Kronika
X Jubileuszowy Rajd do ujścia Olzy im. Władysława Janika

24.09.2016

Każdy jubileusz zobowiązuje do szczególnego potraktowania tematu, dlatego niezawodni Grażyna i Eugeniusz Klapuchowie, którzy podjęli się organizacji rajdu nie mieli łatwego zadania. Tradycyjnie spotkaliśmy się na przystanku kolejowym w Dolnej Lutyni, dokąd większość z 38-osobowej grupy przypedałowała, pozostałych kilkunastu uczestników rajdu przyjechało pociągiem z Czeskiego Cieszyna. Wśród tego tłumu Beskidzioków, Ondraszków i sympatyków była również reporterka z radia Ostrawa. Chciała się ona dowiedzieć skąd wziął się pomysł tej wyprawy i jak zaczęła się nasza transgraniczna współpraca. Wszystkie wypowiedzi zostały nagrane i jak oświadczyła niebawem zostaną puszczone w eter.

Po załatwieniu formalności - czyli wpłaty wpisowego - ruszyliśmy w drogę. Olzę przejechaliśmy w Wierzniowicach i niebawem dojechaliśmy polną drogą do Łazisk. Miejscowość ta leży w Polsce i nikt nawet nie zauważył kiedy przekroczyliśmy granicę. Wspomnieliśmy te, całkiem nieodległe czasy, kiedy granica kojarzyła się z zasiekami z drutu i zaoranym pasem. Widać z tego, że coś co wydawało się być stałe też może się zmienić. To akurat nie dotyczy miejscowego drewnianego kościoła, do którego dojechaliśmy. Prowadzący E. Kalpuch w profesjonalny i fachowy sposób omówił historię oraz zabytkowe wnętrze budowli. Istniała już w XVIw. i szczęśliwie przetrwała wszystkie burze dziejowe, w tym ostatnią wojnę.

Po niej została akurat specyficzna pamiątka. Otóż w 1945 roku podczas sowieckiego ostrzału do wnętrza wpadł pocisk artyleryjski i nie wybuchł. Dziura jaką wyrwał w ścianie „na wieczną rzeczy pamiątkę” pozostawiono i osłonięto szybą z wizerunkiem Oka Opatrzności. Kościół ma nietypową konstrukcję opartą na jednym słupie sterczącym pośrodku nawy. Najciekawsze były naścienne polichromie odsłonięte przypadkowo w trakcie kolejnej renowacji. Przedstawiały sceny zarówno świeckie jak i religijne, w tym prawdopodobnie fundatorów świątyni. Uwagę zwracał też tryptyk ołtarzowy, którego dużo starsze boczne skrzydła były dwustronnie zdobione i osadzone na osi , więc można je obracać.

Następnie przez Gorzyczki i Uchylsko dojechaliśmy do miejscowości Olza. Tutaj na kapliczce zaznaczono poziom wody gdzie sięgała w trakcie powodzi w 1997r. A było jej tyle, że stojąc na drodze lustro wody mielibyśmy wysoko ponad głowami. Aż trudno sobie wyobrazić tragedię jaka wówczas ludzi dotknęła. Przy wale przeciwpowodziowym zostawiliśmy rowery i na piechotę doszliśmy do miejsca, gdzie Olza wpada w ramiona Odry. I choć byliśmy tu wielokrotnie mam wrażenie, że co roku to magiczne miejsce wygląda inaczej. Oczywiście zaśpiewaliśmy nasz hymn Ziemi Cieszyńskiej i po wykonaniu rodzinnego zdjęcia wróciliśmy do rowerów. Dalsza droga prowadziła do miejscowości Odra oraz docelowo do Rogowa. Tutaj w restauracji „U Kaczyny'” zakończyliśmy rajdową trasę. Tutaj byliśmy mocno zaskoczeni widząc długi stół biesiadny przygotowany do uroczystego posiłku. Niebawem wjechał na niego gulasz i następnie domowej roboty pierogi. Smakowało to wybornie, więc w krótkim czasie zniknęły z talerzy, a prowadzący zebrali zasłużone owacje.

Po tak wspaniałej biesiadzie właściciel zaprosił nas jeszcze do zwiedzenia powozowni, gdzie zgromadził poważną kolekcję powozów i sań, w tym niektóre prawdziwe unikaty. A wszystkie pięknie odrestaurowane i „na chodzie”. Były to też pojazdy „z duszą” , bo z każdym wiązała się ciekawa historia jego zdobycia. Integralną częścią tego magicznego miejsca była też stajnia oraz mini zoo. Jednak dalsze zwiedzanie pozostawiliśmy na następny raz i przez Czyżowice, Gorzyce, Gorzyczki, Gołkowice i Karwinę wróciliśmy do Cieszyna, mając w nogach ponad 80 km, a w głowie myśl, że warto było wziąć udział w tej wyprawie.

Rechtór-Zbyś
Galeria