Kronika imprez z 2010 roku
Spis treści
"Nowy Rok na kole"

01.01.2010

Czy kiedyś Ondraszki myślały, żeby zimą jeździć na rowerach? A Nowy Rok na dwóch kółkach - to przecież głupota! Ale to się zmienia. Powoli niepisaną tradycją Ondraszka staje się przejechanie trasy w Nowy Rok. Przez dwa poprzednie lata jeździłem sam. W tym roku wybraliśmy się w trójkę: Wisia, Śmig i ja, na przejażdżkę przez Puńców, Dzięgielów, Leszną Górną i Trzyniec. Oczywiście było pamiątkowe zdjęcie pod choinką na Rynku. Na Alei Łyska wpadliśmy na pewien pomysł, a ponieważ "głupota nie zna granic",postanowiliśmy "przetransferować" go za Olzę. Zadzwoniliśmy do naszych przyjaciół z Trzyńca: Moniki i Czesława, i zaprosiliśmy Ich na Noworoczne spotkanie na granicy - czyli w Lesznej Górnej.

Monika stawiła się na rowerze (oczywiście z szampanem), a Czesław dojechał autem, ponieważ był lekko przeziębiony. Złożyliśmy sobie życzenia noworoczne, posiedzieliśmy i pogadali przez godzinę, a następnie ruszyliśmy przez Trzyniec do Cieszyna. Dowiedziałem się, że nie tylko nasza trójka była w Nowy Rok na rowerach. Również Andrzej "Ziołowy" miał pierwszy wyjazd. Chociaż nie znalazł towarzystwa, to postanowił sam odbyć wycieczkę, i zawitał do Naszego Prezesa.

Myślę, że ta niepisana tradycja znajdzie więcej zwolenników, którzy zamiast siedzieć w domach po sylwestrowej nocy, będą chcieli spędzić czas na świeżym powietrzu.

Jarek-Bystry
Galeria
"Nowy Rok na kole" - suplement

01.01.2010

I niemożliwe stało sie możliwe. Już w ubiegłym roku niepomiernie się zdziwiłem, kiedy w pierwszy dzień 2009r. zawitał do mnie Ondraszek na rowerze. A był to Jarek Rezmer-Bystry jak zapisałem dużymi literami w kronice. Tymczasem w pierwszy dzień 2010r. do "dziupli na Borsuczej" przybył na rowerze Andrzej Nowak - Ziołowy, a w dniu nastepnym Rafał Kolek. I do tego, jak widać z powyższej korespondencji te noworoczne przejażdzki przybrały prawie rozmiar epidemii, a więc może w przyszłym roku po prostu otworzymy sezon kolarski już dnia 1 stycznia!

Rechtór-Zbyś
Zebranie sprawozdawcze za sezon 2009

22.01.2010

Tym razem zerwaliśmy z tradycją organizowania zebrań sprawozdawczych w Domu Narodowym i korzystając z oferty spotkaliśmy się w pięknie wyremontowanej sali konferencyjnej Spółdzielni Mieszkaniowej „Cieszynianka”. Miało to również dodatkową niezaprzeczalną zaletę, że było tam sporo miejsca do zapowiedzianego wernisażu konkursu fotograficznego „ Rower mój najlepszy przyjaciel w podróży”. Zebranie specjalnie zostało zwołane z półgodzinnym wyprzedzeniem, aby można było głosować na dwa najciekawsze zdjęcia w kategorii „nagroda publiczności”. O konkursie i jego wynikach można przeczytać w dziale „ z życia klubu”

Prezes klubu „Rechtór” powitał licznie zebranych gości, klubowiczów oraz sympatyków. Następnie chwilą ciszy upamiętniono zmarłego w ubiegłym roku Władysława Janika - Prezesa Polskiego Towarzystwa Turystyczno Sportowego „Beskid Sląski” w Republice Czeskiej (PTTS w RCZ). Zgodnie z wolą zebranych przewodzenie obradom przekazano w ręce pań: Barbary Toman, Jadwigi Gracyasz oraz Maryli Biłko-Holisz. Ten zabieg jak się okazało, dał gwarancję sprawnego przebiegu obrad oraz zakończenia o przyzwoitej porze. Przy kawie i ciasteczkach obszerne sprawozdanie złożył prezes klubu, następnie uczynił to skarbnik oraz przedstawiciel Komisji Rewizyjnej. Ze sprawozdań tchnęło optymizmem, gdyż w omawianym sezonie na naszym ondraszkowym podwórku działo się dużo dobrego.

Następnie głos zabrali goście z PTTS-u w RCZ: p. Halina Twardzik obecny prezes tego szacownego towarzystwa oraz Bolesław Fukała oraz Zdzisław Fierla. W swoich wystąpieniach podkreślili duży wkład naszego klubu przy organizacji wspólnych imprez. Wyrazem tego było bardzo miłe wyróżnienie Zbyszka Pawlika „Rechtora” Medalem „Za Zasługi” dla PTTS-u. Następnie głos zajęli Władysław Kristen z PZKO w RCZ przedstawiając zaplanowaną na ten rok wspólną wyprawę oraz Józef Przywara z MK PZKO Cierlicko -Kościelec oferując dalszą współpracę. Natomiast wiceprezes Oddziału PTTK Henryk Więzik podsumował miniony sezon turystyczny i bardzo pozytywnie ocenił rolę naszego Ondraszka. Należy dodać, że pod względem ilości członków nasz klub jest czwartym co do wielkości w całym Oddziale. Najprzyjemniejszą częścią zebrania było wręczenie zdobytych odznak oraz nagród w konkursach.

Do „sali wyróżnień” zostali zaproszeni zwycięzcy w konkursie na „Najkatywniejszego turystę-kolarza klubu”. Ten zaszczytny tytuł przebojem zdobył J.Rezmer „Bystry”, a w dalszej kolejności uplasowali się Jadwiga Gracyasz „Ośka”, Piotr Holisz „ Śmig”, Zbyszek Pawlik „Rechtor” i Alicja Pawlik „Alapala”. W kategorii młodzieżowej nagrody przypadły Michałowi Gracyasz i Justynie Pawlik. Sędzią konkursowym był, jak dotychczas Władek Zmełty, który wręczył nagrody rzeczowe oraz dyplomy.

Całkowite zdumienie opanowało zebranych, gdy sędzia konkursu Jarek Rrezmer ogłosił wyniki na „Długodystansowca sezonu”. Okazało się ,że tegoroczny zwycięzca Andrzej Warpechowski przejechał aż 11004km!. W dalszej kolejności uplasowali się Stanisław Pawlik (5148 km), Andrzej Nowak ”Ziołowy” (3681km), Jan Stasik (3227km) i Jarek Rezmer „Bystry” (2373km).

W kategorii pań na podium stanęła Beata Szarzec „Szykowno” (2296km), a w dalszej kolejności Jadwiga Gracyasz „Ośka” (1630km), Alicja Pawlik „Alapala” (1445km) i Basia Nowak „Baśka” (684km).

Piękną statuetką kolarza nagrodziliśmy naszego webmastera Adama Kłodowskiego. Adam już od 8 lat z powodzeniem dba o nasze internetowe „okno na świat”. Wyróżnienie to odebrał w imieniu syna Bogdan Kłodowski.

Szef sekcji kolarskiej PTTS-u Zdzisław Fierla odebrał dyplom uznania w podziękowaniu na dobrą współpracę w minionym sezonie natomiast nasz „Niezłomny” również został wyróżniony dyplomem za swój niezłomny udział w klubowych wielkich i małych wyprawach. Swoje „pięć minut” miał też szef referatu weryfikacyjnego KOT Andrzej Nowak „Skryba”, który złożył sprawozdanie z działania referatu i wręczył zdobyte odznaki różnych stopni. Należy zaznaczyć, że ostatnio ustanowiony stopień Duży Brązowy KOT zdobyli: Józek Lincer „Niezłomny”, Janina Pawlik „Afi” oraz Alicja Pawlik „Alapala” .

W części informacyjnej sekretarz Euroregionu Bogdan Kasperek przekazał obszerne sprawozdanie ze stanu zaawansowania prac nad rewitalizacją ścieżek rowerowych. Podjęliśmy też uchwałę nieco podnoszącą wysokość składek klubowych. Na zakończenie pochyliliśmy się nad propozycjami na 44. sezon zauważając, że jeżeli „odgórne czynniki” będą nam sprzyjały w sprawie pogody, to zamierzenia są jak najbardziej do zrealizowania.

A więc do dzieła!

Rechtór - Zbyś
Galeria
Topienie Marzanny na Gichcie - Żory 2010

27.03.2010

Tradycyjnie na powitanie wiosny wybraliśmy się do Żor na topienie Marzanny. Chociaż wiosna rozpoczęła się 21.03 to organizatorzy ustalili termin rajdu na 27.03. Pogoda nam dopisała. Było chłodno, lecz były dłuższe okresy słonecznej pogody. Z "Ondraszka" dotarło nas różnymi sposobami 12 osób: Andrzej "Ziołowy", Andrzej Warpechowski, Stasiu Pawlik, Leszek Szurman, Kazik "Gwarek", Henio Moskała, Piotr "Śmig", Beata "Szykowno", Krysia "Kryska", Wisia "Ośka", Michał Gracyasz i niżej podpisany Jarek "Bystry".

Na żorskim rynku natrafiliśmy po raz kolejny na piknik militarny. Można było popróbować żołnierskiej grochówki, pooglądać zabytkowe i współczesne pojazdy wojskowe oraz uzbrojenie, a niektórzy sprawdzali, czy ich głowy dorosły już do wojskowych czapek. Przed oficjalnym powitaniem uczestników można było pooglądać kukły przygotowane do spalenia na mecie. Chociaż byliśmy już trzeci raz w Żorach, to pierwszy raz mieliśmy również swoją Marzannę.

Trasa była podobna do poprzednich rajdów, chociaż za każdym razem na Gichtę docieraliśmy inną drogą. Nowością było to, że Marzanny mieliśmy spalić dopiero na mecie, w Ośrodku Edukacji Przyrodniczej. Na mecie każdy dostał kiełbaskę oraz miał możliwość wzięcia udziału w konkursie strzeleckim. Szanowne jury dokonało oceny kukieł i wybrało trzy najładniejsze. Pierwsze miejsce zajęła "Miss Wandrusa", a drugą lokatę uzyskała cieszynianka "Ondraszka", której matką chrzestną była "Kryska".

W konkurencji strzeleckiej oprócz panów startowały również panie. Panowie tym razem nie mogli pochwalić się miejscem na podium, ale na pociechę dla siebie mogą powiedzieć, że panie strzelały "Panu Bogu w okno", gdyż po każdej z naszych zawodniczek tarcza pozostawała nietknięta. W uroczystym pochodzie przeszliśmy z naszymi Marzannami nad brzeg stawu, gdzie zostały spalone.

Po mile spędzonym dniu, w dobrych humorach udaliśmy się w drogę powrotną.

Jarek-Bystry
Galeria
"Pierwszy Dzwonek" - Jastrzębie Zdrój

10.04.2010

Z silnym postanowieniem uczestnictwa w rajdzie w Jastrzębiu wstaliśmy wcześnie rano w sobotę. Nie padało. Aby dojechać rowerami do Jastrzębia na godz. 910 trzeba było wyjechać z Cieszyna już ok. 700 rano. Na ul. Katowickiej dylemat - zaczyna padać - jedziemy dalej czy wracamy do domu? Szybka decyzja - zakładamy peleryny i jedziemy dalej. Tym bardziej, że jesteśmy umówieni w Hażlachu o 730 z Tamarą - może przyjedzie. Jest. Chwila na łyk kawy i jedziemy dalej. Po drodze przestaje padać i wycieczka zaczyna być przyjemna. W Zebrzydowicach już leje. W trakcie krótkiego odpoczynku dojechał do nas Kazik "Gwarek" i już w czwórkę ruszyliśmy dalej w nieustającym deszczu. W Jastrzębiu przy Stadionie Miejskim czekała już spora grupka turystów, których nie wystraszył padający deszcz.

Po krótkim powitaniu i przedstawieniu trasy dojazdu do OWN (Ośrodka Wypoczynku Niedzielnego), przedstawiciel policji przypomniał zasady poruszania się po ulicach i ścieżkach rowerowych. Cała zwarta grupa ruszyła na trasę przez miasto, manifestując obecność rowerzystów w ruchu miejskim. W trakcie przejazdu dotarła do nas wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem. Nikt z nas nie chciał uwierzyć w tak nieprawdopodobną informację. Wielu, w pierwszym momencie, uznało ją jako niesmaczny żart. Ale później zaczęły napływać konkretne informacje. Ogarnął nas wielki smutek. W OWN, gdzie było miejsce oficjalnego startu, minutą ciszy uczciliśmy pamięć ofiar katastrofy lotniczej, w tym pary prezydenckiej.

Organizatorzy mieli dylemat - co dalej z imprezą? Pomimo tragedii, już w innych nastrojach, całą grupą wyjechaliśmy na zmodyfikowaną trasę, gdzie w wyznaczonych punktach należało potwierdzić przejazd na otrzymanych od organizatorów mapkach. Po powrocie mogliśmy zjeść pieczoną kiełbaskę oraz wziąć udział w konkursach rajdowych: toczeniu obręczy i jeździe na hulajnodze.

Konkurencje odbywały się w dwóch kategoriach wiekowych: junior i senior, bez podziału na płeć. Ponieważ juniorów nie mieliśmy w naszym składzie, więc w kategorii "junior starszy" trzeba było pokazać Ondraszkowy "lwi pazur". I udało się na pudle stanęli: na drugim miejscu Tamara Moskała, a na najwyższym podium Kazik "Gwarek", który oprócz dyplomu i pucharu(dla całej trójki) otrzymał również pamiątkowy "pierwszy dzwonek". Zwycięzcy konkursu, a my razem z nimi, udaliśmy się w drogę powrotną do Cieszyna. Raz w słońcu, raz w deszczu.

W Jastrzębiu "Ondraszka" reprezentowała piątka: Jadwiga Gracyasz "Ośka", Tamara Moskała, Kazimierz Szewczyk "Gwarek", Andrzej Warpechowski i Jarosław Rezmer "Bystry". Zgłoszonych uczestników było 112.

Jarosław Rezmer "Bystry"
Galeria
Otrwarcie sezonu ”Wiadomogdzie - w Skoczowie” z okazji 80-lecia koła PTTK

25.04.2010

25 kwietnia 2010r. około godz. 830 turyści i sympatycy "Ondraszka" oraz liczna grupa turystów z Towarzystwa Rowerowego "Olza" z Czeskiej Republiki, przybyła na cieszyński Rynek pod fontannę św. Floriana, aby wspólnie symbolicznie otworzyć sezon 2010 i wyjechać do Skoczowa na Kaplicówkę. Tu własnie Koło PTTK nr 2 Skoczow w ramach obchodów Jubileuszu swego 80-lecia, wraz z naszym Ondraszkiem zorganizowało piknik z metą Zlotu Gwiaździstego dla turystów rowerowych i pieszych.

Wyruszyliśmy tradycyjnie spod "Floriana" na Zamarski Kopiec (388mnpm), skąd rozciągał się piękny widok na Beskid Śląski. W centrum Zamarsk zatrzymujemy się przy zabytkowym drewnianym, kościele pod wezwaniem św. Rocha. To najstarsza drewniana świątynia Śląska Cieszyńskiego po polskiej stronie. Pochodzi z 1713r a kościelna wieża z charakterystycznymi szerokimi sobatami została zbudowana w 1585r. Następnie pożegnaliśmy Zamarski - jedną z najstarszych wiosek na Śląsku Cieszyńskim i żółtym szlakiem rowerowym pojechalismy w kierunku wschodnim do sąsiednich Kostkowic. Najpierw było Ostro w dół, a po przejechaniu przez potok Lutnia, zaczęło się robić ciężko i trzeba było podjeżdżać, a nawet pchać rowery pod górę by ponownie w Krzeptach osiągnąć wysokość około 350mnpm. Teren aż do miejscowości Łączka jest pofałdowany z trudnymi podjazdami na wzniesienia, zwłaszcza do Dworu i pod Kępe.

Dojechalismy do Łączki, gdzie był zaplanowany odpoczynek. Byliśmy zaproszeni do pracowni rzeźb i obrazów Pana Andrzeja Klimowskiego. Żona Pana Klimowskiego oprowadziła a nas po pracowni. Artysta specjalizuje się w wykonywaniu płaskorzeźb realistycznych, wykonanych do najdrobniejszych detali z jednego kawałka drewna. Podziękowaliśmy naszej pani przeodnik i po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia pod drogowskazem o treści "nie przejyżdżej łobojyntnie" i pojechaliśmy w kierunku Kisielowa i Bładnic. Był to bardzo widokowy odcinek trasy ze względu na piękne panoramy Beskidów po Polskiej i Czeskiej stronie. Rozpoznaliśmy m.in. szczyty: Równicy, Skrzycznego, Czantorii i Jaworowego. Po przejechaniu mostu na rzece Bładnica spotkaliśmy szlaki rowerowe:

Greenways z Krakowa do Wiednia - przez Morawy dł. 700km . Jest to szlak dziedzictwa, przyrodniczo-kulturowego utworzony na bazie istniejących tras rowerowych, pieszych lub ścieżek edukacyjnych. Szlak prowadzi od Jury Krakowskiej, przez Ziemię Pszczyńską, Śląsk Cieszyński, Beskidy na Morawy Południowe gdzie pośród winnic dociera do Dolnej Austrii. Zielony szlak - Kraków, Morawy, Wiedeń stanie się w przyszłości najdłuższą aleją drzew w Europie. Do końca 2007r. na trasie posadzono 4590 drzew.

24 C - czerwony szlak - to główna trasa pętli rowerowej Euroregionu Ślask Cieszyński dł. 220 km. Łączy Polskę i Czechy w miejscowościach Chałupki/Bohumin i Jasnowice/Bukovec.

Śladami Stroju Cieszyńskiego - czarny kolor - to okrężna trasa rowerowa dł. 40km. Wiedzie przez wszystkie miejscowości związane z folklorem i przyrodą Gminy Goleszów. Ten szlak wnet prowadzi przez Robaczów do Goleszowa.

Skorzystaliśmy z dwóch pierwszych szlaków, które doprowadziły nas do centrum Skoczowa do Muzeum Gustawa Morcinka. W ramach wpisowego zwiedziliśmy muzeum. Ekspozycje poświęcone są wszechstronnej działalności patrona oraz historii rozwoju miasta Skoczowa. Przed budynkiem muzealnym w którym do 1938r istniał piastowski zamek, też zrobiliśmy sobie wspólną pamiątkową fotkę. O godzinie 1200 na Rynku pod kamienną figurą Jonasza zwanego Trytonem z 1775r dzieła Wacława Donaya - również twórcy Cieszyńskiej fontanny z figurą św. Floriana z 1777r., wysłuchalismy skoczowskiego hejnału z Ratusza do słów: "...Przez wodę koniczki, przez wodę..."

W przyległej do ratusza kamienicy w 1576r urodził się Jan Sarkander. Mieści się tam Muzeum Parafialne im. św. Jana Sarkandra, które gromadzi pamiątki związane z życiem i kultem świetego. Ulicami: Cieszyńską i Schodową prowadząc rowery osiągneliśmy charakterystyczne wzniesienie o nazwie Kaplicówka z papieskim krzyżem, kaplicą św. Jana Sarkandra oraz ewangelickim kościołem św. Trójcy. Po 26 kilometrach w dobrych humorach dotarliśmy na metę Zlotu. Na kaplicówce przywitał nas prezes Miejskiego Koła PTTK kol. Krzysztof Greń. Organizator a jednocześnie Jubilat w ramach wpisowego uczestnikom zapewnił: pamiątkowe karty uczestnictwa, okolicznościową odznakę i pieczątkę do KOT i GOT, gorący posiłek i napój oraz udział w konkursach z nagrodami z wiedzy turystycznej i na rowerowym torze przeszkód, a wszystkim turystom: pieszym, rowerowym i zmotoryzowanym - przepiękny widok na dolinę Wisły i widoczny w oddali Beskid Śląski.

Na metę zgłosili się również w sporej liczbie i turyści piesi, którzy pokonywali trasy górskie Zebrzydki i Równicy. Nie zabrakło również turystów z Klubu Turystyki Kolarskiej "Wandrus" z Żor oraz Klubu Turystyki Rowerowej PTTK "Wiercipięta" z Jastrzębia Zdroju. W rozegranym konkursie rowerowego toru przeszkód zorgnizowanym przez ondraszków siedem nagród zdobyli kolarze z naszego Klubu. Wszystkim piędziesięciu czterem osobom biorącym udział w 44. otwarciu sezonu TKK "Ondraszek" serdecznie dziękujemy i zapraszamy do wspólnego turystycznego wędrowania i zdobywania kolarskich odznak turystycznych. Symboliczne otwarcie 44 sezonu Turystycznego Klubu Kolarskiego "Ondraszek" przeszło do historii.

Do zobaczenia na rowerowym szlaku.

Skryba
Galeria
Otwarcie sezonu w Skoczowie - suplement

25.04.2010

W dniu poprzedzającym otwarcie sezonu w Domu Kultury w Skoczowie odbyło się uroczyste spotkanie poświęcone jubileuszowi 80-lecia miejscowego Koła PTTK nr 2. Spotkanie prowadził prezes koła - kol.Krzysztof Greń, a na sali wśród liczni zgromadzonej publiczności były również Ondraszki. Był po temu równiez dodatkowy powód. Otóż przy tej uroczystej okazji zostały m.in. nam przekazane wyróżnienia, które z rożnych powodów nie zdążono wręczyć na akademii w cieszyńskim teatrze.

Andrzej Słota otrzymał odznakę Zasłużony dla woj. Sląskiego, Andrzej Nowak został wyróżniony podwójnie: Srebrną Honorową Odznaką PTTK oraz Zasłużony dla pracy PTTK wśród młodzieży również stopniu srebrnym, Basia Nowak otrzymała dyplom ZGPTTK, a Krzysztof Sumera został lauratem złotej odznaki Zasłuzony dla pracy PTTK wśród młodzieży.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Majówka pod Babią (Górą)

30.04.2010 - 03.05.2010

Pierwsza majówka w tym roku. Za namową Tamary i Henia Moskałów wybieramy się wspólnie z nimi do Zawoi. Mamy zamiar (jeśli pogoda pozwoli) wybrać się i zdobyć Diablak. Wyjeżdżamy już w piątek późnym popołudniem dwoma samochodami i chociaż jedziemy w to samo miejsce, to jednak od Bielska nieco innymi trasami. Po pewnych perypetiach udaje nam się trafić do naszej kwatery (w końcu Zawoja to jedna z najdłuższych - jeśli nie najdłuższa - wieś w Polsce i można łatwo w niej zabłądzić).

W sobotę rano nasze miny są nietęgie - pada deszcz i chmury są bardzo nisko. Jednakże podejmujemy decyzję o wyjściu na Babią. Po ok. półgodzinnej wędrówce przestaje padać, a po następnej godzinie zaczyna, choć nieśmiało, przyświecać nam słońce. Powoli wspinamy się coraz wyżej w kierunku schroniska na Markowych Szczawinach, dając co jakiś czas odpocząć sobie, i szczególnie już mocno zmęczonym dzieciom: Pawełkowi i Piotrusiowi. Przed nowym schroniskiem spotykamy prawdziwy tłum turystów, którzy podobnie jak my zaryzykowali wyjście w deszczu, a teraz mogą cieszyć się słoneczną pogodą. Również widok schroniska jest budujący: wspaniały obiekt o nowoczesnej bryle, jak na schronisko górskie, i eleganckim wystroju, gdyby tylko ceny były nieco niższe.

Po dłuższym odpoczynku, ale już tylko we trójkę: Tamara, Wisia i ja - gdyż Henio z chłopcami wrócił do Zawoi, ruszamy czerwonym szlakiem na Przełęcz Brona. Diablak zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze - szlak w najstromszych miejscach jest pokryty zlodowaciałym śniegiem, po którym dodatkowo spływa woda - jest bardzo ślisko. Na Bronie chwila wytchnienia. Możemy podziwiać wspaniałe widoki Babiej Góry, Małej Babiej Góry oraz malowniczych dolin. Szlak z Przełęczy Brona w kierunku Diablaka zaczyna przypominać zakopiańskie Krupówki - taki tu panuje ruch. Wąska ścieżka pośród kosodrzewiny pokryta jest zmarzniętym śniegiem, który szczególnie na podejściach daje się nam mocno we znaki. Dopiero na Pośrednim Grzbiecie możemy odpocząć trochę od śniegu - szlak jest kamienisty i suchy. Dochodzimy do Babiej i tutaj pogoda zaczyna się już psuć. Chmury są poniżej nas, słońca nie widać i robi się zimno.

Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę przez Wołowe Skały, Kępę i Sokolicę na Przełęcz Krowiarki. Myśleliśmy, że wejście po mokrym,zmarzniętym śniegu jest trudne, ale zejście dopiero pokazało, jak naprawdę jest na Babiej. Schodziliśmy po lodzie pokrytym wodą i błotem, podpierając się znalezionymi po drodze kijami oraz łapiąc się gałęzi kosodrzewiny i innych drzew. Byli również "amatorzy" schodzenia w mniej konwencjonalny sposób - niekoniecznie na nogach. Z Krowiarek do Zawoi przetransportował nas Henio. Pomimo wielkiego zmęczenia byliśmy bardzo zadowoleni ze zdobycia Diablaka.

Niedziela nie była lepsza od soboty - również co jakiś czas padał deszcz. Postanowiliśmy jednak nie siedzieć na kwaterze, lecz przeznaczyć czas na zwiedzanie Zawoi. W części zwanej Składy obejrzeliśmy schronisko PTTK, a następnie udaliśmy się do Muzeum Babiogórskiego Parku Narodowego. Teren przed muzeum został przeznaczony na ogród, w którym można zapoznać się z roślinnością występującą na terenie Parku. Wnętrze muzeum zostało podzielone na trzy części: przyrodniczą, etnograficzną i edukacyjną. W części przyrodniczej można zobaczyć faunę i florę Parku oraz budowę geologiczną. Część etnograficzna obrazuje wyposażenie oraz stroje regionu,a w części edukacyjnej, przeznaczonej głównie dla dzieci i młodzieży, przygotowano nowoczesne komputerowe projekcje i gry edukacyjne.

Poniedziałkowe przedpołudnie również postanowiliśmy przeznaczyć na dalsze zwiedzanie okolicy. Dotarliśmy do Czatoży, podziwiając po drodze kilka wyciągów narciarskich. Chcieliśmy zobaczyć tam bardzo charakterystyczne dla terenu Zawoi piwniczki (a raczej ich pozostałości), bardzo tu kiedyś popularne oraz dzwonnicę loretańską, której używano między innymi gdy zbliżała się burza.

Z pewnym żalem, chociaż pogoda nas zbytnio nie rozpieszczała, szykowaliśmy się do powrotu do domu. Miejsce,w którym mieszkaliśmy przez te trzy dni jest fantastyczne do odpoczynku, nie wspominam już o pysznych obiadach, które serwowały nam nasze miłe gospodynie.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Rajd wokół jeziora Goczałkowickiego

15.05.2010

15 maja Oddział PTTK Ziemi Pszczyńskiej organizował VI Rajd wokół Jeziora Goczałkowickiego. Wybraliśmy się tam w składzie czterech Ondraszków, to jest:

  • Grelowski Franciszek
  • Hamera Piotr
  • Nowak Andrzej "Ziołowy"
  • Pawlik Stanisław
  • oraz sympatyk klubu Wawrzyczek Wiesław.

Były do wyboru cztery warianty tras. Myśmy się zdecydowali na tą najdłuższą - liczącą 65km. Dołączyliśmy więc do grupy rowerzystów, którzy również wybrali tą samą trasę. Było nas 26 osób i grupę prowadził przewodnik z Pszczyny. Jechaliśmy przez zaporę, Landek, Pierściec do Kiczyc, a następnie wzdłuz Wisły przez Ochaby, Drogomyśl do Strumienia.

Meta rajdu była w Jacht Klubie w Wiśle Małej. Tu spotkaliśmy liczne grono rowerzystów z klubów z Jastrzębia, Katowic i Żor, którzy jechali innymi trasami. Zakończenie rajdu miało wyjątkową oprawę, gdyż było połączone z 50-tą rocznicą powstania Jacht Klubu PTTK. Były więc szanty, ognisko, grochówka i dyplomy uczestnictwa. Klub jeżdziecki udostępnił nam koniczki, dzięki temu można było wybrać powrotny środek lokomocji.

Pogoda dopisała. Atmosfera, którą stworzyli organizatorzy była bardzo serdeczna.

Andrzej Nowak "Ziołowy"
Galeria
Zielonoświątkowe smażenie jajecznicy

23.05.2010

Jest taki dzień w ondraszkowym kalendarzu, gdy wyjeżdżamy w plener mając w planie nie tyle zwiedzanie, lecz zaspokojenie gastronomicznych pomysłów związanych z tradycyjnym smażeniem w plenerze. Tym razem "Kropelka" dowodzący naszą 22-osobową ferajną wytyczył trasę przez Hażlach do Kończyc Wielkich, gdzie w "Strusiolandzie II" pana Tadeusza Żyły oczekiwało nas odpowiednio przygotowane miejsce.

Kuchnię jak zwykle sprawnie opanował Piotr - "Śmig" (wielkie brawa) i już wkrótce wokół roznosił się smakowity zapaszek smażonych szpyrek i inszych dodatków. Nasze panie zabrały się z właściwą sobie werwą do tłuczenia przywiezionych jaj, a było ponad 100. Pozostałe, chwilowo niezatrudnione bractwo rozsiadło się za stołami i gawędząc oczekiwało efektu tych kulinarnych zmagań. Należy dodać, że w skład jajecznicy (osobno sporządzonej) doszły też jaja strusie których wielkość liczy się w relacji 1 jajko = ok. 15 kurzych oraz kacze z fermy naszego "Gwarka". Efekt tych zmagań był przepyszny i jajecznica szybko znikła w przepastnych ondraszkowych brzuchach.

Kol. Leszek - zapalony wędkarz, został poproszony przez właściciela o złapanie wielkiej ryby i od tego czasu miejscem jego stałego pobytu było nad stawem z wędką w rękach i wzrokiem wbitym w wodę. Po konsumpcji przyszedł czas na doroczny konkurs strzelecki o patelnię -puchar przechodni Ondraszka. Pomimo heroicznej obrony patelni dotychczasowego (niżej podpisanego) Mistrza Strzelców, a może dzięki zastosowaniu wiatrówki zupełnie innego typu wraz z lunetą, puchar trafił ostatecznie do "Skryby", który wystrzelał najlepszy wynik.

Innym, ciekawym konkursem była zabawa w "Robin Hooda" czyli strzelanie z łuku. Nie było to łatwe zadanie, gdyż strzały zbieraliśmy nieraz w miejscach dość odległych od celu. Tak miło upłynął czas zwłaszcza, że pogodę wcześniej mieliśmy zagwarantowaną. Jedynie kol. Leszek był niepocieszony bo zamiast "wieeeelkiej ryby" wyłowił kilka małych okoni...

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
50. Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK, Myszków

29.05.2010 - 05.06.2010

Emocje zlotowe już opadły, pozostały tylko wspomnienia i zdjęcia. Jubileuszowy 50. zlot należy już do przeszłości. Jaki był, czy spełnił oczekiwania organizatorów i uczestników? Organizatorzy - Klub Kolarski M2 z Myszkowa pod przywództwem Mariana Kotarskiego bazę przygotował w dzielnicy Myszkowa - Będuszu na terenie miejscowej szkoły. Ci co chcieli pod dach, trafili do dawnego internatu, który delikatnie mówiąc lata świetności miał już dawno za sobą, a ci co mieli własny dach trafili na szkolne boisko. Tych pierwszych było oczywiście więcej, lecz i na polu namiotowym było coś ok. 200 osób. Mocnym atutem bazy namiotowej był... węzeł sanitarny z ciepłą wodą dostępną w każdych ilościach i o każdej porze, co z pewnościa na długo zapamiętamy. Wyjaśnienie tego ewenementu jest proste - wicekomandor jest właścicielem firmy zajmującej się tymi sprawami.

Mocnych atutów bazy było zresztą więcej - specjalne namioty na parkingi rowerowe, namiot "z pipą", przewoźne sklepiki z art. spożywczymi, kuchnia polowa z darmową herbatą, stoisko z kanapkami na drogę(!) ogniska i inne codziennie serwowane "gratisy". Z tego wszystkiego korzystała rekordowa ilość 569 uczestników z wszystkich regionów Polski, a także z Czech (nasi przyjaciele z PTTS) oraz z Francji. Wszystkich zlotowiczów łatwo było rozpoznać po jednakowych, profesjonalnych koszulkach kolarskich, które zostały zasponsorowane przez firmy SAS i Polimer II.

W świadczeniach znalazły się też dobre mapy regionalne a codzienna odprawa pozwoliła się zorientować co do przebiegu tras i innych atrakcjach w terenie. Trasy obejmowały swoim zasięgiem region północnej Jury od Częstochowy aż po Pilicę, a więc najciekawsze partie Jury krakowsko-częstochowskiej gęsto poprzetykanej lasami, zamkami (Olsztyn Mirów, Bobolice, Ogrodzieniec i inne) oraz ostańcami skalnymi. Sieć ścieżek rowerowych bardzo ułatwiała samodzielne podróżowanie, choć jak obserwowałem większość i tak wolała jechać w peletonie za prowadzącym danego dnia.

Nasza ekipa była też wyjątkowo liczna (23 osoby - II miejsce co do ilości zgłoszonych uczestników) i podczas zlotu też się dzieliła na rożne grupki. Zazwyczaj najwcześniej na trasę wyjeżdżali p. Wlachowie, a najpóźniej p. Pawlikowie. Czasem udawało nam się spotykać na trasach, ale najczęściej jak jechaliśmy w przeciwnych kierunkach. Spotykaliśmy się za to codziennie na wieczornych "posiadach" przy stole, który zbójeckim sposobem został przez ondraszków zaanektowany. Wśród różnych ciekawych propozycji wspominam wizytę u żydowskiego cadyka w Lelowie i "czulent" podawany w miejscowej restauracji. Kto był, to pewnie zapamiętał spływ pontonowy rzeką Białką (najbardziej zapamiętali go nasi klubowicze p. Moskałowie - a czemu zapytajcie ich sami). Ciekawa była też wizyta w podziemiach jaskini Maurycego. Jaskinia z bogatą szatą naciekową była zupełnie "dziewicza" i żeby ją zwiedzić należało mieć na sobie uniform i hełm speleologa. Ponadto niewielki otwór wejściowy i kilka wewnętrznych przewężeń skutecznie weryfikowało ilość zwiedzających ze względu na ich gabaryty.

Nowością był przodownicki ślub. Antek Fudali z wybranką postanowili powiedzieć sobie "tak" właśnie w USC w Myszkowie mając za świadków większość zlotowiczów. Takiego wehikułu - (motorowa riksza) państwa młodych oraz towarzyszącego kilkusetosobowego peletonu rowerzystów Myszków jeszcze nie widział. Dawnym zwyczajem, po ceremonii ślubnej świeżo upieczona pani młoda rzuciła wianek w tłum panien i wpadł on prosto w ręce naszej "Alipali". Wydarzenie to spowodowało lawinę życzeń i gratulacji kierowanych w naszą stronę, z czego widać, że wszyscy niebawem chcą się wybrać do Cieszyna. No cóż...

Organizatorzy zadbali również o organizację wieczorów - codziennie występował DJ ze swoim repertuarem, a że miał dostęp do pokręteł głośników towarzystwo szalało na asfaltowym "parkiecie" nie słysząc siebie nawzajem. I czynił to tak dobrze, że chcąc zrobić użytek z naszych śpiewników i gitary musieliśmy się wynieść do stołówki w internacie, gdzie było nieco ciszej.

Z rozlicznych konkursów braliśmy udział w rowerowym torze przeszkód, z wynikiem VI i VII miejsce. "Alapala" jako jedyna dziewczyna biorąca udział w tej konkurencji otrzymała z tego tytułu specjalną nagrodę. Troskliwą rękę organizatorów było widać w każdym momencie zlotu, lecz niestety nie mieli wpływu na pogodę. A jako, że "pogoda" to rodzaj żeński więc okazała się bardzo kapryśna. Co prawda w tym czasie w Cieszynie i okolicach ogłoszono stan powodziowy, a Myszkowie "tylko" wisiały nam nad głową ciężkie chmury, które od czasu do czasu się skraplały uprzykrzając skutecznie życie obozowe, dlatego gumowce i kalosze były artykułem pierwszej potrzeby. Dopiero w ostatnim dniu zlotu podczas wycieczki do Żarek na jarmark zrobiło się tak upalnie, jakby pogoda chciała nadrobić wszystkie zaległości.

Reasumując należy podkreślić, że impreza była bardzo udana i na zakończenie powiedzieliśmy sobie: do zobaczenia za rok. A gdzie? - tego na razie nie wie nikt, nawet Komisja Kolarska ZGPTTK.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XIII Rodzinny Rajd Rowerowy

13.06.2010

Dnia 13.06.2010r. od godz. 800 cieszyński rynek udekorowany okolicznościowymi transparentami stał się miejscem spotkania rowerzystów, którzy zdecydowali się wyruszyć na trasę XIII Rowerowego Rajdu Rodzinnego "Z Cieszyna do Cieszyna" organizowanego tym razem dla uczczenia 1200-lecia hipotetycznego założenia naszego miasta oraz 100-lecia Oddziału PTT-PTTK w Cieszynie.

Impreza była szeroko anonsowana w prasie - dwukrotnie w Wiadomościach Ratuszowych, ponadto w Dzienniku Zachodnim i Głosie Ziemi Cieszyńskiej. Rozprowadzono kilkadziesiąt plakatów informacyjnych w cieszyńskich placówkach oświatowych oraz na słupach ogłoszeniowych. Rajd był również ujęty w dwujęzycznym kalendarium imprez kulturalnych Cieszyna wydawanym przez Miejski Wydział Promocji.

O godz. 1000 na sygnał startu dany przez przedstawiciela UM Cieszyn i jednocześnie prezesa O/PTTK kol. R. Mazura wielobarwny peleton pilotowany przez policyjne radiowozy wyruszył w drogę. Peleton zamykał samochód pomocy technicznej i medycznej. Trasa rajdu prawie w całości prowadziła w granicach administracyjnych miasta, a trasę tak zaprojektowano, aby przejechać przez miejsca ze szczególne pięknymi widokami na okolicę (ul. Wietrzna, Łanowa, Dzika). Po pokonaniu 20km trasy osiągnięto metę przygotowana na terenie rekreacyjnym przy ul. Motokrosowej należącym do OSP Cieszyn-Boguszowice. Na mecie uczestnicy otrzymali ciepły posiłek oraz napoje zagwarantowane w ramach wpisowego. Następnie rozegrano konkursy sportowo-rekreacyjne oraz quizy turystyczne.

Wyniki w konkursach:

Bieg w workach dla dzieci:

  • I - Dawid Surmiak,
  • II - Paweł Moskała,
  • III - Piotr Moskała.

Rowerowy tor przeszkód:
kategoria młodzież do lat 14:

  • I - Krzysztof Sitarz,
  • II - Szymon Chrobok,
  • III - Filip Chrobok.
kategoria panie:
  • I - Monika Moskała,
  • II - Stanisława Cwynar,
  • III - Tamara Moskała.
kategoria panowie:
  • I - Michał Gracyasz,
  • II - Tomasz Juroszek,
  • III - Jarosław Węglorz.

Quiz turystyczno-krajoznawczy z historii Cieszyna oraz PTTK:

  • I - zespół: Władysław Kristen, Kazimierz Szewczyk, Urszula Niedzielan,
  • II - Jan Pollok,
  • III - zespół: Jadwiga Gracyasz, Jarosław Rezmer, Maria Biłko-Holisz.

Dodatkowo rozegrano konkurs z rozpoznawania cieszyńskich zaułków na podstawie fotografii. W tym konkursie nie prowadzono klasyfikacji, jednakże uczestnicy wykazali się dużym znawstwem swojego miasta. Zwycięzcy w konkursach otrzymali nagrody rzeczowe ufundowane przez sponsorów rajdu. Puchary zdobyli:

  • Najliczniejsza rodzina rajdowa: Państwo Moskałowie z Hażlacha (5 osób) - puchar ufundował Burmistrz Miasta Cieszyna.
  • Seniorzy rajdu: p. Helena Cholewa i p. Władysław Chromec z Cieszyna - puchary ufundowała p. Grażyna Staniszewska pomysłodawca Rodzinnych Rajdów Rowerowych.
  • Rajdowy Junior - najmłodszy kolarz, który samodzielnie przejechał trasę: dziewięcioletni Piotr Moskała z Hażlacha - puchar ufundował TKK Ondraszek.
  • Najliczniejsza grupa zorganizowana: Polski Związek Głuchych i Słabosłyszących - puchar ufundował Oddział PTTK "Beskid Śląski" w Cieszynie

Słodką niespodzianką uhonorowano również najmłodszego uczestnika rajdu: 1,5-letnią Paulinę Kuczkę. Specjalnym dyplomem nagrodzono też "rodzinę z daleka" tj. trzyosobową rodzinę państwa Pieronów, którzy aby wziąć udział w rajdzie przyjechali aż z Krakowa.

W tegorocznej edycji rajdu wzięło udział ok. 130 rowerzystów należących do trzech pokoleń. Oprócz mieszkańców Cieszyna i okolic, obecni byli kolarze m.in. z Przecieszyna, oraz Zaolzia. Podpisywano również przygotowaną petycję do administratorów ścieżek rowerowych oraz władz samorządowych w sprawie dewastacji ścieżek i konieczności ich rewitalizacji, a także dostrzegania potrzeb rowerzystów przy prowadzeniu remontów miejskich ulic oraz planowaniu przestrzennym Cieszyna.

Wszyscy uczestnicy otrzymali zestawy pamiątek przygotowane i ofiarowane przez Wydział Promocji z okazji jubileuszu miasta. Ostatnim emocjonującym wydarzeniem rajdu było losowanie loterii fantowej, na bazie fantów ofiarowanych przez sponsorów. Impreza została w całości przygotowana i przeprowadzona przez Turystyczny Klub Kolarski PTTK "Ondraszek" z Cieszyna, a realizację umożliwiły następujące firmy i instytucje:

  • Urząd Miejski Cieszyn (MOSiR) Cieszyn
  • Zakład Usług Budowlano-Montażowych "Budomont" Bielsko-Biała
  • PSS "Społem" Cieszyn
  • Hurtownia "Beskid Plus" Cieszyn
  • "Flama-gaz" Pogwizdów
  • Centrum Oświetleniowe "Styl" Cieszyn
  • Kraft Food Polska S.A. Oddział "Olza" Cieszyn
  • Serwis rowerowy J. Słota Cieszyn
  • P.H.U.P "Stal-Bud" Sp. J. Skoczów
  • Zakład Produkcji Urządzeń Elektrycznych "Prefel" Cieszyn
  • Związek Zawodowy Odlewników przy "Teksid" Skoczów

Członkom Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK "Ondraszek" z Cieszyna składam serdeczne podziękowanie za zaangażowanie w przygotowanie trasy, konkursów i w prowadzeniu biura rajdu. Pisemne podziękowanie zostało wysłane do wyżej wymienionych sponsorów, fundatorów pucharów oraz funkcjonariuszom Policji i wolontariuszom z PCK za zabezpieczenie trasy.

Z turystycznymi pozdrowieniami,

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Wyprawa ”Od Bystrzycy do Cieszyna"

20.06.2010

Od czasu wynalezienia Internetu istnieje wspaniała możliwość przepowiadania pogody w danym miejscu. Korzystając z tego wiedziałem, że pomimo że za oknem nie było za ciekawie - musi być lepiej. Uzbrojony w tą optymistyczną wiedzę pojechałem na most graniczny pod zamkiem, gdzie byłem umówiony ze Skrybą, Pankiem i Bystrym. Przybył tam również Piotr Hamera, i w tym wspaniałym składzie pojechaliśmy wspólnie do Trzyńca, gdzie przed dworcem kolejowym wyznaczona była zbiórka uczestników tej wyprawy. Okazało się że dzisiejszy prowadzący – Leon Osuchowski (PTTS) już czeka, a wraz z nim również kilku naszych (w tym rodzynek wyprawy „Szykowno” Beatka) oraz dwóch klubowiczów z PTTSu. Razem nas było tylu co apostołów, a więc 12.

W tym świątobliwym składzie pojechaliśmy do Wendryni, gdzie korzystając z tajnego przejścia na przełęcz (strome podejście po miedzy) zjechaliśmy z drugiej strony do Nydku. W międzyczasie z wiszących nad nami niskich chmur zaczęło kapać. Oznajmiłem uczestnikom, że zgodnie z prognozą ma nie padać, więc niech nie wierzą w to co widzą. Uspokojeni w ten sposób rozpoczęliśmy mozolny 5km stromy podjazd do w schroniska górskiego na Filipce (909mnpm). Nawierzchnia drogi była super, jednakże jej pochylenie porównywalne do kościelnego dachu sprawiło, że niebawem jechał tylko Ziołowy a reszta człapała prowadząc swoje rowery. Na szczycie kilku pierwszych zawodników (w tym i ja), którzy osiągnęli schronisko w nagrodę mogło sobie zamówić „czoskulę”. Dla reszty peletonu tego specjału zabrakło. Po podreperowaniu nadwątlonych sił puściliśmy się szalonym pędem zielonym szlakiem w dół, do Gródka. Po drodze miały być super widoki, jednakże mgła je wszystkie dokumentnie wykasowała.

Na dole nasz peletonik nieco stopniał, gdyż ze względu na awarię sprzętu kolega z PTTS-u powędrował na pociąg. Dalsza trasa wycieczki prowadziła dobrą leśna drogą do Karpentnej. Niestety znów przyplątał się deszcz, który już do samego końca tej wyprawy nas nie opuścił. Widać pogoda nie poznała się na internecie. Tak więc testując wodoszczelność naszych kurtek przez Oldrzychowice i Trzyniec przyjechaliśmy z powrotem do Cieszyna, już tylko w trzyosobowym składzie, bo reszta już po drodze obrała własne kierunki powrotu. Przejechaliśmy ogółem 48km w bardzo malowniczym terenie, którego niestety ze względu na marne warunki pogodowe niewiele było widać.

Rechtór-Zbyś
Galeria
X Rajd do źródła Olzy

26.06.2010

Wczesny ranek w Cieszynie bynajmniej nie zachęcał do podróżowania, a tym bardziej do źródła Olzy. Niebo szczelnie zasłonięte chmurami i drobny deszczyk nie wróżył niczego dobrego. Rowery jednak wpakowałem na auto, nieco później także naszego "Rozstrzapka" i szybko pomknęliśmy do Jabłonkowa. W Jabłonkowie byłem niepomiernie zdziwiony, gdyż w Lasku Miejskim zebrała się już spora 60-osobowa grupa rowerzystów z obu stron Olzy, którzy nie bacząc na pogodę postanowili wyruszyć na rajdową trasę. I dobrze zrobili, bo z pogodą później, to było już tylko lepiej.

Po załatwieniu formalności, obdzieleniu dzieci reklamówkami z upominkami i udzieleniu kilku wywiadów do "Głosu Ludu" wyruszyliśmy na trasę pilotowani przez miejscową Straż Miejską. Przez Piosek dotarliśmy do znanego nam mostku gospodarczego w Bukowcu, gdzie przekroczyliśmy granicę. Wąską asfaltową drogą wspaniale meandrującą w towarzystwie płynącej obok rzeczki Olzy dojeżdżamy do Istebnej, skąd dalej do schroniska Zaolzianka. Nasza droga stopniowo się podnosiła. Najpierw gubimy asfalt, a nieco wyżej też i utwardzone podłoże, gdyż tą drogę najczęściej wykorzystuje się do zwózki drzewa. Mozolnie, brnąc w błocie docieramy do miejsca, gdzie rowery trzeba zostawić i dalej można już tylko na piechotę.

Namokłe podłoże gruntowej drogi oblepia nasze buty lecz w końcu "ubabrani jak nieboski stworzynia"* dochodzimy do słynnego "ciurczka"*, z którego rozpoczyna swój bieg Olza. Rozpościerający się wspaniały widok rekompensuje nasze trudy. Okoliczny krajobraz też sporo się zmienił: pobojowisko przewróconych drzew zastąpiły teraz dość wysokie olsze, a pnie też zarastają krzakami.

"Dobry duch" tego miejsca czyli Władek Kristen z PZKO zdradził, że są gotowe plany rewitalizacji i obecny widok okolicy źródełka niebawem całkowicie stanie się nieaktualny. Oby miał racje... Hymn Ziemi Cieszyńskiej jaki tutaj zaśpiewaliśmy zabrzmiał zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej... Droga powrotna była przyjemna, bo pomknęliśmy cały czas w dół hamując dopiero na mecie - w "Barze nad Olzą".

Wszyscy w mig ustawili się do długiej kolejki do pachnącego grilowanymi kiełbaskami rusztu. Tutaj najważniejszą osobą był nasz "Śmig", który wraz z "Rozstrzapkiem" sprawiedliwie dzielili jadło i napoje. Na metę przybyła również p. Teresa Łaszewska sekretarz gminy Istebna, która przyniosła piękny puchar dla najliczniejszej grupy zorganizowanej oraz mapy turystyczne dla każdego uczestnika wyprawy, ufundowane przez UG Istebna.

Puchar trafił do naszego klubu, gdyż przyjechaliśmy na rajd w 14-osobowym składzie. Należy jednak dodać, że partnerska organizacja Polaków na Zaolziu - Polskie Towarzystwo Turystyczno Sportowe "Beskid Śląski" była nie mniej liczna, bo 13 osobowa. Tak więc wygraliśmy przy przewadze tylko jednej osoby!

Najmłodszym uczestnikiem który przejechał samodzielnie trasę był 6-letni Piotrek Štirba z Czeskiego Cieszyna, natomiast seniorem rajdu był 80-letni p. Hubert Piszkiewicz również z Czeskiego Cieszyna. I oni otrzymali puchary ufundowane przez PTTS.

Z okazji jubileuszu 1200-lecia założenia miasta rozegraliśmy też quiz turystyczny z wiedzy o historii Cieszyna. Nagrody przygotowane przez UM Cieszyn, po ostrej rywalizacji zgarnęli: Józef Stirba, Dariusz Pawlik, Józef Salecki, Joanna Zmarzły i Stanisław Kędzior.

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że z rąk Władka Kristena otrzymałem również piękną książkę - słownik gwary cieszyńskiej z okolicznościowym wpisem oraz dyplom. I tak nasze jubileuszowe spotkanie się zakończyło, bo każdy wracał już indywidualnie. Dla nas oznaczało to pokonanie tej samej trasy lecz w odwrotną stronę. Razem przejechaliśmy 40km i trzeba podkreślić, że przy wspaniałej pogodzie!


* zwrot gwarowy: kto nie wie o co chodzi - zapraszam do przestudiowania słownika o którym piszę w tekście.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zielony Górny Śląsk „I znów... jezioro Dzierżno”

03.07.2010 - 05.07.2010

Minął rok i znów pojawiliśmy się nad znajomym brzegiem Dzierżna, w znajomym ośrodku Mayturu. Tym razem oprócz próby umiejętności żeglarskich w programie przewidziałem zwiedzanie Gliwic z wysokości rowerowego siodełka, oraz ludwisarni państwa Felczyńskich w pobliskim Taciszowie. Chęć wyjazdu zgłosiło aż 17 ondaszków, tym samym pobiliśmy dotychczasowy rekord frekwencji na tej wyprawie. P. Moskałowie pojawili się w komplecie wraz z dziećmi i z własnym domkiem - ogromnym namiotem.

Z uwagi na splot nieszczęśliwych okoliczności wraz z „Aląpalą” dotarłem na ośrodek późnym wieczorem w sobotę a w niedzielę musieliśmy też wracać. Zanim dotarliśmy do bazy sytuacja rozwinęła się pomyślnie, bo po długim żeglowaniu pod dowództwem kapitana M. Urbanka i rowerowej wyprawie nad sąsiednie jezioro towarzystwo posiliło się pieczonymi kiełbaskami i zrobiliśmy też spore ognisko. Genek Klapuch wyciągnął gitarę, rozdał specjalnie przygotowane śpiewniczki i zgodnie z programem rozpoczęło się wielkie „szantowanie”. Przy tej okazji ujawniły się talenty: Genka w graniu na gitarze, „Rozstrzapka” i „Ośki” w śpiewach chóralnych. Mój talent też się ujawnił, bo rano wstałem bez żadnych dolegliwości ubocznych. Przy tak zbożnie spędzanym wieczorze czas płynie szybko i nie wiedzieć kiedy zrobiło się późno. Ok. godz. 230 zaśpiewaliśmy „Ogniska już dogasa blask” i poszliśmy na zasłużony odpoczynek.

W piękny niedzielny poranek wskoczyliśmy żądni wrażeń na bicykle i pojechaliśmy w kierunku Gliwic. Przewodnikiem był kapitan Mariusz, świetny gawędziarz, a na co dzień mieszkaniec tego pięknego miasta. W Łabędach opowiedział nam historię miejscowej huty, w której kiedyś pracował i która w czasach świetności zatrudniała kilkanaście tysięcy ludzi. Następny przystanek w Łabędach nastąpił przy śluzie na Kanale Gliwickim. Kanał łączący Port Gliwicki z Odrą został oddany do użytku w 1936r. i po dziś imponuje śmiałymi rozwiązaniami hydrotechnicznymi. W centrum miasta zwiedzaliśmy drewniany kościółek pw. Wniebowzięcia NMP przeniesiony z Zębowic na gliwicki cmetarz i powtórnie przeniesiony na obecne miejsce w latach międzywojennych. Opodal kościoła stoi pomnik mauzoleum 99 francuskich żołnierzy poległych podczas polsko- niemieckich walk w okresie plebiscytu. Kawałek dalej zwiedziliśmy duży cmentarz ponad 2000 krasnoarmiejców poległych podczas walk w Gliwicach i okolicznych miejscowościach.

Następnie pojechaliśmy do dzielnicy Bojków, gdzie zostało przeniesione Muzeum Odlewnictwa Artystycznego GZUT Gliwice. Zakłady te są autorem chyba wszystkich odlewanych pomników ustawionych w Cieszynie i nie tylko. Muzeum było jednak w trakcie przenosin więc zobaczyliśmy tylko „Żelaznych ludzi”. Rzeźby przedstawiały „mięśniaka” odlewanego w kawałkach i skręcanego na śruby. Powielenie tych samych elementów sprawiło, że przed muzeum stał cały tłum, tych samych „pakerów”. Ponieważ rzeźbiarz nie wymyślił żelaznych majtek prezentowali oni swą „męskość” również przykręconą śrubami, więc był to element jak najbardziej wymienny.

Kolejny przystanek nastąpił w dzielnicy Trynek na lotnisku. Miasto w okresie międzywojennym miało tutaj spory port pasażerski z regularnymi połączeniami. Obecnie jednak pełni ono funkcję lotniska sportowego. Większą przerwę zrobiliśmy sobie na rynku gdzie zahaczyliśmy o miejscową naleśnikarnię. Tutejszy rynek to pozostałość średniowieczne założenia z ratuszem pośrodku oraz owalnie biegnącymi wokół ulicami. W pobliżu nie można było nie zobaczyć najcenniejszego zabytku sakralnego gotyckiego kościoła pw. Wszystkich Św.

Sporo czasu przeznaczyliśmy też na zwiedzanie palmiarni. Pod szklanym dachem można było się poczuć jak w tropikach, wśród palm, kaktusów i innych nieznanych egzotycznych roślin. Na obrzeżach miasta w dzielnicy Szobiszowice stoi najwyższa w Europie drewniana wieża dawnej radiostacji. Ten modrzewiowy, prawie 100m wysokości kolos był świadkiem słynnej hitlerowskiej prowokacji z 31 sierpnia 1939r., która miała uwiarygodnić w oczach świata rozpoczęcie wojny z Polską. Budowla przypomina nieco wieżę Eiffla w Paryżu szczęśliwie przeżyła wszelkie zawieruchy i obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych gliwickich zabytków.

Tymczasem słońce chyliło się ku zachodowi więc pora była wracać. Z drogi powrotnej warto odnotować przeprawę przez prawdziwą dżunglę porastającą brzegi Kanału Gliwickiego. Tam naprawdę przydałyby się maczety. Tak więc prawie nie wyjeżdżając z Gliwic przejechaliśmy na rowerach ponad 40km. Po powrocie naszej trójce (Niezłomny, Alapala i niżej podpisany) pozostało wrzucić rowery na samochód i wrócić do Cieszyna.

Ondraszki natomiast mogły dalej cieszyć się pogodą i innymi atrakcjami. W poniedziałek odbyło się umówione zwiedzanie ludwisarni w Taciszowie oraz został zaliczony kolejny rejs. Ostatnie Ondraszki opuściły ośrodek dopiero tego dnia wieczorem. Myślę, że ten kto przyjechał nad jezioro z myślą o atrakcyjnym spędzeniu weekendu na pewno nie żałował swojej decyzji. Tak więc po trosze zdobywamy kolejne stopnie wtajemniczenia i w końcu może zostaniemy ekspertami od tych okolic.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Słowackie Beskidy

11.07.2010

W dniu 11.07.2010 o godz. 600 zebraliśmy się na dworcu kolejowym w Czeskim Cieszynie w składzie: czterech Ondraszków: Franciszek Grelowski, Piotr Hamera, Andrzej Nowak "Ziołowy", Stanisław Pawlik; oraz jeden sympatyk klubu: Wiesław Wawrzyczek. Postanowiliśmy pojechać pociągiem do miejscowości Czadca, a następnie rowerami w stronę Makowa. Z Makowa czekało nas 10km trasy do Pensjonatu Jawornik pod Wielkim Jawornikiem (1071 m. n.p.m.). Z tego miejsca podziwialiśmy piękno Słowackich Beskidów. A że pogoda tego dnia była wspaniała, widoki były niezapomniane.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejnym celem naszej wyprawy była Chata Kminek. Najpierw czekał nas zjazd do Makowa, a poźniej 5-cio kilometrowy podjazd na szczyt Bumbalka na granicy Czesko–Słowackiej. Następnie przejechaliśmy jeszcze 4km pograniczem do Chaty Kminek, gdzie kamienista nawierzchnia utrudniała pokonanie tego odcinka trasy. Mimo to cel naszej wyprawy udało się szczęśliwie osiągnąć.

W nagrodę czekał nas dłuższy odpoczynek i czas na posiłek. W drodze powrotnej postanowiliśmy pojechać stroną czeską przez Hamry, Frydlant, Janowice i Kameralną Ligotką do Cieszyna. Pomimo wysokiej letniej temperatury udało nam się pokonać tego dnia ponad 15km. Wyprawa przyniosła nam wiele radości i zadowolenia, co potwierdzają załączone zdjęcia.

Stanisław Pawlik
Galeria
Do Pszczyny szlakiem cesarsko-królewskim

17.07.2010

Co prawda temat ten był przewidziany na sierpień, jednak mając na uwadze zagęszczenie imprez sierpniowych postanowiłem go nieco przyspieszyć. Miało to na pewno związek z potencjalną frekwencją, bo większość z Ondraszków jest gdzieś nad morzem lub na innych wyprawach. W umówionym miejscu w Pawłowicach pojawiło się jednak dziewięciu śmiałków. Byli to: Alapala, Justyna Pawlik, Franek Grelowski, Stasiu Pawlik, Piotrek Hamera, Leszek Szurman, Krzysztof Ochman i niżej podpisany. Grupka ta dodatkowo wzbudziła mój podziw silną motywacją wyjazdu, gdyż od dłuższego czasu panuje tutaj klimat podzwrotnikowy, więc kto żyw to raczej siedzi w cieniu, i to najlepiej nad wodą.

W zamian mogliśmy wypróbować jak wyglądałaby wycieczka gdzieś w Afryce, gdyż w pejzażu tylko nam palm brakowało. Intrygująca nazwa szlaku wzięła się od dawnej granicy austriacko-pruskiej, która po XVIII w. wojnach śląskich podzieliła ten teren aż do 1914r. Wyruszyliśmy zatem wzdłuż dawnej granicy po groblach dawnych stawów , w chłodnym cieniu dorodnych dębów. Po kilku kilometrach spotkaliśmy szlak żółty, który doprowadził nas polnymi drogami aż do miejscowości Studzionka. Tutaj wjechaliśmy na rowerowy szlak R-4. Trzymając się tej drogi między lasami i polami dojechaliśmy do jeziora zaporowego Łąka. Z daleka było już widać kąpielisko nad jeziorem, które z uwagi na tłumy ludzi i samochodów przypominało wielkie mrowisko. Odsapnęliśmy również i my sącząc zimne napoje i brodząc w ciepłej jak zupa wodzie.

Do Pszczyny nie było już daleko, więc niebawem wjechaliśmy do parku pałacowego gdzie dłuższy przystanek przy zagrodzie żubrów. Jak się dowiedziałem zwierzaki te żyją w Pszczynie od 150 lat, od kiedy panujący książę Hochberg nabył kilka sztuk z Białowieży od cara Rosji w zamian za stado jeleni. I był to szczęśliwy pomysł, bo kiedy po I wojnie świat. bolszewicy doszczętnie wytrzebili dziko żyjące żubry w Puszczy Białowieskiej ocalałe pszczyńskie okazy przyczyniły się do restytucji tego stada. Stadko, które widzieliśmy nie wyglądało jednak na specjalnie żywotne, lecz była to pewnie wina temperatury i kożuszka , które miały na sobie. Bardzo ciekawa była również zaaranżowana wystawa zwierząt naszych lasów oraz leśniczówki z trofeami. Moim trofeum z kolei było zdjęcie z wspaniałym porożem, z którym podobno mi było do twarzy. Hm, dziwne...

Następnie pojechaliśmy na rynek, gdzie na ławeczce oczekiwała nas cierpliwie księżna pszczyńska Daisy, rodem z Albionu. Z powodu, że była odlana z brązu nie była specjalnie rozmowna, lecz pamiątkowa fotkę którą sobie zrobiliśmy zaliczam do udanych. Muzeum Prasy Ślaskiej, gdzie mieliśmy umówione wejście niestety było zamknięte na głucho. Wynika z tego, że pomimo ustalonych godzin otwarcia muzealnicy własne pomysły kiedy i komu otworzyć. W programie wyprawy było również zwiedzanie skansenu. Tutaj można było się zapoznać z życiem mieszkańców z okolic Pszczyny w okresie XVIII- XIX w. Wiejskie chałupy były w pełni wyposażone w sprzęty z epoki, których przeznaczenia w części już trzeba się domyślać. W sąsiedztwie skansenu jest czynna karczma w oryginalnym, dawnym budynku. Jedząc podany żurek oglądaliśmy wystawę zdjęć z majowej powodzi. Rzeka Pszczynka, którą teraz ledwie można dostrzec zalała wtedy całą okolicę , a w tej karczmie wody było aż po okna.

Tu też nastąpiło rozwiązanie naszego mini- peletonu, więc każdy drogę powrotną obierał wg własnego pomysłu. Część jednak pojechała z powrotem do Pawłowic zwiedzając po drodze pałacowy park z herbaciarnią i nekropolią dawnych właścicieli Pszczyny -von Anhaltów. Razem przejechaliśmy 53 km wyłącznie ścieżkami rowerowymi , które można polecić każdemu amatorowi takich wędrówek.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Śladami żywocickiej tragedii

06.08.2010

Pomimo nie najlepszej pogody dnia 06.08.2010r. o godz. 1600 na przystanku kolejowym Hawierzów-Sucha zebrała się grupka kolarzy z Zaolzia oraz trzech Ondraszków: Leszek Szurman, Krzysztof Ochman i Stanisław Pawlik. Wycieczka rowerowa odbyła się w 66. rocznicę zamordowania 36 ludzi z Żywocic i sąsiednich wsi w dniu 6 sierpnia 1944r.

Celem wycieczki było odwiedzenie miejsc upamiętniających śmierć niewinnych ludzi. W miejscach tych początkowo postawiono drewniane krzyże, później zamieniono je na kamienne tablice z nazwiskami zamordowanych. Po odwiedzeniu wszystkich tych miejsc z prowadzącym Władkiem Kristenem przejechaliśmy pod pomnik w Żywocicach, gdzie znajduje się zbiorowa mogiła. Złożyliśmy hołd pomordowanym zapalając znicz.

Przyczyną tak krwawego odwetu była strzelanina w gospodzie Mokrosza w Żywocicach w nocy z 4. na 5. sierpnia. W akcji tej zostali zastrzeleni przez partyzantów grupy bojowej oddziału AK pod dowództwem J. Kamińskiego dwaj członkowie posterunku gestapo w Cieszynie i kierowca, który zmarł po przewiezieniu do Cieszyna. Zginął też właściciel gospody i jeden z partyzantów. W związku z zaistniałą sytuacją gestapo zdecydowało się przeprowadzić akcję odwetową skierowana przeciwko mieszkańcom wsi. Ta krwawa akcja zebrała żniwo 36 ofiar, z których 27 było narodowości polskiej, a 8 czeskiej.

Na koniec wycieczki czekał na nas słodki poczęstunek w świetlicy Domu Robotniczego przygotowany przez gospodynie MK PZKO. Wycieczka się udała a była to zasługa wspaniałego prowadzącego, który w interesujący sposób przedstawił nam historię małej wsi Żywocice.

Stanisław Pawlik
Galeria
Obóz rowerowy po „Terra incognita czyli... nieznanej ziemi tuż za miedzą”

07.08.2010 - 21.08.2010

Na początek pytanie: Jest takie państwo graniczące z Polską, o którym wiedza przeciętnego Polaka jest ograniczona do negatywnych przykładów z mediów? W księgarniach, gdzie półki uginają się od przewodników po różnych dalekich i egzotycznych krainach nie uświadczysz przewodnika czy mapy mogącej służyć pomocą w wyprawie do sąsiada. Tymczasem został tam kawał historii naszego kraju, o której wszyscy uczyli się w szkole na lekcjach historii i literatury: Poniatowski, Radziwiłłowie, Rejtan, Niemcewicz, Traugutt, Mickiewicz, Rodziewiczówna, Orzeszkowa... Gdzie to jest?

Kraina ta nazywa się ... Białoruś.

Nasz wschodni sąsiad ma obszar 207 tys. km2 i liczy ok. 10 mln mieszkańców, co daje średnią gęstość zaludnienia 49,7 os/km2. Wymarzona kraina dla rowerzystów z uwagi na całkowicie płaski teren. Najwyższe wzniesienie nazywa się dumnie Góra Dzierżyńska i osiąga zaledwie 345mnpm. Białoruś ogłosiła niepodległość stosunkowo niedawno, w 1991r, gdyż tak jak sąsiednia Ukraina powstała w wyniku rozpadu ZSRR. Kiedy początkiem roku przypadkiem rozmawiałem z Markiem Koba z Jaworzna o rowerowych planach na ten sezon i w dyskusji padła ta nazwa, od razu wiedziałem – to jest to! Przygotowania rozpoczęliśmy wcześnie, gdyż było sporo ważnych spraw do załatwienia. Przede wszystkim formalności: wiza, voucher lub zaproszenie, a do tego specjalne ubezpieczenie. Następna grupa problemów to zezwolenie na przekroczenie granicy na rowerze. I wreszcie ustalenie trasy, programu oraz zebranie niezbędnych map i przewodników. Zadania rozdzieliliśmy między siebie i ostatecznie początkiem sierpnia sprawy formalne mieliśmy za sobą. W międzyczasie pokaźna kilkunastoosobowa grupa potencjalnych uczestników zmalała do czteroosobowego zespołu: doświadczony przewodnik Edward Kaniewski z Mysłowic, który jako jedyny z nas był tam kilka lat wstecz, Marek Koba z Jaworzna - działacz PTTK i członek Komisji Kolarskiej ZGPTTK oraz dwóch członków „Ondraszka”: Alicja i Zbigniew Pawlik.

W tym składzie w piątkowy wieczór 6.08.2010 spotkaliśmy się w pociągu relacji Bielsko-Warszawa. Naszym zamiarem był przejazd via Warszawa i Łuków do Terespola. W stolicy zarezerwowaliśmy nocleg i był to dobry pomysł, gdyż mieliśmy czas na nocny spacer oraz podziwianie najnowszej atrakcji stolicy, czyli obozu samozwańczych obrońców krzyża na placu przed pałacem prezydenckim. Następnego dnia około południa na końcowej stacji w Terespolu objuczyliśmy nasze rowery całą furą niezbędnego bagażu i tak zaczęła się przygoda. Należy jeszcze wspomnieć, że z premedytacją zrezygnowaliśmy z zabrania namiotu licząc, że dla tak nielicznej grupy nie będzie problemu ze znalezieniem noclegu. Odprowadzeni nieco zdumionymi spojrzeniami kierowców oczekujących na odprawę w sznurze samochodów, dotarliśmy pod graniczny szlaban. Odprawa po stronie polskiej była bardzo symboliczna, a po przekroczeniu Bugu po moście Warszawskim trafiliśmy do nieco zaskoczonych naszym widokiem białoruskich pograniczników. Wszyscy paradowali w czapkach, która każda z racji rozmiarów mogła służyć jako mały parasol. Odprawa ku naszemu zaskoczeniu również poszła sprawnie i ograniczyła się do wypełnienia deklaracji osobowej oraz odbioru kart meldunkowych. Po ok. dwudziestu minutach wjechaliśmy na szeroką jak lotnisko drogę w kierunku Brześcia. Pierwszy przystanek nastąpił w banku, gdzie zaopatrzyliśmy się w miejscową walutę czyli białoruskie ruble (BYR). Mając kilkaset tysięcy BYR w kieszeni poczułem się jak w Polsce przed denominacją złotego.

Turystycznie rzecz biorąc Brześć to przede wszystkim twierdza, której zgodnie z dekretem ZSRR nadano tytuł „twierdza bohater”. Wybudowana w carskiej Rosji w XIXw. zapisała się krwawo w historii wojny obronnej kilkudniową obroną WP w 1939r. oraz kilkutygodniową, przez Armię Czerwoną w 1941r. Wewnątrz murów, na których wyraźnie widać ślady po pociskach, ustawiono monumentalne, kilkunastometrowe (!) pomniki obrońców (wyłącznie upamiętniające radzieckich obrońców) oraz odbudowano kilka budynków, w tym cerkiew. Od strony miasta wybudowano równie monumentalną bramę z przejściem w kształcie gwiazdy. Całość jest starannie wypielęgnowana i robi naprawdę duże wrażenie.

Pierwszy nocleg trafił się nam na... dworcu kolejowym w „komnacie oddycha”. Na większych dworcach funkcjonują bowiem mini-hoteliki zapewniające podstawowy standard, przeznaczone dla podróżnych na dalekobieżnych trasach. Wieczorny spacer po starannie utrzymanym pieszym deptaku wśród ukwieconych klombów, z ławeczkami i kafejkami pełnymi młodych ludzi pozwolił mieć nadzieję, że nie spełnią się złowrogie przewidywania malkontentów. Uspokoiły nas również sklepy spożywcze pełne wszelakiego dobra, w całkiem przyzwoitych cenach. Napotkaliśmy pomnik Adama Mickiewicza stojący pośrodku ogromnego klombu. Spotkaliśmy również tutejszą atrakcję tzn. dwukołową beczkę z napisem „kwas”, gdzie pani w białym fartuchu serwowała wyborny i orzeźwiający kwas chlebowy. Opodal, na głównym placu spiżowy Lenin wskazywał palcem świetlaną przyszłość, choć według mnie wskazywał raczej na uroczą fontannę, w której wesoło pluskały się dzieci. Rankiem uczestniczyliśmy w polskiej mszy w XIXw. kościele p.w. Podwyższenia Krzyża. Zauważyłem, że mimo dość wczesnej godziny kościół był pełen wiernych.

Po dłuższych poszukiwaniach odnaleźliśmy cmentarz żołnierzy polskich z wojny polsko-bolszewickiej 1920r. Cmentarz był wciśnięty między garaże i bloki mieszkalne, jednakże sprawiał wrażenie nie pozbawionego opieki. Z miasta wyjechaliśmy porządną asfaltową drogą w kierunku miejscowości Wysokie Litewskie. Po drodze odwiedziliśmy wieś Skoki - rodową siedzibę Niemcewiczów. Ich dwór jest obecnie w remoncie, lecz o Julianie Ursynie – pisarzu, poecie, działaczu społecznym i adiutantowi Kościuszki przypomina wmurowana tablica. Małe miasteczko Wołczyn to była siedziba rodu Poniatowskich. W miejscowym kościele, po dłuższych peregrynacjach, w 1938r. pochowano ostatniego króla Polski - Stanisława Augusta. Ekshumacja w 1989r. celem przeniesienia szczątków króla Stasia do Warszawy, natrafiła tylko na parę guzików i strzęp królewskiego płaszcza, bowiem reszta znikła, rozwleczona przez cmentarne hieny. Kościół p.w. Św. Trójcy - jedyna pozostałość zespołu pałacowego Poniatowskich - jest obecnie ruiną, jednak obstawioną rusztowaniami, co pozwala mieć nadzieję, że kiedyś świątynia wróci do dawnej świetności. Do celu pierwszego etapu dojechaliśmy wieczorem. Tutaj mieliśmy zamiar poprosić o nocleg miejscowego proboszcza. Niestety był nieobecny, lecz pan opiekujący się remontowanym kościołem św. Trójcy udostępnił nam małą szopkę wewnątrz kościelnego muru, w której na rozścielonych kartonach rozwinęliśmy wiezione obozowe wyposażenie i niebawem zasnęliśmy snem sprawiedliwych.

Nazajutrz zwiedziliśmy zespół pałacowo-parkowy Potockich z I połowy XIXw. W budynku mieściła się szkoła, lecz po przeprowadzce do nowej siedziby opuszczony, klasycystyczny budynek powoli popada w ruinę. Dzięki uprzejmości dyrektorki szkoły, która otwarła nam pałac, zaglądnęliśmy też do wnętrza stwierdzając, że za kilka lat chyba nie będzie czego zwiedzać. W podobnej kondycji był stary polski cmentarz opodal. Zaskoczył nas jednak wygląd tutejszych przystanków autobusowych, które były jednocześnie małymi galeriami malarstwa, przyjemnie kontrastującymi ze znanymi wszystkim przystankami PKS-u. Dojechaliśmy do Kamieńca, którego najważniejszym zabytkiem jest wysoka ceglana wieża, nazywana „Białą Wieżą’. Jest to jedyna pozostałość po XIIIw. zamku litewskim, a od jej nazwy wzięła się ponoć nazwa niedalekiej Puszczy Białowieskiej. Pobliska wieś Szostaków to miejsce urodzenia dyktatora powstania styczniowego - Romualda Traugutta. Po dworze niestety nie pozostał żaden ślad, jednak mieszkańcy wskazali nam miejsce, gdzie niegdyś był wybudowany, o czym świadczy pamiątkowa tablica z napisem w dwu językach.

Kolejna wieś - Siechnowicze Małe należała niegdyś do Kościuszków. Miejscowi twierdzą, że to właśnie tutaj urodził się Tadeusz, późniejszy bohater Polski i Stanów Zjednoczonych. Nie jest to całkiem pewne, lecz w budynku dawnej szkoły przygotowuje się muzeum jego imienia. Tymczasem można podziwiać okazałe popiersie wodza ustawione przed budynkiem. Pokazano nam również pozostałość parku dworskiego, a w sąsiednich Siechnowiczach Wielkich zachowała się cerkiew p.w. św. Mikołaja fundacji Pawła Kościuszki z 1727r.

Wieczorem dojechaliśmy do Kobrynia, gdzie nasz przyjazd był anonsowany przez przemiłego ks. Jana - proboszcza z Wysokiego. Otóż kiedy dowiedział się, że pod nieobecność byliśmy jego gośćmi wskoczył do auta i dogonił nas na trasie. Niespodziewane serdeczne spotkanie na drodze oprócz przemiłej pogawędki zaowocowało właśnie propozycją noclegu u ks. Czesława w Kobryniu. Przyjął nas z otwartymi ramionami, przy czym nie ukrywałem zaskoczenia, gdy dowiedziałem się, że pochodzi z bliskiej nam Istebnej. Ks. Czesław od kilku lat prowadzi tutejszą parafię i w wieczornej ciekawej dyskusji wprowadził nas w zawiłości życia miejscowej Polonii. Nazajutrz zwiedziliśmy jego kościół p.w. Wniebowzięcia NMP z 1843r., który do 1989r. pełnił funkcję hali sportowej. Przed świątynią znajduje się wojskowy cmentarz z 1920r. oraz groby ekshumowanych kilka lat temu polskich żołnierzy poległych w 1938r.

Pieszy deptak w centrum miasta był podobny do brzeskiego z tym, że tutaj można było dodatkowo zwiedzić siedzibę rosyjskiego marszałka z epoki napoleońskiej - Suworowa. Po serdecznym pożegnaniu pojechaliśmy w kierunku Berezy Kartuskiej. Po całodziennym „telepaniu się” po „grawiejkach” czyli żwirówkach, trafiliśmy na asfaltową drogę prowadzącą bezpośrednio do celu. Na odległości ponad 20km nie było na niej żadnego zakrętu, stąd stanowiła szkolny przykład perspektywy zbiegającej się w punkcie na horyzoncie. Bereza Kartuska - obecnie Bierioza - jest znana z rozległych ruin niegdyś potężnego klasztoru Kartuzów z XVIIw. oraz więzienia dla przeciwników politycznych, czynnego w okresie sanacji. Na centralnym placu w XIXw. wybudowano ładną cerkiew z kilkunastoma wieżyczkami zakończonymi baniastymi hełmami. Obok niej wystawiono mauzoleum żołnierzy poległych w latach 1975-1985 w odległym Afganistanie. Mauzoleum to uzupełnia wystawa używanego wówczas sprzętu wojskowego. Na noc zatrzymaliśmy się w miejscowym hotelu, którego standard był adekwatny do bardzo niskiej ceny - w przeliczeniu raptem kilkanaście zł.

Z miasta wyjechaliśmy główną, mocno uczęszczaną drogą, w palącym słońcu i bez szans na odrobinę cienia. Tutejsze drogi mają bowiem bardzo szerokie pobocza, więc drzewa, o ile rosną, nie są na tyle wysokie, aby ocienić drogę. Skręt w boczną drogę był dla nas zbawienny choć oznaczał nieuchronne spotkanie z „grawiejką”. Jazda po tej „rolce” wymagała sporej umiejętności balansowania rowerem. Jak się jednak przekonaliśmy, prawie wszystkie lokalne drogi mają żwirową nawierzchnię, która tylko w granicach miejscowości zamienia się na asfalt.

Następnie dojechaliśmy do wsi Hruszowo - dawnego majątku Rodziewiczów. Tutaj, za kilka złotych zjedliśmy przyzwoity obiad w kołchozowej stołówce oraz zobaczyliśmy dwujęzyczną tablicę, przypominającą, o dawnej mieszkance - Marii Rodziewiczównej, autorce znanych powieści. Umieszczono ją pod dorodnym dębem, którego pisarka nazwała „Dewajtis” w swej powieści „Lato leśnych ludzi”. Mimo poszukiwań na miejscowym cmentarzu nie udało się zlokalizować grobu rodziców pisarki, lecz można było zauważyć, że miejscowi mają szczególną estymę do koloru niebieskiego, który w jaskrawych odcieniach zdobi nawet nagrobki. Wieczór zastał nas w Żyrowicach, które dla Białorusi są tym, czym Częstochowa dla Polski. A wszystko za sprawą wizerunku Matki Boskiej wyrytej w jaspisie, która jest najmniejszą ze wszystkich czczonych na Kresach. Jej rozmiary są wielkości pudełka zapałek (5,6x4,4cm).

Historia rozpoczęła się w XVw., kiedy to pastuszkowie znaleźli na gruszy ten mały wizerunek. W następnym wieku powstał już klasztor, który do XIXw. był stopniowo rozbudowywany. Obecnie jest tu siedziba wyższego seminarium duchownego i akademii teologicznej, przy której jest prowadzony dom pielgrzyma. Dzięki uprzejmości prawosławnego przeora złożyliśmy nasze pielgrzymie ciała w tym właśnie domu. Było to jednak seminarium męskie, wobec czego Alicja musiała się z nami pożegnać i pójść na nocleg za klasztorne mury, do osobnego domu dla kobiet. Dodam jeszcze, że nocleg i wyżywienie było gratisowe, lecz następny dzień zaczął się dla nas od „służby” czyli udziału w porannym nabożeństwie.

W okolicy Żyrowic tryska kilka źródeł znanych z uzdrawiającej wody. Odwiedziliśmy jedno z nich i trzeba przyznać, że miejsce było oblegane przez ludzi objuczonych różnej wielkości pojemnikami.

Z Żyrowic jest już niedaleko do Słonimia, gdzie dojechaliśmy, korzystając z pasa rowerowego wydzielonego z szerokiej asfaltowej szosy. W tym pięknym mieście zachwyciło nas bogate wnętrze barokowego kościoła św. Andrzeja z XVIIIw. Inne katolickie świątynie obecnie funkcjonują jako prawosławne cerkwie, za wyjątkiem remontowanego XVII w. kościoła i klasztoru Bernardynek, który obecnie zajmuje zakon Niepokalanek. Tego dnia celem podróży były Baranowicze, które dzięki węzłowi kolejowemu z niegdyś prowincjonalnego miasta stało się dużym ośrodkiem przemysłowym. Z historii wiemy, że urodziła się tutaj utalentowana ilustratorka Maja Berezowska, choć nie natrafiliśmy na ślad jej obecności. Nie udało się też zlokalizować czynnej „turbazy” czyli schroniska turystycznego i wobec braku innych propozycji wynajęliśmy pokoje w nowoczesnym wielopiętrowym hotelu „Horyzont”. Penetrując wyposażenie hotelowej łazienki, ze wzruszeniem przeczytałem napis na plastikowej rurze kanalizacyjnej. Okazało się, że pochodzi z Cieszyna.

Wczesnym rankiem, z dworca Baranowicze Poleskie „elektryczką” tzn. pociągiem podmiejskim za 7zł (!), pojechaliśmy do odległej o przeszło 200km stolicy państwa – Mińska. Całodniowy pieszy spacer wzbogacił nas o nowe doświadczenia. Miasto było kilkakrotnie niszczone w czasie ostatniej wojny, więc prawie w całości legło w gruzach. Odbudowane, przypomina powstałe w latach 50-tych warszawskie dzielnice. Dominowały tam monumentalne, ciężkie, socrealistyczne budynki, szerokie place i promenady, a także ładnie zaaranżowane parki z fontannami. Wobec czujnych spojrzeń ochrony, pałacu prezydenckiego nie udało się sfotografować, lecz potężny pomnik Lenina przed parlamentem - jak najbardziej. Usytuowany na centralnym placu, gdzie zgodnie sąsiadują ze sobą rządowe budynki, w tym: parlament, uniwersytet a także katolicka świątynia z 1910r., która z racji elewacji cegły nazywana jest „czerwonym kościołem”. Plac ma swoje podziemia, gdzie znajduje się obszerny, trzykondygnacyjny pasaż handlowy. Na malowniczym jeziorze pośrodku miasta leży „Wyspa Łez” z przejmującym mauzoleum, wybudowanym w hołdzie żołnierzom, którzy nie wrócili z Afganistanu. Ciekawa była również ekspozycja w Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Jednak trzeba zaznaczyć, że dla Białorusinów wojna to wyłącznie okres między 1941-1945 rokiem, a to, co zdarzyło się wcześniej, jest traktowane jako wyzwolenie zachodnich terenów kraju spod polskiej dominacji.

W następnym dniu „elektryczka” podwiozła nas wraz z rowerami do stacji Gorodeja, skąd wyruszyliśmy najpierw na północ, w kierunku miejscowości Mir, a następnie na południe, do siedziby Radziwiłłów - Nieświeża. W obu tych miastach znajdują się zabytki, które chyba jako jedyne na Białorusi zostały wpisane do rejestru światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. W Mirze można podziwiać wspaniale zachowany XVIw. zamek obronny, który do wybuchu wojny pozostawał w prywatnych rękach rodziny Światopełk-Mirskich. Okazała, modernistyczna, prawosławna kaplica grobowa została wybudowana opodal zamkowych murów i nadal kryje doczesne szczątki właścicieli.

Nieśwież jako rodowa siedziba Radziwiłłów słynęła w XVIw. z renesansowej rezydencji pałacu-fortecy, jak i ogromnej biblioteki, obecnie podzielonej i wchodzącej w skład kilku znaczących zbiorów w Europie. Nieświeski zamek – wciąż bardzo efektowny - wraz z całym założeniem jest poddany gruntownemu remontowi. W wodach pobliskich stawów odbija się kopuła kościoła p.w. Bożego Ciała. Zbudowany na wzór rzymskiego kościoła „Il Gesu” stanowi jedną z pierwszych budowli barokowych w tej części ówczesnej Rzeczpospolitej i jest rodową nekropolią Radziwiłłów. W podziemiach pochowano w jednakowych 102 trumnach kilka pokoleń członków tego bogatego rodu. W tym kościele kaznodzieją był jezuita Andrzej Bobola, później wyniesiony na ołtarze.

Kolejny dzień upłynął pod znakiem Mickiewicza. Najpierw pojechaliśmy do Zaosia. Dworek w którym urodził się wieszcz, ku mojemu zaskoczeniu stoi na zupełnym pustkowiu pośrodku ogromnego pola kukurydzy, gdyż wieś Zaosie jest oddalona o dobrych kilka kilometrów. Dotarliśmy tutaj dobrą asfaltową drogą kierując się drogowskazami, lecz już zaczynaliśmy wątpić, czy aby jedziemy w dobrym kierunku. Uroczy dworek wraz z pozostałymi zabudowaniami gospodarczymi został z pietyzmem odtworzony wg starych rycin oraz opisów. Wnętrze, również wiernie odzwierciedla epokę, kiedy hasał tu mały Adaś. W klimat epoki wprowadził nas kustosz muzeum, który okazał się być wielkim pasjonatem swojego fachu. Na zakończenie zdradził nam, gdzie należy szukać przedwojennego pomnika „trzech pochodów” upamiętniającego polskie krucjaty. Nie bez problemów znaleźliśmy go na skraju lasu. Uszkodzony pociskami, obrabowany z napisów, z orłem z utrąconą koroną monument nadal robi spore wrażenie, przypominając polski udział w napoleońskiej wyprawie na Moskwę, Legionistów oraz wojnę z bolszewikami.

Następnie kierujemy się na jezioro Świteź. Leży ono na Wysoczyźnie Nowogródzkiej, która wystając ponad jednostajną płaszczyznę Polesia, dodaje uroku okolicy urozmaiconym krajobrazem przypominającym nasze Mazowsze. Zmęczeni upałem w końcu wjechaliśmy do Płużyn ciemnego boru i jak radził Mickiewicz w ”Switeziance” - „zatrzymaliśmy swe konie aby przypatrzeć się jezioru”. A widok był doprawdy zaskakujący. W kłębowisku ludzi opalających i kąpiących się, zarówno jeziora jak i kamienia z tym słynnym wersetem prawie nie było widać. Wystarczyło jednak przejechać kilkaset metrów w bok, aby w pełni odkryć urok tego niezwykłego miejsca. Jezioro w kształcie prawie regularnego koła o pow. ok. 1,5ha i głębokości 15m stanowi wielką, biologiczną zagadkę z uwagi na występujące tutaj endemity. Najpiękniejszym przeżyciem tego dnia była jednak kąpiel w cudownie chłodnej wodzie. Warto dodać, że w pobliżu brzegu, na terenie należącym do sanatorium Świteź, z głębin wynurza się postać Świtezianki, którą kąpiący się wykorzystują prozaicznie jako słupek do skakania.

W niedalekim Nowogródku kierujemy się do klasztoru sióstr Nazaretanek, które chętnie użyczają nam noclegu w prowadzonym na terenie klasztoru domu pielgrzyma. Miasto w okresie międzywojennym było nobilitowane na siedzibę województwa. Obecnie nie ma już tego statusu, co wcale nie umniejsza jego uroku. Z zainteresowaniem zwiedziliśmy pozostałości zamku książąt litewskich, kościół farny, gdzie przed wiekami król Władysław Jagiełło poślubił księżniczkę ruską Sońkę i ochrzczono małego Adasia, kopiec Mickiewicza oraz muzeum z pomnikiem jego imienia. W pobliskiej klasztornej szkole prowadzonej przez dominikanów, Mickiewicz rozpoczynał swoją przygodę z nauką. Słowem - co krok to zabytek, więc nie ma wątpliwości, że Nowogródek to malownicze i magiczne miejsce.

Następnym etapem była Lida, do której docieramy wieczorem, przejeżdżając przez Puszczę Nalibocką i przekraczając majestatyczny Niemen. Lida to miasto z bogatą przeszłością. Założona w 1323r. może pochwalić się najstarszym zabytkiem - okazałym zamkiem warownym z wysokimi na 15m grubymi murami i dwoma flankującymi wieżami. W bocznym ołtarzu kościoła p.w. Podwyższenia Świętego Krzyża z 1770r. umieszczono cudami słynący obraz zwany Matką Boską Lidzką. My akurat trafiliśmy na gorączkowy lifting całego miasta. Rozkopane było dosłownie wszystko: od podziemnych kolektorów i sieci, przez nawierzchnię chodników, parków i ulic, po generalny remont dworca kolejowego. Wszystko, w tym zamek, było w remoncie. A przyczyną całego zamieszania była decyzja ulokowania tutaj centralnych obchodów republikańskich dożynek. Totalny zakres prowadzonych robót pozwala mieć nadzieję, że miasto wypięknieje, o ile, oczywiście, zostaną one kiedyś zakończone. Dzięki uprzejmości pani dyrektor, na nocleg zatrzymaliśmy się w pomieszczeniu klubowym miejscowego „Domu Polskiego”. Spore wrażenie zrobiła prowadzona tu polska biblioteka licząca kilkanaście tysięcy książek. Jest ona ponoć bardzo popularna wśród miejscowej Polonii, która stanowi tutaj prawie 40% ogółu mieszkańców.

Nazajutrz znów skorzystaliśmy ze znanej już „elektryczki” i rowerową peregrynację rozpoczęliśmy od nieodległej miejscowości Murowanka, gdzie zobaczyliśmy unikalną, gotycką cerkiew obronną. Następne godne zwiedzenia miejsce to Wasyliszki, w których znajduje się nieprzerwanie czynny, barokowy kościół p.w. Jana Chrzciciela. Akurat trafiliśmy na smutny obrządek pogrzebowy. Zauważyłem, że trumna była obita czerwonym suknem, a wieńce prawie bez wyjątku są wyprodukowane z plastiku. Co kraj to obyczaj. Miasteczko to stanowi również ciekawy przykład nowej zabudowy. Obszerne domy, osiedla i budynki użyteczności publicznej posadowiono pośród dróżek i starannie wypielęgnowanych klombów pełnych kwiatów.

Sąsiednie Stare Wasyliszki nie powinny być obce fanom nowoczesnej muzyki. Tutaj bowiem w 1938r. urodził się i mieszkał do 1958r. Czesław Wydrzycki, później znany jako Niemen. Ten sławny kompozytor i piosenkarz urodził się w małym drewnianym domku na skraju wsi, który zgodnie z ambicją miejscowego komitetu stanie się siedzibą muzeum folklorystycznego oraz izbą pamięci poświęconą zmarłemu w 2004r. piosenkarzowi. Domek na razie jest pusty, lecz słuchając opowieści kustosza wydaje się, że niebawem będzie to miejsce, które warto odwiedzić. Wieczorem dojechaliśmy do przysiółka Obrub, gdzie znajdowało się gospodarstwo agroturystyczne. Rozległa posiadłość z własnym jeziorem i basenem mocno kontrastuje z tym co dotychczas poznaliśmy. Standard oferowanych noclegów mógł już sprostać wymogom przeciętego turysty. Jednakże turystyka nie stanowi jeszcze mocnej strony Białorusi, gdyż w czasie dotychczasowej podróży napotkane obce rejestracje można było policzyć na palcach jednej ręki.

Rankiem wyruszamy w kierunku Szczuczyna. Po nieodłącznej „grawiejce” dojeżdżamy do wsi Bogdany, gdzie chcieliśmy zobaczyć pomnik upamiętniający miejsce śmierci znanego dowódcy AK porucznika Jana Piwnika „Ponurego” oraz jego żołnierzy. Napis na pomniku był dość ogólnikowy, jednak miejscowi opowiedzieli nam historię tragicznych wydarzeń z 1944r. Tablicę, która miała tutaj zostać wmurowana, zgodnie ze wskazówkami znaleźliśmy umieszczoną w Domu Polskim w Szczuczynie. Szczuczyn to pięknie położone miasteczko z obecnie remontowanym klasycystycznym pałacem rodziny Scipio del Campo, z której wywodził się pionier lotnictwa. Wcześniej rezydencja należała m.in. do Ksawerego Druckiego–Lubeckiego, który m.in. był inicjatorem budowy kanału Augustowskiego. Pałac jest malowniczo położony nad dużym stawem, a po przeciwnej stronie w wodzie odbijała się kopuła kościoła ojców Pijarów, przy którym w 1669r. założono cieszącą się dużą sławą szkołę. Istniał tu również pierwszy na ówczesnej Litwie ogród botaniczny założony przez przyrodnika – pijara Bonifacego Jundziłła.

Po upałach, które dotychczas nas nieprzerwanie nękały, nagłe ochłodzenie powitaliśmy z radością, jednak ciemne chmury na horyzoncie nie wróżyły nic dobrego. Ledwie zdążyliśmy dojechać do przystanku autobusowego, kiedy zaczęła się potężna nawałnica z piorunami. Strugi wody w momencie zamieniły drogę w rzekę, a świat zniknął w deszczowych chmurach. Ulewa jednak nie trwała długo i kiedy niebawem pojawiły się przebłyski słońca, mogliśmy kontynuować naszą rowerową peregrynację. Z zabytków, jakie spotkaliśmy w tym dniu warto odnotować przepiękne kościoły w Różance oraz w Łunnej, które zostały wykonane z kamienia polnego, a także największy na Białorusi drewniany kościół w miejscowości Wołpa. Zwiedzając te i inne zabytkowe świątynie na naszej trasie należy pamiętać, że są one w zdecydowanej większości czynne i po sowieckich czasach, kiedy służyły różnym nie-sakralnym celom, zostały w większości starannie odrestaurowane i zwrócone miejscowym społecznościom.

Wieczorem dojechaliśmy do miejscowości Mosty, gdzie zamierzaliśmy skorzystać z hotelu. Tym razem jednak ze względu na brak miejsc, okazało się to niemożliwe. Z opresji wybawił nas proboszcz kościoła katolickiego, dzięki któremu trafiliśmy na nocleg do... babci. Babcia mieszkała w niewielkim drewnianym domku obok kościoła i chętnie użyczyła nam dachu nad głową i obdzieliła nas warzywami ze swego ogródka. Nazajutrz po serdecznym pożegnaniu pojechaliśmy na spotkanie miejsc, gdzie historia styka się z miejscami znanymi z prozy Elizy Orzeszkowej. Podążając polną drogą wzdłuż majestatycznie płynącego Niemna, natrafiliśmy najpierw na wioskę Miniewicze. To tutaj pani Eliza pisała powieść „Nad Niemnem”. Zachował się autentyczny drewniany dom z epoki, obecnie w rekonstrukcji, lecz wg zapewnień robotników niedługo powstanie w nim izba pamięci pisarki. Zaprowadzili nas też do położonej w pobliskim lesie mogiły powstańców z 1863r. opatrzonej napisem „Gloria Victis” - Chwała Zwyciężonym.

Opodal leży osada Bohatyrowicze, w której napotkaliśmy rodzinę noszącą to znane nazwisko. Prowadzeni przez panią Teresę Bohatyrowicz doszliśmy do symbolicznego grobu Jana i Cecylii, położonego na wysokiej nadniemeńskiej skarpie. Błądząc po polnych drogach i bezdrożach docieramy w końcu do Swisłoczy, skąd główną drogą, poganiani przez deszcz, pędzimy do stolicy regionu - Grodna. Dotarliśmy tam o zmierzchu, więc niewiele się namyślając staliśmy się gośćmi hotelu „Inturist”. Należy jednak dodać, że standard hotelu sięgał raczej poprzedniej epoki, natomiast cena za pokój była jak najbardziej współczesna.

Cały następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Grodna, miasta, które mocno odcisnęło piętno na dawnej i współczesnej historii Polski. To tutaj często przebywali polscy królowie. Tu również dokonali żywota niektórzy z nich: Kazimierz Jagiellończyk w 1482r., wcześniej jego syn św. Kazimierz (patron Litwy) w 1484r. oraz Stefan Batory w 1586r. Tutaj odbył się też w 1793r. ostatni sejm, który zatwierdził traktat rozbiorowy, tu wreszcie mieszkał i w 1795r. abdykował ostatni król Stanisław August Poniatowski. Podczas wojny obronnej w 1939r. Grodno jako jedno z niewielu kresowych miast stawiło kilkudniowy zbrojny opór wojskom sowieckim. Przypomina o tym tablica w katedrze poświęcona miejscowym harcerzom.

Miasto jest pięknie położone nad głębokim jarem Niemna. W panoramie dominuje pojezuicki kościół św. Franciszka Ksawerego., pełniący obecnie funkcję katedry czyli siedziby biskupa. Jest to jedna z największych budowli ówczesnej Rzeczpospolitej. Malowniczo prezentują się też wieże cerkiew, pozostałych klasztorów i kościołów, pożarowej wieży dozorowej, a także futurystycznego budynku teatru. Grodno ma aż dwa zamki - stary i nowy, i oba są siedzibą bogatego muzeum historycznego. Na nadrzecznej stromej skarpie w XIIw. wybudowano cerkiew św. Borysa i Gleba. W 1856 r. doszło do nieszczęścia: część świątyni osunęła się wraz z gruntem do rzeki. Później odbudowano ją już jako drewnianą, więc całość wygląda dość oryginalnie. Równie oryginalny jest pomnik jednostek ochrony pogranicza, którego instalacja zajmuje sporych rozmiarów plac. Starówka grodzieńska jest ładnie odrestaurowana i sprawia miłe wrażenie. Równie pozytywnego zaskoczenia doznaliśmy w miejscowej księgarni bogato zaopatrzonej we wszelkie przewodniki i mapy oraz inne rarytasy bibliofilskie, których u nas nie uświadczysz. Za niewielkie pieniądze nasz bagaż wzbogacił się o interesujące każdego turystę pozycje.

Warto było zwiedzić dom - muzeum Elizy Orzeszkowej, która w tym mieście przeżyła większość życia i tu też zmarła. Jej dworek jest położony pośrodku miasta i został z pietyzmem urządzony oryginalnymi meblami, obrazami i przedmiotami codziennego użytku pisarki. Obok dworku pyszni się wyniosły katedralny sobór garnizonowy z XIXw. Wewnątrz umieszczono tablice upamiętniające ofiary wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905r. oraz poległych w Afganistanie w latach 1975-1985. Zaskoczyły mnie zupełnie nietypowe współczesne ikony przedstawiające zmagania dostojników prawosławnych z bolszewikami. Pojechaliśmy również na stary cmentarz katolicki, gdzie w gąszczu XIXw. polskich nagrobków znajduje się zadbany granitowy pomnik pisarki, a opodal jest również grobowiec jej matki – jak głosi wykuta w kamieniu inskrypcja.

Późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu i nazajutrz pożegnaliśmy to miłe miasto, obierając kurs na graniczną miejscowość Bruzgi. Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy w strefę nadgraniczną o czym przypominała ogromna tablica przydrożna. Granica w tym miejscu jest poprowadzona lądem i nie można było nie zauważyć szerokiego pasa zaoranej ziemi niczyjej, odgrodzonej z obu stron kolczastymi drutami. Tutaj, po dwu tygodniach spędzonych na rowerze i przejechaniu ok. tysiąca kilometrów, żegnamy Białoruś, kraj przyjaznych ludzi, gdzie doświadczyliśmy tylu ciekawych i pozytywnych przeżyć. Odprawa graniczna była równie sprawna jak przy wjeździe i właściwie ograniczyła się do oddania niezupełnie wypełnionych kart meldunkowych.

Siedząc w pociągu pędzącym w stronę Katowic, zrobiłem wstępne podsumowanie. Na podstawie naszych doświadczeń wysnułem konkluzję, że Białoruś jest krajem przyjaznym turystom - w tym rowerowym - pod warunkiem, że godzą się na pewną improwizację i niewygody. Drogi asfaltowe mają przyzwoitą nawierzchnię, choć większość trasy pokonaliśmy, jadąc po żwirówkach - „grawiejkach”. Nie ma problemu z zaopatrzeniem w żywność, a miejscowi są dla przyjezdnych bardzo życzliwie nastawieni. Kto jest zainteresowany historią i współczesnością dawnych Kresów na pewno nie wyjedzie stąd zawiedziony. Nie bez znaczenia jest też fakt, że ceny zarówno artykułów spożywczych, jak i usług (pociągi, muzea) jak na razie są dla nas więcej niż przystępne.

Zupełnie powaliła mnie na kolana czystość w miastach i dworcach kolejowych, wygląd przystanków autobusowych przypominających galerię sztuki, wcale nie incydentalną obecność ścieżek rowerowych, zupełny brak reklam (z wyjątkiem patriotycznych) oraz pozytywne nastawienie mieszkańców, mimo rzeczywiście niełatwych warunków finansowych. Utkwił mi też w pamięci napis zajmujący całą elewację pewnego domu w Grodnie, który głosił wszem i wobec, że: „Ja lubliu tiebia Białoruś”. Hmm... coś w tym musi być.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rajd Rowerowy Osób Niesłyszących

14.08.2010

Trasa rajdu prowadziła z Goleszowa do Górek Wielkich. Uczestnikami byli kolarze z Koła Terenowego Cieszyn. Trzeba dodać, że PZG Koło Terenowe Cieszyn aktywnie uczestniczy w naszych Rowerowych Rajdach Rodzinnych, a p. Aneta Ogierman na mecie ostatniego rajdu uczyła nas jezyka migowego.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rajd Kolarski im. Ryszarda Mielnika

28.08.2010

O organizacji tego rajdu postanowiono na spotkaniu Rady Regionalnej Turystyki Kolarskiej woj. Śląskiego jeszcze na wiosnę. Rajd jest związany z 10-leciem śmierci nieodżałowanej pamięci śp. Ryszarda Mielnika. Długo by wymieniać zasługi tego znanego działacza turystyki kolarskiej, jednak dla nas - Ondraszków najważniejsze było to, że jak wspomina „Szeryf” Władek Sosna, był on również w jakiś sposób związany z założeniem naszego klubu. Otóż metodą delikatnej perswazji „Mały Rysiu” jak go ochrzczono z racji słusznego wzrostu, przekonał „Szeryfa”, że w cieszyńskim PTTK nie tylko chodzi się piechotą po górach, lecz również zdało by się nadać ówczesnym pasjonatom turystyki kolarskiej jakąś formę bardziej zorganizowaną, co też się stało prawie 45 lat temu. A później przez wszystkie lata gorąco wspierał i kibicował poczynaniom Ondraszka. Zainteresowanych drążeniem tego tematu odsyłam do książki „40 lat z Ondraszkiem na rowerze”.

W tej sytuacji również nie mogło nas zabraknąć na rzeczonym rajdzie. Ze względu na niepewną pogodę oraz spora odległość klub reprezentowały tylko dwie osoby: „Rechtór” i „AlaPala”. Nasza wycieczka rozpoczęła się przy drewnianym kościele w Borowej Wsi. Deszcz przeczekaliśmy pod kościelnymi sobotami. Przy okazji doceniliśmy ten zmyślny element budowli, który pozwalał właśnie na schronieni się pod daszkiem na zewnątrz kościoła. Jak tylko trochę przestało padać pojechaliśmy na metę zagubioną gdzieś w borowskich lasach. Trafić jednak nie było trudno, gdyż kierowaliśmy się koleinami rowerów które przejechały tędy przed nami. Zebrało się tam sporo ludzi - prawie pięćdziesiąt kolarzy z kilkunastu śląskich klubów. Była również obecna m.in. p. Krystyna Mielnikowa - żona ś.p. Ryszarda.

Korzystając z przerwy w deszczu rozegrano kilka konkurencji sprawnościowych. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję że „Alapala” zajęła 3. miejsce w konkurencji „żółwiej jazdy”, natomiast moja skromna osoba wykazała się zręcznością, zająłem bowiem 2. miejsce w oryginalnej konkurencji „chwytania patyczka”.

Większość z zebranych znała śp. Ryszarda z autopsji, toteż przypomnieliśmy Jego sylwetkę odgrzebując w pamięci wspomnienia z przeróżnych sytuacji i spotkań. Potwierdziliśmy też udział w spotkaniu na cmentarzu w katowickiej dzielnicy Dąb, przy Jego mogile dniu 16.09. W drodze powrotnej zahaczyliśmy też o zamek w Chudowie. Zamkowe muzeum co prawda nie było czynne, ale mieliśmy możliwość poznania bliżej postaci ze śląskich legend i powiastek. W różnych miejscach parku były bowiem zaczajone na przechodniów utopce, strzygi i insze lucyfery. Dobrze, że były sztuczne i dlatego trochę nieruchawe, a my zwiedzaliśmy Chudów w dzień a nie w nocy.

Jednak nasze nieco nadszarpnięte nerwy ukoiliśmy w miejscowej karczmie racząc się „czoskulą”. Następnie przez Paniowy i Paniówki przyjechaliśmy do punktu wyjścia mając za sobą prawie 40km rowerowej trasy.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Tatry Słowackie

02.09.2010 - 06.09.2010

Minął rok i znów trzeba było przygotować sprzęt w góry. Tym razem jedziemy w Tatry, ale z drugiej strony - na Słowację. O 600 rano bus kierowany przez Piotra zabrał nas, czyli: Wandę i Leszka, Zośkę i Irkę, Krysię, Wisię i Jarka oraz Stasia Pawlika (nie-Ondraszka) w podróż do Starego Smokowca. Jest to część miasta Wysokie Tatry, w którego skład wchodzi 13 miejscowości, między innymi Poprad, Stary, Nowy, Górny, Dolny Smokowiec, Tatrzańska Łomnica i inne. Drugie auto, którym kierował Kazik, wiozło Basię, Andrzeja "Skrybę" i Mariana Ustrzyckiego.

Po drodze widzieliśmy już ośnieżone szczyty, które zapowiadały, że wędrówki mogą być ciężkie. Droga minęła nam szybko i bez większych perypetii. Po przyjeździe na kwaterę, którą był cały dom przeznaczony do naszej dyspozycji, i rozpakowaniu się, nastąpiła krótka narada. Jedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy i tam "zrobimy" jakąś krótką trasę. Całe Wysokie Tatry można przejechać "elektriczką" tramwajo-pociągiem, który kursuje po dwóch trasach i łączy wszystkie miejscowości Wysokich Tatr. Jedna linia prowadzi z Popradu przez Stary Smokowiec do Szczyrbskiego Jeziora, a druga, również do Szczyrbskiego Jeziora, ale z Tatrzańskiej Łomnicy przez Stary Smokowiec.

Z Tatrzańskiej Łomnicy ruszyliśmy niebieskim szlakiem (ok. 3 godz.) w kierunku malowniczych wodospadów na potoku Zimna Woda(Studeny Potok)przy Schronisku Reinera. Była to dosyć mocna zaprawa na początek naszego pobytu w górach. Powrotna droga to był "pikuś" - dobrze utrzymana utwardzona droga do Siodełka(Hrebienok), a później asfaltem do Starego Smokowca. Tam stanęliśmy przed wyborem: czekać ok. 1 godz. na połączenie do Dolnego Smokowca, lub 3,5 km spacerkie, z górki, ścieżką wzdłuż głównej drogi. Niektórzy z nas postanowili drogę z Siodełka skrócić sobie zjazdem na "kolebeżce" (hulajnodze). Wieczorem była odprawa przed następnym dniem oraz śpiewy przy gitarze i harmonijkach.

Piątek nie potrafił się zdecydować, jaką pogodą nas uraczyć - trochę słońca, trochę chmur. Znów jedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy, aby wyjechać na Łomnicę. Trasa wędrówki prowadzi do Łomnickiego Schroniska (1725mnpm.), prawie cały czas pod linią kolejki linowej oraz trasą budowanej nartostrady. Od ok. 1500m zaczyna się już śnieg, ale można jeszcze w miarę bezpiecznie iść. Gromadka nasza rozciągnęła się dosyć mocno po trasie. Pierwsi na szczycie nie mieli szansy na bilety na Łomnicę, gdyż było zbyt wielu chętnych, a kolejka jakiś czas nie jeździła. Gdy my tam dotarliśmy, to czołówka była już gotowa do zejścia czerwonym szlakiem przez Schronisko Zamkowskiego i Schronisko Bilika do Starego Smokowca i na kwaterę. Nasze późniejsze wejście zaowocowało tym, że kolejka na szczyt jeździła z większą częstotliwością i był możliwy wyjazd. Skorzystali z tego Krysia, Wisia i Andrzej. Wcześniej wjechał również Stasiu Pawlik. Drogę powrotną do Tatrzańskiej Łomnicy odbyliśmy wszyscy czworo w kolejce gondolowej.

Sobota była podobna do piątku, jeśli chodzi o pogodę. Więc ja nie byłem przekonany, aby jechać z całą grupą do Popradskiego Jeziora i próbować wejścia na Rysy, tym bardziej, że poprzedniej nocy padał śnieg w górnych partiach i mogło być zagrożenie lawinowe. Rozstaliśmy się z grupą w S.S.i "lanovka" (naziemna kolejka linowa) wwiozła naszą trójkę: Krysię, Wisię i mnie, na Hrebienok. Stamtąd czerwonym szlakiem "Tatrzańską Magistralą" poszliśmy do Schroniska Zamkowskiego. Po drodze, oprócz wspaniałych widoków, mogliśmy zobaczyć prawdziwego górskiego tragarza, dostarczającego zaopatrzenie do schroniska. Na pewno nie niósł takiego jak rekordzista (205kg), ale jego bagaż był i tak imponujący.

Jarek "Bystry"
Galeria
IV wyprawa do ujścia Olzy im. W. Janika

12.09.2010

Można założyć, że pomysł zainicjowany na którymś z dawniejszych spotkań przy źródle Olzy trafił na podatny grunt. Grażyna i Genek - duet prowadzący dzisiejszą wyprawę pewnie nie spodziewali się takiego tłumu kolarzy żądnych poznać miejsce gdzie Olza wpada w objęcia Odry. Z samego Cieszyna wyjechało ok. 30 kolarzy, więc zajęliśmy wszelkie wolne miejsca w pociągu. A na dworcu w Boguminie, gdzie wyznaczono start oczekiwało już drugie tyle uczestników. Oprócz tradycyjnie licznych ondraszków i beskidzioków, byli również obecni reprezentanci klubów: niezawodny „Wiercipieta” z Jastrzebia, i gościnnie „Wandrus” z Żor, ”Wagabunda” z Katowic oraz kolarze z Raciborza.

Szybko uporaliśmy się ze sprawami organizacyjnymi i tym 60-osobowym peletonem rozciągniętym w długą sznurówkę ruszyliśmy w stronę granicy. Po drodze Genek zapoznał nas z historią nowobogumińskiej fary i opowiedział o tajemniczym miejscu gdzie przed wiekami grzebano ofiary zarazy. W Starym Boguminie trafiliśmy na imprezę folkorystyczną „jarmark na granicy”, więc przy okazji można było podziwiać członków zespołu ludowego ubranych w miejscowe stroje regionalne jakże różniące się od naszych, cieszyńskich.

Najpierw skierowaliśmy się do barokowego kościoła, w którym jest wystawiony słynący łaskami obraz MB Różańcowej. Po kościele i jego zakamarkach oprowadzał nas młody człowiek, pełniący funkcję kościelnego. W nieco dziwnym polsko-czeskim narzeczu opowiedział nam mnóstwo ciekawych historii i oprowadził po zbiorach, których mogłoby pozazdrościć niejedno muzeum. Proboszcz, któremu miejscowi znosili rożne zabytkowe, a im niepotrzebne przedmioty wykazał się niesamowitą inwencją adaptując na wystawę muzealną poszczególne pomieszczenia w kościelnej wieży, wraz z poddaszem. Czego tam nie było: stare zabawki i meble, obrazy i zegary, aparaty fotograficzne i książki, grający patefon(!) i maszyna do szycia.

Jednak najciekawszą była sala ze zbiorami artefaktów kościelnych, a zwłaszcza Biblia z 1598r(!) drukowana w Krakowie. Dosłownie rzuciło nas na kolana, że tak zacna 400-letnia księga leżała sobie ot po prostu na półce i można było po nią sięgnąć i wertować. W muzeum podziwianie jej ograniczyłoby się pewnie do oglądania okładki, a i to przez pancerną szybę i pod czujnym okiem kamer.

Po zwiedzeniu fary jakoś przebiliśmy się przez tłumy ludzi uczestniczących w festynie zlokalizowanym dosłownie w miejscu dawnego przejścia granicznego w Chałupkach i ruszyliśmy w stronę miejscowości Olza. Po drodze chcieliśmy również zwiedzić atrakcyjny rezerwat przyrody „meandry Odry”. Jednak mamy wyraźnego pecha, bowiem teraz, tak jak podczas naszej ostatniej wizyty kilka lat temu powódź zdemolowała nadbrzeżne łąki, więc przejazd był niemożliwy.

Z mostu opodal było widać miejsce połączenia obu rzek, lecz podjechaliśmy rowerami aż do miejsca, skąd można było dojść aż nad sam brzeg. Brzeg po ostatniej wysokiej wodzie był bardzo urwisty, lecz prowadzący zadbali też o zabezpieczenie liną, ułatwiające zejście aż nad wodę. Stojąc tym razem z polskiej strony i patrząc się na to magiczne miejsce połączenia obu rzek, zaintonowaliśmy chóralnie „Płyniesz Olzo...”.

Po zapowiadane jedzonko pojechaliśmy do nowo otwartego campingu w Olzie. Już z daleka było widać, że został opanowany przez rowerzystów, gdyż wyznaczono tutaj również metę rajdu kolarskiego z Wodzisławia Śląskiego. Miejsce i żurek był OK, jednak było na tyle głośno, że aby podsumować nasz rajd musieliśmy odjechać nieco poza camping. Przede wszystkim wielkie brawa zebrali p. Klapuchowie jednocześnie prowadzący i organizatorzy tej wyprawy. Rajd był bowiem profesjonalnie przygotowany i ciekawie prowadzony, zadbano nawet o takie drobne przyjemności jak rozdane drobne jedzonko na trasie oraz regionalne mapy tras rowerowych.

Leszek Wolny prezes katowickiego Wagabundy otrzymał z kolei od „Ondraszka” upominek z okazji 25-lecia powstania klubu. Do Gorzyczek pojechaliśmy jeszcze wspólnie. Tutaj część peletonu udała się do Wierzniowic i z powrotem do Bogumina, a pozostali poprzez Godów i Gołkowice pojechali do Karwiny, skąd już tylko w piątkę obraliśmy kurs na Cieszyn rowerową ścieżką przez Stonawę i Podoborę. Przy sprzyjającej pogodzie przejechaliśmy 63km z postanowieniem: Do zobaczenia na następnym rajdzie do ujścia Olzy.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Spotkanie w 10 rocznicę śmierci Ryszarda Mielnika

16.09.2010

Jak się rzekło, dokładnie po 10-ciu latach od pogrzebu znów zebraliśmy się nad mogiłą „Małego Rysia”. Tym razem Ondraszka reprezentowali: dawny prezes „Jędruś” A. Słota, „Afi”, „Rechtór” (J i Z. Pawlikowie) oraz W. Nowak z Bielska-Białej. Następnie wszyscy udali się do pobliskiego kościoła gdzie uczestniczyliśmy we mszy św. w intencji Zmarłego, a później udaliśmy się do salki parafialnej. Tam przy herbatce i drobnym poczęstunku wspominaliśmy wielkie dokonania „Małego Rysia”.

Spotkaniu przewodniczył St. Radomski Szef Rady oraz osobisty przyjaciel Zmarłego. Rozdał też drukowane wspomnienia wydane w formie broszurki przygotowane wcześniej z przesłanych prac (w tym i od naszego „Szeryfa”). Na spotkaniu było obecnych sporo dawnych i obecnych działaczy PTTK, w tym również J. Szczygielski z Bielska–Białej z którym w dawnych czasach mocno współpracowaliśmy. Pani Krystyna Mielnikowa w ciepłych słowach podziękowała zebranym za pamięć, a organizatorom za trud przygotowania tego spotkania.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zlot Gwiaździsty Trzech Braci

18.09.2010

Jest rok 810. Wśród niezmierzonej puszczy, niedaleko leniwie płynącej rzeki znajdowała się niewielka polanka. Na jej skraju tryskało źródełko. Nagle leśną ciszę przerywa trzask łamanych gałęzi i rumor jakiegoś pędzącego stada. Co to za wataha? Dziki, słonie czy inna gadzina? Otóż na skraju polanki pojawia się... grupka rowerzystów w klubowych koszulkach. Rozglądają się wokół i zauważają źródełko. Nagle sytuacja powtarza się i z przeciwnej strony polanki wyjeżdża następny peleton kolarzy, a po chwili kolejny. I wszyscy się cieszą z tego nieoczekiwanego spotkania.

Tak właśnie wyglądało by nasze spotkanie gdyby go przemieścić w czasie o jakieś 1200 lat wstecz. Nawiązując do legendy o założeniu miasta spotkaliśmy się przy źródełku czyli Studni Trzech Braci. Jako organizatorzy cieszyliśmy się autentycznie z przybycia rowerowych przyjaciół z klubów „Przerzutka” z Zebrzydowic, „Wiercipięta” z Jastrzebia, PTTS-u zza Olzy oraz licznych Ondraszków. Cieszyna nie założyliśmy, bo już dawno istnieje,lecz zaprosiliśmy wszystkich do udziału w konkursie ze znajomości historii naszego miasta. Pytania nie były łatwe, a rywalizacja była zacięta. Ostatecznie laur zwycięstwa i trofea zdobyli:

  • I miejsce: Henryk Franek z Zebrzydowic
  • II miejsce: Juroszek Józef z Trzanowic
  • III miejsce: Stanisław Martinek z Trzyńca
  • IV miejsce: Zdzisław Fierla z Karwiny
  • V miejsce: Semila Zygmunt z Zebrzydowic

Następnie w restauracji „Targowa” podreperowaliśmy nasze nadwątlone siły i pozostawiając rowery pod opieką właścicieli kawiarni „Trzej bracia” powędrowaliśmy do Parku Pokoju, gdzie właśnie rozpoczynały się występy folklorystyczne w ramach jubileuszowej X edycji „Cieszyńskiej Trówły”. Część postanowiła też wziąć udział w prezentacji regionalnego stroju cieszyńskiego na okazjonalnej wystawie w centrum informacji multimedialnej, które dzięki zabiegom naszej Basi - „Apanaczi” specjalnie dla nas zostało otwarte. Przysłuchując się ciekawym opowieściom prowadzącej wystawę p. Orszulik można było przymierzyć prezentowane eksponaty, co oczywiście uczyniliśmy.

Zlot zakończył się w Parku Pokoju popisem słowno-muzycznym J. Brody - znanego istebniańskiego folklorysty, który jest znany z tego, że zagra na wszystkim od listka do trombity. Mam nadzieję, że wszyscy którzy przyjechali na zlot, zachowają miłe wspomnienia z tego wyjątkowego spotkania. Dodam jeszcze, że sprawami organizacyjnymi zajęli się: Basia „Apanaczi”, Wisieńka „Ośka”, Alicja „Ala-pala”, Jarek „Bysty”, i niżej podpisany.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Triathlon rowerowy „Ziemia cieszyńska”

26.09.2010

Przed zawodami przygotowano bardzo sumienne kampanię informacyjną. Afisze zostały rozwieszone na słupach ogłoszeniowych oraz w autokarach MZK, nie zabrakło również informacji w lokalnej prasie. Deszczowa pogoda jednak zweryfikowała mocno ilość potencjalnych uczestników i na starcie stanęli tylko wyjątkowi wielbiciele tego rodzaju rozgrywek. Udział wzięło 18 zawodników w tym m.in. przedstawiciel PTTS „Beskid Śląski” w RCZ oraz jedna „amazonka”. Na płycie rynku w Cieszynie uczestników przywitali: Krzysztof Kasztura - komandor zawodów, oraz Zbigniew Pawlik - wiceprezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” i jednocześnie prezes TKK „Ondraszek”.

Przedstawiono zasady udziału akcentując przede wszystkim zachowanie bezpieczeństwa na trasie. Sekretariat przeprowadził niezbędne formalności i zgodnie z planem pierwsi zawodnicy zaopatrzeni w mapy startowe o godz. 1200 wyruszyli w półminutowych odstępach na trasę, która składała się z trzech etapów:

  • I etap – jazda na spostrzegawczość między Cieszynem i Goleszowem. Zadanie polegało na zlokalizowaniu kilku punktów kontrolnych w terenie zgodnie ze wskazówkami na mapie startowej. Do godz. 1330 wszyscy zawodnicy zameldowali się na boisku sportowym w Goleszowie, które stanowiło metę tego etapu. Rywalizacja odbywała się w warunkach normalnego ruchu drogowego i nie była związana z pomiarem czasu. Długość trasy nie była limitowana.
  • II Etap - jazda indywidualna z pomiarem czasu. Ten fragment imprezy był organizacyjnie bardzo wymagający, gdyż wszelkie boczne wjazdy na trasę zostały czasowo wyłączone z ruchu. Odpowiadali za to zmobilizowani druhowie z OSP Goleszów oraz członkowie TKK Ondraszek. W newralgicznych punktach trasę zabezpieczała również Policja. Zawodnicy wyjeżdżali w 20 sekundowych odstępach mając do pokonania trasę o dług 4000m, przy czym droga prowadziła na szczyt góry Chełm, gdzie zlokalizowano metę etapu.
  • Etap III – cross rowerowy - najtrudniejszy lecz i najbardziej widowiskowy. Ulewny deszcz w zupełnie niezamierzony sposób podniósł zarówno atrakcyjność jak i stopień trudności tego etapu. Trasa została wytyczona przy wykorzystaniu ścieżek leśnych na zboczach góry i liczyła ok. 2500m.

Metę zawodów wyznaczono przy pensjonacie „Markiz”, gdzie wszyscy otrzymali gorący posiłek oraz napoje. Zawody zostały zakończone ok. godz. 1600 podsumowaniem oraz dekoracją zwycięzców w poszczególnych kategoriach wiekowych. Najlepsze miejsca zostały nagrodzone medalami oraz nagrodami rzeczowymi. Rozlosowano również kilka fantów ufundowanych przez sponsora oraz klub „Ondraszek”. Trzeba jednak dodać, że samo ukończenie tak ekstremalnych zawodów sprawiło, że wszyscy uczestnicy mogli czuć się zwycięzcami.

Należy podkreślić, że rywalizacja była prowadzona fair-play, obyło się też bez wypadków oraz interwencji drużyny ratowniczej pogotowia ratunkowego. Wszyscy uczestnicy ukończyli zawody i otrzymali dyplomy udziału, które będą z pewnością miłą pamiątką z rywalizacji.

Składam serdeczne podziękowanie druhom z OSP Goleszów, członkom TKK „Ondraszek”, Policji zabezpieczającej trasy, członkom sekretariatu, którzy w trzyosobowym składzie zapewnili sprawną obsługę i komputerowe opracowanie wyników, właścicielom terenu oraz władzom gminy Goleszów, firmie „Gabi-pol” za przekazane fanty na loterie, jak również wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do organizacji tej wymagającej imprezy. Jednocześnie pragnę podkreślić, że triathlon mógł zostać zorganizowany dzięki finansowemu wsparciu Urzędu Miejskiego w Cieszynie, za co w imieniu organizatora oraz zawodników składam serdeczne podziękowanie.

Tabela wyników

Nazwisko i imięPunktyMiejsce
Kategoria M 1
Grzybek Jakub26,49I
Glajcar Paweł27,48II
Plisz Kacper27,88III
Kategoria M2
Skrobol Robert23,51I
Gomola Michał25,04II
Parchański Tomasz25,33III
Janik Andrzej26,60IV
Micza Bogusław30,38V
Kategoria M3
Bubik Mariusz29,48I
Gomola Henryk32,93II
Janik Janusz33,99III
Kategoria M4
Nowak Andrzej35,31I
Kroczek Daniel36,93II
Szewczyk Kazimierz38,51III
Warpechowski Andrzej29,15IV
Szurman Leszek53,26V
Lincer JózefNie klasyfikowany
Kategoria K1
Szczupak Anna50,71I
Rechtór-Zbyś
Galeria
Ziemia Cieszyńska znana i nieznana „Cieszyn - od prehistorii do współczesności”

02.10.2010

Realizując propozycję złożoną w ubiegłym roku w UM dotyczącą działań klubu w ramach obchodów jubileuszu 1200-lecia założenia miasta Cieszyna, program tej wyprawy zakładał rowerowe zwiedzanie miasta. Po całym tygodniu deszczowej pogody słoneczna sobota była dla mnie - organizatora wycieczki - jak plaster miodu na serce. Tradycyjnie spotkaliśmy się na rynku, gdzie na początku przedstawiłem zebranym historię powstania miejskiego hymnu, co dobitnie poparłem takim efektem akustycznym, aż pouciekały przestraszone gołębie. Opisałem też dzieje samego placu oraz co ciekawszych budynków wokoło.

Niezwłocznie nasz 20-osobowy peletonik przemieścił się na graniczny most Przyjaźni. Most ma długą i piękną historię, a dodatkowo jeszcze nowy kostium po ostatnio przeprowadzonej rewitalizacji. Co prawda w czasie ostatniej wojny był dość często wysadzany i budowany od nowa, lecz godny odnotowania jest fakt, że dokładnie 72 lata temu 02.10.1938r. tutaj w wyniku przyjętego przez Czechów ultimatum władze polskie przejęły Zaolzie. Z kolei w dzielnicy Konteszyniec przekazałem garść informacji o obozie jenieckim Stalag VIIIb, który tutaj funkcjonował w czasie ostatniej wojny.

Aby sięgnąć do prehistorii umówiłem spotkanie z przewodnikiem, który miał nas oprowadzić śladami dawnych Słowian czyli po zrekonstruowanym grodzisku w Podoborze. W grodzisku oryginalne były tylko obwałowania, jednak pani przewodnik dość sugestywnie wprowadziła nas w klimat epoki, przedstawiając przedmioty codziennego użytku oraz sposoby jakimi sobie radzili nasi pra-przodkowie aby przeżyć. Należy dodać, że prace wykopaliskowe nadal trwają i pewnie nasza wiedza będzie w przyszłości jeszcze bogatsza.

Kolejny przystanek wyprawy to dworzec kolejowy w Czeskim Cieszynie. Historia kolei sięga poł. XIX w. z czego podróżni w większości nie zdają sobie sprawy. Szkoda tylko, że po polskiej stronie kolej najlepsze lata ma już za sobą. Następnie przejechaliśmy spacerkiem przez Cieszyńska Wenecję śladem miejskich umocnień i jadąc dalej wzdłuż Olzy trafiliśmy do niedawno oddanego do użytku budynku sztucznego lodowiska. W tej przemysłowej dzielnicy miasta zachowała się też dawna zajezdnia tramwajowa, jako jedyny materialny ślad po tej najkrótszej w CK Monarchii linii tramwajowej. Stąd udaliśmy się do dzielnicy Boguszowice, aby zgłębić tajniki mostu – estakady przejścia granicznego oraz żelbetowego bunkra - reliktu linii obronnej „Cieszyn” z 1939r.

Kolejny przystanek nastąpił przy kościele św. Jerzego. Na przykościelnym cmentarzu istnieje grób Franciszka Śniegonia jedynego cieszyńskiego biskupa, związanego z historią Generalnego Wikariatu. W trakcie wycieczki nie mogło zabraknąć informacji o cieszyńskich Żydach, więc udaliśmy się wspólnie w górę ul. Hażlaskiej, aby zobaczyć stary cmentarz, gdzie zachowało się ok. 1,5 tyś. macew. Przejazd ul. Chopina pozwolił przekazać ciekawostki związane z budową pierwszych osiedli mieszkaniowych z „wielkiej płyty”.

Przy kapliczce skazańców pod estakadą przy ul. Sarkandra zgłębiliśmy historię miejskiego sądownictwa w dawnych wiekach, jak również i czasów współczesnych dotyczących losów słynnej fabryki narzędzi elektrycznych „CEFANA”. A jak już byliśmy w dzielnicy Bobrek odwiedziliśmy również bogatą w historię filię Uniwersytetu Śląskiego. Kolejny, dłuższy przystanek nastąpił przy kościele ewangelickim, gdzie oczekiwali na nas „Szeryfowa” i „Szeryf” czyli Emilia i Władek Sosnowie. Przed laty założyli i prowadzili klub „Ondraszek”, lecz i obecnie nadal są bardzo aktywni w cieszyńskim oddziale Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego. Władek przekazał bardzo bogatą i obfitą w dramatyczne wydarzenia historię ewangelików na Śląsku Cieszyńskim, oprowadził po kościele, i przedstawił też m.in. sylwetkę wielce zasłużonego ks. Trzanowskiego, a ja z kolei poparłem wykład prezentacją jego kancjonału.

Wyprawa ostatecznie zakończyła się w Parku Pokoju, gdzie zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie z cesarzem Józefem II i udaliśmy się na zasłużoną kawę do pałacowej stajni, o pardon, do „Cafe Muzeum”. Razem przejechaliśmy coś ok. 30km i mam nadzieję, że Ci którzy wzięli udział w wyprawie w celu pogłębienia swej wiedzy o Cieszynie nie byli zawiedzeni.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zakończenie sezonu „Niewiadomogdzie”

17.10.2010

Można zacytować słowa piosenki „ i to już koniec...” Dla jednych „nareszcie”, dla innych „niestety”... Byli i tacy którzy deklarowali się , że w ogóle sezonu nie kończą, lecz płynnie przejdą do następnego.

Wszyscy zainteresowani z niepokojem spoglądali na prognozy pogodowe i niebo, bo na serio zapowiadano świeżą dostawę śniegu. Mimo dość chłodnego poranka i chmur wiszących nad głową na rynku zebrało się 26 klubowiczów i sympatyków Ondraszka aby wspólnie zakończyć po raz 44 sezon kolarski. Ucieszył nas udział Grażyny i Genka Klapuchów, którzy nie zważając na niepewna pogodę przyjechali aż z Łazisk. Reprezentantami Beskidzioków zza Olzy byli Władek Kristen oraz Daniel Kroczek.

Prowadzący „Ośka” i „Bystry” trzymali wszystkich w niepewności do samego końca. Dopiero tutaj wydało się, że jedziemy do Goleszowa nad jezioro Ton. Wyznaczona trasa dojazdowa była dość ambitna, gdyż prowadziła przez wszystkie większe kopce po drodze. Zaczęliśmy od górki w Błogocicach, następnie wzdłuż Olzy przejechaliśmy przez granicę do Końskiej. Kolejna górka to pod Czeski Puńców i następnie raz w górę, raz w dół przez Kojkowice do przejścia w Lesznej. Potem nastąpił dłuuugi zjazd i znów bardzo ambitny podjazd pod Goleszów. Trzeba przyznać, że nasza trasa wyraźnie wskazała tych, którzy serio przyłożyli się do tegorocznego sezonu. Dla nich po prostu te górki były dużo łagodniejsze niż dla pozostałych.

Na mecie już nas oczekiwał prezes miejscowego koła wędkarskiego wraz ze swoją świtą. Był tu również i nasz Skryba, Baśka z Kutią oraz nestor cieszyńskich turystów Lucjan Jurys. Dojechał tu też i „Kropelka” – dawno nie widziany na Ondraszkowych ścieżkach, a także Józek Salecki, który jako jeden z nielicznych był przed laty obecny przy narodzinach klubu.

Dobrze, że bufecik był już otwarty, a ogień wesoło strzelał w palenisku kominka. Szybko uwinęliśmy się z zapełnieniem rusztu przywiezionymi kiełbaskami, a potem równie szybko zniknęły w naszych brzuchach. O nasze delikatne podniebienia zadbała nieoceniona „Szykowno” , bo przywiozła z sobą ciasto i każdemu się dostało!

Jako, że kilka dni temu w kalendarzu było Jadwigi nasza kochana „Ośka” wyraźnie wzruszona odebrała okazjonalny prezent przy akompaniamencie improwizowanego chórku. Bystry zakończył konkurs długodystanowca sezonu zapisując przebiegi z poszczególnych liczników. Podsumowanie tego co było zostało dokonane indywidualnie w większych lub mniejszych grupkach, gdyż, każdy miał jakieś ciekawe przeżycia z którymi chciał się podzielić.

A było o czym mówić bo nasze zamierzenia z klubowego kalendarium udało się prawie w całości zrealizować, a biorąc pod uwagę liczne indywidualne pomysły kolarskie to ten sezon był bardzo bogaty. Do Cieszyna wróciliśmy indywidualnymi dróżkami, przy czym ja przejechałem aż 40km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rewizyta nad źródłem Olzy

24.10.2010

Kto był z Ondraszkiem na ostatnim rajdzie do źródła Olzy pewnie pamięta, że Władek Kristen - Dobry Duch tego miejsca roztaczał przed nami wizję jak będzie ono wyglądało po przebudowie. Stojąc po pas w wysokiej trawie wśród chaszczy chyba mało kto mu wierzył. Otóż wspólnie z Afi, Aląpalą, Skrybą, Baśką oraz Lucjanem Jurysem postanowiliśmy sprawdzić jak to naprawdę wygląda. Naszym przewodnikiem był nie kto inny jak Władek.

Przed tym jednak odwiedziliśmy panią Anielę Kupiec - ludową poetkę z Nydku. Tutaj też bywaliśmy w trakcie rowerowych podróży. Powód odwiedzin nie był też błahy - pani Aniela w tym roku ukończyła 90 lat! Przyjęła nas bardzo serdecznie i zadziwiła swoja witalnością, pamięcią i poczuciem humoru. Mówiła, że jeszcze od czasu do czasu coś "skrobnie", jednak nam zaprezentowała śląskie powiarki czyli przesądy, które mając w pamięci sumiennie spisała. Było z tego dużo śmiechu.

Pod Gańczorkę droga się niespecjalnie zmieniła, natomiast okolice źródła jak najbardziej. Teren uporządkowany, utwardzony, z ławeczkami oraz tablicą z pełnym tekstem pieśni J. Kubisza i jego podobizną. Na swoje miejsce wróciła również tablica z napisem "Olza". Ciurczek również jest nowy. Miejsce na pewno nabrało uroku i jest warte rozpowszechnienia. A przy okazji Lucjan trafił historii tego miejsca i do Złotej Księgi Źródła mocno podbijając w górę wiek odwiedzających. Lucjan jest bowiem "najstarszym młodzieńcem" na Cieszyńskiej Ziemi, gdyż ma prawie 93 lata!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wigilijka z Ondraszkiem

19.12.2010

Przybieżeli na Wałową Ondraszki... tak parafrazując słowa znanej kolędy można by rozpocząć relację z ostatniego już klubowego spotkania. Dzięki staraniom organizatorki tej imprezy Basi Toman i w porozumieniu z Leszkiem Szurmanem tegoroczna wigilijka odbyła się w wyjątkowym miejscu - sali stowarzyszenia „Być Razem” przy ul. Wałowej w Cieszynie. Pięknie ustrojona sala z nieodzowną choinką zapełniła się klubowiczami, sympatykami oraz gośćmi z obu stron Olzy. Pod choinka były też prezenty, w formie klubowych kalendarzy z propozycjami wypraw na następny sezon.

Na początku przełamaliśmy się opłatkiem życząc sobie nawzajem pomyślności i zdrowia w przyszłym roku, a Władek Kristen przekazał życzenia od Anieli Kupiec z Nydku. Akompaniament do śpiewanych kolęd zapewniła „Orkiestra Jednego Wieczoru” w składzie Maryla Biłko-Holisz (skrzypce) oraz Genek Klapuch (gitara). Korzystając z wyposażenia sali Dorota Syrokosz podzieliła się ilustrowanymi wspomnieniami ze swojego kilkumiesięcznego pobytu w Brazylii, a zwłaszcza tamtejszymi zwyczajami świątecznymi.

Mieliśmy też okazje powspominać co zdarzyło się na ondraszkowym podwórku w ubiegłym sezonie. W wpominkach pomocna była multimedialna prezentacja zdjęć z różnych wypraw i spotkań począwszy od spotkania rowerowego Ondraszków w pierwszy dzień Nowego Roku a kończąc na ostatniej wycieczce sezonu do Goleszowa. Co się wydarzyło między tymi datami było na gorąco komentowane.

Miłym akcentem wieczoru były również życzenia dla solenizantów: imieninowe dla Basi Toman oraz urodzinowe Józkowi Lizerowi oraz Rechtorowi, który w dokładnie w tym dniu stał się znów starszy o rok. Należy jeszcze dodać, że o „sprawy ciała” z dobrym skutkiem zadbało szefostwo miejscowej stołówki serwując smaczne potrawy.

...Cicha noc, święta noc... popłynęła kolęda, a z nią życzenia oby wszystkie kolejne dni Nowego 2011 Roku były dla nas pomyślne. Jestem przekonany, że wyjątkowa atmosfera tego niecodziennego spotkania na długo pozostanie w pamięci obecnych.

Rechtór-Zbyś
Galeria