Kronika
Rowerowym szlakiem Green Velo - cz. II Północne Mazury

18.07.2017 - 22.07.2017

W ubiegłym roku przejechaliśmy po Green Velo od jego początku, czyli od Elbląga, po Bartoszyce (na skraj Warmii). Na ten rok pozostały nam Mazury. Mieliśmy na to 4 dni, co w zupełności wystarczyło.

Ostatecznie, ze względów logistycznych, w tym samym składzie („Rechtór”, „Afi” i J. Pawlik) dojechaliśmy samochodem do Kętrzyna. Tutaj porzuciliśmy auto i przepakowaliśmy bagaż na rowery by wyruszyć na spotkanie z przygodą. W Barcianach napotkaliśmy znajome pomarańczowe drogowskazy z charakterystycznym logo Green Velo. Miasteczko z krzyżackim zamkiem i średniowiecznym kościołem na pewno było warte zobaczenia, a dobry obiad, w jedynej chyba restauracji, też nas błogo nastroił. Zaraz za Barcianami znaki skierowały nas na boczną żwirową drogę i… tak miało w większości pozostać do końca wyprawy. Niedaleko, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, spotkaliśmy osadę o znajomej nazwie - Pastwiska - jakże niepodobnej do naszej cieszyńskiej dzielnicy.

Cechą mazurskiego odcinka szlaku było to, że trzymał się z boku głównych dróg i związanych z nimi miejscowości. Przez większość trasy jechaliśmy zatem w sielsko-wiejskim krajobrazie, a mijaliśmy jedynie bociany i krowy. Nasza żwirowa dróżka była porządnie oznakowana i nawet wyposażona w bariery w miejscach o bardziej stromych skarpach. Według mnie była to lekka przesada, że np. na skrzyżowaniach z innymi polnymi dróżkami, gdzie jedynym napotkanym pojazdem mechanicznym mógł być traktor, znaki drogowe obwieszczały koniec drogi rowerowej by kawałek dalej zaznaczyć znów jej początek. Co kilkanaście kilometrów rozmieszczono MOR-y (Miejsca Obsługi Rowerzystów) w postaci zadaszonej wiaty, stojaków na rowery oraz budki z toaletą (toi-toi). Trzeba podkreślić, że choć urządzono je czasami na zupełnym pustkowiu, wszystkie były zadbane, trawa wokół wykoszona, a w WC był nawet papier toaletowy. Widać, że szlak ma swojego lokalnego opiekuna. Na dojazdach do większych miejscowości (np. Węgorzewo, Banie Mazurskie, Gołdap) nasza żwirowa dróżka zamieniała się w porządnie oznakowany asfaltowy pas, towarzyszący lokalnej drodze powiatowej. Wszędzie była jednak separowana od drogi publicznej tak, że auta trzymały się od rowerów w bezpiecznej odległości.

Węgorzewo przywitało nas przydrożnym banerem wieszczącym, że jest to rowerowa stolica Polski. Skoro jesteśmy w stolicy, to zostaliśmy tutaj nieco dłużej. Na nocleg zakotwiczyliśmy w agroturystyce w Węgorzewie. Nazajutrz zboczyliśmy ze szlaku, aby objechać dookoła jezioro Mamry, czyli zaliczyć „Małą pętlę Mamr”. Celem było zobaczyć pałac w Sztynorcie Wielkim oraz kompleks niemieckich, dobrze zachowanych bunkrów w Mamerkach. Plan ten nie do końca wypalił, gdyż pałac był w remoncie, a bunkry zamiast zwiedzać to zmuszeni byliśmy wykorzystać do przeczekania ulewy, która nas akurat dopadła. I tak po przebyciu około 40 km, z czego prawie połowę w deszczu, przemoczeni, znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli w Węgorzewie. Na szczęście wreszcie przestało padać, więc pojechaliśmy dalej i znaleźliśmy nocleg w osadzie Grądy Węgorzewskie, w agroturystyce „Zielona dolina”. Piękne to miejsce i mili gospodarze, więc godne polecenia na dłuższy popas.

Na rowerze taszczyłem też namiot, który tym razem się przydał. Miło wspominamy dwa noclegi pod namiotem na campingu MOSiR nad jeziorem Gołdap, no może za wyjątkiem komarów, które nas mocno atakowały. W ostatnim rowerowym dniu pojechaliśmy już bez bagażu do punktu końcowego naszej wyprawy. Był to trójstyk granic Rosji, Litwy i Polski o nazwie „Wisztyniec” położny około 40 km na wschód od Gołdapi. I tak obchodząc dookoła granitowy obelisk z wyrytymi godłami odwiedziliśmy od razu je wszystkie. Jak się później okazało w Rosji byliśmy nie całkiem legalnie, bo na tablicy obok jak wół pisało, że obowiązuje zakaz wchodzenia na ich kawałek terenu.

Nieopodal był też pomnik naszego Green Velo - w sam raz na pamiątkowe zdjęcie - z ukończenia jego północnej części. Po drodze w Stańczykach podziwialiśmy niezwykłe, najwyższe w Polsce, wiadukty kolejowe, tzw. „akwedukty północy”. Wiadukty wybudowano w celu przerzucenia linii kolejowej nad głębokim jarem rzeki Błędzianki. Powstały dwa identyczne tuż przed I Wojną Światową oraz zaraz po niej. Pociągi jednak wykorzystywały tylko jeden z nich, a i to do czasu gdy Rosjanie w 1944r. w ramach „wyzwalania” zdemontowali tory kolejowe i wywieźli je na wschód. Pozostało tylko torowisko, obecnie częściowo wykorzystane na ścieżkę rowerową oraz infrastruktura kolejowa. W mijanej miejscowości Żytkiejmy na elewacji dawnego dworca była nawet wyraźnie widoczna jej dawna niemiecka nazwa.

W Stańczykach miało też miejsce niezwykle miłe przypadkowe spotkanie z rowerową grupą organizatorów zlotu przodowników turystyki kolarskiej w Świdnicy. Jechali w przeciwnym kierunku Hajnówki z zamiarem dotarcia do Gdańska. Jako, że mieliśmy na sobie akurat zlotowe koszulki więc łatwo się rozpoznaliśmy.

Podsumowując, trzeba przyznać, że te 200 km mazurskiego odcinka trasy nie oferuje tylu zabytków kultury materialnej co warmiński odpowiednik, w zamian stawiając na obcowanie z przyrodą. Mile zapamiętamy sielskie krajobrazy z jeziorami w tle, urocze miejscowości, Puszczę Romincką oraz całkiem konkretne podjazdy (ostatni fragment to region o nazwie Mazury Garbate). Na pewno warto się zatrzymać na dłużej w Węgorzewie, gdzie wytyczono wiele lokalnych ścieżek rowerowych oraz w Gołdapi - jedynym na Mazurach uzdrowisku z niedawno otwartym parkiem zdrojowym, leczniczymi wodami oraz tężnią całkiem jak w Ciechocinku.

Po drodze spotykaliśmy czasem i innych rowerzystów-sakwiarzy, którzy jak my odkrywali uroki szlaku i myślę, że doszli podobnego wniosku: warto jechać na Green Velo!

PS. powinni też się na Green Velo wybrać budowniczowie lokalnych ścieżek rowerowych, aby mieć pojęcie jak powinny one wyglądać.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria