Kronika
Na rowerze i pod żaglami – jezioro Goczałkowickie

06.07.2013 - 07.07.2013

Przygotowania do tej wyprawy zaczęły się już po zebraniu sprawozdawczym w styczniu, gdyż zarezerwowałem wtedy stanicę wodną PTTK Pszczyna w Wiśle Małej na potrzeby wyprawy, a w trakcie spotkania oddziałów PTTK w Wegierskiej Górce uzgodniłem możliwość pilotażu wycieczki przez miejscowy Turystyczny Klub Kolarski „Koło”. Lista uczestników, jak to zazwyczaj bywa, stale się zmieniała, lecz ostatecznie nad jeziorem pojawiło się 23 Ondraszków i Beskidzioków. Państwo Hanslowie w ramach rozgrzewki przyjechali tutaj już na rowerze. Zajęliśmy cały ośrodek, ale jako, że miejsc do spania było tylko 18, kilka osób musiało skorzystać z gościnnej podłogi w świetlicy, a dwójka zajęła też łóżka w sąsiedniej stanicy harcerskiej.

Ledwie zdążyliśmy przysposobić rowery do jazdy, kiedy pojawił się nasz przewodnik. Była to sympatyczna Regina Kania - prezes klubu. Po powitaniach i wymianie drobnych pamiątek, uzgodniliśmy zasady organizacji wycieczki i ruszyliśmy w drogę. Zgodnie z planem realizowaliśmy dwa warianty tras, dlatego też w miejscowości Suszec kilkuosobowa ekipa skręciła, aby zwiedzić miejscowy prywatny skansen i skrótem wróciła do bazy. Reszta ekipy pilotowana przez panią Reginę, podążając do Promnic, zagłębiła się w kobiórskie lasy. Należy dodać, że teren był równinny, a pogoda bardzo nam sprzyjała, było ciepło, choć nie upalnie. W poprzednich dniach lało tutaj niemiłosiernie. Ogromne kałuże zajmowały nieraz całą szerokość leśnej drogi a ich głębokość była wielką niewiadomą. Rowerowe brodzenie w mętnej wodzie najbardziej chwalili ci, którzy mieli sandały na nogach, a reszta w większości miała wodę w butach. Tak więc jadąc i płynąc na przemian dojechaliśmy do Kobióra. Tutaj zobaczyliśmy miejsce dawnego podobozu KL Auschwitz oznaczone pomnikiem. Rowerowy przejazd pod kolejowym wiaduktem, gdzie prowadziła nasza trasa był pełen wody i musieliśmy jechać objazdem. Z Kobióra do Promnic prowadzi wygodna asfaltowa leśna dróżka, więc niebawem, popijając kawę podziwialiśmy bardzo malowniczy XIX w. pałacyk myśliwski. Umiejscowiony pośrodku lasów niedaleko Tychów pełni obecnie funkcję luksusowego hotelu i restauracji, będąc jednocześnie atrakcją turystyczną. Dawni właściciele von Hochbergowie z księżną Daisy przypatrywali się nam z ram starych obrazów, a wypchane popiersia upolowanej niegdyś zwierzyny wybałuszały oczy ze ścian, podczas gdy my, zwiedzając wnętrza, podziwialiśmy kunszt dawnych budowniczych oraz bogate wyposażenie.

Poganiani przez komary, których w lesie była cała armia ruszyliśmy na powrót do Kobióra, gdzie w pizzerii zarządziliśmy przerwę obiadową. Następny przystanek na trasie nastąpił w Porębie na przedmieściu Pszczyny. Tutaj zwiedziliśmy z kolei piękny klasycystyczny pałacyk nazwany Bażantarnia. Stanowi on prywatną własność i pozostaje zazwyczaj niedostępny. Szczęśliwie jednak trafiliśmy na właściciela, który opowiedział nam pałacową historię. Obecnie, po kilkunastu latach remontu, pałac można wynająć na organizację przeróżnych uroczystości. Marzeniem właściciela jest jednak reaktywacja hodowli bażantów oraz otwarcie restauracji. Hodowane tutaj bażanty w dawnych czasach stanowiły podstawę żywienia na pańskich stołach jako składnik diety na podagrę, a restauracja czynna w latach międzywojennych była szeroko znana. Lubił tu bywać nawet sam prezydent Mościcki.

Podziwiając widoki na odległe beskidzkie grónie pomknęliśmy dalej. Z korony zapory na rzece Pszczynka podziwialiśmy spore jezioro Łąka. Niebawem dotarliśmy do miejsca startu, tym samym zamknęliśmy całą 65 km pętlę. Wycieczka była urocza, lecz nie był to jeszcze koniec rowerowych atrakcji na dziś. Postanowiliśmy bowiem skorzystać z oferty nocnego zwiedzania znanych ogrodów Kapiasa w Goczałkowicach. Prawie o zmroku grupa kilkunastu śmiałków, wyjechała, aby zobaczyć te dziwy. Ogrody podświetlone punktowo różnokolorowymi światłami były zjawiskowe. Równie ciekawy był widok naszej grupy, która wracając rozświetlała mrok lampkami niczym stado robaczków świętojańskich. Ten uroczy wieczór zakończyliśmy przy ognisku opiekając kiełbaski i mocno „szantując” przy akompaniamencie gitary. Muzyczną gwiazdą wieczoru był oczywiście nieoceniony w roli gitarzysty Genek Klapuch.

Po tej wyjątkowo krótkiej nocy obudziły nas promienie słońca. Słoneczny poranek nad jeziorem, z widokiem na góry i lekką bryzą – czego można chcieć więcej? Na dziś była przewidziana część „pod żaglami”. Kiedy jednak większość zapragnęła zobaczyć wczoraj zwiedzane ogrody za dnia, więc znów utworzyliśmy dwa zespoły. Jeden pod dowództwem uprawnionych żeglarzy „Unisono” oraz Genka udał się do mariny, aby uprowadzić jacht, a drugi uformował peletonik i ruszył w stronę Goczałkowic. Trzeba przyznać, że Kapiasowe ogrody naprawdę robią spore wrażenie, zwłaszcza, że zostały założone na ”surowym korzeniu” zaledwie 5 lat temu. Dobór roślin, mała architektura ogrodowa i tematyczne zakątki budzą prawdziwy podziw dla ich założycieli. „Stary” ogród założony przy domu właścicieli z kolei zachwyca przemyślaną kompozycją i jest przykładem jak można dobrze zagospodarować nawet niewielkie obszarowo miejsce.

Następnym punktem na trasie było zwiedzanie uzdrowiska Goczałkowice Zdrój. To założone w XIX w. uzdrowisko nadal funkcjonuje na bazie borowiny oraz wydobywanych z głębi ziemi leczniczych wód siarczkowych. Życie tu toczy się swoim niespiesznym rytmem więc i my trawiąc obfity obiad poddaliśmy się błogiemu lenistwu obserwując kuracjuszy z tarasu zdrojowej restauracji.

Dalsza trasa doprowadziła nas do znajdującej się opodal korony zapory. Niegdyś była pilnie strzeżona i niedostępna, dopiero od 2010r. zaprasza, zwłaszcza rowerzystów i wrotkarzy. Ponad 3 km szerokiej, równej i prostej jak strzała drogi robi wrażenie. A tuż za betonowym murkiem - majestatyczny olbrzymi zbiornik wodny, powstały w 1956r., w wyniku przegrodzenia rzeki Wisły. Mało kto teraz pamięta, że na dnie zapory nadal tkwią pozostałości dwóch zalanych wówczas miejscowości: Zarzecza i Zabrzegu. Obraz łaskami słynącej MB Śnieżnej z zatopionego zarzeckiego kościoła można obecnie podziwiać w głównym ołtarzu kościoła w pobliskim Gołyszu.

Po powrocie, w bazie, powitał nas niespodziewany gość. Był to „Gwarek”, który odwiedził nas w drodze powrotnej z tygodniowej rowerowej podróży szlakiem WTR. Jadąc z biegiem Wisły dotarł aż za Warszawę.

Później pozostało nam tylko się spakować i też ruszyć w drogę powrotną.

W ciągu tych dwóch, pełnych pozytywnych wrażeń dni, przejechałem 120km i wiem, że warto było, co potwierdziła większość uczestników. Przy podsumowaniu postanowiliśmy, że rowerowa przygoda na pszczyńskiej ziemi powinna mieć w przyszłości swój dalszy ciąg.

Rechtór-Zbyś
Galeria