Kronika imprez z 2012 roku
Spis treści
Noworoczne spotkanie rowerowe

01.01.2012

Rok 2011 to już historia. Po balach w wielkich salach, w plenerze, na dyskotekach, prywatkach oraz w zaciszach domowych, nadeszła pora, aby stawić czoło nowemu wyzwaniu: rozpoczął się rok 2012. Kto miał siły, zdrowie i ochotę, ten mógł wybrać się z "Ondraszkami" na pierwszą przejażdżkę rowerową w Nowym Roku.

Z roku na rok taki sposób witania Nowego Roku zaczyna zdobywać coraz więcej sympatyków. W tegorocznej przejażdżce uczestniczyło już 8 osób. Jedni obiecali, że przyjadą - a ich nie było, inni mówili, że nie mogą przyjechać a byli. Pewne były tylko dwie osoby: prowadzący i Święty Mikołaj. Najważniejsze jednak jest to, że są chętni do aktywnego spędzenia czasu. Na cieszyńskim rynku spotkaliśmy się w następującym składzie: piszacy te słowa prowadzący, Święty Mikołaj, Wisia "Ośka",Zbyszek "Rechtór", Kazik "Gwarek", Andrzej "Rogulka", Andrzej "Ziołowy" i sympatyk Henryk Biłko. Z reporterskiego "obowiązku" przybyła także Beata "Szykowno".

Trasa była wyznaczona podobnie jak w roku ubiegłym - chociaż pierwszy postój mieliśmy tym razem dopiero u p. Pawlików. W progu domu powitał nas Stasiu, i oczywiście zaprosił do środka, a za chwilę dołączyła do nas również małżonka. Złożyliśmy noworoczne życzenia oraz wymieniliśmy uwagi na temat noworocznych "prezentów" od naszego rządu oraz władz lokalnych, i tak pokrzepieni ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie była ona zbyt długa, gdyż mieliśmy do przejechania tylko kilkaset metrów do p. Nowaków na ul. Szkolną. Tutaj również nie obyło się bez noworocznych życzeń oraz wspominek z bardziej i mniej odległych lat.

Czas szybko upływał, w czym pomagał pyszny barszcz, którym zostaliśmy poczęstowani przez gospodynię. Nadeszła pora, aby się pożegnać i ruszyć dalej. Po dojechaniu do Hażlacha skręciliśmy w kierunku Cieszyna, aby odwiedzić kontuzjowanego "Śmiga" i oczywiście "Rozstrzapka". Ucieszyli się z naszych odwiedzin oraz życzeń. Do domów wróciliśmy już o zmroku.

Jarosław Rezmer - "Bystry"
Galeria
Noworoczne spotkanie rowerowe

01.01.2012

Tym razem realizacja pierwszego punktu klubowego kalendarza imprez nie wymagała przygotowania się do ekstremalnych temperatur - było w miarę ciepło oraz bezśnieżnie. Mobilizacji wymagało jedynie wykrzesanie chęci do wyjazdu na rowerze po całym okresie świąteczno-noworocznego lenistwa. A dokonali tego: J. Rezmer – Bystry jako prowadzący, Ośka, Ziołowy, Gwarek, oraz jeden sympatyk. To wesołe towarzystwo uzupełniali Wędrowniczek jako Mikołaj w bardzo gustownym stroju i masce oraz Rechtór jako pomocnik Mikołaja w odpowiedniej czapeczce oraz z worem a raczej skarpetą pełna słodkich prezentów. Na miejsce spotkania – pod choinką na rynku przyszli zobaczyć te dziwy Beata Szykowno oraz Niezłomny.

Po wzajemnym przekazaniu noworocznych życzeń oraz wspominkach minionej sylwestrowej nocy uczyniono pamiątkową fotografię i wyruszono na trasę. Intencją wyprawy było rowerowe kolędowanie i przekazanie dobrej nowiny o rozpoczętym roku niektórym ondraszkom. Wyruszyliśmy w stronę Marklowic i jeszcze w granicach miasta wymieniliśmy życzenia z napotkanymi w trakcie spaceru P. Hamerą oraz nieco dalej z L. Nowakiem. Po upewnieniu się czy byli grzeczni w roku ubiegłym obaj zostali dopuszczeni do zanurkowania w przepastnej skarpecie Mikołaja.

Niebawem Dobra Nowina dotarła wraz z nami do Marklowic do St. Pawlika oraz Skauta P. Nowaka, którzy bardzo gościnnie nas przyjęli. Niestety wycieczki o tej porze roku mają taką niedogodność, że dość szybko robi się ciemno, więc trzeba szybko wracać. Szerokim łukiem przez Brzezówkę wróciliśmy zatem do Cieszyna a wyprawa zakończyła się u Holiszów - Roztrzapka i Śmiga, gdzie też nas serdecznie przyjęto.

Ogółem przejechałem ok.20 km, co było bardzo zbawienne dla mojej (i jak sądzę nie tylko mojej) kondycji. Skarpeta też była prawie pusta, czyli miałem do czynienia z wyłącznie grzecznymi Ondraszkami, czemu wcale się nie dziwię.

Rechtór-Zbyś
"Białoruś - terra incognita" na Uniwersytecie III wieku

17.01.2012

Gdy w 2010r. wyruszaliśmy na rowerową wyprawę na Kresy nie przypuszczałem, że temat spotka się z tak wielkim zainteresowaniem. Była to wyjątkowo wyprawa, która głęboko zapadła mi w pamięci, więc chciałem podzielić się naszymi przygodami i przeżyciami z innymi. W tym celu bazując na prezentacji multimedialnej kol. E. Kaniewskiego opracowałem prezentację składającą się z ponad 350 zdjęć oraz odpowiedni słowny komentarz ilustrujący temat w szerokim aspekcie historyczno-krajoznawczym dotyczący miejsc, które dane nam było zobaczyć. Była to dosłownie masakra, bo mój zbiór zdjęć liczył dobrze ponad tysiąc, z których trzeba było wybrać tylko najciekawsze. Ale i tak mimo wysiłków skondensowania tematu prelekcja liczyła ponad 2,5 godz. I tak przygotowany ruszyłem z nią "pod strzechy".

Prezentowałem Białoruś w Cieszynie i Czeskim Cieszynie (dwukrotnie), Karwinie (również dwukrotnie), ponadto w Skoczowie i Pogwizdowie. I wydawało się, że temat się wyczerpał. Ale nie, bo poproszono mnie aby wygłosić prelekcję jeszcze na quorum Cieszyńskiego Uniwersytetu III Wieku. Spotkanie odbyło się na Sali Widowiskowej Domu Narodowego w Cieszynie i miało rekordową frekwencję, gdyż sala była mocno wypełniona słuchaczami.

Każda prezentacja spotykała się z żywym odbiorem co sprawiło mi olbrzymią satysfakcję, gdyż jak każdorazowo zaznaczałem na wstępie - na temat naszego najbliższego sąsiada wiemy tylko tyle ile przekazują media. A trzeba przyznać, że Białoruś nie ma u nas dobrej prasy - mówi się o niej źle albo w ogóle. Natomiast rzeczywistość jest, jak to zwykle bywa bardziej skomplikowana i czasem stereotypowe poglądy trzeba mocno korygować. Dodam również, że streszczenie wyprawy zostało w 2011r. zamieszczone w odcinkach w naszych "Wiadomościach Ratuszowych"

PS dnia 19.02. odbyło się również spotkanie na ten temat w GOK Gumna.

Rechtór
Zebranie sprawozdawcze za sezon 2011 - rozstrzygnięcie konkursów

27.01.2012

Jak zostało udowodnione, nie ma lepszego miejsca na organizację zebrań jak sala SM Cieszynianka, więc i tym razem nasze zebranie tutaj się odbyło. Prezes klubu „Rechtór” powitał przybyłych, w tym gości z klubu „Przerzutka” z Zebrzydowic, B. Fukałę z PTTS-u. i W. Kristena z PZKO. Po głosowaniu prowadzenie obrad przejął J. Rezmer „Bystry”, któremu dzielnie pomagały Jadwiga Gracyasz „Ośka” oraz „Rozstrzapek” Maryla Biłko–Holisz.

Scenariusz zebrania sprawozdawczego stały – a więc najpierw sprawozdanie przedstawił prezes klubu, następnie uczynił to skarbnik oraz komisja rewizyjna. Wynikało z nich, że jubileuszowy sezon był obfity w dobre wydarzenia i zakończony spektakularnym spotkaniem w Domu Narodowym z towarzyszącą mu wystawa plakatu. Finanse tez stoją nienajgorzej skoro rok sprawozdawczy zamknęliśmy na +, co potwierdziła komisja rewizyjna. Według danych statystycznych w 45. sezonie odbyło się aż 51 wycieczek kolarskich!, jedna impreza sportowa, 11 wypraw górskich, wystawa, oraz aż siedem prelekcji (tematyka rowerowa - eksploracja Białorusi) i trzy spotkania integracyjne. W wycieczkach wzięło udział ponad 900 osób przy czym uwzględniono tylko wycieczki, na których było min.4 uczestników. Klub i koło liczy ogółem 64 osoby, co na razie stanowi constans.

Najprzyjemniejszą częścią spotkania było oczywiście ogłoszenie wyników konkursów i wręczenie zdobytych odznak oraz nagród . Na wniosek klubu, popartym stawiskim O/PTTK ZG PTTK przyznał Basi Nowak „Baśce” Srebrną Odznakę „Zasłużony dla Pracy PTTK wśród młodzieży”, natomiast dyplom za aktywność od zarania ondraszkowych dziejów otrzymał Józek Salecki - jedyny między nami klubowicz, który był na spotkaniu założycielskim.

Wyniki rywalizacji konkursowych
W konkursie na „Najaktywniejszego turystę 45. sezonu” najwięcej punktów zdobyli:

  1. Stanisław Pawlik i Zbigniew Pawlik ex aequo po 181 pkt
  2. Jarosław Rezmer 168 pkt
  3. Jadwiga Gracyasz 152 pkt
  4. Piotr Hamera 146 pkt
  5. Beata Szarzec 132 pkt

Powyższe przekazał sędzia konkursu W. Zmełty „Kropelka” a wręczając dyplomy zaznaczył, że nie zdarzyło się jeszcze w historii konkursu, aby na najwyższym podium stanęło aż dwóch „najaktywniejszych” i to noszących przypadkiem to samo nazwisko!

Następnie głos zabrał „Bystry”- sędzia konkursu na „Długodystansowca sezonu” obwieszczając, że łącznie objechaliśmy Ziemię dookoła (47.348,38 km) z czego na „Maratończyka” Andrzeja Warpechowskiego przypada spora część, bo aż 12.451 km!, czym podbił swój zeszłoroczny wynik o ponad 1000 km. Toż to rekord absolutny! W dalszej kolejności miejsca klasyfikowane zajęli: Stanisław Pawlik (7.306,88 km), Andrzej Nowak ”Ziołowy” (5.027,2 km), Piotr Hamera (4.083 km), Jan Stasik „Proszęjaciebie” (3.875 km).

W kategorii pań tak jak w roku ubiegłym na najwyższym podium stanęła Beata Szarzec „Szykowno” (3.196 km), a w dalszej kolejności Jadwiga Gracyasz „Ośka” (864 km), Maryla B. Holisz „Rozstrzapek” (645,5 km), Alicja Wlach (595 km), oraz Alicja Pawlik (557 km). Nagrody rzeczowe za najlepsze miejsca zostały rozdane, przy czym zwycięzcy mieli prawo sobie pogrymasić.

Szef referatu weryfikacyjnego odznak kolarskich – „Skryba” również złożył sprawozdanie i przekazał zdobyte w sezonie odznaki. Należy zaznaczyć, że Stanisław Pawlik zdobył Dużą Złotą KOT, co było efektem aż sześcioletnich zmagań! Sporą cześć odznak KOT zdobyli rowerzyści z „Przerzutki”. Zwycięzcy konkursów i zdobywcy odznak zostali nagrodzeni rzęsistymi oklaskami.

A. Nowak „Ziołowy” podzielił się wspomnieniami ze zdobywania odznaki „Beskidy”, której edycja kończy się w 2012r. a jej zdobywanie dało też wiele satysfakcji pozostałym jej posiadaczom m.in. Stanisławowi Pawlikowi i Piotrowi Hamerze. Po krótkiej dyskusji przegłosowano większością głosów zaproponowane przez zarząd zmiany w punktacji regulaminu na najaktywniejszego turystę-kolarza klubu, a także zmieniono nieco zasady uczestnictwa w konkursie długodystansowca sezonu.

Na zakończenie odświeżyliśmy wspomnienia na podstawie multimedialnej prezentacji zdjęć z różnych małych i dużych ubiegłorocznych wyprawo oraz rozprowadziliśmy kalendarze „sklerotniki” i ładne klubowe kalendarze planszowe.

Do zobaczenia na rowerowych szlakach!

Rechtór Zbyś
Galeria
Ogólnopolska inauguracja roku turystyki rowerowej

18.02.2012

Władze PTTK doceniając pozytywny wpływ roweru na zdrowie i kondycje jego użytkowników, a także wychodząc naprzeciw postulatom składanym przez Komisję Kolarską ZGPTTK ogłosiła bieżący rok Rokiem Turystyki Rowerowej.

To wiekopomne wydarzenie miało miejsce na panelowej konferencji zorganizowanej przy okazji targów turystycznych w Sosnowcu. Szef PTTK Lech Drożdzyński oraz sekretarz pani Jolanta Śledzińska przedstawili założenia oraz poczynione na wysokim szczeblu uzgodnienia partnerskie. Zaprezentowali oni również przewidywane atrakcje jakie będą się wiązały się z obchodami. Szerzej o tym można przeczytać na specjalnie utworzonej stronie internetowej.

Gospodarzem konferencji byli organizatorzy targów przy współudziale Rady Regionalnej Turystyki Kolarskiej województwa śląskiego. Widownię natomiast dość szczelnie wypełnili przedstawiciele miejscowych (i nie tylko) klubów kolarskich. W bloku informacyjnym wystąpił pan Bogdan Kasperek z Euroregionu Śląsk Cieszyński –Tešinske Slezsko przedstawiając dotychczasowe dokonania w zakresie tworzenia infrastruktury rowerowej na Ziemi Cieszyńskiej, jak również aktualne przygotowania do akcji rewitalizacji sieci szlaków rowerowych pod nazwą „Rowerem po Euroregionie”. Historię turystyki kolarskiej w ramach PTTK oraz dotychczasowe dokonania poparte zestawieniami statystycznymi przedstawił Marian Kotarski reprezentujący Kom. Kol. ZGPTTK. Wszystkie wystąpienia poparto ciekawymi multimedialnymi prezentacjami.

Oto kilka danych, jakie zdążyłem wynotować. Wielostopniową Kolarską Odznakę Turystyczną w ostatnich latach zdobywa przeciętnie ok. 1000 turystów rocznie, jednakże jeszcze kilka lat temu było to 5-7 tys. osób. Ważnym aspektem propagowania turystyki jest organizowanie różnorodnych imprez kolarskich, których w 2010r. ogółem zorganizowano blisko 3,7 tys., czego dokonało 105 klubów i komisji turystyki kolarskiej PTTK. Innym efektem działalności towarzystwa jest oznakowanie oraz utrzymywanie 12863 km szlaków rowerowych, co stanowi część z ok. 60 tys. km szlaków turystycznych ogółem oznakowanych i utrzymywanych przez PTTK. Opiekuje się nimi 333 znakarzy a kadra przodownicka liczy nominalnie 7,3 tys. osób z czego aktywnie działa niewiele ponad tysiąc.

Każdy z uczestników otrzymał torbę z materiałami promocyjnymi tej inicjatywy. Torba dzięki zapobiegliwości niektórych właścicieli mocno się rozszerzyła w efekcie połowów ciekawych materiałów krajoznawczych dostępnych na targowych stoiskach poszczególnych biur podróży. Teraz mając tak solidną podbudowę teoretyczną można konkretyzować plany bliższych czy dalszych wypraw tego rowerowego roku.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Jubileusz Bytomskiego Klubu Turystyki Kolarskiej „Catena”

17.03.2012

Każdy jubileusz jest wyjątkową okazją do spotkań oraz życzeń, lecz jeżeli jest to jubileusz 50-lecia, to okazja była podwójna. Bytomski „łańcuch” czyli po łacinie „catena” z tej okazji do auli miejscowej szkoły budowlanej zaprosił przedstawicieli klubów kolarskich zrzeszonych w Radzie Regionalnej na doroczne spotkanie. Naszego ”Ondraszka” reprezentowali: Rechtór, Ośka, Bystry oraz Skryba. Zaproszenie przyjęliśmy z prawdziwą przyjemnością, miło bowiem znów zobaczyć przyjaciół z różnych zakątków Śląska. Gospodarze zaskoczyli wszystkich gościnnością oraz bogatym programem spotkania.

Była część wspomnieniowo-informacyjna, była wystawa trofeów klubowych, odznak oraz wszelkich pamiątek jakie się uzbierały przez lata w tym zestaw archiwalnych rowerów, była wzruszająca część artystyczna, było jedzonko a na koniec i krótka wycieczka krajoznawcza. W miejscowym środowisku „Catena” cieszy się dużym szacunkiem skoro na uroczystości był również obecny prezydent miasta wraz ze świtą radnych. W roli gospodarza wystąpił aktualny prezes klubu –Zenon Kaszowicz, a rolę wodzireja pełnił wytwornie ubrany jegomość w cylindrze na głowie pasujący do wystawionego oryginalnego bicykla. Mówiąc nawiasem to podwójne prowadzenie spotkania wprowadziło mały nieporządek w programie i przyczyniło się do kilku zabawnych sytuacji. Spotkanie oczywiście zdominowały życzenia i upominki dla Jubilata. My wręczyliśmy prawie szczerozłotą statuetkę kolarza ozdobioną okolicznościowym napisem a także specjalny dyplom. Gospodarze również odwdzięczyli się dyplomami z podziękowaniem za dotychczasową współpracę. Otrzymał go m.in. i nasz klub oraz indywidualnie Andrzej Słota i Zbigniew Pawlik.

W części informacyjnej Stanisław Radomski przedstawił dzieje turystyki kolarskiej na Śląsku w okresie ostatnich 50 lat, a dawny prezes Cateny - Jerzy Gerhard Lubos przypomniał jak w dawnych czasach wyglądała działalność klubu, w tym również w dziedzinie sportu kolarskiego. Jak zaznaczył był taki czas, że do klubu chciał przystąpić R. Szurkowski, jednakże pod warunkiem, że dostanie mieszkanie.

Wielu działaczom klubu wręczono wyróżnienia PTTK, w tym też i nowo ustanowioną Odznakę 60-lecia turystyki kolarskiej w PTTK. Odznakę tą – honorowo otrzymał m.in. założyciel naszego klubu –„Szeryf” W. Sosna. Wielu wzruszeń dostarczył występ zespołu kresowego „Paka-Rycha”. Mimo, że członkowie zespołu należeli do tzw. bardzo starszej młodzieży program składający się z kresowych piosenek oraz skeczy był bardzo żywiołowy i tak się nam spodobał, że wysłaliśmy pisemne podziękowanie załączając również kilka naszych śpiewników.

Można się zdziwić skąd w Bytomiu są obecne Kresy i kresowiacy gadający z charakterystycznym zaśpiewem. Wszystko wyjaśnia broszura „Bytom Wielokulturowy” jaką otrzymaliśmy na pamiątkę w ramach świadczeń. Wynika z niej, że miasto zawsze było miejscem ścierania się wielu kultur i narodowości. Najpierw byli to Niemcy, którzy go założyli. Przez wieki żyła tu również diaspora Izraelitów a także Cygan. W wyniku holokaustu faszyści zlikwidowali obie te grupy etniczne, a po wojnie sami musieli ustąpić miejsca Polakom i właśnie kresowiakom.Jednakże każda z tych grup pozostawiła po sobie ślad w historii miasta i regionu, co zaznaczyła oprowadzająca nas po mieście pani przewodnik. To sympatyczne spotkanie na pewno zachowamy w pamięci.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Jubileusz Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Sportowego „Beskid Śląski”

24.03.2012

Gdy w roku 1910 zakładano w Cieszynie Polskie Towarzystwo Turystyczne „Beskid” nikt z szacownego grona założycieli pewnie nie przypuszczał jak skomplikowane okażą się losy tej organizacji. A także i tego, że po latach swój jubileusz obchodzić będą dwie niezależne organizacje powstałe na tej bazie: w 2010r. cieszyński oddział PTTK jako spadkobierca PTT oraz PTTS powstała w 1922r. w wyniku granicznych podziałów Śląska Cieszyńskiego.

Piękny jubileusz 90-lecia uzyskał równie piękną oprawę. Preludium do uroczystości było wydanie w ubiegłym roku wspaniałej monografii, a główne spotkanie zaplanowano w Domu Kultury Strzelnica w Czeskim Cieszynie. Uświetnili go znamienici goście w tym Konsul Generalny RP w Czechach, przedstawiciele miejscowych organizacji polskich, sponsorzy a także przedstawiciele PTTK z Żywca, Wisły i Cieszyna. Nasz Oddział reprezentował prezes R. Mazur oraz H. Więzik i J. Konieczny, a klub Ondraszek: A. Nowak i Z. Pawlik.

Rolą gospodarza przypadła oczywiście pani Halinie Twardzik prezesowi PTTS-u. Konferansjerami byli natomiast L. Osuchowski, wraz z partnerką. W kolejnych odsłonach wychodzili na scenę w strojach turystycznych, narciarskich oraz kolarskich z odpowiednimi atrybutami (plecaki, narty, rowery) i w dowcipnym dialogu prezentowali osiągnięcia Jubilata w poszczególnych dziedzinach, wspominając również sylwetki zasłużonych działaczy.

Byliśmy niezmiernie zaszczyceni, gdy przy omawianiu działalności na polu turystyki kolarskiej podkreślono współpracę z naszym klubem, prezentując ją jako modelowe rozwiązanie integracji turystów z obu brzegów Olzy. Wyrazem tego było również wyróżnienie pamiątkową plakietą oraz dyplomem jakie odebrałem z rąk p. prezes. Należy dodać, że wyróżnienie to zostało wręczone klubowi w momencie wręczania plakiet najważniejszym dla Towarzystwa osobom i instytucjom, co również świadczy o wysokiej randze naszych wzajemnych kontaktów. Okolicznościowe medale otrzymali także zasłużeni działacze PTTS-u, a także i PTTK.

Uroczyści towarzyszyła wystawa 90-lecia ilustrująca osiągnięcia towarzystwa w różnych dziedzinach swojej wszechstronnej działalności. Wśród przeróżnych dokumentów i fotografii można było odnaleźć i te które ilustrowały naszą dotychczasową współpracę włącznie z współorganizacją niezapomnianego zlotu przodowników turystyki kolarskiej w 2006r., a wśród wystawionych eksponatów był też m.in. archaiczny rower składany marki Eska.

Spotkanie było gęsto przetykane ciekawymi wstawkami artystycznymi jak choćby żywiołowy występ dziecięcego zespołu folklorystycznego z Bystrzycy, popisy wokalne harcerzy z Czeskiego Cieszyna, zapierających dech w piersiach występu gimnastyków z Nydku , czy solowego śpiewu znanego zawodowego tenora p. Czepca. Był również toast oraz konsumpcja „Trzech Kopców”, gdyż okolicznościowy tort był wykonany w kształcie słodkiej alegorii beskidzkich gróni: Jaworowego, Girowej i Kozubowej.

Tą część spotkania zakończyły życzenia i upominki dla Jubilata. Wszyscy goście w swoich przemowach w tym i w naszym wystąpieniu w imieniu klubu, z dużym szacunkiem odnosili się do ogromnego dorobku Jubilata, a także życzyli dalszych sukcesów w przyszłości. Pani prezes została obsypana kwiatami, a w galerii wręczonych upominków znalazła się również i nasza statuetka kolarza ozdobiona stosowną sentencją, a także okolicznościowy list gratulacyjny wraz z Ondraszkową odznaką.

Następna część uroczystości odbyła się w pomieszczeniach szkoły hotelowej przy ul. Frydeckiej, dokąd dostarczono wszystkich gości specjalnymi autobusami. Tutaj, przy stole zastawionym jadłem… i nie tylko odbyły się już bardziej nieoficjalne spotkania wśród znajomych, odświeżające przyjaźnie i wspomnienia. Niestety czas jakoś niepostrzeżenie tak przeleciał, że nie wiedzieć kiedy zrobiło się bardzo późno. To bardzo sympatyczne spotkanie na długo zachowamy w pamięci.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Topienie Marzanny na Gichcie oraz Konkurs wiedzy „740 Lat Miasta Żory”

24.03.2012

Chociaż początek wiosny to już historia, to jednak z kronikarskiego obowiązku należy odnotować nasz udział w topieniu Marzanny i pożegnaniu zimy. W sobotni poranek, 24. marca, na żorskim rynku spotkali się przedstawiciele większości klubów turystyki kolarskiej województwa śląskiego aby uczestniczyć w XXII Topieniu Marzanny na Gichcie."Ondraszka" reprezentowała 10-osobowa gromadka w składzie: Maryla, Beata i Kryska oraz Piotr Holisz, Piotr Hamera, Leszek Szurman, Kazik Szewczyk, Józek Lincer, Andrzej Nowak - "Ziołowy" i piszący te słowa. Tradycyjnie już, po oficjalnym powitaniu przez komandora i podzieleniu uczestników na mniejsze grupy, wyruszamy na trasę, która wiedzie przez Szczejkowice, Palowice i Gichtę do Parku Żwirowego, gdzie jest meta. Gospodarze przygotowali tam dla nas poczęstunek oraz kilka konkursów rajdowych. Tradycyjnie już należą do nich konkurs na najładniejszą marzannę, konkurs strzelecki oraz konkursy dla dzieci. W tym roku najważniejszym chyba konkursem jest ten dotyczący 740-lecia miasta Żory. Ponieważ wiedza w tej materii nie była naszą mocną stroną, więc nie braliśmy udziału w tym konkursie.

Ale nie wróciliśmy z Żor z pustymi rękoma. Marzanna Kryski zajęła III miejsce, a autor niniejszej informacji 1 punktem przegrał rywalizację o pierwsze miejsce w konkursie strzeleckim. Wśród uczestników rajdu pewną sensację wzbudzał jeden z rowerów. Pokłosiem tego "zainteresowania" było wydarzenie, które miało miejsce dwa tygodnie później...

Jarosław Rezmer - Bystry
Galeria
Prolog kolarski "Memoriał im. M. Palowskiego"

14.04.2012

Choć za oknem zimno i pochmurno czyli pogoda niezbyt zachęcająca do kolarskich wyczynów, na rynku stawiło się aż 22 członków klubu oraz sympatyków aby uczestniczyć w tej wyjątkowej kolarskiej wyprawie. Przed nami stałe punkty programu: spotkanie z beskidziokami, wspólny przejazd na mogiłę śp. Mariana Palowskiego na cmentarzu w Czeskim Cieszynie i dalej do doliny Tyry, gdzie w restauracji „U Kotali” wyznaczono metę.

Przed remizą straży pożarnej w Czeskim Cieszynie spotkaliśmy się z rowerowymi przyjaciółmi zza Olzy. Przybyła również Danusia Palowska oraz Józek Gociek - organizator dzisiejszej wyprawy. Po serdecznych powitaniach w długim około 40-odobowym korowodzie wspólnie udaliśmy się na cmentarz komunalny. Tutaj oczekiwał nas już serdeczny kolega śp. Mariana, który specjalnie przyjechał na rowerze z Albrechcic, aby podzielić się wspomnieniami wspólnych wycieczek oraz swojego ostatniego spotkania z Marianem. Spotkanie to miało wyjątkowe znaczenie, gdyż odbyło się dosłownie kilka godzin przed Jego śmiercią. Złożyliśmy kwiaty, zapaliliśmy znicze i w zadumie pochyliliśmy się nad mogiłą wspominając Jego rozliczne zainteresowania i to nie tylko rowerowe. Zaśpiewaliśmy hymn Ziemi Cieszyńskiej „Płyniesz Olzo…”, oraz PTTS-u „Szumi jawor…”. Jako, że śp. Marian był wesołym człowiekiem zanuciliśmy też piosnkę czeskich przedszkolaków, którą przy każdej okazji śpiewał. W tym momencie miałem wrażenie, że chmury jakby się trochę rozstąpiły…

Kontynuując wycieczkę obrzeżami miasta dojechaliśmy do Sibicy poznając po drodze zupełnie nieznane ścieżki i dalej przez Ropicę, Końskie, Oldrzychowice udaliśmy się w kierunku Tyry. Trzeba przyznać, że mocno pokręcona trasa i pagórkowaty teren przyczynił się do podziału naszego peletonu na coraz to mniejsze grupki, a i tak nie wszyscy na metę dotarli. No cóż, nie od dziś wiadomo, że na początku sezonu wszystkie górki są za strome, a dodatkowo nisko wiszące chmury zasłaniające szczyty gróni też nie wróżyły nic dobrego. Jednak ci którzy dojechali w ramach górskiej premii w pełni mogli się relaksować przygotowanym posiłkiem oraz podzielić się planami na nadchodzący rowerowy sezon.

Powrót nastąpił już indywidualnie i nasza kilkuosobowa grupka przez Trzyniec i Puńców dotarła do Cieszyna. Po drodze, jadąc wzdłuż rzeki mogliśmy podziwiać efekty rewitalizacji cieszyńskiego terenu rekreacyjnego nad Olzą oraz nowo powstałą pieszo-rowerową kładkę nad rzeką.

Łącznie przejechałem 25km i dodatkowo powiem, że jednak nie padało!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wojewódzki Zlot Oddziałów PTTK Sosnowiec

21.04.2012

„Drei-kaiserreichsecke” czyli Sosnowiec na rowerze

Już w ubiegłym roku na zakończenie IV Zlotu Oddziałów PTTK województwa śląskiego, który zorganizowaliśmy w Cieszynie było wiadomo, że następny zlot organizuje Sosnowiec. I właśnie ta chwila nadeszła. Tak się złożyło, że jedynym reprezentantem cieszyńskiego PTTK był wyłącznie Ondraszek, a ściślej biorąc 8-osobowa grupa rowerzystów, która dotarła na miejsce zbiórki MOSiR w Sosnowcu w dwóch ekipach. Tradycyjnie - autem z rowerami na dachu przyjechali Rozstrzapek, Afi, Alapala, Rechtór, Kryśka, Gwarek, oraz też tradycyjnie na rowerach: Ziołowy i P. Hamera.

Pieszych i rowerzystów z różnych stron województwa na starcie zebrał się całkiem spory tłum. Po omówieniu zasad podróżowania i czekających na trasie atrakcji ruszyliśmy, każda ekipa na swoją trasę. Rowerowy peleton prowadzili członkowie klubu kolarskiego przy miejscowym oddziale PTTK i trzeba przyznać, że zrobili to w sposób bardzo profesjonalny. Sosnowiec jest dużym ponad 200tyś. miastem, więc przeprowadzenie ponad 70-osobowego peletonu w normalnym ruchu drogowym było sporym wyzwaniem. Tymczasem bez pomocy policji czy innych służb mundurowych klubowicze pod dowództwem prezesa Marcina obstawiali kolejno wszelkie skrzyżowania sprytnie blokując ruch samochodowy, tak że nasz peleton bardzo sprawnie się przemieszczał i do końca trasy pozostawał w jednym kawałku .

A zwiedzać i zobaczyć naprawdę było co:

  • Zbieg Białej i Czarnej Przemszy czyli tzw. „Trójkąt trzech cesarzy” to miejsce, które w dawnych czasach pełniło taką samą rolę jak nasz „trójstyk”. Od XIX w do końca I Wojny Światowej był tu punkt zbiegu granic trzech zaborów: rosyjskiego (Sosnowiec), niemieckiego (Mysłowice) oraz austro-węgierskiego (Jaworzno). Te obecnie niepozorne rzeczki były wówczas żeglowne, a zbieg granic był wielką atrakcją turystyczną. W 2007r. ustawiono tutaj obelisk pamięci o dawnym podziale Europy i jej zjednoczeniu. I choć styk granic nie wygląda już tak jak na dawnych pocztówkach, nadal pozostaje ciekawostką, którą warto zobaczyć. A naszą grupę powitali dodatkowo oryginalnie umundurowani i uzbrojeni przedstawiciele straży granicznych trzech wymienionych monarchii.
  • Jak to bywa na pograniczu był tu również tygiel narodowości i kultur. Zobaczyliśmy kirkut jaki pozostał po miejscowych diasporze izraelitów.
  • W krajobrazie miasta dominuje wieża katedry pw. WNP .Choć wybudowana końcem XIX w. ze względu na atrakcyjne wnętrze stanowi żelazny punkt w planie każdej wycieczki. Otóż początkiem XX w. W. Tetmajer (jego ślub stanowił kanwę „Wesela” St.Wyspiańskiego”) oraz H. Uziębło ozdobili wnętrze wspaniałymi freskami które mimo, że przedstawiały sceny z historii Polski stworzone wówczas ku pokrzepieniu serc, szczęśliwie zachowały się do naszych czasów. Mroczne katedralne wnętrze ozdobione takimi wspaniałościami naprawdę robi wrażenie.
  • Przejechaliśmy pod domem w którym urodził się słynny kompozytor W. Szpilman. To jego wojenne przeżycia zekranizował S. Spielberg w filmie „Pianista”. Pan Władysław nadal – jak w dawnych czasach wygląda na ulicę ze swojego okna.
  • „Chłopak z Sosnowca” czyli Jan Kiepura też doczekał się swojego pomnika w centrum miasta. Sławny tenor był jedną z bardziej znanych postaci Sosnowca choć na pewno nie jedyną. Mijaliśmy bowiem rondo im. E. Gierka, który tutaj się urodził i jako I sekretarz PZPR przewodził PRL w latach siedemdziesiątych XXw. Spoczywa na miejscowym cmentarzu a dodać trzeba, że zmarł w cieszyńskim szpitalu.
  • Egzotycznie w tym miejscu wyglądająca XIXw. cerkiew prawosławna powołania Wiary, Nadziei i Miłości. Sympatyczny kapłan ciekawie przedstawił historię cerkwi jak również podobieństwa i różnice między „braćmi odłączonymi”. Ciekawym jest, że świątynia nadal służy miejscowej społeczności i stanowi jedyną parafię prawosławną w woj. śląskim.
  • Oryginalny zabytkowy budynek dworca kolei warszawsko – wiedeńskiej z połowy XIXw.
  • Ładnie odrestaurowane płace dawnych przemysłowców, a także groźnie wyglądające ufortyfikowane mury średniowiecznego zamku w dzielnicy Sielec.

Po zobaczeniu tych wszystkich wspaniałości pojechaliśmy na metę rajdu zlokalizowana koło ośrodka narciarskiego (!) Środula. Tutaj czekała na nas grochówka z wkładką oraz konkursy. Po pożegnaniu i publicznym podziękowaniu jakie w imieniu wszystkich rowerzystów przekazałem organizatorom pilotowani przez Marcina pojechaliśmy na drugi koniec miasta, gdzie zaparkowaliśmy auta. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o plac papieski gdzie w 1999r witano JPII. Jeszcze wcześniej w drogę powrotną udali się nasi długodystansowcy. W obie strony mieli do pokonania ponad 200km!

Pogoda w drodze powrotne j trochę się skropliła, jednak specjalnie nam to nie przeszkadzało. Na podsumowanie tej wspaniałej wycieczki daliśmy się skusić dodatkowo na deser do zameczku myśliwskiego w Promnicach, gdzie Von Hochbergowie w zamkowej wieży specjalnie dla nas przygotowali bardzo dystyngowane miejsce dla konsumpcji torciku marchewkowego podanego z kawą.

Przejechaliśmy tylko 25km, ale wrażeń było naprawdę sporo.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Otwarcie sezonu w Pogwizdowie

22.04.2012

Dzisiejsza wycieczka to wielka atrakcja, na którą czekają nie tylko klubowicze. Otwieramy kolejny sezon - choć pewnie w większość uczyniła to już wcześniej, a nawet byli tacy którzy w ogóle poprzedniego nie zakończyli. W ten piękny słoneczny niedzielny poranek na rynku zebrała się spora grupa ondraszków, beskidzioków oraz po prostu niezrzeszonych sympatyków dwóch kółek. Po serdecznych powitaniach Skryba - prowadzący i pomysłodawca przedstawił trasę, redaktor GZC zrobił rodzinne zdjęcie i nasz ponad 60-osobowy peleton trąbiąc i dzwoniąc wyruszył w drogę.

Pierwszy przystanek nastąpił już na ul. Frysztackiej, gdzie dzięki uprzejmości kustosza K. Neściora zwiedziliśmy muzeum 4 p.s.p. Wśród mnóstwa militarnych eksponatów zainteresowanie wzbudziły wojskowe rowery z specjalnymi uchwytami na karabin. Po uwiecznieniu pobytu w księdze pamiątkowej i przekazaniu upominku ruszyliśmy dalej. Jadąc wzdłuż Olzy dotarliśmy nową drogą do Boguszowic. Tutaj przy żelbetowym schronie przedwojennej pozycji osłonowej ”Cieszyn” przedstawiłem wojenną historię tego miejsca. Dalej korzystając z szlaku rowerowego przez Marklowice, Brzezówkę, Pogwizdów, las Kaczok dotarliśmy do Kaczyc. Tu z kolei zwiedziliśmy tereny dawnej kopalni „Morcinek”. Okolica, gdzie nie tak dawno zatrudnienie miało kilka tysięcy ludzi obecnie wraca do stanu pierwotnego czyli zarasta powoli krzakami. A jak tu kiedyś wyglądało opowiedział nasz Skryba - dawny pracownik „Morcinka”. Następny postój zarządzono przy drewnianym kościele powołania Podwyższenia Krzyża św. Proboszcz już na nas czekał z… pieczątką w ręce. Zaprosił wszystkich do zwiedzenia świątyni i przybliżył jej historię. Kościół choć niewielki jest bardzo ciekawy. Przeniesiony niegdyś z Ruptawy zachował wewnątrz sporo historycznych pamiątek. Przy pożegnaniu okazało się, że proboszcz jest mocno zainteresowany turystyka rowerową, więc w ramach podziękowań do przekazanych materiałów dołączyliśmy też kalendarz rowerowych propozycji na ten rok. Kto wie – może spotkamy się na kolarskich ścieżkach Ondraszka.

Z Kaczyc udaliśmy się już na metę wyprawy, którą zorganizowano w ośrodku wędkarskim PZW w Pogwizdowie. To świetnie miejsce zaproponował i pełnił również obowiązki gospodarza nasz L. Nowak - zapalony „cichy błozyn”. Nasamprzód szybko i sprawnie zniknął przygotowany posiłek - kiełbaski z rożna, a improwizowany bufecik też poważnie uszczuplił swoje zapasy .

Następnie zajęliśmy się sportowymi zmaganiami. W konkursie rowerowego toru przeszkód wzięło udział kilkunastu śmiałków, a po zaciętej rywalizacji zwyciężył team niezrzeszonych sympatyków. Nagrody rzeczowe które przewidziano do V miejsca włącznie odebrali również i Ondraszki: za IV miejsce - Rechtór, a V - Bystry. Dodatkową atrakcją spotkania była loteria fantowa, w której nagrodami były aktualne mapy rowerowe oraz foldery.

Kulminacyjnym punktem spotkania była ceremonia pasowania na Ondraszka. Tradycją od lat kultywowaną jest uroczyste przejęcie w poczet członków klubu kandydatów, którzy pozytywnie przeszli staż kandydacki. Wiąże się to ze złożeniem przyrzeczenia, pasowaniem stylizowaną pompką rowerową oraz nadaniem klubowego imienia –ksywki. Zaszczytu tego dostąpili Piotr Hamera oraz Leszek Nowak. Obaj pomyślnie przeszli ostatni test polegający na wypiciu bez skrzywienia „do dna” dziwnej mikstury i złożyli przyrzeczenie otrzymując imiona: Leszek to „Przypon” a Piotr od teraz jest klubowym „Paparazzi”. Przy wielkim aplauzie obaj otrzymali również stosowne certyfikaty .

Na tym zakończyło się nasze spotkanie i z powrotem pojechaliśmy już własnymi ścieżkami. Naszą grupkę poprowadził Śmig. Pojechaliśmy wzdłuż brzegu Olzy ledwo widocznym śladem dawnego granicznego pasa ornego przy którym stały jeszcze słupy pod tablice ostrzegawcze, aż do ogrodzenia fabryki farb i lakierów w Marklowicach po drodze odkrywając ślady budzącej się wiosny oraz to, że po torach jeszcze kursują pociągi!

Przejechaliśmy łącznie 35km, a dobra pogoda oraz wspaniale zorganizowana wyprawa na pewno wszystkich nastroiły optymistycznie.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Od św. Mikołaja do św. Wendelina

29.04.2012

Podczas upalnego poranka, lecz przy nieco porywistym wietrze, jak było umówione na rozpoczęciu sezonu, przy cieszyńskiej fontannie, oczekiwała grupa turystów, by wyruszyć na wycieczkę rowerową prowadzoną przez "Gwarka" Kazika w kierunku "Żabiego Kraju". Wyprawa nosiła tytuł "od św. Mikołaja do św. Wendelina", a dokładnie to od Wzgórza Zamkowego przy Rotundzie romańskiej z XI wieku p.w. św. Mikołaja, do Kaplicy św. Wendelina w Rudzicy.

W słonecznym skwarze i podmuchach wiatru w niedzielę Turystyczny Klub Kolarski "Ondraszek" w Cieszynie o godz. 910 z Rynku, wyruszył w dwóch grupach na wycieczkę rowerową. W wycieczce wzięło udział 28 kolarzy. Jak się okazało na mecie wycieczki, na licznikach rowerowych wyświetlona była liczba 80km. Przejechaliśmy całą trasę w ciągu 8 godzin z przerwami na posiłki i zwiedzanie obiektów sakralnych, oraz Galerii Stracha Polnego, artysty malarza Floriana Kohuta w Rudzicy.

Trasa wycieczki prowadziła drogami i ścieżkami powiatu cieszyńskiego i bielskiego - na odznakę PTTK Zielonych Szlaków Greenways, oraz architektury drewnianej. Celem wycieczki było zapoznanie się z walorami krajobrazowymi i przyrodniczymi w rejonie Gospodarstwa Rybackiego i Agroturystycznego Ochaby Wielkie Podbór, prowadzonego przez Dorotę, Michała i Pawła Kryjak, oraz z Doliną św. Wendelina w Rudzicy.

Demokracja w upalny poranek pogodziła uczestników i zrezygnowali ze zwiedzania najstarszej naszej perełki Śląskiej, aby udać się do Dębowca i w cieniu poczekać na drugą grupę, która wyruszyła o godz. 1000, czyli jak było planowane i opisane w prasie regionalnej. Dobrze się stało, że poczekał "Bercik", gdyż dojechało jeszcze 6 kolarzy i dołączyli do pierwszej grupy. W sumie niektórzy uczestnicy wykręcili ponad 80km i wrócili zadowoleni z wypadu w "żabi kraj".

Słoneczko grzało niemiłosiernie co przy rozpalonej nawierzchni asfaltowej, zaowocowało kilkoma defektami przebicia koła. Na godz. 1200 dojechaliśmy do Agroturystyki w Ochabach Wielkich Podbór, gdzie czekała na nas gospodyni z zupą rybną i po posiłku zaatakowaliśmy "kopiec pierściecki", czyli górkę Winogrodzką 316 m n.p.m. Nie było większych kraks na zjazdach i grupa 28 kolarzy dojechała do Sanktuarium św. Mikołaja w Pierśćcu. Apteczka przydała się jedynie przy drobnych "szlifach kolarskich" jednej z uczestniczek wycieczki. Lecz po zwiedzeniu Sanktuarium św. Mikołaja w Pierśćcu, byliśmy bogatsi o foldery, oraz chusteczki wcześniej pocierane przez "ondraszków" o łaskami słynącą figurkę św. Mikołaja na ołtarzu głównym kościoła. To na zapas, jakby kogoś coś bolało.

Kazimierz Szewczyk "Gwarek"
Galeria
31 Wędryński Rajd Turystyczny

06.05.2012

Parę dni wcześniej pan A. Kimas z Wędryni zadzwonił z propozycją udziału w tym ciekawym rajdzie. Nie było za dużo czasu aby rzecz szerzej rozgłosić, lecz poczta pantoflowa dobrze zadziałała. Wieść dotarła do jedenastu ondraszków, którzy w kilku grupach pojawili się w punkcie startu czyli przy Czytelni PZKO w Wędryni. Rajd ten tradycyjnie jest wielodyscyplinowy, piesi już poszli na trasy, a my stanowiliśmy połowę kolarskiego chyba 22-osobowego peletoniku.

Prowadzący pan B. Raszka - na codzień wędryński wicestarosta poprowadził całą czeladkę w stronę tutejszych wapieników, gdzie wszystkich poczęstowano wspaniała kawą a następnie ruszyliśmy dalej drogą, która coraz bardziej stawała się pionowa. W ten sposób dojechaliśmy prawie pod szczyt Małego Ostrego i dalej Ostrego podziwiając piękne widoki. Po kilku kilometrach teren się wypłaszczył i trawersując górskie zbocza dojechaliśmy do miejsca skąd już było tylko w dół. Niestety nie wszystkim wyszło to na dobre. Czesiek z PTTS zaliczył dziurę, która podbiła mu przednie koło i sekundę później wykonał wspaniały lot zakończony niestety twardym lądowaniem na asfalcie. Na szczęście skutki nie były aż takie groźne jak się zapowiadały.

Niebawem dojechaliśmy do nowego pensjonatu Owieczka w Nydku, gdzie nasz mini rajd się zakończył. Tutaj się podzieliliśmy na dwie drużyny: St. Pawlik, Paparazi i Ziołowy ruszyli z powrotem pod górę z zamiarem dotarcia do Cieszyna przez Cisownicę i przejście pod Czantoria, a pozostała część ekipy wypróbowała różne dziwne urządzenia do tortur cielesnych poustawiane na pobliskiej łące. Następnie korzystając z okazji postanowiliśmy odwiedzić naszą dobrą znajomą panią Anielę Kupcową mieszkającą nieopodal. Na pewno lekko była zaskoczona niespodziewaną wizytą, lecz wspaniale się nam gawędziło. Trzeba przyznać, że mimo swych 92 wiosen pani Aniela zachowała bystrość umysłu i zaimponowała nam swą pamięcią i celnymi wypowiedziami na różne tematy. Po serdecznym pożegnaniu ruszyliśmy w drogę powrotną przez Bystrzycę, Trzyniec i Końską do Cieszyna.

Łącznie przejechałem 39km i wiem jedno - było warto!

Zbyszek Pawlik
Galeria
Z Rozstrzapkiem w nieznane

13.05.2012

Mimo niezbyt szczęśliwej 13 w dacie nikt z przybyłych na rynek nie wątpił, że wyprawa będzie udana. Przecież prowadzi ją nasz klubowy „Rozstrzapek” czyli Maryla B-Holisz. Zebranym żądnym przygód Ondraszkom, sympatykom i dwóch Beskidziokom wyjaśniła cel i z grubsza trasę wycieczki a także zapowiedziała na końcu niespodziankę.

Wyjechaliśmy w stronę Puńcowa, gdzie pierwszy przystanek nastąpił przy noszącym cechy gotyku kościele katolickim pod wezwaniem św. Jerzego. Kościelny oprowadził nas po wnętrzu opowiadając co-nieco o historii. Najciekawsze było rzadko stosowane sklepienie palmowe z słupem stojącym pośrodku nawy.

Następny przystanek był poświęcony historii zamku w Dzięgielowie. Tutaj też dowiedzieliśmy się trochę o zamkowych historiach. W dalszej drodze pokonaliśmy strome wzniesienie na stokach Jasieniowej i dojechaliśmy do Goleszowa, gdzie nastąpiła przerwa „kawowa”. Dalej ruszyliśmy do Kisielowa bardzo widokową drogą trawersując zbocza góry Chełm. Z drogi otworzyły się wspaniałe widoki okoloną górami na dolinę Wisły, z kulminacją Baraniej Góry w tle. Po stromym podjeździe skręciliśmy w stronę Łączki skąd już niedaleko było do celu naszej wyprawy - galerii rzeźby p. Andrzeja Klimowskiego.

Gospodarz serdecznie nas przywitał w progu i zaprowadził do swojej pracowni. To duże pomieszczenie było muzeum, magazynem przeróżnych przedmiotów oraz galerią rzeźb i obrazów jednocześnie. I nie bardzo było wiadomo co bardziej podziwiać: kolekcję starych narzędzi i innych rzeczy niegdyś używanych w domu i gospodarstwie czy kunsztowne płaskorzeźby, rzeźby oraz obrazy, które wyszły spod ręki gospodarza. Najbardziej zachwyciły mnie jednak bardzo misterne i filigranowe płaskorzeźby wydłubane z grubych lipowych desek.

Gospodarz miał jeszcze dodatkową zaletę: grał na harmonii, a więc przy jego pomocy daliśmy mały recital „pieśni wszelijakich”. Niespodzianka było podglądanie bocianów które zadomowiły się na pobliskim drzewie oraz prawdziwego dostojnego pawia. Tu też Rozstrzapek odtrąbił koniec wycieczki, więc serdecznie żegnani przez p. Andrzeja i każdy udał się z powrotem własna trasą.

Przejechałem 44km - a więc nie tak znów mało, jak na tak miłą i sympatyczną niedzielną przejażdżkę.

Rechtór-Zbyś
Galeria
I Otwarty Zlot Turystów Kolarzy - Zibołki na Ukrainie

15.05.2012 - 20.05.2012

Ilekroć brałem pióro (pardon - klawiaturę) do ręki aby opisać ten niesłychanie bogaty w przeżycia tydzień nie widziałem jak się za to zabrać - no bo jak to opisać, na co zwrócić uwagę, a co pominąć? W końcu zawziąłem się aby to uczynić, choć są to moje może nieco subiektywne odczucia.

Kiedy w marcu 2012r. na spotkaniu działaczy kolarskich w Bytomiu Michał Raczyński zapowiedział, że taki zlot będzie organizowany już wiedziałem – tam trzeba być! Tak samo pomyślało kilku Ondraszków i po różnych perypetiach 15.05.2012 samochodem z rowerami na dachu wybraliśmy się w drogę w następującym składzie: Rozstrzapek, Gwarek, Stanisław Radomski z Gliwic (Ondraszek honorowy) oraz piszący te słowa Rechtór. Naszym zamiarem było dojechać na miejsce zlotu tj. do miejscowości Zibołki leżącej ok. 15km na wschód od Żółkwi - czyli jakieś 90km od granicy.

Wyjechaliśmy o 5 rano i bez przeszkód zameldowaliśmy się ok. 1500 na przejściu Korczowa-Krakiwiec. Ustawiłem się w kolejce kilkunastu aut na ukraińskich numerach i…dość długo nic się nie działo. Niebawem pani w uniformie Służby Celnej poradziła nam żeby ustawić się na pasie „green line”. Stąd płynie doświadczenie nr 1a - jak chcesz przekroczyć wschodnią granicę sprawnie i szybko - ustaw się do właściwej kolejki. Wkrótce pomknęliśmy przepiękną nową szosą w stronę Lwowa. Z mapy wychodziło jednak, że do Żółkwi można dojechać skrótem czyli drogą oznaczoną na mapie T-1415. Po kilku kilometrach wiedziałem, że słowo „droga” nie bardzo pasuje do rzeczywistości, a po kolejnych dziesięciu stwierdziłem, że Ford Eskort r.1998 w tak ekstremalnych warunkach jeszcze nie jechał. Każda próba omijania jednej dziury kończyła się na „zaliczeniu” pięciu okolicznych, a jedna większa od drugiej! W tej sytuacji całe towarzystwo przesiadło się na rowery, i na zasadzie „baba z wozu –koniom lżej” jakoś dotelepaliśmy się do miasta. Tutaj zapamiętałem doświadczenie nr 2 - symbol drogi T oznacza pewnie droga „Terenowa”. Późnym popołudniem, ok.1800 zameldowaliśmy się już na mecie zlotu. Tutaj od razu wpadliśmy w otwarte ramiona organizatorów. Powitały nas też komary, które pewnie nie mniej od organizatorów się cieszyły z naszego przyjazdu.

Bazę stanowił dziecięcy ośrodek wypoczynkowy „Rosinka” ładnie położony w sosnowym lesie. Na Zlocie były reprezentowane chyba wszystkie regiony Ukrainy, ok. 15 gości z Polski oraz dwie przemiłe Rosjanki, które jechały tutaj pociągiem aż 4 dni! Łącznie było nas trochę ponad 100 osób. Michał Raczyński z Nysy pełnił funkcję wicekomandora, natomiast komandorem był p. Taras Pacholiuk z Lwowa - przemiły facet tryskający energią oraz pomysłami. Organizacja zlotu mocno przypominała nasze zloty przodownickie – do czego prawdopodobnie przyczynił się wicekomandor. Sprawnie przydzielono nam 4-osobowy domek campingowy, odebraliśmy świadczenia w których znalazłem dobrą mapę i trasy na każdy dzień, ładne zlotowe gadżety, informatory krajoznawcze. Po rozpoznaniu rozlokowania zlotowego obozowiska i węzła sanitarnego poszliśmy spać.

A propos tego węzła - w języku ukraińskim ludzka populacja dzieli się na Człowieka oraz Kobietę, a wiec stosowne oznaczenia „Ҷ” oraz „Ӂ” należało szukać na drzwiach ubikacji typu „Na Małysza”, natomiast a propos spania to Gwarek przytargał ze sobą cały tartak i w nocy zawzięcie na nim piłował….

