Kronika
II Otwarty Zlot Turystów Kolarzy Ukrainy - Krym

03.09.2013 - 11.09.2013

Ałuszta

Stoję pod palmą, patrzę na Morze Czarne i przeżywam swoiste deja vu. Minęły dokładnie 23 lata od czasu, kiedy na objuczonych bagażem rowerach, po prawie tygodniowej podróży autobusem marki Rober i rozlicznych przygodach, też byliśmy w tym miejscu i czasie. Tym razem podróż naszej 18 osobowej drużyny trwała 36 godzin. Dla tak licznej grupy, wraz z rowerami i bagażem, było to oczywiście dość skomplikowane przedsięwzięcie. Po przeróżnych przymiarkach ostatecznie z Cieszyna do granicy dowiózł nas polski przewoźnik. Przez przejście graniczne Medyka–Schegini przejechaliśmy na rowerach, a za granicą czekał już ukraiński autobus ze Stryja. Część siedzeń w obu autobusach była zdemontowana, aby można było wpakować rowery. Na Krym celowo przyjechaliśmy na dwa dni przed zlotem. Stanęliśmy tymczasowym obozem w kompleksie wczasowo-wypoczynkowym „Sewiernaja Dwina” w Ałuszcie i mieliśmy możliwość realizacji własnych pomysłów. Najpierw zjeździliśmy miasto, a część drużyny od razu zaległa na kamienistej plaży. Rowerowy rekonesans wykazał, że będzie tutaj trudno o kawałek poziomej drogi. W następnym dniu jedną z propozycji było zwiedzanie Jaskini Marmurowej oraz Krasnej znajdujących się po drugiej stronie łańcucha górskiego Czatyr-Dag (1441 mnpm). Krymskie góry nie są szczególnie wysokie (najwyższa to Roman Kosz 1550 mnpm), jednak oglądane z poziomu morza robią naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza, że do morza opadają stromymi urwiskami. Na przełęcz Angarską ( 752 mnpm) wyjechaliśmy trojlebusem. Linia Jałta–Symferopol, to najdłuższa i najwyżej położona linia trojlebusowa na świecie, a do tego jeszcze niezwykle tania (bilet kosztował 8 hrywien, czyli niecałe 4 złote). Próba dotarcia piechotą do jaskiń, wobec braku jakichkolwiek oznaczonych tras dojściowych, niestety się nie udała. Za radą miejscowych skorzystaliśmy z usługi prywatnych przewoźników. Po utargowaniu ceny, oryginalny Tatar o fizjonomii Bin-Ladena, w oryginalnym rozklekotanym aucie marki Ziguli, dowiózł nas po wyboistej, krętej i wąskiej górskiej drodze pod jaskinię. Po drodze dowiedziałem się, że nasz kierowca urodził się w Uzbekistanie, gdzie po wojnie jego rodziców, jak i wszystkich krymskich Tatarów, wywieziono za rzekomą i prawdziwą kolaborację z Niemcami. Jako, że kurs był umówiony w obie strony, w trakcie naszej penetracji podziemnych cudów przewoźnik cierpliwie czekał. Przejazd 15 km odcinka górskiej drogi był równie emocjonujący jak samo zwiedzanie jaskini, o której istnieniu w czasie naszego pobytu przed laty nawet nie wiedziano. Po powrocie na asfalt nabrałem respektu do tych, bądź co bądź, już nieco zabytkowych pojazdów.

Zwiedzenie drugiej jaskini wymagało dojścia pieszo do pasma gór Kiził–Koba widocznych na horyzoncie. W tym miejscu pewnie nasz Marek Koba czuł się tu jak u siebie. Jaskinia Krasna jest skomplikowaną plątaniną wielopoziomowych podziemnych korytarzy o długości ponad 25 km, przy czym nie wszystkie partie jaskini do dziś są zbadane. Do zwiedzania udostępniono tylko ok.1 km trasy, a największą atrakcją była podziemna rzeka, która nadal rzeźbi jaskiniowe komory.

Następnego dnia, już na rowerach, pojechaliśmy do bazy zlotu w miejscowości Małyj Majak, przy czym nasz bagaż pojechał w autokarze. Przebycie tej 16 km trasy wymagało pokonania niezliczonych zakrętów i mozolnego wspinania się na zbocze góry Kastieł , aby po chwili znów zjeżdżać karkołomną 4 km drogą w dół, przy przewyższeniu ok. 300 m. Do tego byliśmy już z powrotem objuczeni sakwami, gdyż kierowca widząc co się święci, odmówił przewiezienia ich w autobusie. Po drodze podziwialiśmy wspaniałe widoki oraz trafiliśmy na przemysłowy zbiór winogron (tandem: traktor+Ził), i obdarowani delektowaliśmy się niesamowicie soczystymi gronami.

Baza zlotu była ulokowana nad morzem w kilkupiętrowym ośrodku wypoczynkowym charkowskiej politechniki. Przydział kwater jako żywo przypominał stworzenie świata: „Na początku był chaos…”. Ostatecznie jednak do zmroku udało się załatwić formalności i w końcu trafiliśmy swoich „komnat”. Zapewniliśmy sobie również wyżywienie na stołówce. Było dobre i obfite, a z tego co wieczorem zostało można było spokojnie zrobić śniadanie. Jedyny problem stanowiło przybycie na obiadokolację na czas, co raczej się nam nie udawało.

Na zlot przyjechało ok. 120 gości z Polski, pociągiem oraz dwoma autokarami (plus nasz –ukraiński). Byłem nieco zdziwiony tym, że większość z nich przybyła tutaj bez rowerów, traktując je jako zbędny balast. Ogółem w zlocie uczestniczyło ok. 200 osób z Polski, Rosji i Ukrainy oraz z Czech (nasza Alena).

Następnego dnia wypchaliśmy rowery z powrotem pod znaną nam już górę, aby w ochronie policji i przy asyście karetki pogotowia zajechać barwną kawalkadą z powrotem do Ałuszty na oficjalne otwarcie imprezy. Trzeba przyznać, że organizatorzy zadbali o odpowiednią oprawę i medialny rozgłos. Uroczystość ta odbyła się na nadmorskim bulwarze i obserwowały go tłumy ludzi. Obecna była nawet TV, której okazjonalnie udzieliłem wywiadu. Po oficjalnych przemówieniach i powitaniach odbyły się interesujące występy śpiewaczo-taneczne oraz poczęstunek. Potem nasza ekipa wymknęła się na rowerach z zamiarem zobaczenia Skały Niedźwiedziej-Ajudahu, którą wieszcz Adam opiewał w swoich wierszach. Jedyny dojazd był możliwy główną arterią trawersującą górskie zbocza oddzielające wybrzeże od wnętrza półwyspu. Droga ta łączy wszystkie nadbrzeżne miejscowości i jak przystało na główną oś komunikacyjną, była też niesamowicie ruchliwa.

Korzystając z wąskiego pobocza w niemiłosiernym hałasie, inhalując się spalinami walczyliśmy z kolejnymi wzniesieniami. Pogoda była również zmienna, więc uciekając przed kolejnymi falami deszczu po ponad 20 km z ulgą skręciliśmy w stronę słynnej skały. I tutaj okazało się, że nasz pierwotny zamiar dojazdu do bazy wzdłuż wybrzeża nie jest do zrealizowania, bo droga kończy się przy bramie rządowego ośrodka wypoczynkowego. Tak więc po sesji fotograficznej z Ajudahem w tle pozostało nam jechać tą samą trasą, tylko w odwrotną stronę.

W dniu następnym wzięliśmy udział w programowej wyprawie wzdłuż łańcucha górskiego Dżemerdżi Jajła (1359 mnpm). Wczesnym rankiem podstawiono samochód do którego wpakowaliśmy nasze pojazdy (część uczestników w tym Paparazzi i D. Grzesista pojechali od razu na rowerach) i spotkaliśmy się z nimi dopiero na przełęczy Angarskiej, gdzie dojechaliśmy trojlebusem. Teraz poskładaliśmy do kupy częściowo zdemontowane rowery i w sporej grupie prowadzeni przez przewodnika pomknęliśmy asfaltem w dół. Po szalonym, chyba siedmiokilometrowym zjeździe, skręciliśmy w boczną drogę. Teraz zaczęło się prawdziwe rowerowe safari. Kamienista polna droga pełna dziur, kałuż i wybojów wiła się w malowniczy sposób w poziomie i w pionie, a panoramy na okoliczne szczyty i morze w oddali zapierały dech w piersiach. Bezbłędnie prowadzeni przez naszych przewodników dotarliśmy do malowniczych pozostałości średniowiecznej twierdzy Funa. Tutaj nastąpił dłuższy postój na zwiedzanie, a nieco dalej, następny tuż przy wejściu na „Polanę Przewidzeń”. Wg przewodnika przy odpowiednich warunkach pogodowych okolica ta gwarantuje zobaczenie zjawiska fatamorgany. My jednak pojechaliśmy dalej w kierunku majaczącej w oddali Ałuszty. Trasę tę można również przebyć konno, bądź w terenowych łazikach, nawet kilka razy mijaliśmy takie wycieczki. Szaleńczym i bardzo widokowym zjazdem dojechaliśmy w końcu aż nad morski brzeg w Ałuszcie. Teraz, po przerwie na małe jedzonko, ruszyliśmy wzdłuż brzegu w stronę bazy. Tę trasę przejechaliśmy już poprzednio, jednakże korzystając ze ścieżek znanych tylko prowadzącym, dotarliśmy do bazy, jadąc wzdłuż wybrzeża. Tym razem ominął nas stromy podjazd pod górę Kostieł. W zamian, jako dodatkową atrakcję, po drodze zaliczyliśmy przenoszenie rowerów przez terenowe przeszkody oraz przepychanie ich po kamienistej plaży dla nudystów. Choć wycieczka ta liczyła tylko nieco ponad 40km, była wg mnie jedną z piękniejszych tras na zlocie, za co zresztą na wieczornej odprawie prowadząca ekipa zebrała gromkie brawa.

Następne kilka dni poświęciliśmy na spotkanie z najciekawszymi miejscowościami Krymu. Sudak, Teodozja, Stary Krym, Bakczysaraj, Sewastopol, Ałupka, Liwadia, Jałta - wszystkie te piękne miejsca, wspaniałe pałace i twierdze, miejsca gdzie tworzyła się historia było nam dane zwiedzić, choć ze względu na odległości - autobusem. Trzeba dodać, że w Bakczysaraju, w oryginalnej tatarskiej restauracji, próbowaliśmy też miejscowych specjałów: danie o nazwie łachman oraz placki czeburek.

Po drodze miałem nieodparte wrażenie, że część z tych miejsc już wcześniej widziałem, bowiem trasa częściowo pokrywała się z naszymi rajdowymi drogami sprzed kilkudziesięciu laty. Największe wrażenie zrobiła na mnie niesamowicie górzysta droga Rybaczoje–Sudak. Autobus nie bez problemu pokonywał kolejne zakręty drapiąc się w górę czy jadąc w dół, a ja nie mogłem uwierzyć, że tę trasę przejechałem wówczas rowerem!.

Ostatni dzień pobytu poświęciliśmy na rowerową wycieczkę po morskim wybrzeżu na wschód od Niedźwiedziej Skały. W składzie Gwarek, Afi, Rechtór, Ala-pala i Justyna Pawlik wypchaliśmy rowery na znaną już drogę główną i m.in. przez Puszkino, Gurzuf dotarliśmy do miejscowości Nikita. Tutaj po długim i krętym zjeździe stanęliśmy przed wejściem do wspaniałego ogrodu botanicznego „Nikitski Botaniczeski Sad”. Arboretum to założono prawie 200 lat temu, więc niektóre okazy też były naprawdę wiekowe. Różnorodność kształtów, barw oraz gatunków roślin właściwym tropikom (w tym najprawdziwszy lasek bambusowy, z którego wystawało popiersie Lenina) przyprawiała o zawrót głowy. I to wszystko rosło nie w szklarni, lecz pod gołym niebem! Następnie korzystając z malowniczej nadmorskiej drogi dojechaliśmy do Jałty „kuchennymi drzwiami”. Po drodze zaliczyliśmy dodatkowe posiedzenie w wykwintnej restauracji położonej nad samym morzem z rewelacyjnym widokiem na miasto. Gwarek czekając na danie nawet kąpał się w morzu.

W Jałcie najbardziej znany jest długi i szeroki nadmorski bulwar, jednak przyjemność spaceru trochę psuły przewalające się tłumy wczasowiczów. Tutaj sezon jak widać trwa w najlepsze.

Zobaczyliśmy jeszcze słynny nadmorski hotel „Oreanda” oraz piękną cerkiew. Na dokładniejsze poznanie miasta nie starczyło jednak czasu, bo czekało nas jeszcze ponad dwadzieścia kilometrów górzystej trasy do bazy. Pomysł wykorzystania komunikacji miejskiej upadł już na początku, gdyż kierowca od razu zapowiedział, że nie ma miejsca na rowery. Nie zwlekając rozpoczęliśmy wspinaczkę pod pierwsze serpentyny wyjazdowe z miasta, aż tu nagle zatrzymuje się przy nas inny pusty trojlebus i pani kierowca uprzejmie zapytała się czy chcemy się wybrać do Massandry? Oczywiście, że tak! I w ten sposób dojechaliśmy „za friko” na przedmieścia Jałty, mając już pierwszą górę za sobą. Dalej już nie było tak łatwo, więc pokonując kolejne góry i zjazdy prawie po ciemku dotarliśmy w końcu do bazy. W tym dniu przejechaliśmy 57 km, co było naszym rekordem długości trasy na zlocie.

W ostatni wieczór, przy miejscowych specjałach, zrobiliśmy podsumowanie wyprawy, na którym uczestnicy dzielili się swoimi wrażeniami z tego prawie dwutygodniowego pobytu. Były uwagi co do organizacji zlotu, czy innych zaniedbań, lecz po drugiej stronie równoważyły je wspaniałe krajobrazy, piękne zabytki, sporo pozytywnych przeżyć i przygód. Sumarycznie więc wyjeżdżaliśmy zadowoleni, a niektórzy z mocnym postanowieniem, że jeszcze tutaj powrócą.

Nazajutrz ok. 10.00 wyruszyliśmy w drogę powrotną osiągając graniczne Schegini, po pełnej dobie spędzonej w autobusie, odwiedzając spotykane po drodze przydrożne stragany oraz poszukując toalet na stacjach benzynowych. Przejście granicy przeszło gładko, nie licząc stresu wywołanego widokiem tłumu szturmującego placówkę odpraw Straży Granicznej. Jednak dla nas uczyniono wyjątek blokując cały ten ruch, abyśmy mogli się przecisnąć z rowerami na drugą stronę. A tutaj pozostało nam tylko wsiąść do następnego autobusu. I tak bez przeszkód dotarliśmy ok. 23.00 do Cieszyna, kończąc tym samym rajdową przygodę.
W wyprawie udział wzięli Ondraszki:

  • Zbyszek Pawlik „Rechtór” szef grupy
  • Janina Pawlik „Afi”
  • Alicja Pawlik „Alapala”
  • Justyna Pawlik
  • Jadwiga Rezmer „Ośka”
  • Jarek Rezmer „Bystry”
  • Maryla Biłko –Holisz „Rozstrzapek”
  • Jan Turoń „Chart”
  • Kazik Szewczyk „Gwarek”
  • Piotr Hamera „Paparazzi”
  • Andrzej Nowak „Skryba”
  • Leszek Nowak”Przypon”
  • Krystyna Pawliczek
  • Ryszard Pawliczek
  • Darek Grzesista
oraz gościnnie:
  • Marian Stokowiec „Lustereczko” TKK „Wandrus” Żory
  • Marek Koba PTTK Jaworzno
  • Alena Faberova –PTTS w RCz
Wspominaną w tekście poprzednią wyprawę na Krym pamiętają: Rozstrzapek, Afi i Rechtór
Rechtór-Zbyś
Galeria