Kronika
XVI Rajd do źródła Olzy, Wierch Czadeczka

18.06.2016 - 19.06.2016

Kontynuując naszą transgraniczną inicjatywę, ponad 50 uczestników spotkało się w Lasku Miejskim w Jabłonkowie, aby zobaczyć jak i co zmieniło się pod Gańczorką, skąd wytryska olziańskie źródełko. Ta wyprawa jednak, ze względu na nieprawdopodobne wydarzenia była inna niż wszystkie, o czym poniżej.

Po serdecznych powitaniach i złożeniu żartobliwego przyrzeczenia pilotowani przez straż miejską pojechaliśmy wzdłuż rzeki w stronę Bukowca. Tutejsze władze zainwestowały w prawdziwą ścieżkę rowerową i parę kilometrów przed mostkiem granicznym już jechaliśmy po przyzwoitej, wydzielonej z ruchu samochodowego ścieżce. Jednak jeszcze zanim na nią wjechaliśmy poprzedzający mnie rowerzysta gwałtownie przyhamował, a ja niestety już na nim, no i w efekcie złamałem błotnik w moim bicyklu. Oj, niedobrze- pomyślałem sobie, przeczuwając ciąg dalszy problemów.

Po polskiej stronie droga bardzo przyjemnie wiła się w leśnym cieniu wzdłuż Olzy, stopniowo wspinając się w górę. Bez przeszkód dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą Kubalonka - Istebna, gdzie skręciliśmy w stronę przysiółka Andziołówka. Niedaleko, tuż przy drodze, w cieniu starych drzew przycupnęła prywatna drewniana kaplica zbudowana w 1922r. przez seniora sławnej rodziny Konarzewskich, jako wotum za szczęśliwy powrót z zesłania na Ural. Tutaj też czekała na nas pani Ilona – reprezentant czwartego już pokolenia tego utalentowanego rodu malarzy, rzeźbiarzy, ceramików czy tkaczy. I jako, że miała dar przekazywania informacji opowiedziała nam w niezwykle ciekawej formie sagę swojej rodziny i ich związków z Istebną. Nagle coś mocno gruchnęło na drewnianą podłogę kaplicy! Co to? Okazało się, że jedna z uczestniczek naszej wyprawy zemdlała i osunęła się na ziemię. Nieszczęścia czasem chodzą parami-pomyślałem sobie. Rzuciliśmy się na pomoc i wynieśliśmy poszkodowaną na zewnątrz, gdzie powoli doszła do siebie. W towarzystwie naszego mentora zwiedziliśmy jej dom mieszkalny, który był skrzyżowaniem pracowni malarskiej z muzeum, a z racji nagromadzonych pamiątek rodzinnych mógłby z powodzeniem konkurować z niejednymi muzealnymi zbiorami. Naładowani sporą dawką pozytywnej energii ruszyliśmy w dalszą drogę w górę rzeki. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie kończy się droga. Tutaj zostawiliśmy bicykle i jeden za drugim ruszyliśmy wydeptaną w lesie ścieżką ostro pod górę, w stronę źródła.

Szliśmy żywo sobie dyskutując, aż tu nagle z leśnej gęstwiny wyskoczył jakiś rogaty diabeł i trafił w przechodzącą akurat Roztomiłóm - K. Hansel. Obaj się przewrócili, stwór ryczy a Roztomiło kwiczy! W momencie kiedy zdążyliśmy rozpoznać, że był to dorodny kozioł on błyskawicznie się podniósł i czmychnął w zarośla. Z Roztomiłóm było gorzej, bo leżała w szoku na ziemi, a krew lała się obficie z rozciętego rogiem łuku brwiowego. Wszyscy stanęli zaszokowani choć niektórzy nawet nie wiedzieli co się stało! Ktoś zadzwonił na pogotowie, ja popędziłem z powrotem do roweru po apteczkę. Kiedy udało się krwotok trochę zatamować, a Roztomiło doszła nieco do siebie, zaczęliśmy się zastanawiać nad absurdalnością tego wydarzenia. Tutaj naszła mnie myśl, że czasami ludzie straszą w lesie dziką zwierzynę, ale żeby ona nas?!

Nieco ochłonąwszy poszliśmy dalej do źródła, a Roztomiło w asyście Miodzia cofnęła się na rowerze parę kilometrów, gdzie przyjechało pogotowie. Po oględzinach i badaniach zawyrokowali - rana jest na tyle głęboka, że bez interwencji chirurga się nie obejdzie. Nie była jednak na tyle poważna, żeby zatrudniać karetkę do przewozu, tak więc spotkaliśmy się wszyscy na mecie rajdu – w pensjonacie „Maria”. Tutaj czekał na nas przygotowany posiłek czyli grillowane kiełbaski, a zamówiona góralska mini-kapela przygrywała wesoło do tańca i śpiewu. Powoli wszyscy przyszli do siebie, więc mogłem przeprowadzić konkurs – quiz na temat Istebnej i Trójwsi. Tym razem na podium stanęły same panie:

  1. M.Biłko-Holisz - Rozstrzapek,
  2. A.Wlach Czorno,
  3. D. Kuś

Panie otrzymały nagrody rzeczowe ufundowane przez Urząd Gminy Istebna. Piękny puchar ufundowany przez wójta gminy dla najliczniejszej rajdowej drużyny zdobył nasz 25-osobowy zespół Ondraszka, co już dawno się nie wydarzyło. Puchary ufundowane przez PZKO zdobyli z kolei rajdowy senior J. Štirba oraz junior 8-letni M. Wałach z Czeskiego Cieszyna.

Tak zakończyła się oficjalna część tej wyprawy. Część zespołu (same Ondraszki), która deklarowała udział w części drugiej rajdu połączonej z noclegiem na Wyrchu Czadeczka prowadzona przez Apanaczi - B. Toman pojechała dalej, a reszta po pożegnaniach, wracała do domów już własnymi ścieżkami.

Po powrocie na rowerach do Jabłonkowa (ok. 40 km w obie strony) poturbowaną Roztomiłóm oraz Miodzia wpakowałem do auta i zawiozłem do Cieszyna na pogotowie. Byliśmy na miejscu gdzieś ok. 1800, lecz na interwencję chirurga czekała prawie do 2200. I znów sprawdziła się sentencja, że aby się leczyć w służbie zdrowia, trzeba mieć końskie zdrowie.

Myślę, że opisany ciąg opisanych bardziej i mniej pechowych wydarzeń na tej wyprawie będziemy długo pamiętać. Na szczęście wszystko dobrze się zakończyło, choć teraz Roztomiło wchodząc do lasu, pilnie się rozgląda.

Rechtór-Zbyś
Galeria