Kronika
Wędrowanie Wędrowniczka - Rajd Dookoła Polski

06.07.2014 - 24.07.2014

Po zakończeniu rajdu szlakiem wielkiej wojny ponownie powróciłem ma Żuławy, by kontynuować rozpoczęty w 2013 rajd na odznakę wielkiego rajdu dookoła Polski. W 2013 roku po zakończeniu WTR w Gdańsku pojechałem wybrzeżem i zachodnią granicą do Cieszyna, zaliczyłem połowę trasy, w roku 2014 postanowiłem od Gdańska jechać wzdłuż naszej północnej, wschodniej i południowej granicy. Ten etap rozpocząłem od odwiedzenia wsi Zambrów, gdzie pewna życzliwa rodzina mnie ugościła. Nakarmili mnie, mogłem się wykąpać, a rankiem ruszyłem do Elbląga. Podjechałem do najniższej położonej polskiej miejscowości – Raczków Elbląskich – położonych 1,8m poniżej poziomu morza.

Do Elbląga przyjechałem o 900, zwiedziłem pobieżnie miasto oraz „nową starówkę” - bo ta przedwojenna została zniszczona, a w jej miejsce powstała nowa wedle starych planów. Obejrzałem miejsce, gdzie wcześniej stał zamek, który zniszczyli w dawnych czasach sami mieszkańcy grodu. Następnie ruszyłem w stronę Kadyn nową nie oddaną jeszcze dla ruchu samochodowego drogą. Droga malowniczo wiła się wśród lasów wysoczyzny Elbląskiej. Wzdłuż drogi widać było głębokie doliny na zmianę ze wzgórzami, aż miałem wrażenie że jestem w naszych górach.

W Kadynami obejrzałem wspaniały 700-letni dąb i zwiedziłem pałac Cesarza Wilhelma. W południe byłem już we Fromborku. Zwiedzanie wzgórza katedralnego, kościoła i obserwatorium, gdzie mistrz Mikołaj badał ruchy ciał niebieskich , zajęło mi może półtora godziny. Następnym etapem był dojazd do Braniewa, by na nocleg dojechać do Pieniężna. Noc spędziłem na chyba najtańszym polu namiotowym, bo właściciel chciał tylko 10 złotych. Maiłem tam okazje zrobić zdjęcie bobrowi.

Wczesnym ruszyłem w kierunku Ornety, po drodze zwiedziłem zamek krzyżacki i obejrzałem pomnik radzieckiego generała. Na pomniku można było zauważyć ślady ataku jakiegoś miejscowego wandala, który chciał go podpalić. Z Ornety ścieżką rowerową długości 26 km po dawnym nasypię zlikwidowanej kolejki pojechałem do Lidzbarku Warmińskiego. Niestety na tej ścieżce ktoś rozbił butelkę i szkło przebiło mi dętkę. Na szczęście miałem taki środek do klejenia w spreju i to załatwiło sprawę. Do Lidzbarku Warmińskiego wjechałem przez starą zabytkową bramę. Najpierw zwiedziłem zamek, później obejrzałem pałac biskupów, w końcu pojechałem w stronę Bisztynka.

W Bisztynku obejrzałem wielki głaz narzutowy, nie omieszkałem też się na niego wdrapać po podziwiać widok z góry. Dalej pojechałem do Reszla, gdzie miałem zamiar przenocować, okazała się jednak że takowego w tej mieścinie nie znajdę. W związku z tym, by nie tracić czasu, obejrzałem zamek oraz najstarszy średniowieczny most w Polsce - cały zbudowany z cegieł. W międzyczasie dowiedziałem się że w Świętej Lipce jest pole namiotowe. Udałem się tam i na miejsce o godzinie ósmej wieczorem. W domu pielgrzyma pozwolono mi rozbić namiot, spotkałem tam również rowerzystę z Piekar Śląskich. Okazało się że nawet już się kiedyś spotkaliśmy i on mnie rozpoznał. Spotkałem tam również młodego chłopaka, który pochodził z Jaworza. Rankiem obejrzałem kościół i ruszyłem w drogę na Gołdap.

Rankiem na polu namiotowym w Świętej Lipce, pogryziony przez komary ale wypoczęty, po tradycyjnym śniadaniu - pulpetach i kawką - ruszyłem dalej po Warmii i Mazurach w stronę Suwalszczyzny, a konkretnie chciałem dojechać do Gołdapi. Pierwszym tego dnia zwiedzanym obiektem był zamek w Kętrzynie, następnie odwiedziłem Wilczy Szaniec - kwaterę Adolfa Hitlera. Wielość tych wysadzonych bunkrów była imponująca. Następnie dojechałem do Węgorzewa, po drodze zaliczyłem kąpiel w jeziorze oraz zwiedziłem muzeum kolejnictwa. Z Bań Mazurskich droga do Węgorzewa była w fatalnym stanie, miejscami zrobiona z głazów narzutowych, czyli takie wielkie kocie łby. Do Gołdapi przyjechałem po 111 kilometrach bardzo zmęczony, bo upał był w tym dniu spory. Nocleg znalazłem w zajeździe Jurand – tam kąpiel, kolacja i spanie – zajazd polecam jest nie drogi i są miejsca na namioty, a właściciele są bardzo mili.

Rankiem 10.07.2014 wyruszyłem w dalszą drogę. Zaplanowałem zobaczyć największe w Polsce wiadukty kolejowe. Po drodze spotkałem rowerzystę z Niemiec, a dokładniej z Hanoweru – spał w lesie na dziko. Po drodze do Królewca na wiaduktach zjadłem jakieś tradycyjne ciasto ze zbożowych płatków i jagodziankę. Widoki były wspaniałe. W Żytkiejmach odwiedziłem dom polski, gdzie kierowniczka ogródka poczęstowała mnie herbatką, przy której porozmawialiśmy na temat Polaków na Zaolziu. By dojechać miejscowości Żytkiejmy jechałem przez puszczę Romnicką, odwiedziłem trójstyk Polsko-Rosyjsko-Litewski i jechałem dalej przez Wiżajny, Rutkę i Tartak. Tam spotkałem kolegów z łódzkiego klubu rowerowego, jechali w trójkę w przeciwną stronę, co ciekawe również wybierali się na wycieczkę dookoła Polski, byli także na zlocie w Podlesicach. Akurat ja miałem na sobie ten strój jaki dostaliśmy na zlocie w Cesarce, tak jak oni. Rozmowa była krótka, ale było nam bardzo miło. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i każdy ruszył w swoją drogę. W Suwałkach złapał mnie ulewny deszcz, więc spędziłem trochę czasu na stacji benzynowej jedząc i popijając Coca-colę. Po godzinie pojechałem drogę na Krzywe, tam skręciłem do Wigierskiego Parku Narodowego, gdzie na polu namiotowym załatwiłem sobie i nocleg i posiłek. Tak się złożyło, że zapomniałem sobie coś w Suwałkach kupić, licząc na to, że tam gdzie chciałem dojechać będzie sklep. Sklepu nie było, na szczęście gospodyni poczęstowała mnie smacznymi flakami. Przed spaniem pospacerowałem po lesie i nad jeziorem, gdzie podziwiałem zachód słońca.

Dnia 11.07.2014 ruszyłem w dalszą drogę. Pogoda nie była zbyt obiecująca, ciemne chmury snuły się po niebie. Tego dnia najpierw zwiedziłem Wigry i zabudowania dawnego klasztoru kamedułów - obecnie znajduje sie tam hotel. Z Wigier trasą rowerową jechałem do Frącek, po drodze w mini barze zjadłem smaczna zupkę kurkową na śniadanie i widziałem chyba najbardziej czysty przystanek autobusowy w Polsce. Droga biegła wśród pól, lasów i małych domków w mijanych wioskach. Z Frącek drogą przez Puszczę Augustowską dojechałem do Augustowa, po drodze spotkałem rowerzystę aż z dalekiego Tajwanu - ten młody chłopak przejechał już 6500 km, niestety, nie umieliśmy jakoś się ze sobą porozumieć, więc pokazaliśmy sobie tylko na mapach trasę naszych wędrówek, zrobiliśmy zdjęcia, podarowałem mu naszą Ondraszkową opaskę odblaskową i dałem resztę saszetek z magnezem, bo chłopak uskarżał sie na mięśnie nóg pokazując na nie palcem i robiąc skwaszona minę. On jechał trochę szybciej niż ja, więc już do Augustowa przyjechałem sam, obejrzałem śluzy na kanale i muzeum kanału augustowskiego. Po 111 km w deszczu dojechałem do Lipska, w tej miejscowości rozpoczął w czasach drugiej Wojny Światowej major Hubal. Na miejscowym polu namiotowym spotkałem również rowerzystów – 4-osobową rodzinę, samotnego jak ja rowerzystę i dwie dziewczyny. Na szczęście były tam wiaty i pod jedną z nich rozbiłem sobie namiot, tak więc deszcz mi nic specjalnego nie zrobił, a lało ostro jak i zresztą rankiem dnia następnego, kiedy to w strugach deszczu jechałem do Sokółki, skąd traktem tatarskim przez Bohoniki, Krynki dojechałem do Kruszynian na nocleg. Tam nocowałem w miejscu przyjaznym rowerzystom, w domu pod lipami. W czasie tego dnia zwiedziłem meczet w Bohonikach i Kruszynianach, rozmawiałem z imamem, spotkałem rowerzystów z Gdańska - z nimi mijałem sie kilka razy na mojej drodze, oni zwiedzali szlak bociani w Bohonikach. Odwiedziłem Jurtę i mimo deszczu przejechałem zaplanowane 100 km. W zajeździe tatarskim zjadłem bliny w rosole i jakiś regionalny naleśnik z mięsem.

