Kronika
Rowerowy wypad do Raciborza

15.07.2012

Pomysł tej wyprawy narodził się bardzo spontanicznie, a były po temu co najmniej dwa powody. Otóż niedawno gościliśmy w Cieszynie rowerowych przyjaciół z Oddziału PTTK w Raciborzu i umówiliśmy się już wstępnie na rewizytę. Ponadto wycieczka jaka została zaplanowana w kalendarium imprez na ten dzień niespodziewanie została odwołana. Łącząc te dwa fakty i dodając chęć wypróbowania nowej ścieżki rowerowej łączącej Podoborę z Racibórz miałem już gotowy przepis na udaną wyprawę.

Wcześniej uzgodniłem z Jarkiem Chacko z Raciborza możliwość przyjęcia naszej grupy i po sprawdzeniu kilometrażu oraz połączeń kolejowych zaproponowałem start o godz. 830 na dworcu kolejowym w Boguminie. W miejscu startu i tak okazało się, że większa część z naszego 35-osobowego peletonu przyjechała tu bezpośrednio na rowerach, w tym oczywiście nasi długodystansowcy z Cieszyna. Ogółem przybyło 14 Ondraszków, sporo Beskidzioków, rowerzyści z Rybnika a także i niezrzeszeni sympatycy niedzielnych wycieczek. Dzięki B. Fukale z PTTS-u dodatkową atrakcją tej trasy była możliwość zdobycia punktów do książeczki specjalnej odznaki ustanowionej dla tego rowerowego szlaku. Po serdecznych powitaniach ruszyliśmy w drogę.

Jeszcze na ulicach sennego o tym czasie Bogumina stało się coś, co w ogóle nie powinno się wydarzyć i jeszcze teraz nie mogę w to uwierzyć. Otóż jechaliśmy powoli w peletonie, kiedy nagle jadący przede mną niespodziewanie skręcił i zajechał mi drogę. To był naprawdę moment, kiedy znalazłem się na ziemi. Nie wyglądało to groźnie - prawie nie byłem poodzierany czy potargany. Natomiast przy próbie powstania przeszył mnie ogromny ból promieniujący z prawego kolana. Ciasno owinięty bandaż na tyle pomógł, że mogłem jechać dalej.

A zatem wyjechaliśmy przez Stary Bogumin do Chałupek i dalej przez Zabełków do Krzyżanowic. Tutaj oglądaliśmy ładnie utrzymany pałac Von Lichnowskich, gdzie niegdyś koncertował Liszt i Beethoven a teraz siostry Franciszkanki opiekują się niepełnosprawnymi. Dotychczas jechaliśmy drogą, a próba wjazdu na rzeczoną ścieżkę wobec braku oznakowania się nam nie udała. A zatem dalej po drodze podjechaliśmy pod romantyczne ruiny zamku w Tworkowie, a stąd już niedaleko było do Raciborza. Niebawem w opłotkach miasta spotkaliśmy się z komitetem powitalnym miejscowego oddziału PTTK z Staszkiem Żółcińskim oraz Jarkiem Chacko na czele. Teraz już wspólnie podjechaliśmy pod piastowski zamek, który po długiej odbudowie niedawno został oddany do użytku. Na dziedzińcu funkcjonariusze policji obchodzili właśnie swoje święto, a zatem mieliśmy okazje oglądać defiladę i przekazanie sztandaru. Po ładnie odrestaurowanych szacownych wnętrzach zamkowych oprowadzała nas pani przewodnik ciekawie przedstawiając jego długa historie. Byliśmy również w gotyckiej kaplicy, która ze względu na zachowane elementy architektoniczne jest nazywana „ perełką śląskiego gotyku”. Już w trakcie zwiedzania zauważyłem, że mam problemy z chodzeniem. Dalej pojechaliśmy szlakiem kościołów w stronę rynku. Sporą wiedzą na temat zwiedzanych zabytków wykazał się Staszek, który teraz podjął się roli rowerowego przewodnika. Ja z kolei stwierdziłem, że dużo lepiej mi się jeździ niż chodzi.

Po zakończeniu programu zwiedzania całym peletonem podjechaliśmy pod uroczy zameczek koło zakładów Rafako. Tutaj po wykonaniu wspólnego rodzinnego zdjęcia podzieliśmy się na dwie grupy. Długodystansowcy pojechali już ścieżką rowerową w drogę powrotną, a reszta przejechała na drugi koniec miasta, aby zwiedzić interesującą stacje pomiarów sejsmicznych oraz w pobliskiej restauracji podsumować wrażenia. Po stacji oprowadzał nas przewodnik przybliżając nam laikom przeznaczenie tych wszystkich dziwnych urządzeń oraz ciekawostki na temat badań sejsmicznych. Okazało się, że wstrząsy sejsmiczne nawet w Japonii są tutaj wyraźnie rejestrowane.

W pewnym momencie mimo, że starałem się skupić na temacie jakieś mroczki zaczęły mi latać przed oczami i jak się ocknąłem czyjeś litościwe ręce wynosiły mnie na zewnątrz. To się mi jeszcze nie przydarzyło. Choć świeże powietrze i zimna woda przywróciły mnie nieco do życia, nie bardzo czułem się na siłach przejechać jeszcze 40 km do punktu startu. Jarek zaproponował zatem , że podwiezie mnie tam samochodem. Choć początkowo się opierałem zostałem gremialnie przegłosowany. Tym sposobem moja rowerowa przygoda na jakiś czas gwałtownie zakończyła się w Raciborzu.

Jarek podwiózł mnie do Bogumina, skąd pociągiem trafiłem do Cieszyna i tutaj od razu na pogotowie. Diagnoza brzmiała niepokojąco: naderwane wiązadła w stawie kolanowym, co wróży długie leczenie. A zatem można rzec, że powiedzenie „rower to samo zdrowie” generalnie się sprawdza, za wyjątkiem nielicznych przypadków. I właśnie ten przypadek mi się przytrafił. A niech to…

Ale i tak przejechałem ponad 50km, a wyprawa i dla mnie była bardzo udana, choć ondraszkową statystykę wypadków powiększyłem o 100%.

Rechtór-Zbyś
Galeria