Kronika imprez z 2009 roku
Spis treści
Pierwszy Ondraszek na rowerze

01.01.2009

Ledwie przebrzmiały echa sylwestrowej kanonady, a wylęknione słoneczko poczęło budzić zaspanych uczestników hucznych zabaw, na ulicy Borsuczej w Cieszynie pojawiła się tajemnicza postać. I nie był to wcale ufoludek ani krasnal w czerwonym kubraczku, ale najprawdziwszy Ondraszek na rowerze, który nazywał się... JAROSŁAW REZMER. Piszę to specjalnie dużymi literami, aby podkreślić odwagę tego wspaniałego człowieka. Jak sięgam pamiecią takiego wydarzenia w klubie nie zanotowano. Pierwszego stycznia na rowerową wycieczkę! Czyż może być piękniejsza alternatywa dla naszych powłok cielesnych ociężałych od świateczno-noworocznego obżarstwa? Idea tak wspaniała,że doprawdy warto ją wpisać na stałe do kalendarza klubowych wypraw. Obiecuję, że śmiałków którzy się na nią wybiorą, będę wymieniał wyłącznie DUŻYMI LITERAMI!

A to, że spotkał się z Mikołajem nie jest doprawdy żadną niezwykłością.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Topienie Marzanny

21.03.2009

Jak co roku o tej porze trzeba wysłać ją za morze - tymi słowami można podsumować imprezę, na której była reprezentacja "Ondraszka": Andrzej Warpechowski ze Skoczowa, Piotr Holisz i Jarek Rezmer z Cieszyna. Według zapowiedzi meteorologów pogoda miała być przyjazna kolarzom i tak też było. Na żorskim Rynku o godzinie 1000 spotkali się ci, którym już zima obrzydła. Po powitaniu przez gospodarzy, przedstawieniu trasy i wspólnych zdjęciach, ruszyliśmy na trasę. Przez przedmieścia Żor dojechaliśmy do Szczejkowic. Następnie przez Palowice zmierzaliśmy w kierunku Gichty. Po drodze dołączyła do nas reprezentacja Tychów z E. Berezką. Na Gichtę dotarliśmy lesnymi drogami, które wbrew naszym obawom były przejezdne i raczej suche.

Na Gichcie zameldowało się 5 Marzann. Komisja oceniła ich urodę i po przyznaniu punktów zostały podpalone i wrzucone do strumienia, aby mogły zabrać zimę do morza. Następnie udaliśmy się w dalszą drogę. Przez żorski Rynek pojechaliśmy do ogródków działkowych "Zielony Jar". Czekał tam na nas poczęstunek - kiełbaski do ogniska oraz konkursy: strzelecki, tenisa stołowego i rzutów lotkami do tarczy; w kategoriach: damskiej, męskiej i dziecięcej. Główną atrakcją było losowanie roweru wśród uczestników imprezy. Tutaj zabrakło nam szczęścia - wygrał numer 12,a my mieliśmy: 36, 37, 38. A jednak jako "Ondraszki" wróciliśmy z tarczą. W konkursie strzeleckim, w kategorii mężczyzn, Piotr i Andrzej plasowali się na III miejscu do momentu, gdy w przedostatniej serii strzelał "Lustereczko" i wypunktował naszych kolegów na IV miejsce. A jednak - I miejsce od chwili oddania strzałów, zajmował i nie oddał prowadzenia Jarek Rezmer.

J. Rezmer
Topienie Marzanny

21.03.2009

Gratulujemy zdobycia pięknego pucharu oraz szachów "dla koneserów" (patrz zdjecia). Przy okazji warto zanotować, że najpiekniejszą Marzanną była wg werdyktu jury Pani w zgrabnym kapelusiku z inicjałami "NR" trzymająca na rękach Pana o inicjałach "JMR", którą stworzył "Lustereczko". A kto to NR? Łatwo się domyśleć po zawołaniu "Niemcy nas biją"... Jeżeli dalej nie wiecie pytajcie "Lustereczka" lub uczestników wyprawy.

Z. Pawlik (Rechtór)
Galeria
Jest nas troje - Bóg, Góry i Ja

02.04.2009 - 03.04.2009

Pod takim oryginalnym zawołaniem odbyła się inauguracyjna wycieczka tego sezonu. Wycieczka jeszcze nie rowerowa lecz równie ciekawa, gdyż kto z Was wie gdzie jest Groń JP II skąd wróciliśmy? Otóż w Beskidzie Małym niedaleko Wadowic znajduje się góra od zawsze zwana Magurką lub Jaworzyną (890m npm). Po 22 latach bojów w przeróżnymi komisjami miejscowi działacze doprowadzili do oficjalnej zmiany jej nazwy na cześć papieża Polaka. Stało się to 22.12.2003r lecz już w 1995r. na szczycie w pobliżu schroniska PTTK na Laskowcu stanęło niewielka kaplica-sanktuarium. Tutaj od czasu śmierci papieża w kolejne rocznice organizowane są eucharystyczne spotkania pod tym oryginalnym zawołaniem, w których biorą udział nie tylko turyści.

Tym razem nasza grupa liczyła 12 pątników, wśród których znalazło się również 7 Ondraszków. Auto późnym popołudniem zostawiliśmy w miejscowości Rzyki, skąd przeszło godzinę pięliśmy się pod górę w zupełnie zimowej scenerii. Na szczycie okazało się, że kapliczka nie pomieściła wszystkich zebranych tak, że mszy św. wysłuchaliśmy wystawieni na smagania lodowatego wichru. Po mszy zapłonęła w przygotowanej w śniegu głębokiej dziurze wielka watra i przy akompaniamencie trąbki w dal popłynęły różne religijne pieśni z "Barką" na czele... Dzięki zapobiegliwości B.Toman - szefowej naszej wyprawy, o nocleg nie musieliśmy się wcale martwić, gdyż mieliśmy go zarezerwowany w pobliskim schronisku.

Nazajutrz powitało nas ciepłe, wiosenne słońce. Można było chodzić nawet w krótkich rękawach, lecz co dziwne śnieg, którego przeszło 0,5m warstwa wszędzie zalegała wcale się nie topił. Wracając zdecydowaliśmy się dojść przez Gancarz do Andrychowa, lecz "Jędruś" miał skręcić wcześniej po samochód i podjechać po naszą grupę. Piękna pogoda i widoki nastroiły nas optymistyczne, więc raźno ruszyliśmy szlakiem miejscami brnąc w głębokim śniegu. Niestety po drodze okazało się jak silny jest instynkt stadny człowieka. Prowadzący nie wiedzieć kiedy zboczył ze szlaku, a reszta grupy poszła za nim, więc chcąc nie chcąc wszyscy razem już bez szlaku dotarliśmy do gaździny u której zostawiliśmy auto. Tak więc zakończyliśmy etap pieszy wyprawy, lecz korzystając z zaoszczędzonego czasu w drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze dwa obiekty. Na przełęczy Kocierskiej odwiedziliśmy nowy kompleks hotelarsko-restauracyjny, gdzie podreperowaliśmy nadwątlone siły witalne, a następnie udało się nam jeszcze zobaczyć górę o tajemniczej nazwie "Matyska" w pobliżu Żywca. Tutaj właśnie w roku 2000 staraniem miejscowych utworzono stacje drogi krzyżowej, która kończy się na szczycie pod wielkim krzyżem. Wyszliśmy na ten szczyt, a dookolny widok z doskonale widoczną Babią Górą szczelnie otuloną śnieżną czapą był naprawdę powalający. Do Cieszyna wróciliśmy ok. 1700, a więc o bardzo dobrym czasie.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Otwarcie sezonu w klubie Wiercipięta z Jastrzebia

04.04.2009

Uczestnicy z klubu Ondraszek: Piotr, Wisia, Jarek i Kazik. Start inprezy odbył się w Ośrodku Wypoczynku Niedzielnego w Jastrzębiu. Przy wspaniałej pogodzie wyjechaliśmy na trasę według mapy, którą dostaliśmy od organizatorów. Trasa prowadziła bocznymi drogami, gdzie trzeba było odnależ punkty kontrolne - w tym Ondraszki były bardzo dobre. Była jeszcze konurencja rzutu oponą rowerową do celu. Najlepiej spisał się Jarek, który trafił 8 na 10 rzutów, Kazik 6/10, Piotr 4/10 a Wisia 2/10. Po konkurencjach sportowych pozostało przekąsić kiełbaskę z ogniska i wrócić do domu.

W tym samym składzie w niedzielę 05.04.2009 przejechaliśmy dwie trasy, którymi odbędzie się oficjalne rozpoczęcie sezonu klubu Ondraszek

Śmig-Piotr
Galeria
Prolog im. Mariana Palowskiego

19.04.2009

Wiosenne słoneczko dość mocno grzeje i zachęca do ruchu w plenerze. Dobry czas nastał dla kolarzy spod znaku Ondraszka i PTTS, gdyż to dziś właśnie, zgodnie z kalendarzem ruszamy na pierwszą rowerową wycieczkę sezonu. Dość wcześnie, bo już o 800 na rynku zjawiła się spora 21-osobowa grupa Ondraszków zdecydowanych wyruszyć na szlak. Zebranych przywitał prezes klubu Z.Pawlik oraz prezes cieszyńskiego Oddziału PTTK R.Mazur.

Pod remizą Straży Pożarnej w Czeskim Cieszynie spotkaliśmy się z kolarzami PTTSu (35 osób). W większości nie widzieliśmy się od zeszłego roku, a więc powitanie było szczególnie radosne. Obie grupy były również wizualnie łatwo zauważalne - my w nowych czerwonych kurtkach, oni w żółtych koszulkach, z odpowiednimi emblematami.

Dzisiejszy prowadzący J. Stirba wyjaśnił gdzie i po co jedziemy i całe to czerwono-żółte towarzystwo przemieściło się na cmentarz, aby w zadumie pochylić głowę nad mogiłą nieodżałowanej pamięci Mariana Palowskiego. Prezes Ondraszków przypomniał Jego sylwetkę, złożyliśmy kwiaty, zapaliliśmy znicze, a pieśń „Ojcowski dom" szczególnie zabrzmiała w tym miejscu. Danusia Palowska publicznie podziękowała wszystkim zebranym za pamięć.

Później ruszyliśmy w dalszą drogę. Jak i w roku ubiegłym zdobyliśmy nieco zasapani Ropicki kopiec i dalej bocznymi dróżkami przez Niebory, Końską, Oldrzychowice trafiliśmy do doliny Tyry. Ostatni odcinek tego etapu był nieco męczący, gdyż droga stopniowo wznosiła się pod górkę. Ale za to na samym jej końcu stała mała urocza gospódka „U Kotali”, gdzie już wiedzieli o naszym przyjeździe. Przygotowana zupka smakowała po tej przejażdżce naprawdę wybornie. I niech się Ci drogi Czytelniku nie wydaje, że przyjechaliśmy tam „na ostatnich nogach”. Byli jeszcze śmiałkowie („Gwarek” i J. Salecki), którzy wcale nie zatrzymali się na mecie i z rozpędu wyjechali jeszcze na sam szczyt Jaworowego!

Wiosenne słońce i budząca się do życia przyroda nastroiły nas optymistyczne więc szybko zawiązał się improwizowany wesoły chórek, w którym prym wiodła klubowa „Ośka”. Powrót był już indywidualny, więc w mniejszych czy większych grupkach wróciliśmy do Cieszyna przejechawszy ok. 56km. Okazało się wiec, że tegoroczny rowerowy debiut świetnie się udał i oby tak dalej.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wielkie, uroczyste i niepowtarzalne otwarcie 43 sezonu

26.04.2009

No i wreszcie się doczekaliśmy!. W słoneczną niedzielę pod Florianem na rynku w Cieszynie spotkali się wszyscy dotknięci ”rowerozą”. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że jest to przypadłość, która jak mam nadzieję dotknęła wszystkich Ondraszków i sympatyków tego wspaniałego klubu. Objawy są łatwe do zdiagnozowania: jak zbliża się data klubowej wyprawy, to wprost nie można w domu wysiedzieć. Teraz korzystając z pogody i wiosennego słońca zebrał się całkiem spory kolarski tłumek liczący ponad 90 osób z bliska i daleka . Ci z daleka mieli już za sobą ok. 60km (team z klubu ”Gronie” zTych). W wielkiej liczbie stawili się Ondraszki i sympatycy, przyjaciele z sekcji PTTS ”Olza” w RCZ., był również reprezentowany niezawodny ”Wiercipięta” z Jastrzebia.