Nocleg miałem w domku przypominającym Jurtę, ale było ciepło i sucho. Po kąpieli zasnąłem tak szybko i mocno że nawet nie słyszałem burzy i nawałnicy jaka była w nocy, a która dała mi sie we znaki dopiero dnia następnego gdy z Kruszynian już o 6 rano jechałem do Bobrownik piaszczystą drogą, która tak rozmokła że 8 km rower musiałem pchać, bo jechać się nim nie dało. Spod przejścia granicznego w Bobrownikach jechałem kawałek drogą krajową obok długiej kilko-kilometrowej kolejki tirów, a potem leśnymi drogami do ogródka. Tam obejrzałem kawałek prawosławnego nabożeństwa. Za Grodkiem miałem awarię - pękła mi dętka - o pomoc poprosiłem w gospodarstwie, gospodarz miał kompresor i pomógł mi powiesić rower by nie rozpakowywać sakw. Zdjąłem koło, zmieniłem dętkę, a pozostałe dętki również pokleiłem. Poczęstowano mnie jeszcze kawą, i ruszyłem w drogę. W Michałowie zjadłem sobie obiad i znowu miałem problem, tym razem z pedałem - odkręcił się. Dokręciłem go i pojechałem do Jałówki, z Jałówki do Narewki, tam znowu spotkałem grupę z Gdańska. Mieli nocleg załatwiony, ja jeszcze chciałem jechać, niestety w drodze z Narewki w Puszcze pedał odpadł na dobre. Dalej pchałem rower jakieś 10 km. Na nocleg dojechałem do wioski Pogorzelice, namiot rozbijałem około godziny 22 przy świetle księżyca. Rankiem pchając rower dotarłem do Białowieży, tam w serwisie zmieniłem cała korbę założono mi także nową śrubę dociskową. Po krótkim pobycie i obejrzeniu eksponatów w dyrekcji Parku Narodowego pojechałem do Hajnówki. Kolejny etap – 3

Po usunięciu awarii i krótkim zwiedzaniu Białowieży ruszyłem do Hajnówki przez puszczę. Po wyjeździe z Hajnówki jechałem przez małe miejscowości, bitymi drogami, mijając urokliwe małe cerkiewki ze złotymi kopułami. Wieś podlaska jest inna niż nasze wsie, dużo tam drewnianych domostw, jest cicho, sennie, samochodów bardzo mało na drogach, wszędzie tablice z napisem kraina żubra. W Kleszczelach wykapałem się w basenie i dalej po drogach podlesia w stronę Siemiatycz odwiedzając miejsce kultu prawosławia górę Grabarkę, gdzie obejrzałem cerkiew i te tysiące krzyży. Siemiatycze chciałem minąć i jechać do Mierzwic, niestety ulewa znowu mnie dopadła w tej podróży i zmusiła do szukania miejsca do noclegu. Znalazłem go w pensjonacie prowadzonym przez bardzo miła panią. Pokoik dostałem na piętrze z balkonem, telewizorem, toaletą, satelitą, prysznicem, i aneksem kuchennym. Zaraz przy rozpakowywaniu maneli spotkałem zameldowanego tam na nocleg rowerzystę - Marka. Bardzo fajny kolega jak sie okazało, zresztą nie spotkałem żadnego nie fajnego do tej pory. Marek był z Wrocławia, a w tym pensjonacie zatrzymywał się zawsze kiedy podróżował po Podlesiu. Podróżował bez dużych bagaży, przyjeżdżał na miejsce, jeździł po 4-5 dni w danym rejonie robiąc dziennie po około 200 km, po czym wracał do domu. Z Markiem przegadaliśmy przy herbacie i słodkościach do późna w nocy, rankiem świeciło piękne słonce ale ja postanowiłem w Siemiatyczach zostać ten jeden dzień bo miałem do zrobienia pranie, konserwacje roweru po przejściach w piaskach, no i oczywiście przyszedł czas wypocząć. Po śniadanku i załatwieniu kilku pilnych spraw, zgraniu zdjęć do komputera, wymyciu roweru, nasmarowaniu przerzutek, postanowiłem jednak pojechać gdzieś na rowerze.

Ruszyłem przez most na Bugu i w Kózkach drogą wzdłuż Bugu do Mierzwic. Po drodze obejrzałem pomnik partyzantów, którzy stoczyli zwycięski bój z doborową jednostką Wermachtu Afrika Corpus, kiedy to Niemcy chcieli odbić zdobytą przez nich rakietę V2. Dojechałem do Serpelic gdzie zawróciłem i gdzie znowu dopadła mnie ulewa. Jak do Kózek dojechałem to tak deszczem lunęło że nawet nie zdążyłem peleryny ubrać do miasteczka jechałem w strugach deszczu matwiłem sie tylko tym ze pranie jakie zrobiłem a które suszyło się na balkonie zamoknie na nowo i co ja pocznę z takim mokrym balastem i że przyjdzie mi dalej tam nocować co było i tak sporym finansowym wydatkiem do koszt pobytu tam to 60 za pierwsza i 50 za druga noc po drodze kupiłem sobie dwa udka jażyny na patelnie kołacze ,owoce,i inne wiktuały przejechałem jakie 65 km ugotowałem sobie obiadek zjadłem przespałem się i wyruszyłem pozwiedzać miasteczko rynek cerkiew kościół cmentarz dom w którym była synagoga ,stowarzyszenie abstynentów, zjadłem lody spotkałem również tą rowerowa rodzinkę z gdańska po powrocie zrobiłem kolację obejrzałem tv i spanie

