Kronika
Otwieramy pierwszy sezon kolarski w drugim półwieczu klubu

23.04.2017

To wydarzenie miało historyczną rangę ze względu na swoją wyjątkowość, bo przecież pierwszy sezon otwiera się tylko raz, a nam udało się to zrobić powtórnie. Wydarzenie to wyjątkowe było też i z innego powodu. Wszyscy uczestnicy uzyskali dodatkowy tytuł „Twardziela Nowootwartego Sezonu”. No bo kto z przeciętnych użytkowników bicykla widząc termometr z paroma kreskami nad zerem oraz beznadziejny deszcz ze śniegiem za oknem bierze rower i jedzie na wyznaczoną zbiórkę? Tylko Ci, którym kołacze się po głowie fraza Ondraszkowego przyrzeczenia „że choćby żabami prało, i koło się w tył obracało, jedziemy...” oraz zmotywowani sympatycy. I takich Twardzieli zebrało się aż 25, w tym nasza młodzież Juniorek - B. Sorkowicz i P. Zmełty.

Ambitny plan Skryby wyjazdu do Pogórza, z racji tak ekstremalnych warunków, i tak został zweryfikowany. Zapobiegliwy Unisono M. Wlach już wcześniej zamówił dla nas miejsce pod daszkiem i w ciepełku w przytulnej restauracji w Pogwizdowie. Zebrane „pod laubami” Ondraszki oraz sympatycy, otuleni w ciepłą odzież oraz peleryny, przyjęli tą zmianę ze zrozumieniem, a Rechtór zaproponował i poprowadził zaimprowizowaną trasą. Po przeczekaniu większego deszczu wyruszyliśmy w drogę. Pojechaliśmy na Zaolzie i przez Brandys bocznymi ścieżkami do Kocobędza.

Tutaj zobaczyliśmy kilka schronów bojowych wybudowanych w latach 1936-1937 przez Czechosłowację do obrony granic przed zakusami zachłannych sąsiadów (w tym wypadku Polski). Linia tych bunkrów zaczyna się koło Cieszyna i ciągnie się wzdłuż dawnej (a właściwie i obecnej) granicy, przez Sudety i dalej na południe, otaczając całe państwo pierścieniem. Miano ich wybudować łącznie aż 14,5 tyś, a harmonogram przewidywał zakończenie budowy fortyfikacji w 1951r(!). Jak uczy historia nie na wiele się jednak przydały. Następny przystanek miał miejsce w Podoborze przy nowo postawionym budynku obsługi Archeoparku. Tutaj na pewno warto zajrzeć na dłużej, bo budowla wygląda imponująco. W dalszej drodze mieliśmy możliwość zobaczyć destrukcyjny wpływ wydobycia węgla na okolicę. Z dawnej wsi Łąki nad Olzą pozostał jedynie rozsypujący się kościół pw. św. Barbary, a reszta dawno zniknęła pod wielometrowymi zwałami kopalnianych hałd, które zupełnie zmieniły wygląd tej niegdyś uroczej okolicy. Dojechaliśmy następnie do Raju (dzielnicy Karwiny), gdzie podglądnęliśmy nowo wybudowany stadion piłkarski i wróciliśmy na polską stronę. W międzyczasie pogoda, o dziwo, zrobiła się całkiem znośna, przestało padać, a zza chmur nawet wyjrzało... słońce. I gdyby nie ten zimny wiatr byłoby całkiem przyjemnie. Nam jednak śpieszyło się na metę, gdzie niebawem dotarliśmy jadąc przez Kaczyce. Tutaj już nas oczekiwało kilku Ondraszków, którzy przyjechali na skróty, więc razem było nas ok. 30. Skocznymi melodiami powitał wszystkich duet muzyczny naszego Maniusia, a grali tak dobrze, że nogi same rwały się do tańca.

Po konsumpcji przygotowanego dobrego posiłku przystąpiliśmy do najważniejszej czynności tej imprezy, czyli mianowania na Ondraszka jednego z dotychczasowych „pogan”. Po pokonaniu ostatniej przeszkody (przełknięcia tajemniczej mikstury) i złożenia uroczystej przysięgi Aleksander Sorkowicz przy aplauzie wszystkich zgromadzonych otrzymał klubowe imię: OLO. Odbył się również tradycyjny konkurs łowienia ryb na sucho, a był bardzo zacięty, bo wymagał dogrywki. Był też konkurs wiedzy o Ondraszku i klubie. Ten ostatni wymagał przyswojenia tajemnej wiedzy z monografii, którą wydaliśmy z okazji ubiegłorocznego jubileuszu. Tutaj nieprzeciętną wiedzą wykazał się Bystry - J. Rezmer (I miejsce), Apanaczi - B. Toman (II miejsce) i Dzięcioł - G. Cieńciała (III miejsce).

Zwycięzcy otrzymali upominki i każdy już własnymi ścieżkami wracał do domu. Moment zakończenia też wybraliśmy właściwy, bo ledwie dojechaliśmy do Cieszyna znów lunęło deszczem. Łącznie przejechałem 31 km i podkreślam, że mimo tej niepewnej pogody było warto!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria