Kronika
Podbeskidzkie wędrówki rowerowe

27.05.2017

Nasi przyjaciele z drugiej strony Olzy zaplanowali tym razem rowerową wędrówkę po górskim pograniczu Czesko-Słowackim. Zapowiadało to spore wyzwanie kondycyjne, ale z drugiej strony zapewniało przy dobrej pogodzie piękne widoki z górskich szczytów.

Na starcie, w Mostach koło Jabłonkowa, stanęło 14 Ondraszków, w tym Szykowno, Apanaczi i dwóch sympatyków klubu, którzy przyjechali aż z Zabrza. Środowisko PTTS reprezentowało 3 beskidzioków w tym organizator wycieczki Monika oraz pochodzący z Mostów prowadzący wycieczkę Janusz Sikora. Towarzystwo to w większości przybyło pociągiem z Czeskiego Cieszyna, część autami, ale też kilku tradycyjnie, czyli na rowerach.

Po powitaniu i przedstawieniu atrakcji wycieczki ruszyliśmy i to od razu pod górkę, a naszym celem był Wielki Połom. Wygodna wąska droga, lecz o dobrej asfaltowej nawierzchni, pięła się zakosami coraz wyżej i wyżej, choć tylko w końcowym odcinku była naprawdę stroma. Peleton oczywiście się podzielił i choć wydawało się to prawie niemożliwe, gdzieś po drodze zagubił się jeden z Ondraszków. Okazało się, że tak skutecznie pomylił trasę, że do końca wyprawy już się nie spotkaliśmy. Droga trawersując górskie zbocze zapewniała świetne panoramy, zwłaszcza na słowackie góry. Nieco zasapani dotarliśmy pod szczytem do schroniska Klubu Czeskich Turystów. Tutaj mieliśmy zasłużony odpoczynek i czas na uzupełnienie kalorii i podziwianie panoramy. Wtedy nastąpił krótki, lecz karkołomny zjazd i niebawem przejechaliśmy prawie niezauważalną granicę ze Słowacją. Leśnym duktem dojechaliśmy do miejsca zwanego „Niedźwiedzia Skała”. Ku naszemu zdziwieniu, to leśne ustronie położone wysoko w górach, pełne było ludzi i samochodów. Okazało się, że przy uroczej kapliczce ustawionej w cieniu ogromnej skały z okazji św. Huberta, słowaccy myśliwi zaplanowali polową mszę świętą.

Na naszą prośbę, odświętnie ubrany zespół, na trąbkach zagrał kilka pięknych myśliwskich melodii, co nagrodziliśmy brawami. Podziwiając dalsze panoramiczne widoki, zjechaliśmy na sporej wielkości polanę i leśną drogą wróciliśmy do Czech. O dziwo, pomimo, że nadal byliśmy w leśnej głuszy, tuż za granicą droga zmieniła się w asfaltową, więc pomknęliśmy w dół, aż do Jabłonkowskich Szańców. W tym miejscu byliśmy już kilkakrotnie, więc można zauważyć, że gospodarze dbają o ten zabytek militarnej architektury. Utwardzona kamieniami droga, rozstawione tablice informacyjne i stado owiec wygryzających trawę, aby szańce całkiem nie zarosły. Szańce powstały w XVII wieku jako obrona Księstwa Cieszyńskiego oraz uczęszczanej drogi kupieckiej z Węgier na Śląsk w czasie zagrożenia turecką inwazją. Szczęśliwie jednak nigdy nie były zdobywane, a jedynym ich wrogiem okazała się miejscowa ludność, która przez lata wykorzystywała kamień z umocnień do budowy własnych chałup. I tak, po latach pozostało go niewiele, ale fortyfikacje ziemne są nadal czytelne.

Po tym spotkaniu z historią znów zanurzyliśmy się w las i obraliśmy kierunek na Bocanowice. Po drodze część ekipy się odłączyła, gdyż zmierzała do punktu startu czyli Mostów. Zjeżdżając stopniowo w dół osiągnęliśmy dolinę Olzy i w Bystrzycy wjechaliśmy na ścieżkę rowerową, która doprowadziła nas do Cieszyna.

Przejechałem ok. 60 km, a piękna pogoda i fajna trasa i rewelacyjne widoki sprawiły, że wyprawę należy zaliczyć do bardzo udanych.

Rechtór-Zbyś