Kronika
„Z rowerową wizytą u sąsiadów” - okolice Bielska-Białej

10.07.2016

Nikt z uczestników tej wycieczki nie przypuszczał, jakie to krajoznawcze perełki włącznie z rozszyfrowaniem powyższego napisu zaserwuje prowadzący wyprawę Włodek Nowak czyli Ondraszek z Bielska–Białej.

Spotkaliśmy się w słoneczny niedzielny poranek przed dworcem PKP w Bielsku-Białej, gdzie przyjechało 10 Ondraszków. Paparazii, Ziołowy i Seniorek tradycyjnie przypedałowali z Cieszyna na rowerach, a reszta autami i autobusem (do autobusu można wziąć rower!). Po powitaniach i ogólnym przedstawieniu trasy ruszyliśmy w drogę klucząc ulicami Bielska. Dojechaliśmy niebawem do parterowego budynku na przedmieściach, a nad nim sporych rozmiarów szyld wieszczył: „Muzeum Fiata 126” z dumnym dopiskiem: „Maluch to nie auto, to styl życia”. Niebawem przybył właściciel i zaprosił nas do swojego królestwa, skąd po 1,5 godz. prelekcji wyszliśmy mocno zdumieni. Pan A. Przychodzień zdołał zebrać w tym miejscu chyba wszystkie wersje tego popularnego autka rodem z PRLu, którego produkcja rozpoczęła się w czerwcu 1973 i już dawno się zakończyła. I nie chodzi wcale o te, które można jeszcze czasem spotkać na drogach, ale egzemplarze krótkich specjalnych serii, w tym eksperymentalnych. Tutaj dowiedzieliśmy się, że produkowano malucha w wersji kabriolet (z nadwoziem z laminatów), wojskowej - z odejmowanymi kołami zamienianymi na gąsienice i płozy śnieżne!, milicyjnej, desantowej – sześciokołowej, czy pick-upa. I to wszystko tam było można zobaczyć wraz z kilkoma innymi: Fiatem-Bis, jednym z ostatnich modeli jakie zjechały z taśmy w 2000r. oraz dedykowanymi przyczepkami campingowymi z fikuśnie rozkładanymi namiotami. I wszystko to jeździ, jest sprawne i zarejestrowane. O tym i innych ciekawych sprawach, jak choćby jak zdobywał poszczególne eksponaty właściciel umiał bardzo interesująco opowiedzieć. Opuściliśmy to niezwykłe miejsce będąc pod wrażeniem determinacji i osiągnięć kolekcjonera.

Aby ugruntować zdobyte wiadomości pojechaliśmy do niedawno otwartej kawiarni i zarazem muzeum Fiata 126P. Tutaj można było coś zjeść i wypić siedząc np. w tylnej części auta i stolikiem opartym na silniku 650, otoczeni przeróżnymi gadżetami i ówczesnymi gazetami dotyczącymi tego auta. Nawet poręcze były wykonane z samochodowych zderzaków, a wokół lady namalowano fajne rysunki satyryczne z epoki dotyczące „malucha”. Po kawie zaliczonej w tym niezwykłym otoczeniu ruszyliśmy bocznymi drogami w kierunku Oświęcimia przez Bestwinę docelowo do Starej Wsi. Tutaj w cieniu starych drzew otaczających uroczy drewniany kościół czekała pani przewodnik. Zbudowany w XVIw. z jodłowego drewna na dębowych podwalinach kościół powołania Podwyższenia Krzyża św. jest absolutnym unikatem. Szczęśliwie ominęły go wszelkie kataklizmy i dotrwał do naszych czasów w prawie niezmienionej formie. Obecnie otoczony opieką konserwatorską nadal potrafi zaskakiwać. Jak się dowiedzieliśmy w trakcie prowadzonych robót konserwatorskich odsłonięto, teraz wyeksponowaną wspaniale zachowaną renesansową polichromię stropu, a z przypadkiem odkrytej skrytki wyciągnięto cynową ampułkę z zapisanym na pergaminie aktem konsekracji świątyni z 1530r. Ostatnio w innej skrytce odnaleziono z kolei późnogotycki kielich mszalny. Te i inne eksponaty zebrano w niedawno otwartym muzeum parafialnym, którego bogactwo nas zaskoczyło. Należy zaznaczyć, że liturgiczne artefakty - kilkusetletnie sztandary, ornaty, kapy, bogata biblioteka itd. - pochodzą wyłącznie z tego kościoła, a pozostałe wystawione zbiory – militaria i falerystyka to efekt kolekcjonerskich pasji proboszcza. I trzeba przyznać, że proboszcz zebrał unikalną pod każdym względem kolekcję - np. zbiór orderów Virtuti Militari, w tym w wersji ustanowionej przez ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego. Można było też podziwiać m.in. kilka wersji najstarszego i najwyższego odznaczenia polskiego „Orderu Orła Białego”. Jeżeli dodać do tego bogaty zbiór białej broni, broni długiej z różnych epok i krótkiej z np. kowbojskim Coltem wychodzi na to, że w tej bądź co bądź niewielkiej wsi jest muzeum, którego zbiorów mogą pozazdrościć wielkie i znane specjalistyczne muzea. I znów wyszliśmy pod wielkim wrażeniem tego co zobaczyliśmy.

Jadąc bocznymi dróżkami klucząc między polami i lasami dojechaliśmy niebawem do nieodległych Wilamowic. Przy drodze dojazdowej do tego trzytysięcznego miasteczka witał nas przytoczony w tytule dumny napis – co tłumaczy się na „Witamy w Wilamowicach”. Zaintrygowani pojechaliśmy dalej. Przed widoczną z daleka wieżą neogotyckiego kościoła czekała na nas urodziwa Wilamowiczanka – członkini miejscowego zespołu regionalnego i powitała nas w języku, w którym nikt z nas nie zrozumiał ani słowa. W bardzo interesującej gawędzie dowiedzieliśmy się, że Wilamowicach mieszkają potomkowie osadników, których we wczesnym średniowieczu sprowadzono z tzw. Zachodu (terenów obecnej Holandii, Belgii i Niemiec). I przez setki lat utworzyła się tutaj niezwykła enklawa mająca własną kulturę, strój oraz język. Ludzie ci znali się na tkactwie i handlu i na tyle się wzbogacili, że wykupili swoją osadę z rąk ówczesnego feudała a w 1818r. kupili dla niej prawa miejskie. Tutejsza, założona w XIXw. fabryka produkująca tkaniny miała nawet filię w pobliskim Bielsku, wówczas największym po Łodzi potentacie w tej branży! Spoiwem był ich język dość bliski flamandzkiemu. Język wilamowski jest skodyfikowany, ma swój alfabet i gramatykę i ma status odrębnego języka (nie jest to gwara). Niestety po wojnie, gdzieś do lat 70-tych XXw. nie mieli łatwego życia, gdyż ich język powszechnie kojarzono z niemieckim i zostali skazani na zapomnienie. Obecnie posługuje się nim ok. 200 miejscowych i są czynione starania (na poziomie uniwersyteckim) aby go rozpowszechnić. I oby się to udało.

Dzięki garstce kilku miejscowych zapaleńców udało się uratować te zanikające tradycje i stopniowo je odtwarzać, co mieliśmy okazję zobaczyć w Izbie Regionalnej. Naprawdę zadziwiająca jest odrębność tej kultury oraz to, że pomimo przeróżnych przeciwności losu zdołała przetrwać. Miejscowi zawsze stawiali też na wykształcenie, stąd Wilamowic pochodzi wielu zasłużonych obywateli. Chyba najbardziej znanym jest św. abp. J. Bilczewski Metropolita Lwowski, który się tutaj urodził w 1860r. i został wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II .

Po obiedzie w miejscowej gospodzie (po Wilamowicku - Der Kràćium) opuściliśmy tą uroczą miejscowość będąc pod wielkim wrażeniem tego co się dowiedzieliśmy. Stąd część naszej drużyny –Paparazzi, Ziołowy i Ł. Krawczyk postanowiła wracać przez Czechowice do Cieszyna na rowerach, a reszta powróciła do miejsca startu po drodze podziwiając rozległe panoramy i rozbudowany układ komunikacyjny obwodnicy Bielska.

Przejechaliśmy łącznie ok. 50 km> i uważam, że ta wyprawa pod względem krajoznawczym była zupełnie wyjątkowa.

Rechtór-Zbyś
Galeria