co podkreślono odpowiednim dyplomem. Otrzymaliśmy również medale za udział w maratonie oraz nagrodę za śpiewanie. Długo w noc przy ognisku rozbrzmiewały polsko-rosyjsko-ukraińskie pieśni, a w przerwach zajadaliśmy się kiełbaskami i ziemniakami w mundurkach gotowanymi w wielkim kotle. Niebawem nastąpiła pełna integracja i zbratanie narodów.

20.05. niedziela

Obudziłem się i czym prędzej zanotowałem doświadczenie nr 5 - odporność na piłowanie Gwarka uzyskuje się poprzez aktywny udział w ogniskach integracyjnych! Obóz powoli pustoszał, uczestnicy udawali się w różne strony świata do swych domów. My również spakowaliśmy cały majdan do auta i gdzieś około południa serdecznie pożegnaliśmy organizatorów i też ruszyliśmy w drogę powrotną. Pomni doświadczeń pojechaliśmy tym razem drogą główną (nawierzchnia super) w stronę Rawy Ruskiej – Hrebenne. Niebawem byliśmy już po sprawnie przeprowadzonej ukraińskiej odprawie granicznej (max.05 godz.) i ustawiliśmy się na drodze oznaczonej „green line” na stronie polskiej. Po gdzieś ok. 1,5 godz. czekania nie wiadomo na co zanotowałem ostatnie doświadczenie nr 1b - linia zielona na jednych przejściach jest bardziej a drugich jakby mniej zielona. Ostatecznie Straż Graniczna nam oddała paszporty i wjechaliśmy do kraju. Po pokonaniu ok. 500 km gdzieś o 200 nad ranem dnia następnego zakończyliśmy tą wyprawę w punkcie wyjścia, czyli w Cieszynie.

Po tych kilku dniach spędzonych na rajdzie twierdzę, że Ukraina to kraj który koniecznie trzeba zobaczyć – zwłaszcza na rowerze. Piękne krajobrazy, wartościowe zabytki, serdeczni i uczynni ludzie przy względnie małych kosztach pobytu i przyzwoitym zaopatrzeniu w każdym, nawet małym wiejskim sklepiku. Są to atuty, które warto pamiętać przy planowaniu kolejnych wypraw. Jednak uwaga! Najbardziej zadowoleni będą ci, którzy w swoją wyprawę wkalkulują pewne niewygody oraz dozę improwizacji.

Załączniki

Rechtór-Zbyś
Galeria