Dnia 16.07.2014 wyruszyłem rankiem z Siemiatycz. Przed wyjazdem chciałem oddać klucz, ale gospodyni jeszcze nie było. W takim przypadku kazała mi włożyć klucz pod miotłę, co też uczyniłem. Ruszyłem na południe wzdłuż wschodniej granicy. Trasę zmieniłem w stosunku to wcześniejszego planu, bo poprzedniego dnia zaliczyłem dwie miejscowości które były potrzebne do zaliczenia rajdu do koła polski. Pojechałem w kierunku Konstantynowa, tam spotkałem rowerzystów z Drohiczyna. W gminie podbiłem książeczkę i ruszyłem na Janów Podlaski. Po drodze zboczyłem na chwilę by odwiedzić stadninę koni. Mimo nadłożonej drogi było warto. Następnie dojechałem do miejscowości Kodeń i Sławatycz. Odwiedziłem też sanktuarium męczenników podlaskich. Do Romanowa dojechałem wieczorem ale jeszcze przed zachodem słońca. Zastanawiałem się po drodze cały czas dlaczego do tej wioski trzeba jechać. Była jednak pod drodze do Włodawy.

Na miejscu jak zobaczyłem wieli pałac, a szczególnie jak przeczytałem kto tam mieszkał i się urodził zrozumiałem sens tak wytyczonej trasy. W pałacu tym mieszkał autor Starej Baśni – Józef Ignacy Kraszewski. Obecnie mieści sie tam muzeum jego imienia. Wieczór był ciepły, chociaż komary cięły niemiłościwie. Nie mogłem znaleźć nigdzie noclegu, więc noc postanowiłem spędzić w namiocie. Przed rozbiciem namiotu, wybrałem się jednak do pałacu po pieczątkę. Nie liczyłem że ktokolwiek mi otworzy, bo było już po godzinach otwarcia. Ku mojemu zaskoczeniu, drzwi otworzyła mi bardzo miła starsza pani. Przedstawiłem się i cel mojej obecności w pałacu, po czym zapytałem o pozwolenie na rozbicie namiotu. Pani kustosz, bo tak się mi przedstawiła, zaproponował mi skorzystanie z ich pokoiku gościnnego za niewielką opłatą. Chętnie na to przystałem, bo to nie lada gratka spać w takim miejscu. Po rozlokowaniu się ruszyłem na obchód pałacowego parku, w którym zrobiłem kilka zdjęć. Przed kolacją porozmawiałem z miłą gospodynią o historii pałacu i rodu pisarza.

Dnia 17.07.2014, o 700 ruszyłem w dalszą drogę. Wyruszyłem skoro świt, bo miałem zamiar dojechać do Horodła. Trasa biegła przez Włodawę, Sobibór, Wolę Uherską, i Dorohusk. We Włodawie zaciekawił mnie kamienny grobowiec neolityczny, w Sobiborze obejrzałem galerie zdjęć i to co pozostało z obozu w którym skazani na śmieć podnieśli bunt i wygrali. Po ucieczce jeńców z tej fabryki śmierci hitlerowscy oprawcy zrównali obóz z ziemią a na jego miejscu posadzili las. Do obozu wiodła bardzo fatalna droga, co myślę że źle świadczy o gminie. Następnie w Dubience obejrzałem kopiec Kościuszki, było to miejsce tragicznej bitwy, gdzie w czasie odwrotu padło 1000 żołnierzy naczelnika. Do Horodła dojechałem w strugach deszczu, a jedyny hotelik nie zachęcał ceną. Powiedziano mi że w nieodległej wiosce jest agroturystyka, tam znalazłem nocleg a gospodyni była tak miła że w cenę noclegu wliczała i kolację, i śniadanie. Był to dzień w którym przejechałem 143 km.

W Horodle ciekawostką były dwa kamienne lwy, legenda mówi ze stały one w pobliskim zamku.

Dzień 18.07.2014 przywitał mnie super pogodą, w tym dniu postanowiłem zajechać aż do miejscowości Rudki koło Lubyczy, no ale po kolei. Rankiem po obfitym śniadaniu jaki mi miła gospodyni zrobiła - jajecznicy z 6 domowych jajek na domowym boczku i z pokrojonymi do tego pomidorkami oraz z mocną kawą - zajechałem na przejście graniczne w Zosinie. Tam spotkałem rowerzystę, który sobie co dziennie rankiem robił taki krótki sprint z Hrubieszowa do Zosina i z powrotem. Jechaliśmy razem dość krótko bo on wolał sprint a mi bardziej odpowiada turystyczne tempo. Jechałem sobie spokojnie i w Horodle byłem gdzieś około dwunastej. Pokręciłem sie trochę po miasteczku, podbiłem książeczkę w sanktuarium Matki Boskiej Sokolskiej i ruszyłem trasą biegnącą prawie wzdłuż granicy z Ukrainą.

Po trasie mijałem wierzę widokową, gdzie nie omieszkałem wejść, rozpościerał się z niej wspaniały widok na rozlewiska Bugu i nad Bużańskie łęgi i łąki po polskiej i ukraińskiej stronie. Następną wioską, do jakiej miałem regulaminowy obowiązek dojechać, był Witków. Tam u sołtysa dostałem pieczątkę z Witkowa. Następnie pojechałem starą betonową drogą, którą jak mi powiedziano, Niemcy wybudowali w czasie wojny. Mimo niemieckiej inżynierii droga był fatalna, porozrywana, pełna dziur i przez to po deszczu głębokich kałuż. Na szczęście to było tylko kilka kilometrów do wsi Oszczów. Dalsza droga była juz dobra wiła się wśród pól i przechodziła przez taką cichą spokojną okolicę - żadnych samochodów i tylko na polach rolnicy robili sianokosy - zbierali rzepak. Mijając senne wioski miałem wrażenie że to wymarła okolica. Po przejechaniu Tarnoszyna zadzwoniłem do znajomego, który mieszkał niedaleko, zaledwie 40 km. On mi wskazał jak dojechać do Rudek, bo tej wsi nie było nawet na mapie. Wyjechał mi na przeciw na skuterku i tak eskortowany przez Lubyczę Królewską, aż na wieczór dojechałem do Rudek. Ta wieś jest oddalona od granicy jakieś 6 km. Jako ciekawostkę dodam, że ta wioska znajduje się na linii radzieckich umocnień Mołotowa mających zatrzymać hitlerowskich agresorów na Związek Radziecki. Tam kolega mnie nakarmił, dał sie wykąpać i zaoferował mi spanie. W tym dniu przejechałem jakieś 130 km.

Rankiem, po pożegnaniu, ruszyłem do Bełżca, tam zwiedziłem muzeum i przez Płazów urokliwymi drogami pełnymi wzniesień i lasów Roztoki Południowej dojechałem do miejscowości Horyńce Zdrój. Spotkałem tam kilku starszych amerykanów pań i panów na rowerach z polskim przewodnikiem rozpytywali sie o moją wyprawę. Po krótkiej przerwie ruszyłem na Oleszyce. Tam miłośnik tego miasteczka i właściciel lodziarni opowiedział mi że wzgórze pod pałac - jaki tam kiedyś stał – usypali swoimi czapkami tureccy niewolnicy pojmani pod Wiedniem.

Obejrzałem miejsce gdzie stał kiedyś zamek, zrobiłem kilka zdjęć, w deszczu późnym popołudniem dojechałem do Jarosławia. Nocleg zorganizowałem sobie w agroturystycznym gospodarstwie za miastem na wsi Wierzbna. Tego dnia przejechałem 125 km.

W dniu 20.07.2014 rankiem jadąc na Przemyśl pomyliłem drogę i nadłożyłem jakieś 10 km by znowu dojechać na trasę i juz zgodnie z trasą torem przez Rokietnicę o godzinie dwunastej dojechałem do Przemyśla. Tam zaraz na wjeździe do miasta na Sanie spotkałem turystę wodniaka, który płynął z przyjacielem od Sanoka do Santoka tratwą jaką sami zbudowali. W tym dniu obchodzono w Przemyślu uroczystości 100-lecia twierdzy, po krótkim zwiedzaniu starówki i zamku ruszyłem na dalszą trasę do Krasiczyna. Tam obejrzałem wspaniały zamek. I tu zaczęły się góry, pierwszy podjazd był dla mnie za stromy tak że musiałem prawie dwie godziny pchać rower z całym moim majdanem, a na samej górze pierwszego w tym dniu podjazdu spotkałem kolegę z Cieszyna, który zbierał w lesie grzyby. Nawiązaliśmy rozmowę i on zapytał czy ja nie jestem czasem ze śląska bo wyczuł to po mowie. Po krótkiej wymianie zdań okazało się że oboje jesteśmy Cieszyna. Ja mu wtedy pokazałem nasz proporczyk na rowerze czym był bardzo uradowany, bo sam wyjechał z Cieszyna 30 lat temu. Leszek Krzywoń, bo tak się nazywał, w Przemyślu sie ożenił i tam już został. Nie rozmawialiśmy zbyt długo, wspomnieliśmy kilku wspólnych znajomych i ruszyłem w dalszą drogę do Birczy.

Od Birczy znowu wspinając się pod górkę po pokonaniu kolejnego wzniesieni dojechałem do Wojtkowic. Dojechałem tam prawie o zmierzchu i przejechaniu, mimo trudnego terenu, 115 km. W Wojtkowicach chciałem rozbić namiot ale odradzono mi to ze względu na obfitość żmij. W końcu znalazłem miłą rodzinę prowadzącą agroturystykę. Byli również pasjonatami rowerowych wycieczek, więc nocleg zaoferowali mi za tylko 20 złotych.

Po przenocowaniu w Wojtkowie ruszyłem w dalszą drogę w stronę Ustrzyk Dolnych. Tuż przed Wojtkowem obejrzałem starą cerkiew prawosławną, a w samym Wojtkowie jeszcze jedną. Oba te obiekty sakralne są teraz kościołami katolickimi. Niestety dzień był pochmurny i deszczowy co nie sprzyjało by cokolwiek zwiedzać a i widoki na góry nie były ciekawe. Przez niskie góry cokolwiek można było podziwiać. W Krościenku jednak słońce wyszło. Niestety do Ustrzyk Dolnych znowu jechałem w deszczu. Na domiar zdarzyła mi się mała awaria hamulców. Na szczęście znalazłem serwis a właściciel, mimo nawału pracy, zrobił mi rower na poczekaniu. Miałem choć trochę czasu na zwiedzanie miasteczka i poszukać adresu i numeru telefonu kolegi z Czernej, który tam prowadzi agroturystykę. Jadąc do niego na trasie spotkałem Niemca, ten młody człowiek jak mi powiedział łamaną polszczyzną, szedł jako pielgrzym do Jerozolimy piechotą.

Do kolegi przyjechałem znowu w deszczu mimo tylko 65 km i wczesnej jak dla mnie pory by stawać na popas, postanowiłem u niego przenocować. Miał wolny pokój, więc czemu nie. Dzień spędziłem na rozmowie. Tego dnia dojechała do mojego znajomego akurat nasza wspólna znajoma z facebooka. Był to fajny dzień odpocząłem a nawet poddałem sie zabiegowi energoterapeutycznemu, bo tym także zajmuje się mój kolega. Ja raczej jestem sceptycznie nastawiony do tego typu czarów, nie chciałem mu robić przykrości dlatego się zgodziłem. Rano jednak, moje zdanie o wcześniejszej terapii zaczęło się zmieniać, bo nie czułem zmęczenia a i nogi jak by nie te same. Pod każdy kopiec wyjeżdżałem bez problemu i roweru nie prowadziłem ani razu! Jeśli będziecie w Czarnej, to koniecznie nocujcie w Źródle Odnowy Janusz Mateja.

Dnia 22.07.2014, z Czarnej jechałem przez Lutowiska, Smolnik, Łukasiewicze, do Ustrzyk Górnych, gdzie wstąpiłem do dyrekcji parku narodowego. W Ustrzykach spotkałem chłopaka z Łodzi, jechał sobie po pętli Bieszczadzkiej. Dałem mu książeczkę KOT i namówiłem na zbieranie punktów na odznaki - może złapie bakcyla. Na przełęcz Wetlińską wyjechałem bez problemu, może faktycznie zabieg Janusza pomógł. W Cisnej zjedliśmy wspólnie obiad, mój nowy znajomy został tam na noc, a ja ruszyłem w dalszą drogę. Chciałem sobie podjechać kawałek kolejką wąskotorową w stronę Kamańczy, niestety ostatni skład wyjechał dziesięć minut przed moim przyjazdem. Dojechałem do Kamańczy podziwiając połoniny Bieszczadzkie i całkowicie pustą drogą. W Kamńczy nocowałem na małym prywatnym polu biwakowym. Oprócz mnie było tam dwoje turystów z Czech i prawie nasi krajanie małżeństwo z Jastrzębia Zdroju z dwójką synów. Noc była burzliwa i mokra, przejechałem w tym dniu 108 km, co jak na te górskie tereny było dobrym wynikiem. Rankiem odwiedziłem klasztor, gdzie spędzał czas Wyszyński jak go zamknęli. Zwiedziłem także prawosławną cerkiew i kościół greko-katolicki.

Rankiem 23.07.2014 w strugach deszczu ruszyłem na Dukle i Żmigród Nowy. W Dukli znowu awaria, pękła mi szprycha. Znalazłem serwis i właściciel – z zamiłowania rowerzysta - zrobił mi to gratis. Pogadaliśmy, a później zwiedziłem zamek i muzeum bitwy partyzanckiej oddziałów polskich, słowackich i radzieckiej partyzantki z Niemcami. W Nowym Żmiogrodzie po pieczątkę poszedłem na posterunek policji. Szukałem takiej małej wioski Łyżwiny, chciałem się dowiedzieć czy to daleko bo na mojej mapie jej w ogóle nie było. Nocleg miałem zamówiony u mamy mojej znajomej. Do Łyżwina dojechałem znowu w deszczu. Z ciekawostek tego dnia to smaczne śniadanie za Kamańczą w gospodarstwie. Zjadłem wspaniały serek kozi z czosnkiem niedźwiedzim. W tym dniu przejechałem tylko 65 km, bo jakoś nie miałem ochoty jechać dalej w deszczu. A nocleg w ciepłym łóżku i kąpiel to była zbyt duża pokusa by nie skorzystać.

Niestety następny dzień nie był lepszy, padało od rana. Do Gorlic wjechałem w deszczu, spotkałem tam pana co opowiedział mi że ma odznakę nr 6 Dużego Rajdu dokoła Polski. Odwiedziłem muzeum bitwy o Gorlice, w pierwszej Wojnie Światowej toczyła się tam jedna z większych bitew tamtej wojny. Zrobiłem zdjęcie z Ignacym Łukasiewiczem i dalej ruszyłem w trasę. Niestety daleko nie zajechałem pod Kasztelem w Szymborku strzeliła mi opona. Po godzinie naprawiania owinięcia koła taśmą iolacyjną musiałem dokonać wyboru - jechać do Grybowa czy wrócić do Gorlic. Wybrałem druga opcję, bo po drodze jadąc widziałem sklep z rowerami i tam miałem zamiar kupić oponę. Niestety opona którą kupiłem musiałem oddać bo była nie tego rozmiaru co moje koło. Właściciel serwisu samochodowego, u którego robiłem naprawę pojechał do miasta i kupił co trzeba, a ja w tym czasie zakupiłem sobie wózek do roweru. Przepakowałem wszystko na ten wózek zdjąłem tylne sakwy i wieczorem dojechałem dopiero do Grybowa. Nocleg załatwiłem w pensjonacie Markiza - polecam rowerzyści maja specjalna zniżkę w wysokości 5 zł. Zwiedziłem miasteczko i poszedłem spać. Wysuszyłem sobie trochę rzeczy. Gospodyni załączyła mi grzałkę elektryczną w centralnym w łazience. W tym dniu tylko przejechałem znowu jedynie 65 km.

Rankiem 25.07 przy ładnej pogodzie opuściłem Grybów jadąc przez malownicze tereny w kierunku Krynicy. Po krótkim zwiedzaniu uzdrowiska i konieczności zakupu nowego aparatu fotograficznego, bo w tym którego używałem dotychczas cos zaskrzypiało i aparat padł. Jadąc w kierunku Piwnicznej spotkałem rowerzystę, będącego mieszkańcem Muszyny, który aktualnie mieszka w Australii. Opowiadał mi jakie tam są tereny do jazdy rowerowej.

W Muszynie zwiedziłem zamek i napiłem sie wody mineralnej naturalnie syconej dwutlenkiem węgla prosto ze źródła. Do Piwnicznej dojechałem w porze obiadowej. Droga wiodła nad Popradem, po drugiej stronie była już widoczna Słowacja. Obiad zjadłem w sklepie spożywczym, kupiłem sobie słój gulaszu a właściciel sklepu mi go odgrzał. Po krótkim odpoczynku i zrobieniu zdjęć w mieście pojechałem do Starego Sącza.

Miasteczko zachwyciło mnie swoją urodą - a w szczególności rynek ze starą parterową zabudową i wielkimi kocimi łbami. W stowarzyszeniu na rzecz osób niepełnosprawnych „Gniazdo” dowiedziałem się że stoczono prawdziwy bój by tego rynku nie zmieniać. Jadąc przez miasto i jego okolice oglądałem ciekawa zabudowę charakterystyczna dla Sądeckiego. Do Łącka dojechałem gdy nad stokami porośniętym sadami zebrały się ciężkie chmury. Nocleg zorganizowałem sobie w takim nie drogim pensjonacie w centrum miejscowości. Gospodarze byli bardzo zapracowani, poprzednia noc była dla miasteczka sądnym dniem. Mała rzeczka wylała tak mocno że ich podwórko i piwnice były zalane. Następnego dnia bardzo wcześnie ruszyłem w drogę. Miałem w planie dojechać do Zakopanego a czekały mnie góry i dość strome podjazdy. O godzinie 900 byłem juz w Krościenku. Bardzo ładna zabudowa, stylowe góralskie domy z balkonikami i wszędzie bardzo czysto.

W dyrekcji parku podbiłem książeczki KOT. Następnie droga wiodła prawie cały czas w górę w kierunku Czorsztyna. Po drodze mijałem taką romską mini osadę można powiedzieć slumsy. Ale ludzi bardzo mili i życzliwi. Nalałem sobie u nich wody do butelki chwile pogadałem śmiali się że ja taki Cygan jestem bo jak i oni kiedyś taborami jeździli, to ja dziś na rowerze. Ja im powiedziałem by zamiast koni i wozów na rowerach jeździli uśmialiśmy się i dalej w drogę ruszyłem. Czorsztyn odwiedziłem kiedyś jak chodziłem do szkoły czyli jakieś 40 lat temu. Wtedy nie było jeszcze jeziora, a w zamku kręcono film Mazepa. A ja jako dziecko do Czorsztyna pod zamek przechodziłem mostem na Dunajcu od strony zamku w Nidzicy, który wtedy był ledwie kupą kamieni.

Zamek zwiedziłem i podziwiałem piękne widoki z zamku na góry. Miałem do wyboru przepłynąć stateczkiem przez zalew, albo przejechać rowerem wokół niego. Wybrałem trasę rowerową. Trasa wiodła prawie cały czas z góry, więc do Nidzicy dojechałem szybko. Rower zostawiłem obok elektrowni i pod zamek podszedłem piechotą. Od Nidzicy było ostro w górę trasą Tur de Pologne przez Białkę do Bukowiny Tatrzańskiej. Tam znowu ostro polało, ale od Bukowiny było już z górki w kierunku Poronina i dalej do Jaszczurówki przez Zakopane i z powrotem do Zakopanego. Pogoda się psuła, było zimno, śmierdziało końskim gównem, ludzi było jak mrówek, więc nie za bardzo mi sie tam podobało. Jedynie piękne góry poprawiały nastrój. Nocleg miałem załatwiony, problemem było tylko znalezienie tej willi.

W końcu się udało i gospodyni poczęstowała mnie na kolacje dobrym żurkiem i kawą. W tym domu to moja córka z zięciem zawsze mieszka jak do Zakopanego jedzie na przechadzki po górach. Okazało się że i pani góralka w naszym Cieszynie bywała jak uczyła się w Wiśle w technikum gastronomicznym. Szczególnie dobrze pamiętała dancingi Pod Jeleniem i w Centralce. Powspominaliśmy stare dobre czasy. Rankiem słońce ładnie świeciło, w tak ładną pogodę ruszyłem w kierunku Chabówki. Po drodze wstąpiłem po pieczątkę do kościoła na Krzeptówkach, tam spotkałem rowerzystów, którzy startowali na pielgrzymkę aż na hel. Oglądali mój ekwipaż z podziwem, oni jechali tylko na rowerach a cały majdan mieli załadowany w busach i mieli jeszcze do tego asystę straży miejskiej. Takie wędrowanie by mi raczej nie odpowiadało, brakowało by mi luzu i improwizacji, wszystko z góry pozałatwiane. No ale jak kto tłum lubi to sobie wybiera.

Jadąc do Chochołowa wstąpiłem do góralskiego szałasu gdzie produkowano i wędzono oscypki. W muzeum powstania Chochołowskiego pogadałem z panią kustosz o powstaniu i jego przyczynach jak i jego smutnym końcu oraz losie jego uczestników. Patrząc w tył widziałem ostatnie widoki na wspaniałe tatry, ale przede mną na horyzoncie rysował się majestatyczny widok na Babią Górę. Pogoda była taka sobie - gorąco i parno. W Zubrzycy Górnej zwiedziłem skansen, w czasie podjazdu pod przełęcz Krowiarki dopadła mnie taka ulewa jaka mnie nie spotkała do tej poru. W sekundach wokół mnie było z centymetr lodowych kulek wielkości dziesięciogroszówki. Zdążyłem tyko zjechać z drogi do lasu bo droga stała się rwącą rzeką. Cała nawałnica z grzmotami i piorunami trwała może z dziesięć minut ale wystarczyła by wszystko mi zamokło. Suche były tylko te rzeczy z wózeczka i te w reklamówkach. Jak deszcz przestał padać dojechałem na przełęcz i podbiłem książeczkę na wejściu do parku narodowego.

Widok turystów wszystko mówił o tym co ich spotkało jak schodzili z Babiej, mówili że przeżyli horror. Do Zawoi jak dojechałem to mi ubranie wyschło. W Makowie zjadłem sobie dobry obiad, była niedziela i po tych deszczach coś przyjemnego mi się należało. W Suchej Beskidzkiej zajrzałem do karczmy Rzym i ruszyłem w drogę. Za miastem przypomniałem sobie o zamku ale już się nie wracałem, bo chciałem w tym dniu dojechać choć do Jeleśni. Planowałem że dojadę za Żywiec, gdzie zaprosił mnie do siebie kolega, którego poznałem w 2013 roku jadąc rowerem nad morze. Niestety by do Jeleśni dojechać czekała mnie znowu spora wspinaczka pod górę. W Jeleśni miałem problem ze znalezieniem noclegu, żadnego kempingu. Po intensywnych poszukiwaniach znalazłem pensjonat. Noc szybko zleciała po tych 125 km. Można powiedzieć w dość ekstremalnych warunkach. Zmogło mnie szybko.

W poniedziałek skoro świt ruszyłem do Żywca. Tam zajechałem do kolegi wypiłem kawę i razem z nim pojechaliśmy do Bielska. Postanowił mnie odprowadzić, wiec razem dojechaliśmy do Aleksandrowic. Na lotnisku pożegnaliśmy się i ruszyłem stara drogą na Skoczów. W Grodźcu skręciłem na Brenną, a tam przyjechał i czekał na mnie Kazik Szewczyk – „Gwarek”. Razem pojechaliśmy do mojej córki do Międzyświecia. Na miejscu już czekali na nasz Kazik i Małgosia Holiszowie i w takiej asyście dojechałem do Cieszyna.

Niestety znowu złapała nas ulewa i tak zamiast na godzinę na jaką planowałem dojechać na nasz cieszyński rynek dojechaliśmy godzinę później. Tam czekała na mnie rodzina i kolega „Ziołowy” i tak oto zakończyła się moja eskapada rowerowa. Mam nadzieję że nie ostatnia. W roku 2015 planuję znowu rajd wokół polski, ale teraz tematem tego rajdu będą polskie zamki.

Leszek Szurman - Wędrowniczek
Galeria