Kronika
W krainie jezior - Finlandia

05.07.2014 - 19.07.2014

Pomysł wyprawy do tej zupełnie nieznanej dla nas krainy powstał w rozmowach z naszym webmasterem Adminem - A. Kłodowskim, specem od ondraszkowej strony internetowej. „Admin” swego czasu w ramach studenckiej wymiany wyjechał na studia do miejscowości Lappeenranta w Karelii Południowej i osiadł tu już na stałe. Pomysł godny realizacji – warto przecież zobaczyć kraj, gdzie powstaje klubowe „okno na świat”.

Po wielu konsultacjach i rozważaniach jak go zrealizować stanęło na tym, że samochodami dojedziemy do Estonii, natomiast Finlandię będziemy oglądać wyłącznie z wysokości rowerowego siodełka. Jak wiadomo nie jest to kraj tani dla turystów, a i pogoda bywa tam różnista, należało więc zabrać ze sobą prowiant, spanie i ubranie i to wszystko umieścić na rowerze. Takie wyprawy pamiętają chyba tylko najstarsze stażem Ondraszki. To wszystko miało też wpływ na frekwencję i ostatecznie na liście śmiałków pozostała tylko familia Pawlików: Afi, Rechtór, Alapala i Justyna.

Poczyniliśmy jeszcze jedno założenie, że program będziemy planować i realizować na bieżąco. Miało to tę zaletę, że nikt nigdzie na nas nie czekał i tylko od nas zależało co będziemy zwiedzać i gdzie w danym dniu będziemy rozbijać nasz dach nad głową. Wyruszyliśmy zatem 6.07.2014 w niedzielne południe, a dojazd podzieliliśmy na następujące odcinki: Cieszyn – Augustów, Augustów – Ryga (Łotwa), Ryga – Parnava (Estonia), Parnawa – Tallin.

Po drodze odwiedziliśmy Górę Krzyży w Szawlach na Litwie, zachwyciliśmy się Rygą pięknie położoną nad brzegiem Dźwiny, przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża Zatoki Ryskiej z pięknymi i pustymi (mimo sezonu!) plażami, zwiedziliśmy piękne miasto Jelgawa – Mitawa onegdaj należące do Rzeczypospolitej, spacerowaliśmy po średniowiecznych uliczkach Tallina podziwiając wspaniałe budowle estońskiej stolicy. Tutaj też rozstaliśmy się na przeszło tydzień z autem i wczesnym rankiem 9.07.2014 wraz z objuczonymi rowerami zostaliśmy zaokrętowani na wielopokładowy estoński prom o nazwie „Super Star”.

Spacerkiem po Helsinkach

Po ok. dwóch godzinach rejsu przez Zatokę Fińską na horyzoncie ukazały się zabudowania Helsinek - stolicy Finlandii. Na początek, naszym zwyczajem, odszukaliśmy biuro informacji turystycznej. Wyszliśmy z niego zachwyceni, gdyż mnogość wszelakich publikacji, w tym map, robiła wrażenie. Następnym etapem było odszukanie campingu, który znajdował się kilkanaście kilometrów od centrum. Dojechaliśmy tam nie bez problemu, gdyż zagęszczenie ścieżek rowerowych czasem wręcz przeszkadzało. Jednak już po pierwszych kilometrach chrobotanie w tylnym kole mojego bicykla zwiastowało problemy.

Miejski camping „Rastilla” za jedyne 35 €/noc oferował wszystko co nam było potrzebne. Po rozbiciu namiotu już bez bagażu wróciliśmy do centrum, aby z bliska zobaczyć stolicę. Nasze wyobrażenie o Helsinkach należało mocno zweryfikować: choć mieszka tu 1,2 mln ludzi w niczym nie przypomina innych znanych nam stolic z drapaczami chmur. Istnieje nawet dowcip, że najwyższym budynkiem w Helsinkach jest… prom w czasie jego pobytu w porcie. Większość zabytkowych budowli powstała tutaj w XVIII w. za czasów imperialnej Rosji, kiedy ziemie te należały do Wielkiego Księstwa Finlandii pod berłem cara. Nadal łaskawym okiem spogląda na nie car Aleksander II z cokołu umieszczonego pośrodku centralnego placu pod monumentalną białą katedrą. Jest tutaj dużo zieleni i parków, a poza ścisłym centrum miasto jest zespołem luźno rozrzuconych dzielnic.

Po przeszło 60 km spędzonych na miejskich ścieżkach rowerowych wróciliśmy do bazy, przy czym stan mojego bicykla był już alarmujący. Jedyna rada to pomoc serwisu rowerowego, lecz mimo że pilnie go wypatrywałem nie udało mi się go znaleźć. Na szczęście w recepcji campingu wiedzieli gdzie go szukać i następnego ranka spotkałem się z sympatycznym serwisantem w jego warsztacie wypełnionym po sufit rowerami. To, że nie znał angielskiego ani ja fińskiego nie było problemem: pismo obrazkowe i gestykulacja przyniosła spodziewany efekt. Po kilku godzinach tylna piasta została naprawiona. Załadowaliśmy zatem cały majdan na rowery i w drogę.

Ruszamy w drogę

Nasza trasa prowadziła na wschód równolegle do wybrzeża Zatoki Fińskiej, po lokalnej drodze numer 170. Korzystając cały czas z wygodnej ścieżki rowerowej dojechaliśmy wieczorem do miejscowości Porvoo. Po rozstawieniu namiotu na campingu wróciliśmy do miasta, o którym wiele dobrego napisano w przewodniku. I faktycznie historyczne centrum wyglądało jakby czas zatrzymał się tutaj w miejscu. Urocze kolorowe niskie drewniane domki w zwartej zabudowie, brukowane wąskie zaułki i uliczki, malowniczo przerzucone mosty nad rzeką i górujący nad tym średniowieczny kościół. Miejsce magiczne!

W dniu następnym, nadal korzystając z rowerowej ścieżki, dojechaliśmy do Loviisy. To miasto miało również malowniczą drewnianą starówkę zbudowaną wzdłuż wcinającej się w ląd morskiej zatoki, lecz miało też i pizzerię poleconą nam przez panią, która z zainteresowaniem zagadnęła nas pod biurem informacji turystycznej. Porcja kebaba za 7,50 €/osobę wystarczyła nam na przygotowanie posiłku jeszcze w dniu następnym! I do tego ważna nauka – wszelkie sałatki, chleb oraz woda jest dodawana gratisowo w nielimitowanych ilościach do każdego zamówienia. Woda w dzbankach wyciągnięta wprost z lodówki była nieoceniona, gdyż od początku podróży (i jak się okazało aż do końca) było ekstremalnie gorąco, co nas oczywiście mocno zaskoczyło. A woda w Finlandii jest tak dobrej jakości, że można ja pić wprost z kranu. Odwiedziliśmy również fort zbudowany w XVI w przez Szwedów i raptem przenieśliśmy się kilka wieków wstecz. Akurat obywał się tutaj historyczny festyn i ludziska poprzebierani w stroje z epoki kręcili się między straganami. Ku naszemu zdziwieniu – słysząc nasze komentarze jakaś średniowieczna mieszczka pozdrowiła nas po polsku! Okazało się, że to polsko–fińskie małżeństwo wystawiło tutaj swój stragan z pamiątkami z epoki. Zapytałem ją wprost jak radzi sobie z językiem, gdyż fiński niestety nie przypomina żadnego innego ludzkiego języka, a mitem jest że jest podobny do węgierskiego. Odpowiedziała, że po 10 latach pobytu nadal się go uczy i tylko powszechna znajomość angielskiego przez tubylców ratuje wszelkiej maści turystów. Dodam, że wszelkie napisy, informacje i nazwy miejscowości są tutaj podawane w dwóch językach, lecz tym drugim jest… szwedzki, którym posługuje się duży odsetek Finów (około 5,6%). Kilka przykładów z języka fińskiego - proszę bardzo:

  • keskusta - centrum,
  • matka - podróż,
  • hyvää paivää - dzień dobry,
  • polkupyörä – rower,
  • leipa – chleb,
  • olut – piwo
  • puu – drzewo
  • kuu – księżyc lub miesiąc
  • muu – inny
  • suu – usta
  • hissi – winda
  • koti – dom
  • kotka - orzeł
Generalnie można się zakręcić. Można jeszcze dodać, że na określenie śniegu Finowie mają ponad 100 różnych słów – w końcu zima tu trwa pół roku, a śnieg śniegowi nierówny.

Nasze odkrycia

Tego wieczoru nie było campingu w pobliżu, więc nasz namiot stanął „na dziko” nad brzegiem uroczego jeziora. A że na tej szerokości geograficznej nawet o północy nie jest jeszcze ciemno więc mimo później pory był czas na przygotowanie biwaku i wieczorną kąpiel w jeziorze. Nawet i tutaj mieliśmy dostęp do WC przy niedalekiej plaży. Mocno zastanowiła nas dziwna konstrukcja wyglądająca jak polowa umywalnia składająca się z długich koryt z instalacją wodną oraz drewnianymi stelażami. Tajemnica wyjaśniła się następnego dnia – w niedzielę. Otóż lokalną tradycją niedzielnych poranków jest grupowe pranie dywanów, do czego właśnie stworzono te zmyślne konstrukcje. Mieszkańcy przyniesione dywany i chodniki zawzięcie szczotkowali na mokro, po czym wykręcali na wielkiej ręcznej wyżymaczce. Przy tym oczywiście miało miejsce komentowanie lokalnych wydarzeń. Sądząc po badawczych spojrzeniach też byliśmy tematem.

Następną ciekawą miejscowością było miasto portowe Kotka – czyli jak nazwa wskazuje po naszemu – Orzeł. Mimo iż samo miasteczko nie jest wielkie, to jest to największy po Helsinkach port, więc i ruch na ulicach jest spory. W automacie informacji turystycznej otrzymaliśmy mapę miasta i tak wyposażeni ruszyliśmy na jego eksplorację. Odwiedziliśmy portowe nabrzeże z historycznym lodołamaczem wybudowanym jeszcze w carskiej Rosji (obecnie muzeum - najstarsza tego typu jednostka na świecie), piękne centrum z parkiem, fontanną i drzewem rosnącym w ogromnej doniczce, a także wodny ogród Sapokka. Ten ostatni ze względu na niemiłosierny upał szczególnie nas ucieszył. Już na wyjeździe wpadliśmy wprost na samotnego turystę-kolarza z Rosji, który już kończył swą rowerową przygodę w Finlandii. Po wymianie doświadczeń i pamiątek ruszyliśmy dalej do nieodległej Haminy.

Namiot rozstawiliśmy na campingu nad brzegiem morza. Odnotować należy, że coraz częściej było słychać język rosyjski. Sąsiad z którym przyjemnie gawędziłem (i jak się okazało ma polskie korzenie) był np. aktorem teatru z Sankt Petersburga.

Na królewskiej drodze

Następnego dnia specjalnie nadłożyliśmy drogi, aby zobaczyć Haminę czyli miasto-garnizon. Wybudowane wedle kanonów XVIII w. sztuki obronnej, zostało otoczone doskonale zachowanymi bastionami artyleryjskimi, zbudowanymi na planie regularnej gwiazdy. Pośrodku znajduje się rynek z ratuszem i ulice rozchodzą się od niego promieniście we wszystkich kierunkach. W 1783r. zawarto tutaj traktat pokojowy w konflikcie między Szwecją a Rosją, i ta historia nieco łączy Haminę z Cieszynem, bo Cieszyn mniej więcej w tym samym czasie był również miejscem zawarcia podobnego traktatu. Część fortyfikacji służy armii po dziś. Tradycje woskowe podtrzymuje szkoła oficerska oraz muzeum. Niestety był poniedziałek, więc udało się nam wejść tylko do luterańskiego kościoła, lecz za to w towarzystwie pani przewodnik, a także zobaczyć udostępnione forteczne umocnienia.

Następne kilkadziesiąt kilometrów pokonaliśmy korzystając z „drogi królewskiej”. Obecnie jest lokalna dość wąska asfaltowa droga, ale dawniej był to bardzo ważny trakt kupiecki i pocztowy łączący wschód (Wyborg) z zachodem (Turku). Droga wiła się malowniczo wspinając się na kolejne nawet całkiem strome pagórki, tym samym przyszło nam zweryfikować nasze wyobrażenie o „płaskiej” Finlandii.

Ponadto jechaliśmy przeważnie w lesie dającym przyjemny cień oraz sosnowo-poziomkowy zapach. Poziomki i grzyby rosły tu wszędzie nawet w przydrożnych rowach. Z rzadka spotykaliśmy wioski, które i tak wyglądały na całkiem wyludnione. Wieczorem dojechaliśmy do campingu w Virolahti. Był malowniczo położony kilka kilometrów od drogi, nad głęboko wciętą morską zatoką i według naszej opinii najlepszy z dotychczas spotkanych. Byliśmy tutaj prawie sami, a cisza i spokój być może są związane z brakiem informacji przy drodze głównej. Kto nie wiedział po prostu nie trafił. Skorzystaliśmy z dobrze wyposażonej kuchni, a poranną kawę celebrowaliśmy na tarasie sauny z widokiem na zatokę.

Wertując materiały informacyjne dowiedziałem się, że opodal przebiega „Salpalinja” co warto było zobaczyć. Fortyfikacje Salpa zostały zbudowane przez Finów po przegranej Wojnie Zimowej 1939-1940r., kiedy ZSRR „połknęło” cały region Wyborga przesuwając na zachód swoją granicę. Linia została wybudowana wielkim nakładem sił i środków dla ochrony nowo wytyczonej granicy. Ostatecznie jednak nie została wykorzystana i teraz jest tylko atrakcją turystyczną. Teraz skręciliśmy na północ i stopniowo oddalając się od wybrzeża dojechaliśmy do miejscowości Hamikkääla, gdzie znajdowała się jedna z pozycji ryglowych fortyfikacji. Wykute w litej skale bunkry i transzeje, zapory przeciwczołgowe z granitowych bloków i zasieki z kolczastego drutu. To wszystko można było zobaczyć ukryte w lesie i to w stanie jakby przed chwilą opuściła je załoga. Penetracja tego wszystkiego zajęła trochę czasu, lecz do miasta Lappeenranta, gdzie zamierzaliśmy dojechać nie było blisko. Obsługa miejscowego „Punahilkka” czyli Czerwony Kapturek (bar o takiej nazwie) zapewnił nas, że nie powinno być więcej niż 40 km. Ruszyliśmy zatem ostro naprzód a tu ku naszemu zdziwieniu asfalt się niebawem skończył i jechaliśmy ponad 20 km mocno pofałdowaną drogą gruntową przez lasy i pola. Zmachani dojechaliśmy w końcu późnym popołudniem do asfaltu, a tutaj stał drogowskaz z napisem „Lappeenranta 52km”. I co wtedy robią Ondraszki? Ondraszki wtedy robią kawę. Korzystając z własnych zapasów wody, przy kawie rozsiedliśmy się w przydrożnej altanie rozważając szanse dojechania do celu. W tym dniu padł rekord długości trasy na rowerze z bagażem (ponad 100 km), lecz jednak na camping w Lappeenrancie dojechaliśmy przed zmrokiem.

Tam gdzie powstaje klubowe okno na świat

Tego dnia pierwsze kroki skierowaliśmy do nowoczesnego budynku Uniwersytetu Technicznego, gdzie nasz „Admin” jest pracownikiem naukowym. Po przedarciu się przez plątaninę pięter i gąszczu korytarzy stanęliśmy w końcu przed właściwymi drzwiami a tu niestety… zamknięte!. Na szczęście w sąsiednim pomieszczeniu urzędowano i spotkanie umówiliśmy telefonicznie. Niebawem Adam przyjechał i oprowadził nas po swoim podwórku. Uczelnia jest dobrym przykładem fińskich inwestycji w naukę. Studenci rozważają problemy nie tylko teoretycznie, ale i mają możliwość praktycznego sprawdzenia pomysłów. Widzieliśmy np. symulator konia do trenowania jeźdźców, silnik na sprężone powietrze, samochodzik do zjazdu z górki i inne konstrukcje. I to wszystko powstało w uczelnianych warsztatach. Adam z kolei jest koordynatorem trzech poważnych projektów na zamówienie przemysłu i Fińskiej Akademii Nauk, które finansują badania. Spore wrażenie robi nowoczesny kompleks budynków uczelni wraz niezbędnymi dodatkami: uczelnianej sauny nad jeziorem oraz odrębnym zabytkowym budynkiem „imprezowni”.

Nadwątlone zwiedzaniem siły podreperowaliśmy w poleconej pizzerii. Hitem okazała się pizza w rozmiarze koła od wozu z tradycyjnym Fińskim nadzieniem z renifera. Przy okazji potwierdził się sposób serwowania poznany już w Haminie (z sałatkami gratis) - To działa! Popołudnie poświęciliśmy na rowerowe zwiedzanie Lappeenranty - stolicy regionu. Nazwa podobno oznacza dzikusa - kogoś nieokrzesanego. Wyjaśniałoby to rodowód rzeźby brodatego faceta z pałą w ręce, który zdobił pole namiotowe. Miasto choć pochodzi od dzikusa robi jednak przyjemne wrażenie. Pięknie położone nad brzegiem największego w Finlandii jeziora Saimaa liczy ok. 58 tys. mieszkańców, więc jak na tutejsze warunki to metropolia. Okwiecony bulwar Kaupakatu prowadzi do portu oraz wspaniale zachowanej twierdzy wybudowanej przez Rosjan w 1775r. Jest to kompleks historycznych budynków otoczonych kamienno-ziemnymi bastionami, które są siedzibą kilku muzeów. Warto zobaczyć m.in. muzeum kawalerii (byłem) czy muzeum Karelii Południowej (nie byłem). To ostanie przedstawia losy ziemi utraconej (czyli okolic obecnie rosyjskiego Wyborga), które Finowie traktują podobnie jak my utracone Kresy.

Opodal, nad brzegiem jeziora spotkaliśmy kolejną atrakcję regionu - rzeźby z piasku. Tematyka każdego roku się zmienia, w roku 2014 tematem przewodnim jest muzyka. Można było więc zobaczyć piaskowego Edisona – wynalazcę gramofonu, fińskiego kompozytora Sibeliusa, czy też misternie zrobione z piasku alegorie różnych muzycznych trendów i wydarzeń. Objechaliśmy dookoła port ze sporą mariną (spostrzeżenie: Tulli – to urząd celny), wstąpiliśmy też do dawnej cerkwi zbudowanej na planie krzyża (obecnie kościoła luterańskiego). Odwiedziliśmy stary cmentarz z dużą kwaterą wojskową oraz czymś na kształt ściany pamięci - w granicie wyryto tysiące nazwisk poległych w obu wojnach 1939-1944.

Wieczorem złożyliśmy wizytę u państwa Kłodowskich, którzy mieszkają we własnym ładnym drewnianym domku położonym w dość odległej dzielnicy nad jeziorem. Doprawdy nasza strona internetowa powstaje w uroczym miejscu. Na koniec miłego spotkania umówiliśmy się na wspólną rowerową wycieczkę do Imatry.

W stronę Imatry

W tej, dla nas ostatniej w czasie tej wycieczki na fińskiej ziemi rowerowej wyprawie udział wzięła również Magda – żona Adama. Nasze bicykle uwolnione od wleczonego co dzień bagażu rwały do przodu jak szalone. Prowadził Adam, który bywał tu wcześniej, więc jechaliśmy bocznymi drogami wzdłuż jeziora Saimaa, w idyllicznej wiejskiej scenerii i to w większej części rowerowymi ścieżkami. Imatra to nadgranicze miasto – (do rosyjskiego Svetogorska było tylko kilka kilometrów) jest znane z wyjątkowej atrakcji. Na rzece Vuoksi wybudowano w 1929r. elektrownię, dzięki czemu powstało duże jezioro zaporowe, z którego codziennie w ciągu wakacji jako turystyczna atrakcja jest spuszczana woda, a całemu widowisku towarzyszy odpowiednia muzyka. Zależnie od dnia tygodnia grana jest inna muzyka – w sumie trzy różne podkłady muzyczne. Tłumy ludzi zgromadzonych na moście i wzdłuż brzegów z zapartym tchem obserwowały jak rwące fale błyskawicznie zapełniają uprzednio całkiem suchy skalisty kanion.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze jedną budowlę hydrotechniczną. Jezioro Saimaa już w połowie XIX w. połączono Kanałem Saimaańskim z Wyborgiem i dalej z Zatoką Fińską. Ta, do dziś użytkowana droga wodna o długości 48 km jest wyposażona w system śluz, z których 3 obecnie są w Finlandii a 5 w Rosji. Zwiedziliśmy śluzę imienia długoletniego prezydenta Finlandii U.K. Kekkonena. Budowla robi wrażenie, gdyż różnica poziomów wody wynosi 12.4 m, a śluzowanie odbywa się automatycznie. Jest to śluza o największej różnica poziomów wody na trasie kanału. Położona opodal stara śluza obsługiwana była ręcznie teraz też stanowi turystyczną atrakcję. Na camping wróciliśmy wieczorem, po przejechaniu 112 km.

Powrót

Admin, na naszą prośbę, zarezerwował wcześniej bilety na prom - na wieczór dnia następnego. Do Helsinek planowaliśmy wrócić pociągiem. Lappeenranta ma kilka połączeń dziennie ze stolicą, więc przezornie pojechaliśmy nieco wcześniej na dworzec kupić bilety. Jakież było moje zdziwienie, gdy kasjerka oświadczyła, że w całym pociągu nie ma miejsca na 4 rowery, a tylko na 2. I co teraz? Okazało się, że we wcześniejszym pociągu też jest miejsce dla dwóch rowerów, problem polegał na tym, że odjeżdżał za niecałą godzinę! Postanowiliśmy zatem podzielić się na dwa zespoły. Alicja i Justyna pobiły rekord świata w pakowaniu na czas, lecz zdążyły! My – już na spokojnie pojechaliśmy następnym składem. Po drodze miałem czas przyglądnąć się specjalnemu przedziałowi dla rowerów. W podłodze wagonu wykonano odpowiednie wgłębienia tylko dla trzech rowerów, choć miejsca było na co najmniej pięć. No cóż, kolej się rządzi własnymi prawami. Jako ciekawostkę dodam, że np. pasażerowie z psami też mieli własny przedział.

Do Helsinek przyjechaliśmy punktualnie i teraz już w pełnym składzie pojechaliśmy na nabrzeże portowe, gdzie już czekał estoński prom. „Silja Europa” (bo tak się nazywał) miał aż 12 pokładów, a rejs był całonocny bowiem w Tallinie mieliśmy zejść o godzinie 830 następnego dnia. Jako, że bilet obejmował również rezerwację kabiny, więc pierwszy raz od naszego wyjazdu mieliśmy możliwość spać w pościeli. Nie bez problemów w labiryncie korytarzy odszukaliśmy właściwy numer kajuty, gdzie zrzuciliśmy bagaż i niezwłocznie udaliśmy się na pokład aby pożegnać się z gościnną, słoneczną i ciepłą Finlandią.

A tutaj kłębiły się dzikie tłumy. Niewielu było zainteresowanych tym co za burtą, bo w większości byli już ustawieni w kolejkach do rozlicznych bufetów z różnymi napojami. Zwiedziliśmy prom i okazało się, że większość miejsca zajmują sklepy, restauracje, bary i kasyna. Około północy wyszliśmy znów z naszej dziupli na pokład, aby zobaczyć zachód słońca. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że…. jesteśmy już w Tallinie! Pasażerowie na statku zajęci imprezowaniem jednak jakoś jednak nie wyglądali na zdziwionych. Rankiem przepchnęliśmy rowery między autami załadowanymi do granic możliwości pobrzękującym szkłem towarem i niebawem dojechaliśmy do miejsca, gdzie cierpliwie czekało na nas auto. Tym sposobem pętla rowerowej podróży się zamknęła. Teraz nastąpiła wielka akcja przepakowania bagażu i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną.

W Tallinie odwiedziliśmy jeszcze barokowy pałac Kardiorg w otoczeniu pięknego ogrodu wybudowany przez cara Piotra Wielkiego. Tego dnia przekroczyliśmy też granicę łotewską i mając jeszcze trochę czasu zboczyliśmy z drogi tranzytowej Via Baltica, aby zobaczyć atrakcyjne miejsca tego niewielkiego kraju. Odwiedziliśmy stolicę dawnego województwa wendeńskiego – Kieś (Cesis) ze starym zamczyskiem i kościołem św. Jana - drugim co do wielkości na Łotwie. Opodal Siguldy zwiedziliśmy średniowieczny zamek Turajda z widokiem na meandrującą w dolinie rzekę Gauja, obecnie jest to park narodowy.

Ostatni nocleg trafił się nam w agroturystyce w miejscowości Bauska, gdzie dojechaliśmy późnym wieczorem i namiot trzeba było rozstawiać przy świetle latarek. Następnego, niestety już ostatniego dnia pobytu w tych regionach Łotwy zwanych Kurlandią i Semigalią zwiedziliśmy barokowy pałac księcia Kurlandii Ernesta Jana Birona w miejscowości Rundale. Jest to jeden z najwspanialszych zabytków Łotwy mogących śmiało konkurować z Wersalem. Około południa wyruszyliśmy ostatecznie w stronę Litwy, którą przejechaliśmy tranzytem i już bez dłuższych postojów, po całonocnej podróży ok. 600 rano następnego dnia dotarliśmy do Cieszyna.

Ogółem samochodem przejechaliśmy ok. 3000 km, a rowerem ok 600 km. Mimo trudu wożenia na rowerach całego dobytku i codziennych biwakowych rytuałów nasza wyprawa była pełna pozytywnych wrażeń i pod tym względem byliśmy jednomyślni: Było warto!

Rechtór-Zbyś
Galeria