Kronika
Wędrowanie Wędrowniczka

09.06.2014 - 28.06.2014

Postanowiłem podzielić się z Ondraszkami i sympatykami klubu moją wycieczką po Polsce. Ta eskapada, która odbyła się w 2014 roku była kontynuacją rozpoczętego w roku 2013 rajdu wokół Polski.

Etap 1

Dzień1

Dzień 9 czerwca, to początek podróży, razem z naszym klubowym kolegą, Januszem Woszczyńskim, postanowiliśmy na zlot przodownicki do Podlesic jechać na rowerach. Jednak wydłużyliśmy nieco trasę i odwiedziliśmy po drodze kilkanaście miejscowości, w tym: Strumień, Pszczynę, Oświęcim, Trzebinię, oraz Olkusz. To był nasz pierwszy dzień, dla mnie najcięższy, ponieważ miałem nieprzyjemny ból mięśni wywołany niedoborem magnezu. Jednak po wzięciu dużej dawki magnezu byłem w stanie jechać dalej. W nocy dotarliśmy do Olkusza, gdzie mieliśmy problem z noclegiem. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w hoteliku portowym przy hali widowiskowo-sportowej. Pierwsze 130 km już było za nami. Oczywiście nie obyło się bez awarii, złamała się aluminiowa podkładka w stopce, odtąd potrzebowałem ściany by móc postawić rower.

Dzień 2

Z samego rana wyruszyliśmy w drogę. Przejechaliśmy przez Rabsztyn, Wolbrom, Pińczów, Książ Wielki i Chmielnik. Nocleg mieliśmy w starym drewnianym domku, we wsi Piasek (gmina Gnojno), u mojej znajomej, Haliny Mahul (pisarki, przewodniczki, miłośniczki gór i ziemi kieleckiej).

Dzień 3

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Pierwszym odwiedzonym przez nas miastem był Szydłów. To przepiękne miasto ma wspaniale zachowane mury obronne, bramy wjazdowe, synagogę żydowską, ruiny zamku królewskiego wybudowanego przez Kazimierza Wielkiego. Z Szydłowa nasza trasa wiodła do Rakowa, kolebki Arian polskich, gdzie obejrzeliśmy dom wójta, zabytkowy rynek, który akurat był w remoncie oraz inne ciekawe zabytki związane z Arianami. Z Rakowa pojechaliśmy do Ujazdu, aby zwiedzić ruiny wielkiego zamku Krzyżtopór. Nocleg wypadł nam w miasteczku Łagowa, w schronisku młodzieżowym. Tego dnia przejechaliśmy jedynie 100 km, bo dużo zwiedzaliśmy.

Dzień 4

Z Łagowa wyruszyliśmy do Kielc. Po zwiedzeniu pałacu biskupiego i innych interesujących nas miejsc, pojechaliśmy do Chęcin. Zwiedzanie miasta zajęło nam trochę czasu, zamek dumnie się prezentował, rynek akurat był w remoncie. Z Chęcin wróciliśmy do Kielc i na tzw. Żeromszczyznę, gdzie w Ciekotach, niedaleko dworku Żeromskiego, mieliśmy nocleg u znajomej Janusza. Następnego dnia ruszyliśmy do Podlesic. Przejechaliśmy 135 km i był to koniec pierwszego etapu eskapady.

Etap 2

Podlesice przywitały nas deszczem. Jak już przestało padać wzięliśmy się za rozbijanie namiotów. Spotkaliśmy kolegów, którzy przyjechali na kurs przodownicki: Ziołowego i Maratończyka, obecny był także Paparazzi, który przyjechał do Podlesic na rowerze, ale wybrał krótszą trasę i zajęła mu ona jeden dzień.

W Polesicach zabawiłem do niedzieli, udało mi się naprawić rower, kupić dodatkowe sakwy oraz zwiedzić kilka zamków: Ogrodzieniec, Bobolice, Mirów i Zawiercie. W niedzielę rano po pożegnaniu z kolegami wyruszyłem w dalszą drogę. Odwiedziłem Żarki, Poraj, zamek w Olsztynie, Częstochowę. Kiedy dojechałem do Działoszyc postanowiłem pozostać tam na noc, jednak miałem problem ze znalezieniem taniego noclegu, był jedynie hotel za 120 zł za dobę, dlatego przespałem się na dziko na polu obok niewielkiego zagajnika blisko drogi. Kolacja była przygotowana błyskawicznie: kawa, makaron i pulpeciki. Była to niemalże podstawa mojej diety na tej wyprawie. Nocą słychać było lisy i pohukiwania sów, a nad ranem ptaki dały wspaniały koncert.

Rano pojechałem w kierunku Kalisza, gdzie planowałem zostać przez kolejną noc. Po drodze odwiedziłem Wieluń, Złoczew, Błaszki. W Błaszkach zjadłem wspaniałe flaki, jakie zafundowała mi właścicielka baru. Okazało się, że jej ojciec przed wojną służył w wojsku w Cieszynie. Do Kalisza przyjechałem o godzinie 18. Po raz kolejny napotkałem na problem z noclegiem. Na samym wjeździe był hotel PTTK, niestety ceny były za wysokie, więc podziękowałem i wyruszyłem na poszukiwanie czegoś w bardziej przystępnej cenie. Po drodze oglądałem co ciekawsze miejsca. Zapytałem pewnej starszej pani, czy nie wie, gdzie w Kaliszu znajduje się jakieś pole namiotowe. Powiedziała, że nie zna takiego miejsca, ale zaproponowała, że udostępni mi swoje mieszkanie, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Zapytałem, czy się nie obawia niczego, usłyszałem, że w jej wieku ona już się nie boi, a z oczu mi dobrze patrzy. Tak oto, na waleta, przenocowałem w Kaliszu. Wykąpałem się, wyprałem ubrania, za nocleg napompowałem mojej gospodyni koła w rowerze.

Rano pojechałem jeszcze zobaczyć prastary gród Piastów, duży cmentarz wojenny żołnierzy armii radzieckiej, zabytkowy kościół i ratusz miejski. Później dojechałem do miejscowości Gołuchów, gdzie zwiedziłem zamek i pojechałem dalej przez Pleszew, Gizałki, Pyzdry, gdzie obejrzałem miejsce, w którym stał jeden z największych niegdyś polskich zamków nad Wartą. Dojechałem ostatecznie do Wrześni, gdzie pole namiotowe jeszcze nie było czynne. Kierowca taksówki poinformował mnie, że niedaleko, we wsi Nowy Folwark, jest stadnina koni i niedrogie noclegi. Po przejechaniu 128 km nocowałem w poleconym mi miejscu.

Kolejnego dnia rano pojechałem w dalszą drogę, zwiedziłem Gniezno, Ostrów Lednicki i Poznań. By zwiedzić go potrzebowałbym kilku dni, niestety musiałem zadowolić się obejrzeniem ratusza na rynku, który jest perłą architektury, zamku cesarza Wilhelma i paru kościołów, zamek piastowski był niestety nieczynny.

Z Poznania skierowałem się na Oborniki, gdzie dojechałem po przejechaniu 130 km. Wieczorem zakwaterowałem się w hostelu, pozwiedzałem trochę miasteczko i zjadłem kolację.

Rano ruszyłem w dalszą drogę. W miejscowości Huty zostałem zaproszony na śniadanie, przez bardzo miłych właścicieli przydrożnego zajazdu i sklepu. Państwo ci, pasjonaci starych samochodów, jak Sami powiedzieli, mają w rodzinie zapalonego rowerzystę. Później, w Trzcince, obejrzałem procesję. W Wałczu natomiast, kiedy siedziałem na ławce na rynku i jadłem, zorientowałem się, że nie mam swojego paska, w którym miałem wszystkie dokumenty, portfel i aparat. Przestraszyłem się, że to koniec mojej podróży. Zacząłem zastanawiać się, gdzie go mogłem położyć, gdzie robiłem ostatnie zdjęcia, itd. Już miałem wsiadać na rower i szukać zguby, patrzę, a mój pas wisi sobie jak gdyby nigdy nic, na moich podnóżkach od roweru, które wiozłem na sakwach. Ulżyło mi, poprawił mi się humor do tego stopnia, że mimo ulewy i zimnego wiatru dojechałem jeszcze tego samego dnia do Kalisza Pomorskiego. Tam, dzięki życzliwości właścicieli Centrum Ekologii Stosowanej i Turystyki, mogłem przenocować. Nie w pokoju, ale na tapczanie w holu hotelu, który na czas święta był nieczynny. Tego dnia pokonałem 137 km.

