Kronika
Z „Apanaczi” w Pieninach

09.09.2016 - 11.09.2016

Pieniny ogólnie rzecz biorąc są OK, lecz Pieniny z Apanaczi to jest to! I tak właśnie pomyślało 37 uczestników tej wyprawy, w tym 17 Ondraszków, a reszta takich, którzy z rowerem niewiele mają wspólnego. I słusznie, bo była to jedna z niewielu propozycji klubu, w której rowery odpoczywały w domu. Wczesnym rankiem cała ferajna wpakowała się do firmowego autobusu Jędrusia aby przez kawałek Czech i pół Słowacji dotrzeć do miejscowości Czerwony Klasztor. Po drodze zobaczyliśmy urokliwe krajobrazy słowackich gór, w tym Wysokich Tatr, które w komentarzu Jędrusia (równocześnie kierowcy i przewodnika) nabierały konkretnych krajoznawczych treści.

W Czerwonym Klasztorze zwiedziliśmy właśnie klasztor, dawniej należący do zgromadzenia Kartuzów i następnie Kamedułów. Obecnie jest to bardzo ciekawe muzeum, po którym oprowadzała nas urocza przewodniczka. Rozwiązanie zagadki dlaczego jest on czerwony było proste: otóż obramowania okien wykonano z piaskowca w tym kolorze i nazwa przylgnęła najpierw do klasztoru i następnie i do całej miejscowości położonej tuż nad Dunajcem. Po drugiej stronie granicznej - w tym miejscu rzeki leżą Sromowce Niżne, a obie miejscowości są od niedawna połączone rowerowo-pieszą kładką. Następnym punktem w programie było zwiedzanie elektrowni na zaporze Niedzickiej. Z bardzo ciekawych opowieści prowadzącego wynikało, że ta najwyższa w Polsce ziemna zapora budowana była prawie przez 20 lat i została ukończona dokładnie w momencie, w którym była potrzebna. Co więcej przydała się już w dnia otwarcia. Wielka woda w 1997r. dzięki niej nie zatopiła wiele nadbrzeżnych miejscowości leżących poniżej, tym samym poniesione ogromne koszty hipotetycznie spłaciły się w tym jednym dniu!

W pozostałym wolnym czasie indywidualnie zwiedziliśmy też malowniczy zamek niedzicki leżący na skarpie tuż nad wodami powstałego jeziora. Zamek był własnością prywatną węgierskiej rodziny magnackiej, która w nim mieszkała aż do 1943r.

Późnym popołudniem przyjechaliśmy do schroniska PTTK „Trzy Korony” gdzie mieliśmy zamówione wyżywienie i noclegi. Trzeba przyznać, że obiekt ten choć już nie młody, oferuje całkiem przyzwoite warunki pobytu, o pięknym widoku na Trzy Korony nie wspominając. Rankiem podzieliliśmy się na grupy zainteresowań. Najliczniejsza poszła w góry, część zdecydowała się na spływ Dunajcem oraz realizację własnego programu. Pod tą najbardziej znaną górę Pienin podchodziliśmy Wąwozem Szobczańskim. Niestety niewiele było widać, bo wszystko szczelnie otulała mgła. Nie martwiliśmy się jednak zbytnio, bo było to typowe dla tej pory roku zjawisko inwersji. Jak doszliśmy na przełęcz Chwała Bogu mgła pozostała na dole, a z przełęczy rozpościerał się piękny widok na zębate tatrzańskie szczyty. Najbliższym naszym celem była Okrąglica (982m) – jeden jedyny z pięciu wierzchołków Trzech Koron, na który można wyjść. Ale przed tym trzeba jeszcze było uiścić specjalną opłatę oraz odczekać swoje w kolejce na szczytową platformę. Za to dookolny widok z niej był przepyszny - jak z okna samolotu.

Dalsza trasa doprowadziła nas do ruin zamku Pieniny czyli XIIIw. fortalicji wybudowanej w niedostępnym górskim terenie, jako schronienie przed tatarskimi najazdami. Następnym celem była Sokolica (747m) dumnie wznosząca się kilkusetmetrową pionową ścianą nad wodami Dunajca. Wytyczona do niej graniowa ścieżka nosi nazwę Sokolej Perci, i też dostarcza turystom wiele pięknych widoków na okoliczne góry wraz z leżącym daleko w dole przełomem Dunajca. Najciekawsza panorama była jednak z szczytu Sokolicy zwłaszcza, że dużą rolę gra tutaj mocno pokręcona ponad 300-letnia sosna rosnąca prawie poziomo nad urwiskiem. Jest to chyba najbardziej obfotografowane drzewo w całych Pieninach. Z gór zeszliśmy do Krościenka, skąd autokar dowiózł nas z powrotem na bazę. Wieczór był zarezerwowany do kulinarnych (kiełbaski z ogniska), muzycznych i wokalnych talentów uczestników wyprawy. Było tak fajnie, że nie wiedzieć kiedy zrobiła się późna noc.

Nazajutrz trzeba już było myśleć o powrocie, jednak jeszcze zdążyliśmy zobaczyć Szczawnicę, skosztować tutejszych leczniczych wód, a także próbowaliśmy zagrać na dziwacznych „Organach Hasiora” na przełęczy Snozka. Pełni wrażeń i pozytywnej energii dotarliśmy do Cieszyna późnym wieczorem , a w drodze powrotnej już układaliśmy plan wyprawy w roku następnym.

Rechtór-Zbyś
Galeria