Kronika
Z rowerową wizytą u sąsiadów - nad jeziorem Żywieckim

18.08.2013

Stare doświadczenie uczy, że pierwsze pomysły bywają najlepsze. Zasada ta tym razem się nie sprawdziła, gdyż pierwotnie wyznaczony termin tej wyprawy (10.08.2013) ze względu na deszcz został zmieniony. Przeniesienie go na następną niedzielę przyniosło wspaniałą pogodę, co odbiło się też korzystnie na frekwencji - było nas 19, z czego niektórzy przyjechali tutaj na bicyklach aż z Cieszyna i Hażlacha! A tymi ługodystansowcami byli: Paparazzi, H. Nowak oraz sympatycy klubu państwo Kusiowe. Przy dworcu PKP w Bielsku-Białej czekał już Krzysztof Sumera – prowadzący, oraz Włodek Nowak – pomysłodawca trasy.

Celem było zwiedzanie okolicy z pobytem nad zaporą żywiecką, więc po krótkiej odprawie ruszyliśmy w drogę. Od razu spostrzegliśmy, że to niegdyś wojewódzkie miasto jest przyjazne rowerzystom, gdyż poruszaliśmy się wyłącznie dedykowanymi ścieżkami bocznymi ulicami. Warunek był jeden, trzeba było na nie trafić, co bez miejscowego przewodnika pewnie nie byłoby takie proste.

Jechaliśmy cały czas wzdłuż rzeki Białej - dawnej granicy miedzy Galicją a Królestwem Polskim. Rzeka stopniowo się zwężała i zamieniała się w wąski strumyczek. W Mikuszowicach Krakowskich zwiedziliśmy ładny kościółek drewniany powołania. św. Barbary. Choć z zewnątrz niezbyt widoczny bo ukryty za drzewami, wewnątrz można było się zachwycić bogatym wyposażeniem - wspaniałymi polichromiami w całości pokrywającymi ściany oraz gotyckim tryptykiem ołtarzowym. Następną miejscowością na trasie były Wilkowice, gdzie zwiedziliśmy kościół powołania Michała Archanioła. Ten Boży przybytek był murowany i zastąpił w 1900r. istniejącą tutaj dawną drewnianą świątynię. W tym kościele zachwyciły nas z kolei witraże. Godne uwagi było też samo położenie z piękną panoramą na okoliczne beskidzkie „grónie”.

Od tego miejsca teren zaczął mocno się wznosić, więc jadąc przez wioskę mozolnie zdobyliśmy najwyższy punkt trasy, skąd wspaniałym długim zjazdem trafiliśmy prosto do Łodygowic. Teraz chcąc nie chcąc musieliśmy włączyć się w sznur pojazdów aby dojechać do Czernichowa. Wszyscy jechali w tym samym kierunku spragnieni wody i ochłody. Droga wąska i kręta powstała po utworzeniu jeziora Żywieckiego, a rekompensatą za te uciążliwości były towarzyszące nam widoki na jezioro i okoliczne góry. Trzeba uczciwie przyznać, że kierowcy nie udowadniali wyższości auta nad rowerem i sporymi odcinkami jechali cierpliwie w naszym tempie.

Kolejnym naszym celem była przystań stateczku „Piotruś Pan” w Małej Tresnej. Główną atrakcją był rejs dookoła jeziora , a po powrocie na przystani czekał na nas jeszcze dodatkowy bonus: wspaniała wędzona rybka (do tego gratis!). Dalszą część obżarstwa uskuteczniliśmy w nieodległym Międzybrodziu Bialskim, gdzie również nastąpił dłuższy popas. W dobrych nastrojach zmierzyliśmy się teraz z prawdziwym wyzwaniem, gdyż do Bielska zamierzaliśmy wrócić przez przełęcz Przegibek (683 mnpm) w samym centrum Parku Krajobrazowego Beskid Mały. Początkowo nieznacznie, następnie coraz bardziej konsekwentnie droga wznosiła się coraz wyżej i wyżej więc nic dziwnego, że nasz początkowo zwarty peletonik coraz bardziej się wydłużał. W końcowym odcinku serpentyny i patelnie zupełnie nas podzieliły, więc na przełęcz dojeżdżaliśmy bądź dochodziliśmy już pojedynczo.

Trzeba zaznaczyć, że na przełęcz pierwszy wyjechał Henryk Nowak, następnie Rysiek i Krysia (!) Pawliczkowie, potem „Gwarek”, a po dłuuuugiej chwili zmachany Rechtór oraz dalsi uczestnicy. Na tej wysokości lody które zafundował prowadzący oraz inne napoje smakowały naprawdę wyjątkowo. Nagrodą za włożony wysiłek był rewelacyjny zjazd, który oczywiście wydawał się jak zwykle za krótki. W Bielsku korzystając znów ze ścieżek rowerowych sprawnie dojechaliśmy do punku startu zamykając 53 km pętlę. Na zakończenie W. Nowak zebrał gromkie brawa za zorganizowanie tej wyprawy.

Dla części uczestników było to już koniec wycieczki, jednak dla wspomnianych długodystansowców jedynie zakończenie etapu, bo docelowo musieli jeszcze wrócić do Cieszyna. Myślę, że formuła tej wycieczki jako „rowerowej wizyty u sąsiada” potwierdziła, że tereny które są większości z nas bardziej lub mniej znane również warto odwiedzić na rowerze, gdyż można je poznać z zupełnie innej perspektywy.

Rechtór
Galeria