Kronika
Zielonoświątkowa jajecznica zaprawiona starociami

15.05.2016

Początki tej tradycyjnej imprezy polegającej na zielonoświątkowym „kucharzeniu” w plenerze giną w pomroce ondraszkowych dziejów. Osobiste wspomnienia z podobnej wycieczki, która odbyła się ponad 40 lat temu (chyba w 1973r.) w Ustroniu Poniwcu dotyczą mojego pierwszego kontaktu z klubem. Wówczas smażyliśmy jajecznicę z kilku jajek na małym ognisku w małym „kastrolku” tylko dla czterech osób: państwa Sosnów czyli „Szeryfów”, ”Afi” (mojej przyszłej żony) oraz mnie.

Minęło kilkadziesiąt lat i na rynku w oznaczonym czasie, mimo arktycznych podmuchów wiatru pojawiło się około 35 rowerzystów z zamiarem udziału w tej kulinarnej wyprawie. Prowadzący W. Zmełty - „Kropelka” odszedł od tradycyjnego pilotowania trasy, zamiast tego po prostu wyznaczył dwa punkty etapowe: Dębowiec przy tężni oraz metę w Ochabach. Tym samym nieświadomie przyczynił się do ugruntowania prawdziwości imienia klubowego naszego kolegi „Niezłomnego”, o czym poniżej.

I wszyscy się rozjechali własnymi dróżkami podążając do mety, która była ulokowana na terenie skansenu „Tradycyjna Zagroda Rolna” w Ochabach. Przyjechała też pani H. Lincer z „Kryską”, a także kilku sympatyków i jeden Beskidziok z Zaolzia. Prowadzący Kropelka oraz szef kuchni – „Śmig” - P. Holisz pojawili się już odpowiednio wcześniej, więc do czasu kiedy zjechali się rowerowi biesiadnicy w olbrzymiej brytfannie wesoło już skwierczał skrojony boczek. Teraz nasze panie raźno przystąpiły do tłuczenia ponad 200 jaj, w czym też mocno pomagał K. Holisz oraz „Paparazzi” P. Hamera. Wkrótce wokół roznosił się wspaniały zapach smakowitej plenerowej jajecznicy. Ustawiliśmy się w długiej karnej kolejce z naczyniami w rękach i nagle padło dramatyczne pytanie - A gdzie jest J. Lincer - „Niezłomny”?

Ze zbiorowej pamięci wynikało, że wyjechał wraz z innymi z rynku, ale na półmetku już go nie widziano. Rozdzwoniły się telefony, lecz zlokalizowanie jednego rowerzysty na ponad 20 km trasie z różnymi wariantami między Cieszynem a Ochabami nie było łatwym zadaniem. Pocieszając się, że na pewno dojedzie najpierw zjedliśmy przygotowane smakowite danie (brawo Śmig!) a potem przystąpiliśmy do realizacji programu. Najważniejszym było oddanie jubileuszowego strzału z wiatrówki do specjalnej jubileuszowej tarczy z podobiznami wszystkich dotychczasowych prezesów. Każdy strzał został komisyjnie odnotowany na specjalnym arkuszu. Trzeba zaznaczyć, że prezesi (poza jednym wyjątkiem) wyszli z tej opresji nieuszkodzeni. Wzorem innych pamiątkowych tarcz, które oglądaliśmy w cieszyńskim muzeum nasza też trafi „ku pamięci” do klubowej kroniki.

Następnie rozegrano konkurs strzelecki. Co prawda ten element jajecznicowych spotkań nie ma tak długiej historii (wprowadziliśmy go dopiero w 2007 roku), ale konkurs był równie emocjonujący. Wszystkich uczestników zdeklasował i został Królem strzelców tym razem „Unisono” - M. Wlach, i zgarnął przechodni puchar patelnię. W międzyczasie rozegrano też konkurs z jajem w roli głównej, w którym również zwyciężyła para „Czorno” i „Unisono”.

Zwycięzcy odebrali przygotowane nagrody rzeczowe, impreza dobiegała końca, a naszego Niezłomnego jak nie było tak nie ma. Przyjechała samochodem zaniepokojona rodzina, która już zdążyła spenetrować, niestety bez skutku, wszelkie możliwe drogi i dróżki w okolicy. I kiedy tak wszyscy głośno się zastanawiali, gdzie i jak nasz kolega się zdematerializował. padały propozycje szukania go po pogotowiach, szpitalach i policji, Niezłomny nagle po prostu przyjechał na rowerze!

Na gremialnie zadawane pytanie gdzie i którędy jeździł nie bardzo jednak potrafił odpowiedzieć. Najważniejsze jednak, że znalazł się cały i zdrowy, i jeszcze tutaj na nas trafił. To się nazywa mieć Niezłomny charakter .

Myślę, że ta dramatyczna lecz szczęśliwie zakończona przygoda utrwali w pamięci tą jubileuszową około pięćdziesięciokilometrową wyprawę.

Rechtór-Zbyś
Galeria