Przywitaliśmy wszystkich gromkim ”Witómy Was, witómy was” i po przedstawieniu dzisiejszych atrakcji peleton ruszył w drogę. Podział na dwie grupy - zgodnie z zamiarem prowadzących Jarka i ”Ośki” nastąpił na Mnisztwie. Każda z nich pojechała inną trasą, ale ponownie spotkaliśmy się na się na ostatnim podjeździe - pod Chełm. Na górze oczekiwał już Komitet Powitalny: Maniuś S. z nieodłączną harmonia oraz nestor cieszyńskich turystów - L.Jurys. Chełm w historii Ziemi cieszyńskiej zapisał się na trwałe w związku z tym, że już przed wojna działała tutaj szkoła szybowcowa. Obecnie zostały po niej wspomnienia, a Lucjan właśnie tutaj zdobywał pierwsze szlify umiejętności lotnicze. Chętnie też opowiedział o swoich przygodach, które wysłuchaliśmy z dużym zainteresowaniem. Materialnie po szkole niewiele zostało - jedynie tablica pamiątkowa, ale widok z polany z której niegdyś startowali śmiałkowie nadal jest piękny i wprost niezapomniany.

Nadszedł czas na konkursy. Przygotowane były dwa: rowerowy tor przeszkód oraz nawijanie sznurka, oba ciekawe i warte udziału. Tor przeszkód prowadzony przez Jarka, był weryfikacją kolarskich umiejętności uczestników. Przyznam, że trasa choć krótka wcale do prostych nie należała i zwycięzcy naprawdę zasłużyli na nagrody. Konkurencja ”nawijania” dowodzona przez ”Ośkę” choć wydawała się banalnie prosta wcale taka nie była wzbudzając dużo emocji i gorący doping. Kto nie wie na czym polegała, niech zajrzy do fotoreportażu. Punktem kulminacyjnym spotkania było pasowanie na ”PRAWDZIWEGO ONDRASZKA”. Kapituła orzekła, że zgodnie z wymogami nieokreśloną ilość kilometrów na rowerze przejechali, tym samym zaszczytu mianowania mogą dostąpić poganie: Jarosław Rezmer i Andrzej Nowak.

Nastąpiła ostatnia próba polegająca na wypiciu duszkiem mikstury o dość dziwnym kolorze i smaku symbolizującej wszystko co może ich czekać na rowerowym szlaku. Kandydaci próbę znieśli dzielnie (nikt się nie przewrócił i nie zasłabł), więc można było przystąpić do ceremonii pasowania specjalną pompką przygotowaną na tę okazję przez klubowego ”Panka”. Przyrzeczenie ”...że choćby żabami prało i koło się w tył obracało będą gotowi do zdobywania z Ondraszkiem nowych przygód....” odebrał i imiona nadał niżej podpisany herszt Ondraszków. Od tej chwili Jarek to ”BYSTRY”, a Andrzej jest ”ZIOŁOWY”. Nowo mianowani zebrali serdeczne gratulacje, a gromki aplauz był podbudowany chóralnym ”Sto lat..”. Tak zakończyło się to pamiętne otwarcie i pełni pozytywnej energii wracaliśmy z mocnym postanowieniem, że znów się wkrótce zobaczymy. Przejechaliśmy ok. 30km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
28. Wędryński Rajd Turystyczny

09.05.2009

O godz. 900 z Cieszyńskiego Rynku Ondraszki wyruszyły na piątą już w tym sezonie wyprawę rowerową, tym razem na zaproszenie Gminy Wędrynia w Czeskiej Republice. Na starcie trochę postraszył nas deszcz, lecz i tak na rynku zebrała się całkiem spora ondraszkowa grupka. Już przed Dzięgielowem zrobiło się słonecznie i tak pozostało do końca wycieczki. Odcinek Cieszyn - Puńców przejechaliśmy nad rzeką Puńcówką. W Puńcowie zjechaliśmy na lewy brzeg rzeki i szlakiem rowerowym "Śladami Stroju Cieszyńskiego" dojechaliśmy do Dzięgielowa Zamku. Dotarliśmy na granicę, gdzie było wyznaczone spotkanie z turystami rowerowymi z Czech i przewodnikem rajdu - Bogusławem Raszką. Poprowadził nas przez czeską Leszną Dolną, czerwonym szlakiem pieszym przez Vendrynsky Haj. Zahaczając o Wędryńską Ścieżkę Edukacyjną dojechaliśmy do miejscowego Domu Kultury - siedziby Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Przewodnik zapoznał nas z historią wsi, otrzymaliśmy też pamiątkowe "karty uczestnictwa", zostaliśmy też ugoszczeni posiłkiem i goracymi napojami.

Trzeba zaznaczyc, że rajd był wielodyscplinowy uczestniczyli w nim również turyści piesi. Dzięki organizatorom! Dzięki przewodnikowi! Miło było posiedzieć w ogródku, porozmawiać i powspominać nasze wycieczki... Potem nasza grupa udała się do zabytkowych wędryńskich pieców wapiennych, gdzie od początku XIXw. wypalano wapno. Od "wopieników" (tak w miejscowej gwarze były określane piece) ścieżką rowerową udaliśmy się w kierunku Czantorii aż do przełęczy. Z przełęczy Na Podlesiu, czerwonym szlakiem pieszym skierowaliśmy się pod Ostry. Ten odcinek z widokami na przełęcz Pod Tułem, Małą i Wielką Czantorię pokonaliśmy pchając rowery. Przed szczytem Wróżna (571m n.p.m.) opuściliśmy czeski szlak. Trawersem pokonaliśmy zbocze polany i na azymut (czyli własny nos) dotarliśmy pod kościół w Lesznej Górnej, już po polskiej stronie. Drogą przez Puńców udaliśmy się do Cieszyna, pokonując dystans 43km i zaliczając kolejne 10 punktów do Kolarskiej Odznaki Turystycznej.

Skryba (tekst+foto)
Galeria
Okolice Cieszyna

10.05.2009

Dziewiętnastoosobowa grupa "Ondraszków" tym razem zebrała się w miejscu, gdzie prowadzący - Józek Stirba wyznaczył punkt zerowy wycieczki. Dołączyliśmy do do turystów z Towarzystwa Rowerowego "Olza" w Czeskiej Republice. Józek przedstawił plan i poprowadził sporą, kolorową grupę rowerzystów ścieżkami, które w większości znaliśmy z ubiegłorocznej wyprawy pod tym samym tytułem. Pierwszy podjazd to wzniesienie Szachty, skąd pyszniła się piękna panorama na Beskid Śląski oraz na karwińskie kominy i szyby. Drugi podjazd do koniakowskiej kaplicy. Tu 17 maja 1906r od uderzenia pioruna zgineło aż 13 osób. W murze kaplicy umieszczono pamiątkową tablicę. Trzeci podjazd do "kamienia granicznego" czterech gmin. W tym miejscu krzyżują się drogi biegnącę wzdłuż wszystkich geograficznych kierunkach i prowadzące do sąsiednich wsi - na północ do Grodziska, na wschód do Koniakowa, na południe do Górnego Żukowa i ostatnia na zachód - do Trzanowic. Na poboczu skrzyżowania znajduje się kamień graniczny z wykutymi nazwami wsi, skierowanymi w odpowiednim kierunku.

To miejsce to następny wspaniały punkt widokowy na Beskid Śląski od Czantorii aż po Ondrzejnik z charakterystyczną trapezową sylwetką, Jaworowego oraz Łysej Góry "matki śląskich wzgórz". Wycieczkę zakończyliśmy w Ropicy przy wspólnym stole, posilając się "dyrszczkową polywką". Trzenba dodać, że tym razem w peletonie przeważały żółto-czarne koszulki Towarzystwa Rowerowego "Olza" przy Polskim Towarzystwie Turystyczno Sportowym "Beskid Śląski" w Czeskiej Republice. Dziekując oklaskami, Józkowi Stirbie, odjeżdżaliśmy już dalej indywidualnie.

"Skryba" - A. Nowak (tekst+foto)
Galeria
Sztafeta przez Polskę w 100-lecie AZS

12.05.2009

Dzięki uroczym studentkom III roku Pedagogiki UŚ zostaliśmy zaproszeni do udziału w ciekawym projekcie sportowym pt "Sztafeta przez Polskę". Jako, że uroczym studentkom się nie odmawia kwiat Ondraszkowej młodzieży męskiej "posuniętej w leciech" (i nie tylko) stanął na starcie ekipy, która do Cieszyna przypedałowała z Ustronia, a przed tym przebiegła jeszcze kawałek z przełęczy Krowiarki. We wtorek około 1330 do Cieszyna ekipa "Sztafety przez Polskę" dotarła do granic miasta - przy starym motelu, skąd w towarzystwie kolarzy z naszego klubu dojechała na Rynek. Tutaj powitał wszystkich Zastępa Burmistrza Cieszyna. Z Rynku sztafeta pobiegła w towarzystwie naszym i dodatkowo młodziezy szkolnej na metę czyli kampus Uniwersytetu Śląskiego. Po uroczystym powitaniu przez Panią Rektor UŚ na kampusie rozpoczeły się imprezy "Cieszynalia 2009".

"Sztafeta przez Polskę" ma do pokonania ok. 2000km a Cieszyn jest pierwszym miastem etapowym. Sztafetowa ekipa startowała z Babiej Góry i przebiegła do Przełęczy Krowiarki, skąd przyjechała autokarem do Ustronia a z Ustronia na rowerach do Cieszyna. Sztafeta będzie nie tylko korzystać i poruszać się na trasie rowerami, pociągami, samochodami ale także kajakamki, łódziami, żaglówkami a nawet balonem. Następne miasta to: Kraków, Katowice, Opole, Wrocław, Leszno, Poznań, Piła, Gdańsk, Bydgoszcz, Włocławek, Łódź i 22. maja Warszawa aby uświetnić 100-lecie AZS-u na wielkiej Gali.

Patrząc na dość lichawe sylwetki niektórych "sztafeciarzy" życzmy im aby całe to ambitne zamierzenie się udało zrealizować!

"Skryba" - A. Nowak (tekst+foto)
Galeria
XII Cieszyński Rowerowy Rajd Rodzinny

17.05.2009

Do organizacji tej imprezy przygotowaliśmy się wyjątkowo starannie. Jest to bowiem przedsięwzięcie pod wieloma względami wymagające drobiazgowych przygotowań i uzgodnień i jest kierowane do szerokiego kręgu odbiorców. W przeddzień imprezy stwierdziłem, że mogą nas zaskoczyć jedynie dwie sprawy: frekwencja i pogoda. Szczerze mówiąc obie te niewiadome są ze sobą ściśle związane. Pogoda jednak okazała się wyjątkowo łaskawa, bo po deszczowej sobocie nastał wyjątkowo piękny niedzielny poranek i cieszyński rynek niebawem zapełnił się turystami-kolarzami należącymi do przynajmniej trzech pokoleń. Sekretariat w składzie: "Baśka", "Ośka", "Szykowno" i "Afi" sprawnie przystąpił do działania wydając świadczenia i kupony loteryjno-żywnościowe. W imieniu organizatora powitałem zebranych, a w imieniu władz miejskich oraz PTTK uczynił to kol. Ryszard Mazur - Sekretarz Miasta i Prezes Oddziału PTTK w jednej osobie. Do mikrofonu poprosiłem również kol. Jerzego Borowczyka - szefa Towarzystwa Turystyki Rowerowej "Cyklista" z Przecieszyna, aby przedstawił swój team, gdyż przyjechali w mocnym 18-osobowym składzie. W barwnym różnokolorowym tłumie rowerzystów migały też koszulki niezawodnego jastrzębskiego "Wiercipięty", żorskiego "Wandusa", był też obecny kol. R.Kapczyński z bytomskiej "Cateny".

Uczestnicy wyfasowali twarzową okolicznościową czapeczkę, sprawnie uformowaliśmy peleton i na znak dany przez R.Mazura ruszyliśmy na trasę. Przejazd ulicami miasta zabezpieczały radiowozy policyjne i straż miejska, a kolumnę zamykał nasz wóz techniczny. Ludzie przystawali na chodnikach i przyjaźnie machali uczestnikom barwnego rowerowego korowodu. Trasa nie była trudna tak, że jadąc w spacerowym tempie dotarliśmy niebawem do półmetka czyli "przy grzybku" w Dębowcu. Tutaj "Śmig" rozdawał słodki poczęstunek do podreperowania sił, a zainteresowanym przekazałem garść informacji krajoznawczych o gminie. Dalsza część trasy była również przyjemna barwny korowód ok. 170 rowerzystów poruszając się krętą drogą wśród stawów wyglądał, jak długi, kolorowy wąż. Droga wprawdzie w paru miejscach zgubiła nawierzchnię, lecz jak wiadomo dla roweru nie ma złej drogi. Metę zorganizowaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym państwa Gabzdylów "Wodna Dolina". Jest to malowniczo położony zakątek, przyjazny zwłaszcza dla wędkarzy, malarzy i kolarzy.

Grochówka, którą serwowano w ramach świadczeń smakowała wybornie. Mimo, iż pogoda nastrajała do odpoczynku na trawie, zdołaliśmy zmobilizować większość uczestników do udziału w konkursach. Rywalizacja była nadzwyczaj zacięta. W torze przeszkód można było zobaczyć mrożące krew w żyłach sceny jak znarowione rowery zrzucały swych właścicieli z siodełek, nawijanie sznurka wzbudziło gorący aplauz, w workach biegały nie tylko dzieci, lecz również ścigał się wnuczek z dziadkiem. Ostatecznie najlepszymi okazali się:

w konkursie "Rowerowy tor przeszkód"

  • w kategori pań:
    1. Beata Soter
    2. Gabriela Winconek
    3. Zofia Dobosz
  • w kategorii panów:
    1. Rafał Kolek
    2. Krzysztof Kałuża
    3. Edward Heczko
  • w kategorii dziecięcej:
    1. Filip Chrobok
    2. Tomasz Korzeniewski
    3. Wojciech Korzeniewski

w konkursie wiedzy z przepisów ruchu drogowego

  1. Mikołaj Jordań
  2. Tomasz Korzeniewski
  3. Bartosz i Piotr Gruszczyk

w konkursie biegu w workach dla dzieci

  • nagrodę specjalną "za pokonanie trasy" otrzymał trzyletni Grześ Rzymanek
  • pierwsze miejsca w ustalonych kategoriach wiekowych zajęli:
    • Filip Chrobok
    • Wojtek Korzeniewski
    • Michał Krawczyk

w otwartym konkursie "nawijania sznurka"

  1. Grzegorz Strządała
  2. Helena Wiśniewska
  3. Gabriela Winconek

Puchary i drobne upominki trafiły do:

  • Najliczniejszej rodziny rajdowej: państwa Penkałów ze Skoczowa (6 osób) - puchar ufundował Burmistrz Miasta Cieszyna.
  • Seniorów rajdu: p. Anny Wiśniewskiej i p. Władysława Chromca z Cieszyna - puchary ufundowała p. Grażyna Staniszewska.
  • Rajdowego Juniora i najmłodszego kolarza który samodzielnie przejechał trasę: siedmioletniego Kacpera Pierona z Krakowa - puchar ufundował TKK Ondraszek
  • Najliczniejszej grupy zorganizowanej: Towarzystwa Turystyki Rowerowej "Cyklista" z Przecieszyna k/Brzeszcz (18 osób) - puchar ufundował TKK Ondraszek
  • Słodką niespodzianką uhonorowano również najmłodszego uczestnika rajdu którym był czteroletni Grzegorz Rzymanek.
  • Specjalnym dyplomem nagrodziliśmy "Rodzinę z daleka" czyli : trzyosobową rodzinę pp. Pieronów, którzy przyjechali aż z Krakowa aby wziąć udział w rajdzie.
  • Ostatnim emocjonującym wydarzeniem rajdu było losowanie loterii fantowej przygotowanej m.in. na podstawie fantów ofiarowanych przez sponsorów. Najcenniejszą nagrodą w loterii był oczywiście rower, który wylosował p. Wojtek Korzeniewski.

Impreza została w całości przygotowana i przeprowadzona przez nasz klub, a mogła zostać zrealizowana dzięki pomocy następujących firm, instytucji i osób prywatnych:

Urząd Miejski Cieszyn (MOSiR) Cieszyn
Zakład Usług Budowlano-Montażowych "Budomont" Bielsko-Biała
PSS "Społem" Cieszyn
Lakma S.A. Cieszyn
Hurtownia "Beskid Plus" Cieszyn
"Hemos" Okna,drzwi, docieplenia H.Moskała
Centrum Oświetleniowe "Styl" Cieszyn
Kraft Food Polska S.A. Oddział "Olza" Cieszyn
Serwis rowerowy J.Słota Cieszyn
Firma "Anda" A.Krupa Pierścień
P.H.U.P "Stal-Bud" Sp. J.Skoczów
Józef Swakoń

Rechtór-Zbyś
Galeria
Ziemia Cieszyńska znana i nieznana
Śladami wydarzeń sprzed 90 lat

24.05.2009

Czasem historia, choć odległa też potrafi człowieka zaskoczyć. Wyprawę planowałem na zupełnie inny temat, aż nagle uświadomiłem sobie, że historia, która tak tragicznie i nieoczekiwanie dotknęła Ziemię Cieszyńską w 1919 roku obchodzi w tym roku swój jubileusz! A zatem koniecznie zmiana planów i trasy.

Na start w Karwinie przy dworcu kolejowym zameldowała się pokaźna grupa 35 kolarzy. Towarzystwo mieszane: Ondraszkowo-PTTSowskie z dodatkiem sporej grupy sympatyków. Warto odnotować, że pojawił się również nasz "Jędruś", który w dawnych czasach nie opuszczał żadnej klubowej wyprawy. Pomimo nisko wiszących chmur pocieszałem całe zgromadzenie, że parasole można wyrzucić, bowiem znałem dokładnie prognozę na ten dzień i wiedziałem, że będziemy się jeszcze opalać. Ruszyliśmy raźno do Stonawy - tutaj na cmentarzu znajduje się zbiorowa mogiła 20 zamordowanych żołnierzy polskich, którzy zginęli w potyczce z czeskimi legionarzami. Opowiedziała o tym barwnie p. Stefania Piszczek - emerytowana nauczycielka miejscowej szkoły oraz Władek Kristen, którego prosiłem o zaaranżowanie tego spotkania.

Chwila zadumy i jedziemy dalej w kierunku Kończyc. Granicę przekraczamy w Kaczycach i z fasonem wjeżdżamy na dziedziniec zamkowy w Kończycach Małych, aby stanąć na małe co-nieco. Zgodnie z obietnicą słoneczko zaczęło raźnie przygrzewać zmuszając do pewnego obnażenia naszych powłok cielesnych. Następny przystanek na "Palowym Kopcu". w przydrożnym rowie ustawiono krzyż w miejscu gdzie znaleziono zwłoki kpt. Cezarego Hallera, który zginął tutaj staczając wraz ze swoją kompanią nierówny bój w dniu 26.01.1919r. Krzyż, już trzeci z kolei, nie jest zbyt widoczny i w większości przejezdni nawet go nie zauważają. A jest to miejsce kolejnej wielkiej tragedii tamtych dni, która zaważyła na przebiegu dalszej wojennej kampanii.

Dalsza droga prowadzi do Dębowca i dalej uroczą drogą wśród stawów i zieleni do Drogomyśla. Przejeżdżamy Wisłę, bowiem chcemy skosztować niedawno oddanego odcinka rowerowej trasy WTR prowadzonego po wislańskich wałach. Po wygodnej asfaltowej ścieżce dojeżdzamy do Skoczowa, gdzie pod pomnikiem "Poległym za Polskość Śląska" oczekuje nas p.Halina Szotek - kustosz miejscowego muzeum i należy dodać - dawny Ondraszek. P.Halina jest autorką wspomnieniowej broszurki "Trudna droga do Polski" poświęconej historii konfliktu, a zwłaszcza bitwie pod Skoczowem. Bitwa ta zakończyła krótką, bo zaledwie 9-dniową wojenną polsko-czeską kampanię, lecz jej skutki są wyraźnie widoczne po dzień dzisiejszy. Trzeba dodać, że P.Halina oprócz ogromnej wiedzy ma również talent jej przekazywania, i mieliśmy okazję dowiedzieć się wielu mało znanych szczegółów o tamtych i późniejszych PRL-owskich czasach, kiedy historię próbowano naginać i zakłamywać. Podziękowaliśmy brawami i jako, że dotarlismy do mety, każdy miał już własną wizję jak dotrzeć do domu.

W trochę okrojonym składzie pojechaliśmy jeszcze na miejscowy cmentarz, aby pochylić sie z zadumą nad mogiłą poległych w bitwie i pełni wrażeń wrócilismy do rzeczywistości, aby dokonać podsumowania w cukierni "Halina". Wyszło na to, że wyprawa się mi udała i tak trzymać! Przejechałem - (sam nie wiem kiedy) prawie 80 km!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zielonoświątkowa jajecznica – Kończyce Wlk.

31.05.2009

Zielone świątki więc smażymy wajecznicę!

Kontynuując tradycję lat ubiegłych spotkaliśmy się na rynku, a w wiezionym na bagażnikach torbach znajdował się łatwo tłukący towar. Tym razem ekipa ok. 23 „żarłoków” składała się z Wiercipiętów oraz licznych Ondraszków. Być może byłoby nas więcej, lecz pogoda nie wróżyła nic dobrego. Przewodzenie tej imprezie tradycyjnie objął Władek „Kropelka”, który przygotował aż trzy warianty trasy: schodowy, szosowy i terenowy, wszystkie prowadzące do gospodarstwa „U Brzezinów” w Cisownicy. Obiecał też, że po drodze zdziwimy się dwa razy, lecz faktycznie to zdziwiliśmy się aż trzy razy.

Ale po kolei: najpierw pojechaliśmy do Błogocic, na wstępie rezygnując z wariantu schodowego (było do pokonania 99 schodów w rezerwacie „Lasek nad Puńcówką”). Dojechaliśmy w miejsce, gdzie kiedyś stał graniczny szlaban i jadąc wzdłuż Olzy raptem znaleźliśmy się po czeskiej stronie w Końskiej, nawet nie bardzo wiedząc kiedy to się stało. To było pierwsze zdziwienie. Dalsza droga prowadziła do Lesznej Dolnej, gdzie chcieliśmy wdepnąć do znanej gospódki. Niebywałe jak na tutejsze zwyczaje, ale była jeszcze zamknięta. To było drugie nieoczekiwane zdziwienie. Jadąc dalej cały czas lekko pod górkę dotarliśmy aż do samego końca czeskiej Lesznej Dolnej. Przed nami było wyraźnie widać kościół w polskiej Lesznej Górnej, lecz jak tam dojechać? Okazało się, że granica jest tu tak poplątana, że należało otworzyć furtkę w ogrodzeniu pewnego gospodarstwa, gdyż była ona jednocześnie granicznym szlabanem. I znów się zdziwiliśmy. Teraz należało wybierać jakim wariantem chcemy dojechać na metę: terenowym i szosowym. Zważywszy na ciężkie chmury nad nami większość chciała jechać po asfalcie.

Pojechaliśmy zatem aż na przełęcz po Czantorią pchając rowery pod potężną górę. Na przełęczy widok był niestety był zerowy, gdyż wszystko utonęło w gęstej mgle. Potem nastąpił jednak radosny zjazd zakończony skrętem w boczną drogę, która okazała się niestety wielkim bajorem. Upaprani w błocie niektórzy w myślach pewnie nabijali prowadzącego na pal. Trasa jednak miała tę zaletę, że na metę przyjechaliśmy z górki. A tutaj... Piotr „Śmig”, który przyjechał własnym wariantem już zdążył rozpalić ognisko i przygotować skwarki w wielkiej brytfannie. Panie błyskawicznie zajęły się tłuczeniem jajek (było ich ok. 130) i po chwili nad nami unosił się przyjemny zapaszek jajecznicy i jej kapitalny smak wynagrodził nam trudy podróżowania. Maniuś wesoło zagrał na harmonii i od razu przydały się nasze śpiewniki.

Mieliśmy też do rozegrania kilka konkursów - strzelanie z wiatrówki, zwijanie sznurka oraz zaproponowany przez Jarka „Bystrego” „konkurs z jajem”. Strzelanie, mimo zaciętej konkurencji zostało rozegrane już w pierwszych minutach. Moje 38 na 50 możliwych okazało się nie do pobicia. Niektórzy co prawda zwalali winę na flintę, ale ja wiem swoje. Powiem nieskromnie, że w konkursie zwijania sznurka również okazałem się najlepszy, czym byłem mile zaskoczony. „Konkurs z jajem” był rewelacyjnym sprawdzianem umiejętności rzutów i łapania. Kto nie złapał, mógł mieć jajecznicę na ubraniu lub swoim obliczu, bo jajka którymi rzucano były surowe. Tutaj najlepsza okazała się para „Śmig” - Michał Gracyasz.

„Kropelka” obdzielił zwycięzców nagrodami, a puchar-patelnia zawiśnie u Pawlików aż do następnego roku. Pewnie biesiadowalibyśmy dalej, ale wiszące chmury nie wróżyły nic dobrego. Trzeba więc uciekać. Wraz z „Alą-palą” i „Niezłomnym” ruszyliśmy z powrotem, jednak ulewa nas dopadła po drodze i musieliśmy schronić się pod drzewko.

Przejechaliśmy ok. 40km. Mimo nienajlepszej pogody twierdzę, że impreza bardzo się udała. Wszelkim niedowiarkom przypominam też, że Ondraszki jeżdżą, że „choćby żabami prało i koło się w tył obracało” jak brzmi rota naszej przysięgi.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XLVIX Ogólnopolski Zlot Przodowników Turystyki Kol. PTTK

06.06.2009 - 14.06.2009

Aż trudno uwierzyć, że już minął rok od ostatniego zlotu na Kaszubach. Naładowani pozytywną energią Ondraszki różnymi środkami lokomocji (PKP i prywatne auta) i różnymi drogami (nawet przez Berlin) w wyjątkowo licznej ekipie (aż 18 uczestników) ruszyli na północ, na spotkanie zlotowej przygody. Tegoroczne spotkanie rodziło się w wielkich bólach. Wobec braku ochotników Kom. Kol. ZGPTTK „wskazała palcem” organizatora - działaczy skupionych przy PTTK Szczecin. Przełożyło się to od razu na stosunkowo późne informacje - organizatorzy mieli dosłownie kilka miesięcy na to, co normalnie trwa co najmniej rok. Dalej też mieli pod górkę - odmówiono im zniżek kolejowych, baza była z epoki „wczesnego Gierka” i na koniec niezbyt sympatyczna pogoda nieco zweryfikowała ocenę ich wysiłków. Lecz starali się bardzo, aby wszyscy byli zadowoleni. Jestem przekonany, że w mniemaniu większości zlot był bardzo udany i pozostawił sympatyczne wspomnienia, czemu dałem wyraz w moim wystąpieniu na podsumowaniu zlotu.

Organizatorzy odeszli od wariantowania tras, gdyż na każdy dzień przewidziana była tylko jedna o zróżnicowanej długości (max. 80km). Przy stosunkowo płaskim terenie nie było to specjalnie wyczerpujące wyzwanie. Mając bazę nad samym morzem zwiedziliśmy za to wszelkie ciekawe miejsca w promieniu 40km od bazy w tym Kołobrzeg, Trzebiatów, Gryfice i Kamień Pomorski. Była również zorganizowana całodzienna autokarowa wyprawa do Peenemunde leżącego na drugim końcu wyspy Uznam. Perełkami w proponowanych atrakcjach były wg mnie: możliwość wysłuchania koncertu organowego w kamienieckiej katedrze, odwiedziny w muzeum kolei wąskotorowej, przejazd przez zamknięty teren wojskowego poligonu, udział w ogólnopolskim konkursie sikawek strażackich, poznanie tajników hodowli koni w Nowielicach, czy przejazd turystyczną kolejką dojazdową . Mocnym atutem tych terenowych spotkań byli przewodnicy prawie bez wyjątku to pasjonaci i profesjonaliści. To dzięki nim poznaliśmy tajemnice katedr w Kołobrzegu czy Kamieniu Pomorskim, zawiłości historyczne miasta Trzebiatowa, ciekawą konstrukcję lotniczego hangaru w Rogowie, dzieje niemiecko-polskiego pogranicza czy drugo-wojenne losy wyspy Uznam i jej wkład w historię badań rakietowych, a także sposób... inseminacji klaczy.

Proponowane trasy były również starannie opisane w świadczeniach i nawet oznaczone w terenie, a boczne dróżki, których jest tutaj sporo, zawsze bezbłędnie prowadziły do celu. Mijane wioski i osady do marca 1945r. od pokoleń były siedzibą Niemców, którzy nagle i niedobrowolnie musieli je opuścić. Równie nieoczekiwanie zostały one zasiedlone przez ludność pochodzącą przeważnie z południowo-wschodniego krańca Polski. I jedni i drudzy nie wierzyli, że jest to sytuacja ostateczna, co jest niestety widoczne do chwili obecnej. W opowieściach obecnych mieszkańców przewijał się często wątek dotyczący danych właścicieli, których następne pokolenie z nostalgią odwiedza miejsca, gdzie ich rodziny od pokoleń mieszkały. Z drugiej strony było widać, że nowi osadnicy niezbyt dbali o swoje nowe miejsce zamieszkania. Na wpół zawalone budynki gospodarcze, ruiny niegdyś pięknych pałaców, zarośnięte dawne cmentarze, czy zaniedbane domy są jeszcze częstym widokiem. Zestawienie kultur pochodzących z różnych stron kraju widać było również i w muzealnych salach. Np. w muzeum miejskim Trzebiatowa na jednej sali zgromadzono pamiątki po niemieckich autochtonach a także po ukraińskich i polskich osiedleńcach. Niezmiernie urocze były również niewielkie wiejskie kościółki budowane przeważnie z „muru pruskiego”, które specjalnie dla nas otwierano więc mogliśmy je zwiedzać.

A nad tym wszystkim unosił się… szum morza, deszczowe chmury i porywisty wiatr. Zwłaszcza ten ostatni dał nam nieźle popalić. Pół biedy, kiedy lekko jechaliśmy z wiatrem z wielką szybkością ok. 30km/godz., lecz jazda w drugą stronę była naprawdę sporym wyzwaniem, bo średnia prędkość nie przekraczała wtedy nawet 10km/godz. Z powodu niedawnej tragedii w Kamieniu Pomorskim staż pożarna nie wyraziła też zgody na tradycyjne ognisko, lecz obserwując obozowe wieczorne spotkania i zabawy taneczne niezbyt nam to w sumie przeszkodziło. W deszczowym spotkaniu na podsumowanie i zakończenie zlotu na pewno humor wszystkim poprawiła rybka, która zupełnie gratisowo wjechała na stół każdego uczestnika, a także pełna werwy trzebiatowska kapela.

Na zlocie pojawiło się przeszło 450 uczestników z czego najwięcej ze Śląska. Była również rekordowa ilość uczestników kursu przodownickiego - aż 33. Warto zaznaczyć, że „przodownickie szlify” zdobył tutaj i nasz „Gwarek” czyli K.Szewczyk. Miło też odnotować, że nasza ekipa nadal spotykała się z wyrazami sympatii za organizację zlotu w 2006r. Byliśmy też łatwo rozpoznawalni dzięki naszym świetnym kurtkom z klubowymi emblematami. W tych niełatwych warunkach pokonaliśmy przeszło 400km. Pełni wrażeń, wyruszyliśmy w drogę powrotną wieczornym pociągiem z Kołobrzegu, jak zawsze z uczuciem pewnego niedosytu. Tak więc - do zobaczenia za rok - na jubileuszowym zlocie w Myszkowie.

Zbyszek "Rechtór"
Galeria
IX wyprawa do źródeł Olzy

27.06.2009

W piękny (jeszcze nie padało) sobotni poranek w Jabłonkowie spotkali się amatorzy dwóch kółek, aby udać się na Gańczorkę, do jednego ze źródeł Olzy. Po dopełnieniu formalności (opłata wpisowego, odebrania widokówki i kartki na kiełbasę) nastąpiła cześć oficjalna. Władek Kristen z PTTS przywitał wszystkich obecnych, przedstawił trasę, pomodlił się do niebios o dłuższą przerwę w opadach (zdążyło już porządnie popadać) i wsiedliśmy na rowery. Eskortowała nas Straż Miejska i Policja. Ułatwiło to bardzo przejazd całego 57-osobowego peletonu aż do Bukowca, gdzie przekroczyliśmy granicę państwa. Jadąc cały czas wzdłuż Olzy dotarliśmy do Istebnej a następnie do Istebnej Zaolzia.

Większość uczestników udała się do źródełka na Gańczorce a część: Ośka, Śmig i Bystry zajęli się przygotowaniami do dalszej części imprezy. Po przybyciu raczej błotnistej drogi do podnóża Gańczorki i wdrapaniu się na jej stok, nastąpiła krótka prelekcja przy źródełku oraz odśpiewanie okolicznościowych piosenek. Następnie uczestnicy rajdu pospieszyli do miejsca uciech dla ciała i ducha. Dla ciała była gorąca herbata i pieczona kiełbaska, zaś dla ducha - możliwość udziału w quizie turystycznym "Co wiesz o rzece Olzie" oraz słuchanie góralskiej kapeli.

Kto był uważny na starcie w Jabłonkowie oraz słuchał prelekcji na Gańczorce - ten nie miał kłopotów z udzieleniem prawidłowych odpowiedzi. Wyróżniliśmy 10 najlepszych osób:

  • Gerhard Budniak
  • Robert Ruttkau
  • Józef Stirba
  • Petra Sikorova
  • Stirba Jacek
  • Krucina Stanisław
  • Rene Sikora
  • Górecki Józef
  • Dana Sikorova
  • Edward Monczka.

Oprócz konkursu były do wręczenia jeszcze puchary: trzy ufundowane przez PTTS oraz niespodziankę - puchar Wójta Gminy Istebna przeznaczony dla seniora rajdu. Puchary otrzymali:

  1. Kufa Jan - puchar Wójta Gminy Istebna - dla najstarszego uczestnika
  2. Kostka Stanisław - puchar PTTS - dla najstarszego uczestnika
  3. Stirba Piotr - puchar PTTS - dla najstarszego uczestnika
  4. TKK "Ondraszek" - puchar PTTS - dla najliczniejszej drużyny (14).

Puchar od Pani Wójt wręczał przedstawiciel Urzędu Gminy, a my odwdzięczyliśmy się i czapeczką naszego Rajdu Rodzinnego oraz monografią klubu. Następnie, po oficjalnym zakończeniu rajdu, udaliśmy się indywidualnie różnymi drogami do domów. Nasza niewielka (7-osobowa) gromadka Ondraszków ruszyła przez Stecówkę, dolinę Czarnej Wisełki, Wisłę, Ustroń, Kozakowice, Goleszów, Dzięgielów lub Bażanowice (już w dwóch grupach) do Cieszyna. Niestety niespodzianki nie było: Zlało nas!

Jarek – Bystry
Galeria
Zielony Górny Sląsk - jezioro Dzierżno

03.07.2009 - 05.07.2009

Mając w pamięci dawne wycieczki w ten ciekawy rejon Górnego Sląska postanowiłem ponownie zorganizować wyprawę, która byłaby połączeniem ogniskowej biesiady, rowerowej przygody i żeglarskiej romantyki. Ilość uczestników limitowała znów pojemność aut, gdyż jedynie samochodem można było się dostać do ośrodka "Maytur" położonego nad jeziorem Dzieżno Małe koło Pyskowic. Ostatecznie 3.07.2009 późnym popołudniem z Cieszyna wyjechał mały konwój trzech samochodów z: Jasiem S., "Szykownóm", "Pankiem", "Rechtorem", "Alapalą", "Bystrym", "Ośką" i Michałem na pokładzie. Z Łazisk mieli dojechać jeszcze Eugeniusz i Grażyna K., a Zdzicho i Władek z PTTS-u powinni byli być już na miejscu. Po drodze nie obyło się bez przygód, gdyż podczas przejazdu przez Gliwice nasz konwój się rozproszył i tylko dzięki komórkom znów się spotkaliśmy. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze naszego kapitana - Mariusza U. z małżonką. Jadąc bocznymi drogami przez Łabędy ku wielkiemu zdziwieniu spotkaliśmy auto z rowerami na dachu. Była to drużyna z Łazisk, która zawzięcie studiując mapę... jechała w przeciwnym kierunku. Co by nie mówić - Opatrzność czuwa.

Na miejsce dotarliśmy wieczorem już bez dalszych przygód. Za to PTTS dotarł na miejsce bez pudła, a Zdzicho i Władek zdążyli już zaliczyć sporą przeszło 50km rowerową trasę. Po rozlokowaniu się w przytulnych pokojach za namową kapitana Mariusza wyfasowaliśmy wiosła i ruszyliśmy wielką łajbą o wdzięcznej nazwie DZ-ta na podbój nieznanych lądów. Chwilę jednak trwało zanim uzgodniliśmy jeden kierunek jazdy, bo z początku każdy wiosłował w swoją stronę. Nasz kapitan sprawnie opanował ten początkowy chaos i niebawem łódź majestatycznie płynęła na tle zachodzącego słońca. Tymczasem na lądzie czekało już na nas ognisko i pyszne kiełbaski z grilla. Kiedy zniknęły one w przepastnych brzuchach niedawnych majtków Eugeniusz wyciągnął gitarę i wspólnie zainicjowaliśmy koncert żeglarskich szant, z którym jak myślę można byłoby wystąpić na niejednym przeglądzie. Dopomógł w tym nasz niewątpliwy talent śpiewaczy oraz jeszcze coś.

Bylibyśmy tak koncertowali do rana, lecz rowerowy start został wyznaczony na godz. 900, więc trzeba było iść spać. Rano świeży i wypoczęci wskoczyliśmy na rowery. W pobliskich Pławniowicach czekała już pani przewodnik, aby oprowadzić nas po pięknych wnętrzach pałacu von Ballestemów. Z pietyzmem odrestaurowany pałac oraz ogród zrobił naprawdę duże wrażenie. Dalsza trasa prowadziła leśną drogą do Rudzińca gdzie zobaczyliśmy ciekawy drewniany kościół, a następnie przez Chechło i Poniszowice (XV w. drewniany kościółek) do Byciny. Ogromny trzykondygnacyjny barokowy dwór Paczyńskich herbu Topór woła tutaj rozpaczliwie o zamożnego właściciela, bo remont który próbowano przeprowadzić dawno stanął w miejscu, a czas niestety robi swoje.

W drodze powrotnej do bazy zobaczyliśmy też śluzę Dzierżno - jedną z największych, na Kanale Gliwickim. Kanał ten poprowadzony od Łabęd do ujścia do Odry ma 41km, a jego 44m spadek reguluje 6 śluz. Dzieło to wybudowali Niemcy tylko w 6 lat (1935-1941) i z powodzeniem służy do dnia dzisiejszego. Dodam jeszcze, że w kanale pływają prawdziwe potwory - ryby o metrowej długości, gdyż takie właśnie pluskały się przy śluzie.

Dalszą część atrakcji tego dnia zapewnił nam nieoceniony w sprawach żeglarskich Mariusz, który zabrał nas - szczurów lądowych pod żagle. Okazało się jednak, że nie wszyscy stanowili balast pokładowy. Grażyna i Genek też wiedzieli jak należy pociągać "sznurki od tych szmat" aby płynąć w zamierzoną stronę. Również i "Ośka" - Wisienka z powodzeniem zmagała się ze sterem naszej łajby. W trakcie tej prawie morskiej podróży przybiliśmy na chwilę do nieznanego lądu, gdzie ondraszkowym zwyczajem zorganizowaliśmy napad na miejscowy bufecik. Opłynęliśmy też parę razy wyspę nazywaną "Tumidaj" szukając śladów życia i uzasadnienia jej nazwy. Czas pod żaglami przyjemnie płynął, lecz zrobiło się późno i czas było zawijać już do własnego portu.

Na tym niestety nasza ("Rechtora" i" Alipali") przygoda się zakończyła, gdyż musieliśmy wracać do domu. Przejechaliśmy rowerem ok. 45km, lecz pozostała część ondraszkowej ekipy została na kolejny dzień, mając zaplanowaną następną rowerową wycieczkę oraz żeglowanie. Na tej wyprawie jak sądzę udało nam się skrzyżować majtka z ondraszkiem, więc myślę, że warto w przyszłości dalej w tym kierunku eksperymentować.

Rechtór - Zbyś Pawlik
Galeria
„Poznajemy sąsiednie regiony” - okolice Bielska-Białej cz. III

18.07.2009

Jak zostało ustalone znów trafiliśmy pod opiekę kol. Krzysztofa Sumery aby zwiedzić północne zakątki powiatu bielskiego. W stałym miejscu przy dworcu kolejowym, mimo problemów z dojazdem, zebrał się pokaźny peletonik rowerzystów którzy chcieli zobaczyć jak wygląda u sąsiada.

Wyruszyliśmy znaną wcześniej drogą do Czechowic. Tutaj jednak skręciliśmy na północ przekroczyliśmy rzekę Białka i znaleźliśmy się w Kaniowie - krainie stawów i jezior. A, że słońce grzało niemiłosiernie w naszej wyprawie nastąpił dłuższy postój, aby potaplać się w jeziorze. Dalsza droga prowadziła przez Dankowice do Wilamowic. Jest to ładne miasteczko w którym niegdyś urodził się błogosławiony A. Bilczycki. Przerwę na jedzonko wykorzystałem aby zaglądnąć do monumentalnego kościoła, którego wielkość dość mocno kontrastuje z parterową zabudową miasteczka. Sadząc po wypielęgnowanych klombach i zieleni na rynku myślę, że mieszkają tu również utalentowani ogrodnicy. Następny przystanek nastąpił w Starej Wsi. Wieś ta jest znana z do niedawna kultywowanych obyczajów dawnych osadników rodem z Niderlandów, co kiedyś odznaczało się w strojach zwyczajach i mowie. Pamiątki dawnej przeszłości zebrano w Izbie Regionalnej mieszczącej się w starej drewnianej chałupie dawnej szkoły, sąsiadującej z równie malowniczym drewnianym kościołem.

Kontemplowanie przerwały jednak pomruki zbliżającej się burzy. Pojechaliśmy zatem dalej przez Pisarzowice i polną drogą uroczo poprowadzoną nad stawami dojechaliśmy do Bielska. Podsumowanie wycieczki nastąpiło w kawiarnianym ogródku. Przejechaliśmy ok. 48 km. Wielkie dzięki prowadzącemu Krzysiowi za ciekawa trasę i atrakcje oraz zapewnienie pogody- bo chmura która w końcowej fazie wisiała nam nad głowami jednak się nie skropliła.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Okolice Trzyńca - czyli odwiedzamy sąsiadów

26.07.2009

Tym razem chcieliśmy odwiedzić miejsca w których często się bywało, lecz tak do końca nie można było powiedzieć, że je znamy. Wyprawę prowadził Stasio Martinek z PPTS-u, a jednocześnie mieszkaniec tej ciekawej miejscowości. Na rynku w Cieszynie spotkało się kilkunastu Ondraszków i sympatyków i tym peletonikiem pomknęliśmy na miejsce właściwej zbiórki, czyli dworca kolejowego w Trzyńcu. Tutaj z kolei zebrała się całkiem spora ekipa - bo przeszło 40 rowerzystów w większości z Ondraszka i PTTS-u. Stasio przywitał zebranych i wydaje się, że był nieco zaskoczony naszą liczebnością, a także tym, że wiedząc o niedawnych jego urodzinach odśpiewaliśmy chóralne „Sto lat”, no i drobny prezent też się znalazł.

Na wstępie wprowadził nas w historię Trzyńca, który obecnie jest wielkim miastem, a jeszcze sto lat temu był niewielką wioską. Metamorfoza ta miała oczywiście związek z przeniesieniem tutaj huty żelaza z Ustronia. Obiecał nam też, że trasa będzie „po kopieczkach” lecz za to w „emeryckim tempie”. Co do „kopieczków” to miał rację, gdyż odczuliśmy to już na wstępie jadąc stromym podjazdem pod Osówki. Natomiast co do tempa to... naszym podstawowym zadaniem było nie dać się zgubić.

Stasiu choć jest „młodzieńcem w słusznym wieku” fruwał po tych wszystkich kopcach jak ptaszek, gdy tymczasem reszta peletonu miała już języki prawie wkręcone w szprychy. Aż dziw bierze, że do końca wycieczki jako tako utrzymaliśmy „grupę w kupie”. Z Osówek pojechaliśmy wzdłuż granicy państwowej do Lesznej Górnej, stąd mocno w dół do Lesznej Dolnej i pod następny kopiec aż do wędryńskich wapienników. Po zgłębieniu historii tych ciekawych zabytków techniki pojechaliśmy bocznymi ścieżkami do Karpentnej, gdzie odwiedziliśmy dom rodzinny Stanisława Hadyny – twórcy zespołu folkorystycznego „Śląsk”. Trochę nas zaskoczyło, że wokół domu po sąsiedzku jako ptactwo domowe biegały... strusie. Stąd mocno pofalowaną drogą dojechaliśmy na boisko w Oldrzychowicach. Gulasz, który w ramach wpisowego nam tutaj zaserwowano naprawdę był super! Była to niestety już meta tej ciekawej wyprawy, więc już samodzielnie, korzystając z naprawdę rewelacyjnego czasu przejazdu trasy, w zmniejszonym nieco składzie postanowiliśmy pojechać do Cieszyna przez Leszną Górną. Po drodze odwiedziliśmy pasiekę p. Gajdacza gdzie odbywał się akurat pszczelarski festyn. Łącznie przejechałem aż 75km, przy czym właściwe Cieszyn był prawie cały czas w zasięgu wzroku.

Dodam też, że prowadzący miał widocznie mocne wejścia na górze, gdyż uzgodnił z „najwyższymi czynnikami ”, że nie będzie dziś padać. Ciemne chmury dosłownie nas goniły, raz z lewej raz z prawej i czasem wisiały też nad nami, a jednak się nie skropliły!.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Obóz kolarski Břeclav, Hodonin (RCZ) Południowe Morawy

08.08.2009 - 15.08.2009

Na obóz pojechało czworo Ondraszków: Wisia-Ośka, Beata-Szykowno, Jarek-Bystry, Piotrek-Śmig oraz dwoje kandydatów: Tamara i Henryk. Zakwaterowanie na cały tydzień mieliśmy w internacie szkolnym, w pokojach 2 i 3-osobowych. Warunki były dobre lecz trochę brakowało miejsca na ognisko ale z tym problemem, jak to Ondraszki, łatwo sobie poradziliśmy. Henio miał bowiem gazowy grill!!!

Břeclav leży na południowych Morawach blisko trójstyku - w języku czeskim „soutoku” - Czech, Słowacji i Austrii. Granice tych państw spotykają się w widłach utworzonych przez rzeki Dyja i Morawa. Na początku zwiedzaliśmy miejscowa krainę o nazwie Lednicko-Valticky Areal czyli park krajobrazowy o powierzchni ok. 200 km2. Tereny te kiedyś stanowiły własność Lichtensteinów, tych samych którzy mieszkają obecnie w księstwie na pograniczu szwajcarsko-austraicjkim. Tutaj pozostały po nich zamki w Lednicach i Valticach, a także ciekawe w formie zameczki myśliwskie, przypominające wyglądem budowle greckie o intrygujących nazwach jak np.: Trzy Gracje, Kolonada, Randez-vous. W Lednicach jest również minaret, z którego wieży można podziwiać rozległą panorama całej okolicy. W Čejkovicach mogliśmy obejrzeć zamek-twierdzę templariuszy oraz piwnice winne, jedne z największych na Morawach.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy (Wisia i ja) prywatną piwniczkę - jeden z wielu winnych sklepików, gdzie można było popróbować leżakującego wina i zobaczyć obszerną salę bankietową dla gości. Jedną z atrakcji obozu była wyprawa do wspomnianego „soutoku” granicznych rzek. Jest to miejsce, gdzie stojąc w Czechach, na lewym brzegu mamy Słowację a na prawym Austrię. Oprócz Czech zwiedzaliśmy również Austrię i Słowację, gdyż do Austrii było ledwie 9 km, a na Słowację odległość była podobna. W Austrii spotkała nas też niespodzianka. Jestem przekonany, że mało kto wie, iż w pobliżu czeskiej granicy znajdują się pokłady roponośne dziś eksploatowane na skalę przemysłową.

Następną atrakcją była oczywiście degustacja win w „winotece” w piwnicach zamku w Břeclaviu. Nie mogło być inaczej, gdyż tereny te stanowią czeskie „zagłębie” produkcji tego wspaniałego napoju bogów. Impreza ta była przeznaczona dla koneserów i smakoszy win czyli w sam raz dla nas. Poznaliśmy różne gatunki win z Moraw - od białych po czerwone. Bardzo interesująco wygląda także sieć ścieżek rowerowych pokrywających cały ten teren. Naprawdę można się nimi wszędzie dostać, zwiedzać zabytki, można również poruszać się szlakami winiarskimi - jeśli tylko wątroba nam na to pozwoli. Nasz obóz zaliczamy do bardzo udanych co chórem orzekła cała 32-osobowa grupka uczestników z PTTS-u i Ondraszka.

Jarek-Bystry
Galeria
Wspomnienia z wypraw bliskich i dalekich - Bronholm

21.08.2009 - 26.08.2009

W tych dniach byliśmy w rowerowym raju. Dosłownie!. Raj ten znajduje się 90 km (4,5 godz. promem) od Polski, mniej więcej na środku Bałtyku i nazywa się Bornholm. Pomysł wyprawy zrodził się w trakcie pobytu na 49. Zlocie P.T.Kol. na kołobrzeskim molo, gdzie wciśnięto mi do ręki ulotkę firmy „Bornpol” obsługującej promowe połączenia na trasie Kołobrzeg- Nexǿ. Upłynęło parę miesięcy i wysiedliśmy na tym nieznanym duńskim lądzie w składzie wybitnie rodzinnym: Afi, Alapala, Justyna i Rechtór, wszyscy Pawlikowie. Rowery i całe wyposażenie biwakowe również przypłynęło wraz z nami. O wyspie mieliśmy raczej mgliste pojęcie, choć to i owo udało się mi wyszperać w Internecie oraz od przyjaciół, którzy byli tu przed nami. Jednak konfrontacja rzeczywistości z wyobrażeniami wypadła zdecydowanie na korzyść tej pierwszej. Jest to bowiem miejsce gdzie rowerowy turysta znajdzie wszystko co potrzebne - 235 km specjalnie oznakowanych ścieżek z wspaniałą nawierzchnią, bezpłatne informacje turystyczne i mapy, piękne krajobrazy i wspaniałe zabytki, przyzwoite pola namiotowe za rozsądną cenę oraz przyjaznych tubylców.

Jedynym zgrzytem na tym idealnym obrazku były ceny żywności. Lecz na to akurat byliśmy przygotowani, gdyż wieźliśmy ją z sobą na rowerach, jak również i całe wyposażenie biwakowe. Miało to też i dobrą stronę, gdyż posiłki przygotowywaliśmy w miejscu przez siebie wybranym i nie byliśmy przywiązani do stałego miejsca pobytu. Nie było to również specjalnie uciążliwe, gdyż odległości mierzone są tutaj zupełnie inną miarą. Bornholm ma nieco ponad. 500 km2 powierzchni a długość linii brzegowej to zaledwie 158 km. Korzystając z oznaczonych pól namiotowych u farmerów objechaliśmy więc całą wyspę naokoło i ostatecznie przejechaliśmy aż 230 km, przy czym najdłuższy dzienny odcinek trasy to zaledwie 57 km.

Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów - od klifowych wysokich urwisk na północy i zachodzie, po piaszczyste plaże na południu. Było to oczywiście związane z dość sporymi podjazdami i zjazdami - w tym nawet 24%! Centralna część wyspy to przede wszystkim pola uprawne gęsto poprzetykane lasami. Malownicze miasteczka mocno kontrastują z polskim wybrzeżem brakiem hałasu i wielkich tabunów wczasowiczów. I to do tego stopnia, że np. akurat mijana spora portowa miejscowość Hasle wyglądała na wymarłą i zakup żywności po godz.1900 był już sporym wyzwaniem. Było to dla nas dziwne, gdyż mieliśmy świeżo w pamięci czynne bodaj do północy sklepiki w Kołobrzegu.

Należy dodać, że uroki wyspy zostały już wcześniej odkryte przez turystów przede wszystkim z Polski i Niemiec. Z nami przypłynęło co najmniej kilkudziesięciu rowerzystów, a na wspomnianych polach namiotowych zawsze słychać było nasz język. Reszta pasażerów promu to wczasowicze korzystający z oferty jednodniowej „objazdówki” wokół wyspy i wracali w tym samym dniu. Z kolei na drogach oprócz miejscowych jeździło sporo aut z niemieckimi rejestracjami i… to tyle. Aż dziwne, ale jak mi się wydawało żaden inny kraj nie był tutaj reprezentowany. A szkoda, bo oferta wyspiarzy to nie tylko krajobrazy, lecz również bogata historia. Zetknęliśmy się z nią w muzeum Bornholmu w stolicy wyspy Rǿnne oraz ciekawym interaktywnym muzeum historii naturalnej „Naturbornholm” w Aakirkeby. Perełką wyspy są malownicze rotundowe kościoły o romańskim rodowodzie i największe w północnej Europie ruiny średniowiecznego zamku w Hammershus.

Na smakowaniu tego wszystkiego czas zleciał nam szybko i dosłownie jeden dzień się gdzieś nam zawieruszył. Rankiem planując następne atrakcje zupełnie przypadkiem odkryliśmy, że to już dzień wyjazdu! Stojąc na pokładzie promu i patrząc na niknącą w oddali wyspę pomyślałem, że ta wspaniała wyprawa do rowerowego raju jest godna polecenia wszystkim pasjonatom tej formy aktywnego wypoczynku.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Jura Krakowsko-Częstochowska

21.08.2009 - 23.08.2009

Korzystając z nieco przedłużonego weekendu (jeden dzień urlopu) postanowiliśmy w grupie Maryla - "Roztrzapek", Wisia - "Ośka" , Jarek - "Bystry" i Piotr - "Śmig" (już od środy 19.08.2009 na rowerze pod namiotem) skorzystać z zaproszenia cioci naszych Pań i wybrać się na Jurę Krakowsko-Częstochowską.

Bazą wypadową była miejscowość Smardzowice niedaleko Ojcowa, leżąca na granicy Ojcowskiego Parku Narodowego. Piotr wyruszył już w środę rano rowerem, biwakował w okolicach Chrzanowa i dojechał na miejsce prawie jednocześnie z nami, czyli w piątek po południu. Całą sobotę postanowiliśmy przeznaczyć na wycieczkę rowerową Doliną Prądnika. Rozstrzapek tymczasem wyruszyła na pieszą wyprawę do Ojcowa. Po pewnych perypetiach związanych z odszukaniem szlaku, udało się nam zjechać w Dolinę i ruszyć w górę rzeczki.

Podziwialiśmy ciekawe formy skał min. Rękawicę, zwiedziliśmy Jaskinię Ciemną i dojechaliśmy do Ojcowa. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku zamku w Pieskowej Skale. Po drodze podziwialiśmy działanie młynów wodnych, czerpiących energię do pracy z nurtu Prądnika. W Pieskowej Skale zwiedziliśmy wnętrza zamkowe, z wspaniałymi ogrodami oraz zobaczyliśmy Maczugę Herkulesa.

Droga powrotna prowadziła ponownie przez Ojców, a następnie tzw. Drogą Królewską do Smardzowic, gdzie niegdyś znajdował się jeden z zamków wybudowanych przez Kazimierza Wielkiego. Wieczór spędziliśmy wesoło opiekając kiełbaski na grillu. Niedzielny poranek niestety powitał nas deszczem, a więc nici z dalszej rowerowej przygody. W drodze powrotnej - już samochodem postanowiliśmy jeszcze odwiedzić obóz zagłady w Oświęcimiu. Jak zazwyczaj były tu tłumy zwiedzających reprezentujących pewnie narody całego świata, a zwłaszcza tych krajów których ludność straciła życie w tym przejmującym miejscu.

Jarek-Bystry
Galeria
Dookoła zapory Cierlicko i Żermanice (RCZ)

23.08.2009

Sezon w pełni. Wiekszość ludzi jest na urlopach i wystawia swoje powłoki cielesne do słońca nad różnymi morzami, a na miejscu startu - dworcu kolejowym w Olbrachcicach zebrała się spora grupa 32 kolarzy, którą Tadek Farny z PTTS-u postanowił oprowadzić wokół dwóch najwiekszych jezior zaporowych na Ziemi Cieszyńskiej. Trasa wiodła przez Cierlicko, Domasławice, Sobieszowice, Żermanice, Błędowice, Hawierzów, Suchą i z powrotem do Olbrachcic. Wszysko zapowiadało się wspaniale, a jednak wydarzyło się nieszczęście. Oddam głos prowadzącemu, który tak napisał: "Wycieczka rozwijała się bardzo dobrze aż na niezdyscyplinowaność młodszych kolegów z PTTK, którzy ciągle wyprzedzali prowadzących. W Błędowicach G. na żwirowej drodze doszło do wypadku. Jeden z kolegów zrobił koziołka przez rower. Został przewieziony karetką do szpitala w Hawierzowie. Wszyscy chcieli jechać dalej, tak więc przejechaliśmy całą trasę, ale już nikt nie wyprzedzał... ".

No cóż - co się stało to się nie odstanie. Prawdę mówiąc, to w wypadku ucierpiało dwóch kolegów z Ondraszka. Na szczęście, jak to groźnie wyglądało, tak w miarę szczęśliwie się skończyło - złamana ręka i uszkodzony łokieć. Skomplikowana operacja, o której z początku się mówiło okazała się na szczęście niepotrzebna. Całe lata i tysiace bezwypadkowo przejechanych kilometrów na ondraszkowych szlakach uśpiło niestety naszą czujność. Okazuje się jednak, że niebezpieczeństwo cały czas czyha. Jeszcze raz namawiam gorąco do używania kasków rowerowych. Sam poszkodowany przyznał, że gdyby nie jego kask, który aż popękał od uderzenia to...

Zdjęcie z wyprawy można obejrzeć na stronie.

Zbyszek-rechtór
Tatry Cz.Wierchy - Hala Kondratowa

05.09.2009 - 08.09.2009

W sobotę skoro świt, a nawet nieco wcześniej gdyż ok. 500 rano wyznaczyliśmy sobie zbiórkę. Kierownikiem wyprawy był Piotr-Śmig. Ekipa tym razem była następująca: Irena-Zośka, Irena-Irka,Wanda-Szprycha i Leszek-Rewor, Kazik-Gwarek, Basia-Apanaczi, Wisia-Ośka, Władek-Panek, Longina, Lola, Staszka z Krakowa i piszący te słowa Jarek-Bystry. W Zakopanem zostawiliśmy auta na parkingu i busem podjechaliśmy do Kuźnic. Stamtąd objuczeni plecakami i innymi pakunkami ruszyliśmy przez Kalatówki do schroniska na Hali Kondratowej (1333mnpm). Po krótkim odpoczynku i rozlokowaniu się w pokojach postanowiliśmy zrobić mały wypad - w formie rozgrzewki - na Giewont (1895mnpm). Pogoda była dobra, a po padającym wcześniej deszczu szlak był już suchy i można było bezpiecznie iść w góry. Przy końcu Doliny Kondratowej, w połowie drogi na szczyt spotkaliśmy jednego z mieszkańców tych terenów – niedźwiedzia, który zajadał się borówkami i w ogóle nie zwracał na nas uwagi. Giewont niebawem został zdobyty, lecz na szczycie powitały nas chmury. W drodze powrotnej misiek był już bliżej szlaku i podobno nawet kogoś wcześniej pogonił.

Na niedzielę mieliśmy ambitniejsze plany - przejście Czerwonych Wierchów aż do Doliny Kościeliskiej i powrót z Kuźnic do schroniska (wyprawa na ok. 11.godzin). Czerwone Wierchy leżą powyżej Giewontu. Na trasie były: Kondracka Kopa (2005mnpm), Małołączniak (2096mnpm), Krzesanica (2122mnpm) i Ciemniak (2096mnpm), a więc same dwutysięczniki. Pogoda była w kratkę na przemian słońce, deszcz, chmury, śnieg, a więc dopadły nas wszelkie możliwe jej konfiguracje. Przy zejściu z Ciemniaka spotkaliśmy tym razem stado kozic. Droga powrotna z Kuźnic była nam już znana, lecz znacznie przyjemniejsza, szliśmy przecież bez ciężkiego bagażu.

W poniedziałek postanowiliśmy zaatakować Kasprowy Wierch (1987mnpm). W tym celu rano zeszliśmy do Kuźnic do kolejki. Widok roztaczający się z okien wagonika był wspaniały do momentu, gdy wjechaliśmy w mleko mgieł i chmur. Szczyt był również szczelnie zasłonięty przez chmury i planowane wyjście na Świnicę nie miało sensu. Zdobyliśmy tylko Beskid (2012mnpm) i poszliśmy się w kierunku Przełęczy pod Kondracką Kopą i Doliny Kondratowej. Szliśmy granią raz po polskiej, raz słowackiej stronie granicy, mając z lewej strony panoramę Tatr Słowackich, a z prawej Dolinę Goryczkową.

We wtorek spakowaliśmy bagaż i wróciliśmy do Kuźnic. Tu postanowiliśmy dać je do przechowalni i udać się jeszcze na krótką wycieczkę, lecz tym razem w różne strony. Irki powędrowały na Nosal; Basia, Staszka i Kazik na Gubałówkę; Władek do Zakopanego, a pozostała szóstka na Halę Gąsienicową do schroniska Murowaniec. Mogliśmy za to z innej perspektywy podziwiać Giewont, Kasprowy Wierch oraz całą Orlą Perć. Wieczorem, bez większych przygód, wróciliśmy do Cieszyna. Było fajnie, lecz w przyszłym roku wybierzemy się może w Tatry Słowackie?

Jarek-Bystry
Galeria
Odwiedzamy sąsiadów - okolice Gorzyc

13.09.2009

Miejsce startu czyli dworzec kolejowy w Karwinie jest nam już dobrze znane. Tutaj właśnie nasz liczny 30-osobowy peleton oddał się w ręce Grażyny i Genka Klapuchów, którzy byli autorami scenariusza i prowadzącymi dzisiejszą wyprawę. Raźno ruszyliśmy w kierunku przejścia granicznego w Gołkowicach. Już samo przejście niewiele przypominało miejsce, które znaliśmy z niedalekiej przeszłości. Poznikały budki kontrolne służb granicznych, szlabany i spore zadaszenie. Prawdę mówiąc, trzeba się było dobrze postarać, żeby w ogóle zauważyć, że przejeżdżamy granicę państwa. A jeszcze nie tak dawno temu przekroczenie tej linii wiązało się z nagłym przypływem adrenaliny.

Niebawem zatrzymaliśmy się przed drewnianym kościołem w Łaziskach. Dzięki zapobiegliwości prowadzących (chwała im za to) kościół nie tylko był otwarty, lecz czekał na nas również miejscowy proboszcz, który wprowadził nas w tajniki kościelnej historii. A było warto, bo zachowało się naprawdę niewiele budowli sakralnych z tak bogatą, pięknie odrestaurowaną polichromią, ciekawym układem konstrukcyjnym ze słupem pośrodku nawy, a dodatkowo z tryptykiem ołtarzowym, którego boczne skrzydła są obracalne, co nam proboszcz zademonstrował. Podbudowani przekazaną wiedzą ruszyliśmy w kierunku Gorzyc, po drodze przejeżdżając w Gorzyczkach przez wielki plac budowy przyszłej autostrady północ-południe.

Teren początkowo pagórkowaty w okolicach Uchylska stał się płaski i bez przeszkód dotarliśmy do zespołu pałacowego w Gorzycach. Zabytkowy pałac stanowiący obecnie siedzibę dyrekcji Wojewódzkiego Ośrodka Lecznictwa Odwykowego i Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego zwiedziliśmy oprowadzani przez samego Dyrektora ośrodka. Ośrodek, pięknie położony w rozległym parku, zajmuje się leczeniem uzależnień od alkoholu na trzech oddziałach psychoterapii ma 210 miejsc dla prowadzenia całodobowej opieki zdrowotnej oraz rehabilitacji przy niepełnosprawności umysłowej oraz prowadzi warsztat terapii zajęciowej dla rehabilitacji społecznej i zawodowej osób niepełnosprawnych. Próbka dzieł wykonana w tym warsztacie była wystawiona pałacowym hallu. Były to m.in. pełnowymiarowe postacie ubrane w śląskie stroje, które rozsiadły się na fotelach przy kominku. Jak zauważyliśmy był to wdzięczny temat do fotografii.

Kilkaset metrów dalej znajduje się równie ciekawy „zamek dolny” w kształcie podkowy wybudowany przez hrabiego Arco w XIXw jako zamek myśliwski. Niestety zmiany kolejnych właścicieli nie wyszły mu na dobre, bo sądząc ze stanu zaawansowania rozpoczętego dawno temu remontu, potrwa on jeszcze pewnie ze sto lat, o ile zamek to wytrzyma. Przed nami malowniczy teren lasów, jeziorek i pagórków uroczo nazwany „Szwajcarią Czyżowicką”. W samym sercu tej właśnie krainy poczęstowano nas wspaniałym żurkiem w pięknie położonym „country sallonie”. Wnętrze tej restauracji było jakby żywcem przeniesione z dawnych lat, kiedy ludzie poruszali się konno, a o rowerach nikt nie słyszał.

Pokrzepieni na ciele zwiedziliśmy kolejne ciekawe miejsce zwane Kolonia Fryderyk. W czasie I wojny światowej uruchomiono tutaj kopalnię węgla „Fryderyk”, która funkcjonowała tylko do lat międzywojennych. Pozostałe do dziś budynki pokopalniane zagospodarowała firma budująca autostradę, co można było poznać po górach tłucznia i innych kruszyw drogowych. Zachowały się także budynki dawnej dyrekcji i urzędników kopalnianych, które obecnie są przerobione na mieszkania. Rozwiązanie dzisiejszej wyprawy nastąpiło przed wejściem do drewnianego kościoła w Godowie, gdzie niebawem dojechaliśmy ponownie przecinając autostradowy plac budowy, tym samym udowadniając, że ziemia jest okrągła.

Stąd już indywidualnie ruszyliśmy w drogę powrotną. Osobiście na rowerze pokonałem 64km tylko do Karwiny, lecz byli i tacy, którzy „nakulali” okrągłe 100km! Należy dodać, że przed pożegnaniem zgotowaliśmy „aplauz na stojąco” naszym dzisiejszym przewodnikom. Grażyna i Genek byli debiutantami w tej roli, lecz ta ciekawie zaprojektowana i poprowadzona wyprawa udowodniła, że stali się od razu profesjonalistami!

Zbyś Pawlik
Galeria
III wyprawa do ujścia Olzy

19.09.2009

Tak jak w roku ubiegłym spotkaliśmy się z organizatorami z PTTS-u na przystanku kolejowym w Dziećmorowicach, aby zobaczyć jak i gdzie Olza wpada w objęcia Odry. Ponad 40-osobowy peleton tym razem uzupełniał samochód, ekipy TV Stonava, która na na bieżąco realizowała reportaż z wycieczki. Prowadzący Bolek Fukała, Marcel oraz Zdzisław Fierla poprowadzili nas najpierw do barokowego pałacu hrabiów Taafów w Dolnej Lutyni, gdzie Marcel przybliżył nam jego historię. Określenie "pałac" jest mocno na wyrost, gdyż lata świetności tego budynku już dawno minęły. Prawdę mówiąc jeżeli obiekt w krótkim czasie nie doczeka się litościwej ręki ekipy remontowej podzieli los zupełnie podobnego pałacu w Ropicy, który niedawno się rozsypał.

Wsiedliśmy na rowery i następny przystanek nastąpił przy Rakusowej stodole. Drewniana chałupa nakryta strzechą z oktogonalnym sąsiekiem, w przeciwieństwie do pałacu trzyma się krzepko, dzięki niedawno zakończonej renowacji. Wjechaliśmy niebawem do Skrzeczonia - dzielnicy Bogumina. Przy cmentarzu czekała już emerytowana pani dyrektor miejscowej szkoły ludowej, rodowita Skrzeczonianka. Jej opowieść oparta na przeżyciach własnych oraz rodziny wprowadziła nas w czas grozy ostatniej wojny, kiedy w latach 1942-1945 funkcjonował tutaj obóz przechodni tzw. "Polenlager". Z internowanych Polaków, których wygnano z okolic Żywca, 104 pozostało na tym cmentarzu na zawsze. Znajdują się tutaj również duże, ozdobione pomnikami kwatery poległych w wyniku długotrwałych walk żołnierzy Armii Czerwonej i Wehrmachtu. Choć Niemców później ekshumowano pomnik i kwatera pozostała do dziś. Obie kwatery sąsiadują z sobą stanowiąc chyba niezamierzony symbol równości żołnierzy tych armii wobec potęgi śmierci.

Dalsza trasa wyprawy prowadziła nas do Kopytowa. Jechaliśmy najpierw asfaltem, potem polną drogą, następnie miedzą, a w końcu pozostawiając rowery ruszyliśmy pieszo przez rozległe pole kukurydzy. Następnie po przejściu pola dorodnych pokrzyw i zagajnika przypominającego dżunglę dotarliśmy na sam skraj ostrogi wrzynającej się daleko w wodę. Bystry nurt po prawej stronie to była Olza, a leniwie płynący po lewej to Odra. Na styku obu rzek powstała bezludna żwirowa wyspa, którą szybko zaludniliśmy robiąc pamiątkowe zdjęcia. Współczynnik gęstości zaludnienia wysepki był w tym momencie z pewnością najwyższy na świecie. Kliku śmiałków (w tym ja) wlazło nawet do wody, aby każdą nogę jednocześnie postawić w innej rzece. Hymn Ziemi Cieszyńskiej zaśpiewany w tym miejscu nabrał zupełnie innego wymiaru...

Do rowerów wróciliśmy tą samą, już wcześniej wydeptaną ścieżką i ruszyliśmy w kierunku Wierzniowic. W miejscowym Domu PZKO czekał już na nas posiłek oraz bufecik przygotowany przez gospodarzy. Poczęstunek był jak najbardziej na czasie bo burczenie w brzuchach było już z daleka słychać. Smakowite grillowane kiełbaski szybko zniknęły ze stołów i zajęliśmy się następnymi atrakcjami: jedni pływali kajakiem po Olzie korzystając z niedalekiej przystani, a inni korzystali ze śpiewnika przy akompaniamencie harmonii.

Czas jednak szybko uciekał, więc z żalem trzeba wracać. Podziękowaliśmy gromkimi brawami organizatorom wyprawy i już indywidualnie udaliśmy się w drogę powrotną. Wraz z Krzysztofem i Józkiem - Niezłomnym przyjechaliśmy przez Karwinę i Stonawę do Cieszyna mając za sobą 64km.

TV Stonava towarzyszyła nam aż do samej mety. Zgodnie z zapewnieniem autorki p. Otylii Toboła reportaż można wyłowić w Internecie na stronie tej telewizji. Kto nie był z nami, niech to koniecznie zrobi a mam nadzieję, że nabierze chęci aby osobiście uczestniczyć w tak ciekawych rowerowych eskapadach.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Ondraszki na Kozubowej

26.09.2009

Na listowne zaproszenie PTTS na uroczystość odsłonięcia tablicy pamięci Władysława Wójcika pod schroniskiem na „Chłopskiej Górze” pojawili się: senior L. Jurys, B&A. Nowakowie oraz Pawlikowie z Justyną i Alapalą.

W zaproszeniu był wyznaczony początek uroczystości na godz. 900 więc aby zdążyć wyjeżdżaliśmy z Cieszyna skoro świt. Dróg dojścia do schroniska jest kilka, a nasz wybór padł na szlak z Koszarzysk. Góry skąpane w porannym jesiennym słońcu prezentowały się wspaniale, choć jesień nie zdążyła ich jeszcze przebarwić. Uroku krajobrazowi dodawała również mgła, która zasnuwała dolinę Olzy. Wystawiały z niej naginając się do słońca grzbiety okolicznych gór. Na trasie bynajmniej nie byliśmy sami. Im wyżej tym częściej spotykaliśmy grupki turystów i to nieraz z małymi dziećmi. A wszyscy szli w tą samą stronę - gdzie dziś przewidziano niecodzienne uroczystości.

Schronisko na Kozubowej powstało dzięki zaangażowaniu działaczy z ówczesnego Polskiego Towarzystwa Turystycznego „Beskid Śląski” w Czechosłowacji w roku 1929r. Jego budowa była odpowiedzią na pilną potrzebę posiadania własnego – polskiego schroniska po ustanowieniu granicy państwowej w 1920r i podziale Ziemi Cieszyńskiej. Duszą całego przedsięwzięcia był ówczesny prezes PTT - W. Wójcik. Schronisko wiernie służyło polskiej społeczności aż do 1939r., szczęśliwie przetrwało wojnę, a i później choć zostało w 1958 r. odebrane Polakom dalej funkcjonowało, dając dach nad głową turystom na szlakach. Dopiero nieszczęśliwy przypadek sprawił, że w 1973 roku spłonęło i zostało odbudowane dopiero w II połowie lat 80-tych XXw. Obecna, dość pokraczna „buda” w niczym nie przypomina dawnej finezji dzieła budowniczych, choć nadal jest - tym razem prywatnym schroniskiem górskim.

A W.Wójcik? Niestety nie przeżył wojny. Zmarł wkrótce po jej wybuchu, zamęczony w 1940r. w obozie koncentracyjnym. Tablica z 1967r. która przypominała jego sylwetkę szczęśliwie przetrwała pożar i właśnie dziś, po renowacji miała trafić na swoje dawne miejsce. Przy schronisku zebrał się spory tłum ludzi. Wszystkich witali przedstawiciele z PTTS-u w tym członek jego zarządu a nasz przyjaciel kol. T. Farny oraz członkowie Klubu Czeskich Turystów -organizatorzy tej uroczystości.

Były uroczyste przemówienia (jako przedstawiciel Oddziału PTTK również conieco dodałem od siebie), było „chrzczenie” okolicznościowej publikacji i odsłonięto odnowioną tablicę. W pobliskiej kaplicy pw. Św. Anny odbyła się okolicznościowa czesko–polska msza św. Po zakończonej części oficjalnej odbył się wielki festyn, na którym przygrywała kapela „Olza”. Mieliśmy również, przyznam, dość rzadką okazję spotkać sporo przyjaciół z PTTS-u tym razem bez rowerów i w zupełnie innej scenerii.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Triathlon Rowerowy „Ziemia Cieszyńska”

27.09.2009

Przed planowanym terminem została przeprowadzona kampania medialna w lokalnej prasie: Głos Ziemi Cieszyńskiej, Wiadomości Ratuszowe, Głos Ludu (w RCZ), umieszczone zostały afisze w szkołach oraz środkach komunikacji miejskiej oraz na portalach internetowych Ziemi Cieszyńskiej i klubu Ondraszek. W zawodach udział wzięło 36 zawodników w tym przedstawiciel PTTS "Beskid Śląski" w RCZ a także z Turystycznych Klubów Kolarskich "Wandrus" z Żor oraz "Wiercipięta" z Jastrzębia Zdroju.

Na płycie rynku w Cieszynie uczestników przywitali: Krzysztof Kasztura - komandor zawodów, Ryszard Mazur - prezes Oddziału PTTK w Cieszynie i jednocześnie przedstawiciel Urzędu Miejskiego Cieszyna oraz Zbigniew Pawlik - prezes TKK Ondraszek. Przedstawiono zasady udziału akcentując przede wszystkim zachowanie bezpieczeństwa na trasie. Sekretariat sprawnie przeprowadził niezbędne formalności i zgodnie z planem pierwsi zawodnicy zaopatrzeni w mapy startowe punktualnie o godz. 1200 wyruszyli w półminutowych odstępach na trasę.

Trasa składała się z trzech odcinków:

  • I etap - jazda na spostrzegawczość między Cieszynem a Goleszowem. Zadanie polegało na zlokalizowaniu kilku punktów kontrolnych w terenie zgodnie ze wskazówkami mapy startowej. Do godz. 1300 wszyscy zawodnicy zameldowali się na boisku sportowym w Goleszowie, który stanowił metę tego etapu. Konkurencja odbywała się w warunkach normalnego ruchu drogowego i nie była związana z pomiarem czasu. Długość trasy liczyła ok. 12-15km.
  • II Etap - jazda indywidualna z pomiarem czasu. Ten fragment imprezy był organizacyjnie bardzo wymagający, gdyż wszelkie boczne wjazdy na trasę należało czasowo wyłączyć z ruchu. Odpowiadali za to zmobilizowani druhowie z OSP Goleszów oraz członkowie TKK Ondraszek. W newralgicznych punktach trasę zabezpieczała również Policja poprzez dwa radiowozy. Zawodnicy wyjeżdżali w minutowych odstępach mając do pokonania trasę o dług 4000m, przy czym droga prowadziła na szczyt góry Chełm, gdzie zlokalizowano metę.
  • Etap III - cross rowerowy - najtrudniejszy lecz i najbardziej widowiskowy. Trasa została wytyczona ścieżkami leśnymi na zboczach Chełmu i liczyła ok. 2500m.

Metę tego etapu oraz całych zawodów wyznaczono przy pensjonacie "Markiz". Wszyscy otrzymali tutaj gorący posiłek oraz napoje. Nowością było zapewnienie oprawy artystycznej zawodów. Koncertową próbkę umiejętności przedstawił utalentowany zespół rockowy "Gangway". Zawody zostały zakończone ok. godz. 1700 podsumowaniem oraz dekoracją zwycięzców w poszczególnych kategoriach wiekowych. Zawodnicy startowali w 5 kategoriach wiekowych i w każdej za zajęcie trzech najlepszych miejsc wręczono piękne medale z okolicznościowym napisem. Należy podkreślić, że rywalizacja była prowadzona fair-play, obyło się też bez poważniejszych wypadków oraz interwencji będącej w pogotowiu drużyny ratowniczej z ambulansem.

Wszyscy uczestnicy ukończyli zawody i otrzymali dyplomy udziału, które będą z pewnością miłą pamiątką z tej sportowej rywalizacji. Składam serdeczne podziękowanie druhom z OSP Goleszów, członkom TKK Ondraszek, Policji zabezpieczającej trasy, członkom sekretariatu, którzy w trzyosobowym składzie zapewnili sprawną obsługę i opracowanie wyników, właścicielom terenu oraz władzom gminy Goleszów, jak również wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do organizacji tej wspaniałej imprezy.

Jednocześnie pragnę podkreślić, że triathlon mógł zostać zorganizowany dzięki finansowemu wsparciu władz samorządowych miasta Cieszyna, za co w imieniu organizatora oraz zawodników składam serdeczne podziękowanie. Dodać jeszcze należy, że wszystko co zostało wyżej opisane odbyło się w promieniach ciepłego jesiennego słońca i przy rewelacyjnej widoczności.

A oto zestawienie wyników:

Klasyfikacja generalna
MiejsceNazwiskoImieNRKategoriaPKT
1ŚliżSławomir17M217,4
2CieślarTomasz20M217,41
3KonderlaGrzegorz18M217,61
4SikoraSzymon29M217,76
5ParchańskiTomasz26M219,31
6BrodzkiŁukasz19M220,08
7JanikAndrzej15M221,88
8HubaCzesław31M422,94
9CieślarIlona16K123,15
10GrzybekJakub25M123,26
11BubikMariusz13M323,54
12RożkowiczJakub22M224,1
13TomczykJacek12M324,3
14PliszKacper1M124,3
15SkrobolRobert4M224,58
16PolakSzymon3M226,2
17WenglorzPaweł2M226,23
18JanikJanusz14M327,58
19NowakAndrzej23M428,28
20PiekoszowskiStefan32M429,76
21SaleckiJózef24M429,76
22MędrekAndrzej28M431,69
23MaślankaJustyna27K132,84
24MazurekJanusz6M433,74
25SkorupaIrena10K234,53
26SkorupaJózef9M335,94
27SzewczykKazimierz11M437,48
28LisickiZdzisław5M437,76
29JuroszekJózef21M439,41
30GłowackiStanisław8M439,66
31PliszWacław35M340,78
32MasarskiKamil30M251,01
33HermanLucyna36K254,26
34MarszałWincenty7M454,61
35MoskałaTamara34K255,16
36MoskałaMonika33K263,28

Kategoria K1
MiejsceNazwiskoImieNrPkt
1CieślarIlona1623,15
2MaślankaJustyna2732,84

Kategoria K2
MiejsceNazwiskoImieNrPkt
1SkorupaIrena1034,53
2HermanLucyna3654,26
3MoskałaTamara3455,16
4MoskałaMonika3363,28

Kategoria M1
MiejsceNazwiskoImieNrPkt
1GrzybekJakub2523,26
2PliszKacper124,3

Kategoria M2
MiejsceNazwiskoImieNrPkt
1ŚliżSławomir1717,4
2CieślarTomasz2017,41
3KonderlaGrzegorz1817,61
4SikoraSzymon2917,76
5ParchańskiTomasz2619,31
6BrodzkiŁukasz1920,08
7JanikAndrzej1521,88
8RożkowiczJakub2224,1
9SkrobolRobert424,58
10PolakSzymon326,2
11WenglorzPaweł226,23
12MasarskiKamil3051,01

Kategoria M3
MiejsceNazwiskoImieNrPkt
1BubikMariusz1323,54
2TomczykJacek1224,3
3JanikJanusz1427,58
4SkorupaJózef935,94
5PliszWacław3540,78

Kategoria M4
MiejsceNazwiskoImieNrPkt
1HubaCzesław3122,94
2NowakAndrzej2328,28
3PiekoszowskiStefan3229,76
4SaleckiJózef2429,76
5MędrekAndrzej2831,69
6MazurekJanusz633,74
7SzewczykKazimierz1137,48
8LisickiZdzisław537,76
9JuroszekJózef2139,41
10GłowackiStanisław839,66
11MarszałWincenty754,61
Zbyszek-Rechtór
Galeria
Zakończenie sezonu

24.10.2009

I to już koniec... 43 sezonu

Nasz „Skryba”, który był odpowiedzialny za organizację tej ostatniej w sezonie klubowej wyprawy postawił na formułę rajdu typu „gwiaździstego” tzn. wszyscy wiedzą gdzie mają przyjechać, lecz czym i jak to już zupełna dowolność uczestników. Jak czas pokazał było to słuszne założenie, gdyż dżdżysty poranek na pewno skutecznie by zniechęcił amatorów jakiejś wspólnej wyprawy, natomiast do baru „U źródełka” w Zamarskach większa część uczestników dotarła raczej na czterech niż na dwóch kółkach. Jednak trzeba zaznaczyć, że są między nami nieustraszeni co „choćby żabami prało i koło się w tył obracało” nie zrezygnują z roweru. A byli to: Stasiu Pawlik, Andrzej„Ziołowy”, Rafał Kolek i inni...

Biesiada zakończeniowa odbyła się w drewnianej chałupce wyposażonej w spory piec z blachą na placki oraz rusztem na grilla. A jak rozpalono w nim ogień i przyjemne ciepełko dało się odczuć, nie straszna nam była nawet ponura pogoda na zewnątrz. Walnie się przyczynił do tego Piotr „Śmig”, który ze znawstwem zajął się smażeniem placków ziemniaczanych oraz Andrzej „Rogulka”, który zaopiekował się kiełbaskami na ruszcie. Reszta towarzystwa, czyli tzw. „konsumenci” w czasie między posiłkami zrobili dobry użytek ze śpiewników przy akompaniamencie gitary (Genek Klapuch) oraz harmonijki (Kaziu „Gwarek”). Natomiast przerwy między jedzeniem i śpiewaniem wykorzystaliśmy na wspominki z kończącego się właśnie sezonu.

A wspominać było co, bo był bardzo udany. Zrealizowaliśmy wszystkie założone w kalendarzu wycieczki rowerowe (19) jedynie odpuściliśmy dwie górskie (z założonych 4 odbyły się 2). Pogoda nas cały sezon prawie rozpieszczała, gdyż jedynie do zielonoświątkowej jajecznicy naleciało trochę deszczówki. Sztandarowe wyprawy sezonu jak choćby otwarcie czy rajd rodzinny odbyły się w ciekawych miejscach i przy sporej frekwencji. Przyjęliśmy do grona „wtajemniczonych Ondraszków” kolejnych dwóch adeptów („Ziołowy” i „Bystry” oraz nowego przodownika t. kol. „Gwarek” zdobył te uprawnienia na zlocie przodownickim w Niechorzu. Udany okazał się też pomysł zmiany terenu przy organizacji triathlonu. Z wycieczek klubowych też zachowaliśmy dobre wspomnienia: Wilamowice, Gorzyce, Skoczów, jez. Dzierżno k/Pyskowic - te i inne miejsca mogliśmy odwiedzić dzięki inwencji i zaangażowaniu prowadzących. Dobra, bo zerowa statystyka wypadków została niestety trochę zachwiana poważnym wypadkiem (patrz wycieczka naokoło zapór), ale na szczęście dobrze się to zakończyło.

Współpraca z przyjaciółmi z PTTS-u też się dobrze układała, a takiej oprawy medialnej jaką otrzymał „rajd do ujścia Olzy” jeszcze nie było. Na trasie towarzyszyły nam aż dwa wozy reporterskie czego efektem był całostronicowy fotoreportaż w „Głosie Ludu” oraz audycja w telewizji regionalnej.

Osobowo klub nam też się trochę rozrósł, choć prawie wyłącznie w kategorii „starszej młodzieży”. Podsumowanie sezonu 2009 wypadło zatem zdecydowanie korzystnie. Korzystając z okazji wspólnego spotkania rozpoczęliśmy rozprowadzanie świeżo wykonanych klubowych proporczyków a także uchyliłem rąbka tajemnicy prezentując niektóre z propozycji przygotowanych na rok przyszły. Mimo, że pogoda nie była zachęcająca na tej ostatniej już wyprawie sezonu 2009 spotkało się 28 uczestników, co też dobrze świadczy o identyfikacji „Ondraszków” z własnym klubem.

do zobaczenia na wigilijce!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wigilijka z Ondraszkiem

19.12.2009

Jest taki dzień jedyny w swoim rodzaju kiedy wszyscy wszystkim ślą życzenia i przebaczają nieporozumienia. Jaki to czas? Czas świąt Bożego Narodzenia! Tradycyjnie Ondraszki też spotkały się w tym celu w znanej już nam „Karczmie u Źródełka” w Zamarskach. Mistrzem ceremonii też już tradycyjnie była nasza klubowa „Apanaczi” - Basia Toman, która postarała się aby spotkanie miało uroczystą i niepowtarzalną oprawę.

W tym celu zorganizowała chórek w składzie: Ania i Krzysztof Ochmanowie; zespół muzyczny pod batutą - a raczej gitarą - Genka Klapucha, któremu dzielnie sekundował nasz „Grajek” Maniuś Ściskała. Wszyscy otrzymali okazjonalne śpiewniki z uroczymi kolędami. Był również obecny Gość Specjalny p. Janusz Szczotka, który zabrał nas w bardzo ciekawą multimedialnie ilustrowaną podróż do Ziemi Świętej, a także szef koła Przewodników PTTK kol. Rysiek Syrokosz.

Zaskoczyła wszystkich obecność harcerzy z Hufca Ziemi Cieszyńskiej, którzy przybyli do nas z niecodzienna misją. Przynieśli nam bowiem „Światełko betlejemskie”. Wedle wyjaśnień dh. Danusi Huczała płomyczek został zabrany z Betlejem przez austriackich skautów i rozesłany po całej Europie. Nasi harcerze odebrali go ze Słowacji i podzielili się nim również z Ondraszkiem. Światełko odebrałem z mocnym postanowieniem, że przechowamy go co najmniej do świąt. Obecnie (a piszę tą relację dnia 08.01.2010r) mogę powiedzieć, że postanowienie zostało zrealizowane z nawiązką gdyż definitywnie zgasło w przeddzień święta Trzech Króli. Choć... był też i nerwowy moment, kiedy płomyczek przy przenoszeniu na następną świecę zawisł tylko na końcu patyczka. Uff.. ale się udało i nie zgasł!

A ponadto był również tradycyjny opłatek oraz nawzajem składane serdeczne życzenia. Wzruszające życzenia dla solenizantów poparte zostały pięknymi prezentami. Dokładnie w tym dniu urodziny obchodził piszący te słowa, a i „Niezłomny” Józek Lincer miał tą samą okazję do świętowania. Józek otrzymał wspaniały fotoalbum ze sobą w roli głównej a ja... zaramowaną okładkę czasopisma „Rowertour” na której była moja podobizna jak taplałem się wraz z rowerem w Olzie.

Należy wspomnieć, że jedzonko było również prawdziwie wigilijne: tradycyjna ryba z sałatką. Podsumowując należy stwierdzić, że to spotkanie było bardzo udane, wiec w imieniu uczestników nisko kłaniam się głównemu organizatorowi biesiady. Jedynym małym zgrzytem w tej laurce jest wybór miejsca. Niby było fajne, ale jednak nie przewidzieliśmy, że chyba wszyscy w Zamarskach umówili się, że spotkają się tej gospodzie w tym czasie co i nasza wigilijka. A jako, że nie siedzieli wyłącznie przy herbacie momentami było nieco za głośno. No cóż, nazwa „karczma U Źródełka” jednak zobowiązuje i jest jak najbardziej na miejscu.

Rechtór-Zbyś