Z samego rana, pomimo deszczu, wyruszyłem na zachód, do Szczecina. Po drodze zwiedziłem Pezino i stary zamek Jonitów, Starogard Szczeciński z kościołem powołania Najświętszej Marii Panny Królowej Świata, zabytkowym rynkiem i murami obronnymi. W Szczecinie byłem umówiony z naszymi przyjaciółmi - Kazikiem i Małgosią Holisz. Po drodze spotkałem rowerzystów z Niemiec, jechali oni na wschód szlakiem R10 do Petersburga w Rosji. Szczecin powitał mnie słońcem. Odszukałem schronisko młodzieżowe, gdzie Małgosia zarezerwowała dla nas nocleg. Kazik z Małgosią dojechali wieczorem. Rankiem udaliśmy się w dalszy etap, teraz już wspólnej, podróży szlakiem polskich latarń morskich.

Etap 3

Pierwszą większą miejscowością na naszej trasie był Goleniów, skąd skrajem puszczy Goleniowskiej dojechaliśmy do Stępnicy. Tu zdarzyła się kolejna awaria, znowu była to szprycha, na szczęście Kazik posiadał klucz do zdejmowania zębatek, a ja miałem tam znajomych z poprzedniej wyprawy w 2013 roku i po dojechaniu do Stępniczki, w gospodarstwie pani sołtys, dokonaliśmy naprawy. Pani sołtys była bardzo zadowolona, że ich odwiedziłem. Po kawowym poczęstunku ruszyliśmy w stronę Wolina, gdzie dojechaliśmy mimo deszczu. W wiosce Wikingów zrobiliśmy sobie postój, wykorzystałem go na zwiedzenie skansenu, rozmowy z mieszkańcami osady, postrzelałem też trochę z łuku, wybiłem sobie monetę Mieszka I. Po tej krótkiej przerwie ruszyliśmy w stronę Świnoujścia. Na wyspę Uznam przepłynęliśmy promem, gdzie nocowaliśmy na campingu Relaks i znowu dopadł nas deszcz. Była to nasza pierwsza wspólna noc w jednym namiocie i to ze względów praktycznych i ekonomicznych.

Rankiem 22.06, promem przypłynęliśmy na wyspę Wolin i pojechaliśmy obok budowanego gazo-portu starej twierdzy do naszej pierwszej latarni morskiej. Następnie do Międzyzdrojów i Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie urokliwymi ścieżkami leśnymi, obok polodowcowych jeziorek, dojechaliśmy do Wisełki, gdzie stała latarnia morska. Ta jedną latarnię zapamiętamy na zawsze - jadąc przejechaliśmy obok niej, nie sprawdziliśmy na mapie, że ona znajduje się daleko od brzegu morza. Kazik aż na plażę po klifie zszedł, bo chciał sprawdzić czy jej stamtąd nie zobaczy, ale po wielu perypetiach i jeżdżeniu w kółko, ukazała nam sie w całej swojej okazałości na wysokim wzgórzu, pośród sosnowego lasu. Na miejscu zrobiliśmy sobie mały piknik ze wspaniałą kawką, którą uraczył nas Kazik. Po odpoczynku jechaliśmy dalej do Międzywodzia, Dziwnówka, Pobierowa i Trzęsacza, w którym obejrzeliśmy ruiny starego kościoła na skarpie wysokiego klifu Rewal, gdzie dokręciłem obluzowany pedał. Na nocleg dojechaliśmy do Niechorza. Nocowaliśmy pod latarnią morską na campingu Pomona.

Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku Trzebiatowa. Jest to jedno z niewielu miast w Polsce, gdzie zachowały sie stare mury obronne wokół miasta. Po krótkim zwiedzaniu, między innymi wieży słonia, dojechaliśmy do Mrzeżyna i dalej przez Dźwirzyno, Kołobrzeg, Ustronie Morskie, Sarbinowo, Mielno i Cieszyn. By te miejscowości odwiedzić nadłożyliśmy spory kawał drogi, ale opłacało się, poznaliśmy mieszkańców, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i ruszyliśmy do Koszalina. Nocleg zorganizowaliśmy sobie w gospodarstwie agroturystycznym w Nieklonicach.

Następnego dnia, przez Kładno, Dąbki, Darłowo, Jarosławiec i Ustkę, dojechaliśmy do Wytowna. Stąd, rankiem 25.06, ruszyliśmy przez miejscowości położone na obrzeżach Słowińskiego Parku Narodowego: Gardną Wielką, Objazdę, Główczyce i Smołdzino. Odwiedziliśmy latarnię morską w Czołpinie, skąd rozpościerał sie widok na cały Park Narodowy, ruchome wydmy, jezioro Łebsko, Morze Bałtyckie aż po horyzont i latarnię morską Stilo, która to była jeszcze w ten sam dzień celem naszej jazdy, ale by tam dojechać odwiedziliśmy jeszcze Wicko. Do Stilo prowadziły dość strome podjazdy, były miejsca, gdzie prowadziłem rower. Na miejsce dojechaliśmy tuż przed zachodem słońca. Jest to chyba ostatnie miejsce, gdzie nie ma deptaka z setkami turystów. Jest wspaniała cisza i szumiący sosnowy las. Na drogowskazie z nazwą miejscowości znajduje się napis „Stilo – koniec świata”. Namioty rozbiliśmy obok mini piwiarni i smażalni ryb. To była chyba moja najzimniejsza noc.

Rankiem, 26.06, ruszyliśmy w dalszą drogę szlakiem latarń morskich. Na ten dzień w planie były latarnia w Rozewiu, Jastarni i na Helu. Jechaliśmy tam przez Sasino, Żelazno, Wierzchocino, Żarnowiec, Karwie, następnie z Rozewia przez Władysławowo na Hel, gdzie zdążyliśmy jeszcze przed zamknięciem latarni morskiej. A od miłej pani latarnik (są trzy panie, które w Polsce mają taką służbę) dostaliśmy pieczątki do książeczek. W drodze powrotnej skorzystaliśmy z przejazdu koleją. Pora była późna, a chcieliśmy spędzić noc we Władysławowie. Nocowaliśmy w przyzwoitych warunkach, w fajnym, niedrogim pensjonacie.

Następnego ranka czekała nas jazda przez Puck, nasze miasto partnerskie. W Gdyni zdarzyła się kolejna już awaria. Tym razem zrobiłem dziurę w dętce. Dalej jechaliśmy przez Sopot i Gdańsk, promem przepłynęliśmy do Wisłoujścia i dalej pojechaliśmy na Westerplatte i do latarni w porcie północnym.

Na nocleg dojechaliśmy na wyspę Sobieszewską, gdzie mieliśmy nasz wspólny ostatni nocleg przed dotarciem do krynicy morskiej. Tam znajdował się ostateczny cel naszej wspólnej wycieczki - ostatnia latarnia na polskim wybrzeżu. Dojechaliśmy do niej przez Mikoszewo obok obozu muzeum Stutthof w Krynicy Morskiej. Tam nasze drogi rozeszły się gdyż moim towarzyszom podróży niestety kończył sie urlop i musieli jeszcze w ten sam dzień nocą wracać do domu. Ja natomiast ruszyłem dalej na szlak by dojechać aż do Czerwińska skąd ruszyłem na szlak rajdu odznaki Wielkiej Wojny, ale to już będzie następna opowieść.

Leszek Szurman - Wędrowniczek
Galeria