Kronika
Z serii korzystamy ze zniżek PTTK – Sudety-Góry Sowie

05.09.2014 - 07.09.2014

Chociaż tym razem ze zniżek nie korzystaliśmy, to i tak wszyscy byli zadowoleni z wyjazdu, jaki nam Basia przygotowała. Pierwszym etapem podróży był zamek Grodno z przepięknym widokiem na dolinę Bystrzycy. Pani przewodniczka, która oprowadzała nas po zamku, bardzo upodobała sobie temat tortur i narzędzi do nich stosowanych. Mogłaby chyba mówić o nich cały dzień, gdyby nie to, że wypadało powiedzieć również o innych rzeczach dotyczących zamku i jego okolic. Następnie udaliśmy się do Walimia, do Muzeum Sztolni Walimskich.

Mogliśmy zapoznać się z trudem, jaki musieli włożyć więźniowie obozów przydzieleni do pracy przy drążeniu tuneli w kompleksach "Rzeczka", "Olbrzym", "Osówka", "Włodarz" czy "Jugowice". Kompleksy te miały być przeznaczone do produkcji przez Niemców broni i uzbrojenia w trakcie trwania II Wojny Światowej. Po zwiedzeniu Sztolni Walimskich ruszyliśmy w drogę do naszej bazy noclegowej w Rzeczce.

Na miejscu powitali nas bardzo mili gospodarze. Dowiedzieliśmy się, że częstym gościem w tym miejscu jest pan Kochut z Rudzicy prowadzący Galerię Stracha Polnego. Jego dwie prace można było od razu zauważyć wśród wiszących w jadalni obrazów. Obiadokolacja, następnie toaleta i przyszła pora na ognisko.

Następnego dnia, w sobotę, byliśmy umówieni z miejscowym przewodnikiem, który miał nas poprowadzić szlakami Gór Sowich. Jedna grupa - "mocniejsza" - ruszyła z Przełęczy Woliborskiej zamierzając dojść na Wielką Sowę. Druga zaś -"słabsza" - podjechała autokarem do Przełęczy Jugowskiej, aby również zdobyć Wielką Sowę.

Nasze plany niestety nie zostały zrealizowane, gdyż z górskiej wędrówki zrobiło się grzybobranie - grzyby rosły dosłownie wszędzie. W połowie drogi w okolicach wierzy widokowej na Kalenicy było już wiadomo że nie mamy szans na dojście na Wielką Sowę. W oddali było słychać odgłosy zbliżającej się szybko burzy. Nasz przewodnik, pan Czesław Dominat, co chwilę pokazywał nam jakieś nowe pasma górskie po polskiej i czeskiej stronie. Gdy dotarliśmy do schroniska "Zygmuntówka" na Przełęczy Jugowskiej po kilku minutach rozpętała się nawałnica. Padał deszcz i grad. Ulewa trwała około godziny i gdy po deszczu opuściliśmy schronisko droga dojazdowa do niego była nie do rozpoznania. Woda wyżłobiła w niej ogromne wyrwy. Mieliśmy szczęście, że dotarliśmy do schroniska przed burzą. Jeszcze większym szczęściem było to że Andrzej Słota poszedł z drugą grupą na Wielką Sowę, a autokar zostawił na parkingu niedaleko schroniska. Tak więc poczekaliśmy aż zejdzie z góry i razem wróciliśmy na kwaterę. Wieczorem również było ognisko z kiełbaskami i śpiewami.

W niedzielę rano, o godz. 700, grupa ochotników, którzy wczorajszego dnia nie zaliczyli Wielkiej Sowy, ruszyła na trasę, aby zdobyć szczyt i zdążyć wrócić na śniadanie na 930. Ruszyliśmy starym szlakiem, który prowadził obok naszej kwatery, a później już tylko na azymut i tzw. nosa. Wszystko się udało, tylko wieża na Sowie była zamknięta (czynne od 930). Zdobyliśmy szczyt, zdążyliśmy na śniadanie, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Byliśmy umówieni z panem Czesławem w Nowej Rudzie. Oprowadził nas po centrum miasta, opowiedział jego historię i ruszyliśmy na szlak.

Przez Rezerwat przyrody "Górę św. Anny" dotarliśmy na jej szczyt. Po drodze minęliśmy kościół pod wezwaniem św. Anny, dawne niemieckie schronisko oraz domek pustelnika, który zamieszkiwał tu jeszcze w latach 80 XX wieku. Była tam również wieża widokowa, akurat w trakcie remontu, który miał się niebawem zakończyć. Następnie ruszyliśmy szlakiem na Górę Wszystkich Świętych, skąd z wieży widokowej roztaczał się wspaniały widok na okoliczne pasma górskie.

Dalsza droga prowadziła do Słupca. Mieliśmy tam przerwę na posiłek przed drogą powrotną do Cieszyna. Tam również pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem. Być może tylko na rok, gdyż w przyszłym sezonie planujemy powrót w tamte strony, aby powędrować po czeskich górach i nie tylko.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria