Kronika
Dzień „Gwarka”

24.04.2016

Pogoda jest jak kobieta, nigdy nie wiesz na co trafisz. Po słonecznym otwarciu sezonu wszyscy cieszyliśmy się na ciepełko i słońce, a tu było dokładnie odwrotnie. Siąpiło, niskie chmury wisiały nad głowami, o temperaturze nie wspominając. Ale pamiętając, że choćby żabami prało i koło się w tył obracało… i tak na rynku zebrało się nas aż osiem osób: prowadzący Gwarek, Rechtór, Juniorek, Bystry, A. Sorkowicz i dwóch sympatyków. Była też jedna, jedyna Czorno, która wśród pań nie zlękła się pogody. I prawdę mówiąc wszystkim uczestnikom zostało to wynagrodzone, bo im dalej jechaliśmy tym było lepiej. W każdym razie nie było trzeba sprawdzać wodoodporności naszych ubrań, choć rękawice i czapki jak najbardziej się przydały. Gwarek poprowadził nas najpierw do Pogwizdowa na cmentarz, aby wspomnieć śp. Staszka Pawlika. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze Unisono i Niezłomnego, Roztomiłóm oraz Miodzia. W takim składzie przyjechaliśmy do Kaczyc, gdzie na dawnym przejściu granicznym oczekiwał nas W. Owczarzy i tak dojechaliśmy do Frysztatu na rynek. Po małym postoju przed zamkiem ruszyliśmy w stronę Dziećmorowic, i dalej jadąc szerokim łukiem przez Piotrowice dotarliśmy do Piersnej pod pałac oznaczony inicjałami „ZP”. Nieudolnie jest to tłumaczone na „Zamek Petrovice”, ale i tak wszyscy wiedzą, że oznacza to „Zbyszek Pawlik”. A więc jestem u siebie!

I wcale się tego nie muszę wstydzić, bo pałac, a zwłaszcza jego otoczenie robi wielkie wrażenie. Budynek w stylu empire z XVIIIw. był własnością hrabiów Larisch von Mőnnich do 1927r. Park w manierze stylu angielskiego z trawką, której zrobiono staranny manicure, klombami, wodnymi oczkami z czarnymi łabędziami, „wypasionym” kącikiem do grillowania i innymi bajerami. Budynek obecnie to ekskluzywny hotel oraz restauracja. I to tak ekskluzywny, że nie stać na niego nawet właściciela. Pozostało nam tylko zobaczyć wnętrze i pałacową piwniczkę za szybą, a wyfraczona obsługa w muszkach, zamiast podawać schłodzonego szampana wstawiła nam tylko pieczątki do książeczek.

Pałac jednak nie przyniósł szczęścia jego właścicielom hrabiostwu Marii Luizie i Georgowi, a skoro tak to też się z nim rozstałem bez żalu. Pojechaliśmy do niedalekiej, też historycznej budowli - obecnie siedziby hotelu Dakol, gdzie Gwarek wynajął specjalnie salę, abyśmy mogli spożyć niedzielny obiad. I go spożyliśmy, a woń czosnku (z zupki czoskuli) jeszcze daleko się za nami ciągnęła. W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze miejscowy cmentarz oraz XVIIw. drewniany kościół w nieodległych Marklowicach Dolnych. Jest to jeden z najlepiej zachowanych zabytków tego typu w całym regionie. W 1920r. granica w tym miejscu została tak dziwacznie wytyczona, że kościół wraz z cmentarzem znalazł się w Republice Czechosłowackiej, a szkoła, która stoi ok. 100 m dalej, była już w Polsce. I nagle wszyscy mieszkańcy mieli problem, bo aby normalnie funkcjonować musieli na wszystko mieć przepustkę, do kościoła, szkoły czy nawet na dojście do własnego pola. I żeby było ciekawiej najbliższe przejście graniczne ustanowiono kilka kilometrów dalej, w Markowicach. Dobrze, że jest to już czas przeszły dokonany.

A nam pozostał powrót do domu i satysfakcja z udziału w tej ciekawej wyprawie która liczyła około 50 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria