Kronika
Na rowerze i pod żaglami – jezioro Goczałkowickie cz. IV - „tyska browarnia”

02.07.2016 - 03.07.2016

Po rowerowym okrążeniu zapory myślałem, że na tym nasz pobyt w tym sympatycznym miejscu się zakończy. Później jednak tak bardzo spodobał mi się pomysł wyprawy z ubiegłorocznego zlotu centralnego w Pszczynie do tyskiego browaru, że postanowiłem go powtórzyć. Zacząłem temat drążyć, w wyniku czego w ten pierwszy lipcowy weekend znów spotkaliśmy się w stanicy wodnej PTTK w Wiśle Wielkiej. Przybyło tutaj 18 Ondraszków oraz 2 sympatyków. Część tej ekipy przyjechała na rowerach, część pociągiem do Tychów, a część samochodami. Autorem trasy oraz przewodnikiem była bardzo sympatyczna R. Kania szef klubu „Koło” z Pszczyny, a celem wyprawy „na rowerze” było muzeum piwowarstwa w Tychach.

Po przedstawieniu trasy i czekających nas atrakcji ruszyliśmy w drogę. Regina sprawnie nasz peletonik przeprowadziła przez Pszczynę, przy czym do przejazdu przez miasto wykorzystaliśmy rozległy park pałacowy. Wkrótce dojechaliśmy do Studzienic i zanurzyliśmy się w rozległych lasach stanowiących otulinę Tychów. I dobrze, bo upał był straszny i każdy kawałek cienia był bardzo potrzebny. Sprawnie dojechaliśmy do Tychów, lecz browar leżał na drugim końcu miasta. Musieliśmy zatem przez niego przejechać co znakomicie się udało dzięki sprawnemu prowadzeniu Reginy oraz w większości oznakowanym ścieżkom rowerowym. W muzeum już czekała na nas zamówiona pani przewodnik w śląskim stroju, która w „slónskij godce” przez ponad dwie godziny interesująco wprowadzała nas w tajniki historii i współczesności miejscowego piwowarstwa. Wszystkich zadziwiło świetnie zaaranżowane muzeum, zachowane zabytkowe urządzenia i budynki, a także nowoczesna szybkobieżna automatyczna linia rozlewnicza złocistego płynu do butelek i puszek. Na końcu zwiedzania czekała wszystkich wizyta w browarnej piwniczce degustacyjnej, co wobec upału na zewnątrz bardzo nam przypadło do gustu.

W drodze powrotnej dłuższą przerwę obiadową zrobiliśmy też nad jeziorem Paprocańskim, dosłownie oblężonym przez tłumy spragnionych ochłody. Potem pojechaliśmy do Promnic i przez lasy do Kobióra oraz Radostowic. Trzeba odnotować, że dziurawa i pełna kałuż leśna droga, jaką trzy lata temu jechaliśmy do zameczku w Promnicach teraz zamieniła się w piękną asfaltową rowerową leśną autostradę. I tak po przeszło 70 km, klucząc między polami i lasami wróciliśmy do Wisły Wielkiej czyli miejsca startu. Siedemnastu ondraszków, którzy zadeklarowali się zostać zakrzątnęło się koło urządzenia noclegu i ogniska. Ogniska nie dane nam było jednak zapalić, gdyż silny wiatr niosący niskie chmury i odgłosy bliskich grzmotów nie wróżyły nic dobrego. I ledwie zdążyliśmy uciec pod daszek, kiedy zaczęło padać, i tak już zostało przez prawie cały wieczór. Niewiele nas to zmartwiło, bo Maniuś miał harmonię i zrobił z niej użytek, my mieliśmy śpiewniki, a Śmig zakrzątnął się wokół kuchni i przysmażył ogniskowe kiełbaski w piecu. Słowem było wesoło, radośnie i tanecznie. Gdzieś koło północy nawet przestało padać, więc wyleźliśmy na zewnątrz. Śmig z Juniorkiem po dłuższych próbach rozpalili w końcu przygotowane ognisko, a po wodzie niosły się nasze dalsze wokalne popisy. Jednak niedługo później następna fala deszczu znów nas wygoniła do budynku, a ognisko definitywnie zgasił deszcz.

Rano obudziło nas bębnienie deszczu w okienne szyby. W odróżnieniu od wczorajszego upalnego dnia świat zasnuł się szarością i nic nie zapowiadało jakiś zmian. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się jednak zrezygnować z programu „pod żaglami”, ciesząc się, że udało się przynajmniej zrealizować program „na rowerze”. Co ciekawe, po powrocie do Cieszyna okazało się jednak, że słońce niebawem wyjrzało zza chmur, co tylko potwierdza fakt, że pogoda jak kobieta – zmienną jest!

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria