Kronika
Rowerowy objazd granicami Cieszyna – cz. II - strona polska

26.03.2017

Ziarno pomysłu tej wyprawy zostało zasiane już w ubiegłym roku. Nikt z nas wówczas nie wiedział, że Cieszyn po obu stronach Olzy jest tak rozległy terytorialnie i mimo dobrych chęci nie udało się wtedy nam go objechać. Kontynuując, teraz przyszła kolej na stronę polską i jak się można było przekonać, nie było to łatwe zadanie, choćby z tego powodu, że Cieszyn leży na wysokości 260-375 mnpm, więc 115 m przewyższenia pokonaliśmy parokrotnie.

Na rynku przy w miarę przyzwoitej pogodzie zebrało się 19 śmiałków zdecydowanych do udziału w tej unikalnej wycieczce. Osobiście już dzień wcześniej zrobiłem mały rekonesans trasy stwierdzając, że nie wszędzie da się w ogóle dojechać, choćby nawet po miedzach, gdzie można sobie „pobrudzić buciki”. Lojalnie wszystkich o tym uprzedziłem i ruszyliśmy w drogę. Granica miasta z Czech do Polski przechodzi w Błogocicach i biegnie dokładnie wzdłuż ulicy Dębowej, więc jak wiadomo jednej z bardziej stromych w okolicy. Na rozdrożu z ul. Jastrzębią granica ucieka w kierunku Mnisztwa, lecz niestety o tym czasie nie jest to trasa nawet dla rowerów. Skorzystaliśmy zatem z objazdu ul. Jastrzębią, Słowiczą, Ustrońską, aby się z nią spotkać na granicy Bażanowic. Po drodze wraz z Dzięciołem musiałem niespodziewanie zrobić mały remont mojego bicykla. Jadąc dokładnie wzdłuż granicy, skręciliśmy w ul. Tulipanową, która doprowadziła nas do dzielnicy Potoczki. Tutaj najpierw skończył się asfalt, potem walcówka, dalej dróżka utwardzona kamieniem i na końcu została nam tylko miedza między szerokimi polami uprawnymi w Ogrodzonej. Widok Cieszyna z tej perspektywy był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Płosząc stada saren dojechaliśmy do Wielodrogi, która w aktualnym stanie była najbardziej odpowiednia dla traktorów i motocykli crossowych. Dobitnie się o tym przekonał jeden z uczestników, który zaliczył wywrotkę i się „upaprał jak nieboskie stworzenie”. Granica miasta znów nam nieco uciekła w pola, lecz niebawem ją spotkaliśmy dojeżdżając do asfaltu i cywilizacji w Gumnach.

Teraz przekroczyliśmy autostradę A-1 kładką pieszo-rowerową i ruszyliśmy w kierunku Zamarsk goniąc granicę, którą wytyczono na skróty między polami uprawnymi. W barze Źródełko zrobiliśmy mały postój, gdzie pokrótce wyłuszczyłem historię ekspansji terytorialnej Cieszyna. Wynikało z niej, że jeżeli jakieś prehistoryczne Ondraszki w 1155r. miałyby by ten sam pomysł wycieczki, to wystarczyło wówczas objechać wzgórze zamkowe. W XVI w. byłby to też krótki spacer wzdłuż miejskich murów. Na dobrą sprawę to większy przyrost nastąpił dopiero w 1922 r., gdy przyłączono podcieszyńskie Błogocice oraz w 1932 r. Bobrek. Miasto rozdęło się do obecnych rozmiarów (28,6 km2) dopiero w latach 70-tych XX w., kiedy Cieszyn połknął 7 okolicznych wsi, co zresztą nadal widać w miejsko-wiejskim krajobrazie. Granicę spotkaliśmy teraz na Pikietach w dolnym odcinku ul. Żniwnej. Po ostrym zjeździe trafiliśmy na ul. Rudowską w Kalembicach i podjechaliśmy dokładnie granicą miasta i jednocześnie lasu Parchowiec do oś. Szarotka. Po przekroczeniu drogi nr 938, jadąc nadal wzdłuż granicy ul. Boczną trafiliśmy do dzielnicy Parchów. Tutaj rozstaliśmy się z nią definitywnie, bowiem aż do Marklowic wytyczono ją w zupełnie niedostępnym dla rowerów głębokim jarze małego potoku. Tak więc pozostało nam zjechać do Marklowic najbliższą drogą asfaltową i wrócić do domu. Łącznie przejechałem nieco ponad 30 km, co uważam za świetny wynik, zważywszy że był to mój tegoroczny rowerowy debiut.

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria