Kronika
Dzień „Gwarka”

13.05.2017

Jak to bywa 13, nie można liczyć na nic pewnego. Pogoda niespecjalnie zachęcała do wyprawy rowerowej, było pochmurno i chłodno, ale nie padało. O wyznaczonej godzinie na rynku zebrało się 13 Ondraszków (dopasowaliśmy się do daty) ciekawych tego, gdzie nas Gwarek „zasmyczy”. Był to kwiat młodzieży męskiej z jedną rodzynką - druhną K. Pawliczek.

W takim składzie pojechaliśmy przez Dzięgielów i Cisownicę do Goleszowa Równi, gdzie zahaczyliśmy o Izbę Pamięci Jerzego Gajdzicy. Nie byliśmy tutaj zapowiedziani, ale akurat nadjechał potomek tego znanego „piśmiorza”, który zaprosił nas dalej i opowiedział o swoim przodku. Jego „praszczur”, Jura Gajdzica, mieszkał w tym samym miejscu, czyli „na gruncie”, na przełomie XVII i XVIII wieku. Był bogatym gospodarzem, tzw. ”siedlokiem” i posiadł dość rzadką wówczas umiejętność czytania i pisania. Dodatkowo wyróżniał się tym, że kolekcjonował książki, które podpisywał własnym exlibrisem, co było tym bardziej wyjątkowe. Jako że oprócz gospodarzenia na roli trudnił się też furmaństwem, wożąc własnym wozem przeróżne towary nawet do Austrii i na Węgry, toteż z niejednego pieca chleb jadł i niejedno widział. A to co widział zapisywał i w ten sposób powstał oryginalny „Zapiśnik”, który teraz jest cennym świadectwem epoki w której żył. Jego „Zapiśnik”oraz księgozbiór jest teraz w muzeum, a na miejscu zachowała się oryginalna izba, w której urządzono mini muzeum, które zobaczyliśmy.

Dalsza droga wiodła do Ustronia, gdzie Gwarek zarządził mały postój w „Oazie”, za czasów PRL-u kultowej gospodzie, z modnymi wówczas dancingami. Po zaliczeniu „małej czarnej” pojechaliśmy dalej wałami Wisły do Hermanic, gdzie nasz Gwarek się urodził i spędził szczęśliwe dzieciństwo. Miejsce to znalazł po długim kluczeniu, bo wiele się tutaj zmieniło. Nie zmienił się tylko stary jesion, pod którym stała rodzinna chałupa małego Kazia oraz Wisła, która nadal płynie nieopodal. Powrót do korzeni dla każdego z nas jest dużym wzruszeniem, i jak myślę w większości miejsca te dzisiaj też inaczej już wyglądają, o ile w ogóle istnieją.

Dalej pojechaliśmy do Skoczowa i następny postój nastąpił w stołówce miejscowego „Teksidu”, gdzie za jedynie 9,50 zł można było zjeść obfity obiad ze sporego wyboru dań. Wierzyć się nie chce, że jeszcze gotujemy w domu.

Najedzeni po uszy ruszyliśmy w drogę powrotną przez Bładnice, Kisielów i Ogrodzoną do Cieszyna. W międzyczasie nawet zaświeciło słońce, co potwierdza tezę, że z Ondraszkiem warto jechać bez względu na to co za oknem. Obaliliśmy tez mit pechowej 13-tki, więc wycieczkę należy zaliczyć do udanych. Przejechałem 34 km.

Rechtór-Zbyś