16.05.środa

Jakoś przeżyłem to nocne piłowanie i o dziwo nikt poza mną niczego nie słyszał. Wstaliśmy wcześnie, bo zapowiedziano wspólny wyjazd na uroczyste otwarcie Zlotu do Żółkwi. I faktycznie o 900 sprawnie uformowany peleton wyruszył na trasę poprzedzony pilotem na skuterku do którego przytroczył narodową flagę. Na rynek wjechaliśmy z wielką pompą i rozmachem pilotowani też przez milicję blokującą wszelkie poprzeczne drogi –włącznie z międzynarodową E-372, która musieliśmy przekroczyć. Na rynku powitał nas cały sztab miejscowych oficjeli. Po uroczystych przemówieniach i powitaniach odbył się program artystyczny w którym bardzo ładnie śpiewały wokalistki od całkiem małych po większe, a wszystkie wyjątkowo urodziwe. Następnie zaproszono wszystkich na herbatkę do bufetu pod parasole. Rowery pozostawiliśmy pod opieką milicjantów i prowadzeni przez ukraińską przewodniczkę zwiedziliśmy to piękne miasto, które było siedzibą Żółkiewskich oraz Sobieskich. Można było się o tym m.in. dowiedzieć (tym razem po polsku) od proboszcza kolegiaty św. Wawrzyńca i Stanisława, która stanowi nekropolię tych zacnych i zasłużonych dla Rzeczpospolitej rodów.

Po zakończonym programie otwarcia mieliśmy wybór: wracać tą samą drogą (co wybrała większość) lub jechać według założonej i oznakowanej terenie trasy - co uczyniłem wraz z Gwarkiem i kilkoma chłopakami na MTB. Prowadził nas szef tras kolarskich – p. Mirosław Tesliuk, któremu mimo 63 wiosen na karku nie było łatwo utrzymać koła. Na szczęście po drodze było kilka sporych podjazdów co nam – kolarzom z Ondraszka pomagało, a pozostałym raczej przeszkadzało. Gdzieś połowie trasy chłopcy jednak odpadli i na bazę dojechaliśmy tylko w trójkę. Przejechaliśmy 45 km po drogach typu T oraz zupełnych bezdrożach m.in. w koleinach traktorów.

Późnym wieczorem wzięliśmy udział w konkursie piosenki – jako jeden z czterech zespołów. Nasz występ wokalny zajął ostatecznie drugie miejsce ex-equo z Rosjankami. Dla mnie jednak bezapelacyjnie to one śpiewały najładniej, lecz jury miało naprawdę ciężki wybór. Wieczorem gdy usłyszałem, że Gwarek znów wyciąga swój warsztat próbowałem zasnąć wcześniej, lecz niestety ta sztuka mi się nie udała…

17.05. czwartek

Obudziła nas nie ptaszyna, lecz deszcz bębniący po dachu naszej chałupki. A dziś w programie był Lwów. Jak trochę przestało padać peleton ubrany w różne stroje przeciwdeszczowe, w tym nawet zrobione z worków foliowych szybko się uformował i ruszył w drogę mimo, że chmury wisiały nad głową a temperatura nie przekraczała 5°C. Nie bez żalu zrezygnowałem z roweru i stałem się znów kierowcą umęczonego Forda. Moim zadaniem była teraz rola czerwonego światełka za peletonem. Jako pasażerowie dosiadło się państwo z Nysy oraz Rozstrzapek. Trasa częściowo pokrywała się z wczorajszą tak, że mniej więcej wiedziałem w którą stronę pojechali kolarze. W międzyczasie zaczęło znów padać i ja zaaferowany omijaniem co większych dziur tak kluczyłem, że znalazłem się z powrotem…. w Zibołkach. Ręce mi opadły, bo nie miałem zielonego pojęcia jak to się stało. I tutaj doświadczenie nr 3 - na bocznych drogach nie szukaj drogowskazów bo ich tam nie ma i chyba nigdy nie było.

Koniec końców dojechałem do Lwowa przez Żółkiew i zdążyłem akurat na formowanie peletonu przed wjazdem do miasta. Pomysł był taki: najpierw milicyjny radiowóz potem peleton a na końcu ja z włączonymi awaryjnymi światłami. Pomysł świetny lecz życie go niebawem zweryfikowało. Najpierw radiowóz jechał tak szybko, tak że kolumna się niemiłosiernie rozciągnęła i jako zamykający z trudem widziałem w którą stronę mamy jechać. Blisko centrum wcisnęło się między nas i kolarzy kilka autobusów… i to był już koniec mojej roli. Nie wiedząc gdzie całe to rowerowe towarzystwo pojechało „na nosa” pojechałem w kierunku centrum. Rozglądaliśmy się pilnie gdzie się wszyscy podziali, aż tu nagle z bocznej uliczki wyjechał jeden z naszych rowerzystów. Pełniąc rolę pilota doprowadził nas do ratusza, gdzie już zebrała się cała grupa. Towarzystwo było już mocno przemoknięte i zmarznięte, jednak ze względu na przygotowane media (radio, reporterzy gazet, TV) wszyscy ustawili się wraz z rowerami na dziedzińcu ratusza, gdzie odegrała się scena powitania tym razem z udziałem władz Lwowa oraz grupowego wyjazdu.

Program wspólnego zwiedzania miasta obejmował najbliższe otoczenie rynku, wyjście na 63 m wieżę ratusza (przy ładnej pogodzie rewelacyjny widok) i zakończył się w studenckiej stołówce miejscowego AWF-u. Ciepły posiłek i herbata jako tako przywróciły wszystkich do życia. Następnie rowerzyści teraz wyłącznie w asyście deszczu udali się w drogę powrotną, a my – pasażerowie auta mogliśmy spokojnie kontynuować zwiedzanie, choć pod parasolami . Mając w ręce przewodnik i mapę podjąłem się roli pilota grupy i sprawnie zwiedziliśmy zabytkowe centrum Lwowa. W programie wycieczki było jeszcze zwiedzanie Cmentarza Łyczakowskiego, który jak na złość był ulokowany po przeciwnej stronie miasta. W końcu po przyjeździe pod cmentarną bramę zanotowałem doświadczenie nr 4 - kto zrobił prawo jazdy we Lwowie da sobie radę za kółkiem chyba na całym świecie.

Po zwiedzeniu tej ważnej dla Polaków nekropolii nastąpiło pytanie – jak się wydostać na drogę powrotną do Żółkwi, gdyż znów była zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta. Pytany o to młody człowiek siedzący opodal w starej Ładzie najpierw próbował mi to wytłumaczyć, w końcu machnął ręką i powiedział żeby jechać za nim. W ten sposób zaliczyliśmy w wyścigowym tempie auto-cross po lwowskich opłotkach i w końcu wyjechaliśmy jednak na znajome już nam rondo. Odetchnąłem, podziękowałem i już bez przeszkód prawie po ciemku dojechaliśmy do bazy. I znów nie zdążyłem zasnąć przed Gwarkiem, choć Bóg mi świadkiem - bardzo się starałem.

18.05 piątek

Powitał nas piękny, słoneczny poranek. I bardzo dobrze bo na dziś przewidziano rowerowy maraton. Prawdę mówiąc nie miałem zamiaru na niego jechać myśląc raczej o programie krajoznawczym, lecz w ostatniej chwili dałem się przekonać. Pojechało nas nieco więcej, lecz wróciło 12 (w tym Gwarek). Prowadzeni przez niezawodnego Mirosława zaliczyliśmy imponująca trasę : przez Kamionkę Strumiłowską , Busk, Ostriw, Nowy Milatyn i Żówtanci łącznie ok. 120km. Teren raczej równinny więc przejazd nie był znów specjalnie wyczerpujący. Absolutnie nie żałowałem swojej decyzji, bo maraton był też połączony z programem krajoznawczym i pomimo dość dobrego oznakowania trasy nie byłbym w stanie sam wyłuskać wszystkich ciekawostek. A były to m.in.:

  • kościół w Kamionce, w którym zachowała się oryginalna tablica poświęcona H. Sienkiewiczowi.
  • urocza cerkiew drewniana w Kamionce granicząca z starym polskim cmentarzem
  • przejście przez rzekę Zachodni Bug po osobliwym improwizowanym moście wiszącym
  • piękny drewniany lecz już mocno zmurszały drewniany kościółek wiejski w wiosce Tadani.
  • cerkiew grekokatolicka w Ostriwie.

Kapłan zachwycony przybyciem naszej grupy oprowadził nas po zakamarkach świątyni (włącznie z przestrzenią sacrum za carskimi wrotami), specjalnie dla nas opuścił wiszącą nad ołtarzem cudowną ikonę, którą wszyscy kolejno całowaliśmy otrzymując błogosławieństwo i na koniec obficie pokropił nas wodą święconą za pomocą specjalnej miotełki. Następnie wskoczył na rower aby pokazać nam dalszą drogę, lecz niestety miał defekt i rower nie był do użytku. Niezrażony tym faktem zatrzymał akurat przejeżdżającego parafianina, który otrzymał polecenie wyprowadzenia naszego peletoniku. I słowo ciałem się stało - wyjechaliśmy z Ostriwa pilotowani przez archaiczną Ładę.

W wiosce Kudrawci wyznaczono półmetek maratonu w wiejskiej zagrodzie zamieszkałej przez krewnych naszego Michała. Gościnę, jaką dla nas przygotowano - obcych przecież ludzi zapamiętam na długo. Byłem bardzo wzruszony tym niezwykle serdecznym przyjęciem.

W Nowym Milatynie starsza kobieta widząc rower Gwarka przystrojony w narodową flagę zaczęła wołać za nami żebyśmy oddali obraz. Obraz - jaki obraz? Dopiero w centrum wsi przy imponującym rozmiarami kościele XVII w. pw. Jana Chrzciciela (obecnie w remoncie) okazało się, że w trakcie powojennych migracji ludności miejscowi Polacy opuszczając rodzinne strony zabrali z sobą łaskami słynącą ikonę Matki Bożej, która obecnie znajduje się w Krakowie.

Staw pełny wody mineralnej przed Nw. Milatynem. Woda z wyraźnie odczuwalnymi składnikami siarki pod własnym ciśnieniem wytryskuje na kilka metrów tworząc malowniczy gejzer oraz spory staw. I pomyśleć, że ludzie jeżdżą do wód, aby za grube pieniądze zafundować sobie coś – co tutaj jest zupełnie za darmo.

Dzięki temu, że Mirosław nieustannie nas poganiał do bazy wróciliśmy nieco po 1700 i był jeszcze czas aby uczestniczyć w rozgrywanej konkurencji rowerowej jazdy terenowej. Przejazd po leśnej trasie ok. 1 km nie był trudny, lecz jako Ondraszki nie zajęliśmy jakiś znaczących pozycji. Wieczorem odbyło się spotkanie z władzami organizacji UETC zrzeszającej stowarzyszenia zajmujące się turystyką rowerową. Należy do niej kilka państw europejskich ( w tym nasze PTTK, które tutaj było reprezentowane było przez przedstawicieli Kom. Kol. ZG PTTK). Ukraina przystąpiła w marcu br. do UETC, w związku z czym delegacja przyjechała aby omówić sprawy organizacji przyszłego międzynarodowego zlotu na tym terenie.

19.05. sobota

Na dziś przewidziano grupowy wyjazd do miejscowej Częstochowy – czyli monastyru bazylianów w Krechowie, a także do Jaworińskiego Parku Narodowego. Przed tym jednak znów zajechaliśmy na rynek w Żółkwi, gdzie ponownie odbyła się ceremonia powitania, tym razem z przy udziale oficjeli z UETC. Dalsza droga prowadziła nas do Krechowa, gdzie powitali nas przedstawiciele dyrekcji parku narodowego. Po zwiedzeniu ładnie odrestaurowanego klasztoru pojechaliśmy cała grupą do miejsca wypoczynkowego położonego już na terenie parku. Tutaj leśnicy ufundowali nam poczęstunek oraz świetną herbatę z lipowych kwiatów przyrządzoną bezpośrednio nad ogniskiem.

I znów podzieliliśmy się na dwa zgrupowania – część pojechała z powrotem tą samą drogą a część po trasie obejmującej fragmenty parku. Tym razem jeździliśmy po leśnych ostępach, piaskach i błocie pilotowani przez pracownika administracji leśnej na motorowerze. Mocno zziajani tymi zmaganiami z terenem wyjechaliśmy w końcu na drogę, gdzie oczekiwali nas … oficjele z UETC którzy podjechali tutaj luksusowym busem. I teraz już wszyscy razem podjechaliśmy na sporą przełęcz, która jest głównym wododziałem europejskim. Oznacza to, że patyk w zależności od tego do której rzeczki zostanie wrzucony dopłynie albo do Morza Czarnego albo do Bałtyku. Po pokonaniu kilku dalszych kilometrów pośród malowniczych łąk i lasów dojechaliśmy do leśnego gospodarstwa, które zajmuje się hodowlą koników… polskich. Okazało się, że Jaworiński Park Narodowy chroni wzgórza będące częścią pasma Roztocza, które jest położone po obu stronach granicy. Należy wspomnieć, że hodowla tych koni jest również specjalnością naszego Roztoczańskiego Parku Narodowego.

Po serdecznym pożegnaniu z dyrektorem parku udaliśmy się w drogę powrotną. W miejscowości Majdan znów nastąpił dylemat - albo jedziemy do Żółkwi i dalej do mety, albo też trasą wyznaczoną na dzień dzisiejszy. Nasza grupka znów się podzieliła i już w kilka osób (w tym Gwarek) prowadzeni przez niezawodnego Mirosława obraliśmy trasę, którą po przejeździe określam jako mocno terenową z podkreśleniem słowa „mocno”. Rekompensatą były wspaniałe widoki i krajobrazy – jak w swojskich Beskidach. Po zjeździe na bardziej równinne tereny Mirosław rozwinął taką szybkość, że z Gwarkiem daliśmy sobie spokój i skręciliśmy do wiejskiego sklepiku celem uzupełnienia płynów w organizmie. Przy okazji poczyniliśmy różne ciekawe spostrzeżenia obyczajowe. Na liczniku było prawie 100 km co jednak nie przeszkodziło nam uczestniczyć w zapowiedzianym konkursie krajoznawczym. Test był pisemny i obejmował zakres historii i krajoznawstwa woj. Lwowskiego. Mimo że pytania były sformułowane po ukraińsku - daliśmy radę.

Na ten ostatni już wieczór przewidziano podsumowanie zlotu, rozdanie nagród i biesiadę integracyjną. Cały program rozpoczął się ok. północy rozdaniem nagród. Byłem mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że w konkursie krajoznawczym zdobyłem I miejsce, w tym puchar oraz złoty medal. Nasz Staszek Radomski został seniorem zlotu, co podkreślono odpowiednim dyplomem. Otrzymaliśmy również medale za udział w maratonie oraz nagrodę za śpiewanie. Długo w noc przy ognisku rozbrzmiewały polsko-rosyjsko-ukraińskie pieśni, a w przerwach zajadaliśmy się kiełbaskami i ziemniakami w mundurkach gotowanymi w wielkim kotle. Niebawem nastąpiła pełna integracja i zbratanie narodów.

20.05. niedziela

Obudziłem się i czym prędzej zanotowałem doświadczenie nr 5 - odporność na piłowanie Gwarka uzyskuje się poprzez aktywny udział w ogniskach integracyjnych! Obóz powoli pustoszał, uczestnicy udawali się w różne strony świata do swych domów. My również spakowaliśmy cały majdan do auta i gdzieś około południa serdecznie pożegnaliśmy organizatorów i też ruszyliśmy w drogę powrotną. Pomni doświadczeń pojechaliśmy tym razem drogą główną (nawierzchnia super) w stronę Rawy Ruskiej – Hrebenne. Niebawem byliśmy już po sprawnie przeprowadzonej ukraińskiej odprawie granicznej (max.05 godz.) i ustawiliśmy się na drodze oznaczonej „green line” na stronie polskiej. Po gdzieś ok. 1,5 godz. czekania nie wiadomo na co zanotowałem ostatnie doświadczenie nr 1b - linia zielona na jednych przejściach jest bardziej a drugich jakby mniej zielona. Ostatecznie Straż Graniczna nam oddała paszporty i wjechaliśmy do kraju. Po pokonaniu ok. 500 km gdzieś o 200 nad ranem dnia następnego zakończyliśmy tą wyprawę w punkcie wyjścia, czyli w Cieszynie.

Po tych kilku dniach spędzonych na rajdzie twierdzę, że Ukraina to kraj który koniecznie trzeba zobaczyć – zwłaszcza na rowerze. Piękne krajobrazy, wartościowe zabytki, serdeczni i uczynni ludzie przy względnie małych kosztach pobytu i przyzwoitym zaopatrzeniu w każdym, nawet małym wiejskim sklepiku. Są to atuty, które warto pamiętać przy planowaniu kolejnych wypraw. Jednak uwaga! Najbardziej zadowoleni będą ci, którzy w swoją wyprawę wkalkulują pewne niewygody oraz dozę improwizacji.

Załączniki

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rowerowe obchody jubileuszu 90-lecia PTTS

26.05.2012

W piękny sobotni poranek 26.5.2012 zebrała się w parku przy Strzelnicy w Czeskim Cieszynie 36-osobowa grupa kolarzy z PTTS "Beskid Śląski" - Towarzystwa Rowerowego "Olza", TKK "Ondraszek" Cieszyn, oraz sympatyków kolarstwa, by po swojemu uczcić jubileusz 90-lecia PTTS "Beskid Ślądki". O godź. 900 wyruszyliśmy do... Cieszyna, by wypróbować nową ścieżkę dla pieszych i cyklistów między MOSiRem i Parkiem Sikory, i podążać w kierunku Tyry po drogach i ściežkach Ropicy, Śmiłowic, Gutów, by po około 25km zakończyć swą podróż na "druciannych rumakach" w Tyrskim pensionacie "Stajnie", gdzie nam organizatorzy M. Macháčová i Cz. Byrtus zorganizowali miłe popołudnie. Oprócz posiłku były przygotowane zawody w przechodzeniu przez rzekę po kłodzie drzewa i strzelaniu z prawdziwego łuku. Były też leżaki na słońcu, pogawędki i na końcu wspaniała jajecznica. Po tym ciekawie spędzonym popołudniu w miłej atmosferze, przy dobrej pogodzie i pod opieką sympatycznego personelu pensjonatu, uczestnicy już indywidualnie powrócili do domów.

B. Fukała
Galeria
Jaja w ogniu… czyli Zielone Świątki z Ondraszkiem

27.05.2012

Zgodnie z odwieczną tradycją, jest taki dzień w okolicy Zielonych Świątek, w którym kto żyw, udaje się w plener, aby upichcić tam jajecznicę. Tradycja ta, jest zapewnie lokalna – na Górnym Śląsku nieznana, lecz nasz klub jak sięgam pamięcią, zawsze ją kultywował. I w tym roku nie było inaczej.

W. Zmełty „Kropelka” zapowiedział zbiórkę uczestników na godz.10.00 na rynku. Mając na uwadze dobrze zapowiadającą się pogodę oraz perspektywę atrakcji czekających na nas, na rynku pojawiła się spora grupa kolarzy. Tym razem metę zorganizowano w folwarku Karłowiec w Kończycach Wlk.

Dojazd był dwuwariantowy: trasa ambitniejsza, przez Zamarski i Hażlach, lub na skróty, przez Pogwizdów. Podzieliliśmy się na dwie grupy i każda pojechała w swoją stronę. Na Zamarski prowadził A. Nowak „Skryba”, większość obecnych wybrała ten dojazd z powodu atrakcyjnych widoków, choć okupionych kilkoma stromymi podjazdami. Po drodze zatrzymaliśmy się też w Hażlachu Czarnych Dołach przy źródełku, gdzie można było odetchnąć i skosztować rewelacyjnej wody wypływającej ze studzienki.

Na mecie okazało się, że kolarze przyjeżdżali grupami i to nie tylko ci z rynku. Przyjechały też „Wiercipięty” z Jastrzębia, jeden Beskidziok oraz spory peleton (ok. 20!) rowerzystów spod znaku „Przerzutki” z Zebrzydowic.

Folwark okazał się świetnym miejscem na imprezy plenerowe. Znajdował się tam spory plac i ładnie zagospodarowane miejsce na polową kuchnię. Na miejscu był już nasz P. Holisz „Śmig”, który wsparty przez K. Holisza oraz innych ochotników podjął się trudu przygotowania jajecznicy gigant. Skrupulatnie podliczono zużyte jajka, a było ich aż 338. Zanim przyjemny zapaszek przysmażonej słoniny rozciągnął się po okolicy przygotowaliśmy już konkursy.

Gwarek zajął się organizacją strzelnicy, na której zamierzaliśmy odbić przechodni puchar –patelnię, z rąk ubiegłorocznego króla strzelców, W. Marszała z „Wiercipięty”. J. Rezmer „Bystry” z J. Gracyasz „Ośką” założyli… suchy staw z rybkami, które należało wyłowić w ramach konkursu, a Kryśka podjęła się prowadzenia „jajecznicowego toru przeszkód”.

Wszystkie konkursy odbyły się pod okiem sędziów, wielkim dopingu obserwatorów i śmiechu zawodników. Podczas zawodów można było zasmakować w przepysznej jajecznicy, do której spróbowania zachęcał szef kuchni „Śmig”. Jajecznica w plenerze… po prostu pycha! Finałową konkurencją, był wymagający wielkiej zręczności, konkurs rzucania jajem. Jak to zwykle bywa, nie każdy mógł zostać zwycięzcą. Najważniejsza była jednak wspaniała zabawa. I tak:

  • W konkursie strzeleckim z wiatrówki, przechodni puchar – patelnia, na najbliższy rok znajduję w rękach naszego K. Szewczyka ”Gwarka”. Bezapelacyjnie zajął I miejsce, mając 29 pkt na 30 możliwych.
  • „Jajecznicowy tor przeszkód” był rozgrywany w dwóch kategoriach. W kategorii pań startowało 13 osób i wygrała A. Pawlik „Alapala” z Ondraszka, a wśród 11 Panów brylował G. Cienciała „Dzięcioł”, też z Ondraszka. Dodam, że jako autor pomysłu zmagań mocno przekombinowałem z wiązaniem krawata, którego rozsupłanie zajęło mi ponad 1,15 min, a zwycięzca uczynił to w 32 sek.
  • W rzucaniu jajem, w szranki stanęło dziesięć par, przy czym po wyrównanym pojedynku na placu boju zasłużenie pozostali „Bystry” i „Ośka”. Niektórzy z konkurentów mieli za to na sobie świeże maseczki z białek i żółtek.
  • W łowieniu rybek najlepszy okazał się przedstawiciel „Przerzutki”, przy czym okazało się, że wobec wyrównanego poziomu umiejętności „wędkarzy”, należało zarządzić dogrywkę.

Należy dodać, że powyższe zmagania, w tym kulinarne, odbyły się przy świetnej pogodzie, choć przez chwilę wielka chmura, która nad nami się przesunęła, nieco nas zmoczyła. Ale jak wiadomo „z wielkiej chmury mały deszcz”. Przy rozdaniu nagród oklaskami nagrodziliśmy również bardzo zasłużonych autorów jajecznicy oraz organizatora tego uroczego spotkania.

Wszyscy, a było nas aż 67 osób, byliśmy bardzo zadowolenia z miłego spotkania, a tuż po nim każdy pojechał do domu. Przejechałem 37km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
52. Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK Łódź

02.06.2012 - 09.06.2012

Zloty przodownickie od dawna są jednym z najbardziej popularnych spotkań działaczy turystyki kolarskiej spod znaku PTTK. Polskie zloty kolarskie są zawsze wyczekiwane i później wspominane przez wszystkich sympatyków. Świadczy o tym choćby stale rosnąca liczba uczestników, która od czasu naszego zlotu w 2006 roku w Cieszynie prawie zdążyła się podwoić, a w Cesarce było nas przeszło już 400. Po przeróżnych perturbacjach organizacji podjął się tym razem Łódzki Klub Kolarski im. H. Ginteraa. Na marginesie dodam, iż w tych stronach byliśmy już na zlotach dwukrotnie: po raz pierwszy w 1976 roku w Pabianicach, i następnie w 1994 roku w Wiśniowej Górze.

Mocną reprezentację wystawili tym razem Beskidziocy z PTTSu (6 osób), a także przyjaciele z Ukrainy (21 rowerzystów), u których niedawno gościliśmy. Ondraszków również było niemało – łącznie 16, choć przyjechaliśmy w różnych terminach. Nie byliśmy jednak najliczniejszą reprezentacją, gdyż dużo więcej było choćby „Wandrusów” z Żor, czy „Huzów” z Gliwic.

Tajemnicza nazwa Cesarka oznaczała ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy z 1965r. malowniczo położony w dolinie rzeki Moszczanicy. Ośrodek ten niegdyś należał do wojewódzkiej komendy milicji, więc lata świetności już ma dawno za sobą. Jednak świetna lokalizacja nad sporymi stawami w sosnowym lesie niedaleko Strykowa rekompensowała wszelkie niedostatki wynikające z wieku ośrodka. Większość uczestników tradycyjnie wybrała miejsce pod dachem (domki oraz centralny budynek hotelowy), choć jako mieszkaniec pola namiotowego twierdzę, że własny daszek - choć namiotowy też był dobrym pomysłem.

Zlot zaczął się kilka dni wcześniej kursem na przodownika turystyki kolarskiej. Kurs pozytywnie ukończyło 14 adeptów, w tym aż dwóch Ondraszków – A. Pawlik „Alapala” oraz L. Szurman „Wędrowniczek”. Trzeba dodać, że „Alapala” choć podchodziła do egzaminu eksternistycznie zdobyła pierwszą lokatę (135 pkt. na 158 możliwych), a więc grono działaczy Ondraszka powiększyło się o wyjątkowo zdolnego przodownika.

Rowerowym wędrówkom sprzyjała pogoda, choć nie można powiedzieć, że cały czas była rewelacyjna. Zlot zaczął się przy przenikliwym zimnie - pierwszej nocy było tylko 5°C, a w dzień niewiele więcej. Na początku było też deszczowo, choć na szczęście padało tylko w nocy, tak że na trasach nie było potrzeby zakładać peleryn. Natomiast wbrew tradycjom dzień Bożego Ciała był wyjątkowo słoneczny i ciepły, co już utrzymało się do końca imprezy.

Zgodnie z planem rowerowymi peregrynacjami objęliśmy północną i wschodnią część województwa Łódzkiego, przy czym otwarcie imprezy odbyło się w centralnym punkcie Łodzi - na ulicy Piotrkowskiej. Należy wspomnieć, że zarówno samo miasto jak i okolica w której podróżowaliśmy wyjątkowo sprzyjała rowerzystom. W mieście była dostępna całkiem przyzwoita sieć rowerowych ścieżek z własną sygnalizacją, a na trasach gęsta sieć dróg i dróżek o przyzwoitej nawierzchni. Do tego ciekawe przyrodniczo i historycznie miejsca godne odwiedzin, piękne okolice Parku Krajobrazowego Wzniesienia Łódzkie wprost zachęcały do rowerowej eksploracji terenu.

Oto w skrócie wydarzenia poszczególnych dni:

3.06. niedziela

Dzień rozpoczął się wspólnym przejazdem do Łodzi na uroczyste otwarcie, po którym braliśmy udział w miejscowej Rowerowej Masie Krytycznej. Na kilkunastokilometrowej trasie ulicami miasta przejechało chyba ok. tysiąca rowerzystów, co było różnie przyjmowane przez miejscowych: przychylnie przez przechodniów - oklaskami, a wręcz odwrotnie przez niektórych kierowców - trąbieniem.

4.06. poniedziałek

Rowerowe trasy prowadziły m.in. do geometrycznego środka Polski, który znajduje się w miejscowości Piątek oraz do Walewic znanych z klasycystycznego pałacu - miejsca romansu Napoleona i hrabiny Walewskiej.

5.06. wtorek

Zwiedzaliśmy Łódź, tym razem szlakiem kinematograficznym. Odwiedziliśmy znane studio filmowe „SE-MA-FOR” poznając bliżej tajniki animacji lalkowej takich kultowych postaci z dziecięcych lat jak m.in. Miś Colargol czy Pingwin Pik-Pok. Uczestniczyliśmy też w filmowym seansie ostatniej oscarowej produkcji pod tytułem „Piotruś i wilk”. Dopełnieniem tematu było zwiedzanie ciekawego Muzeum Kinematografii mającego swoja siedzibę w pałacu Karola Scheiblera. Był to swego czasu jeden z najbogatszych fabrykantów w Łodzi. Zwiedzaliśmy też „Księży Młyn” czyli dawne prywatne „miasto w mieście”, które wybudował Scheibler. Indywidualnie złożyliśmy również wizytę w Muzeum Etnografii poznając przy tym przemiłą panią etnograf - pasjonatkę miasta oraz swojej pracy.

6.06. środa

Był to dzień pod znakiem łowickich wycinanek oraz dworków i pałaców. Zwiedziliśmy malowniczy skansen wsi łowickiej w Maurzycach, tutaj można było też zobaczyć pierwszy na świecie most o konstrukcji spawanej. Odwiedziliśmy też Łowicz a następnie posiadłość Radziwiłłów w Arkadii i Nieborowie. Punktem kulminacyjnym była zaaranżowana przez „Baśkę” i „Skrybę” niezapomniana biesiada w starym dworze pod starą lipą w Woli Szydłowieckiej. Tutaj podejmowani byliśmy przez przemiłych gospodarzy w rewitalizowanym przez nich zabytkowym dworku. Niezależnie od tych wydarzeń „Gwarek” i „Niezłomny” uczestniczyli w autokarowej wycieczce do Kłodawy, gdzie zwiedzili kopalnię soli.

7.06 czwartek

W czwartek odbyła się między innymi wyprawa do rezerwatu przyrody Parowy Janinowskie, które zwiedzaliśmy pilotowani przez pracowników Parku - pasjonatów swego fachu. Zwiedzanie było połączone z biesiadowaniem na uroczysku przy ognisku i kiełbaskach. Tradycyjnie wieczorem odbyła się narada prezesów kół i klubów kolarskich prowadzona przez Kom. Kol. ZGPTTK, natomiast jeszcze późniejszym wieczorem spotkaliśmy się wśród przyjaciół przy gitarze. Trzeba dodać iż nie tylko ondraszkowe śpiewniczki były w użyciu.

8.06 piątek

Był to dzień Reymonta oraz dziwów natury. Osią przewodnią wyprawy było zwiedzanie Lipiec Reymontowskich, które uwiecznił pisarz noblista w powieści „Chłopi” oraz ogromnie ciekawe arboretum w Rogowie. Tutaj z kolei można było zwiedzić muzeum drzewa i lasu, a także zapoznać się z bogata kolekcją drzew i krzewów różnych stron świata. „Ośka” i „Bystry” tymczasem byli uczestnikami autokarowej wyprawy krajoznawczej po Łodzi.

Wieczorem odbyło się wręczenie nagród w przeprowadzonych w trakcie zlotu konkursach (tym razem w nich nie uczestniczyliśmy) oraz ceremonia oficjalnego zamknięcia zlotu. Publicznie dziękując organizatorom za dobrze przygotowaną imprezę wręczyłem drobne upominki związane z Cieszynem. Uczynili to również B. Fukała w imieniu PTTS oraz T. Pacholiuk reprezentując kolarzy z Ukrainy. Przy okazji przekazał wspaniałą wieść - II Zlot na Ukrainie odbędzie się w 2013 roku na Krymie!

Na koniec, przy wyraźnej dezaprobacie zebranych, szef Kom. Kol. ZGPTTK W. Wieczorkowski wygłosił kwestię zamykającą zlot. Pozostałą część tego ostatniego już wieczoru wypełniły spotkania integracyjne w podgrupach a także zabawa taneczna.

9.06. sobota

Na każdym zlocie jest bezsprzecznie najsmutniejszy dzień, w którym wszyscy się pakują, żegnają i wyjeżdżają. Obozowisko powoli pustoszeje. Choć nie do końca, bo część uczestników korzystając z możliwości pozostania na jeszcze jedną noc wzięła udział w pilotowanej wycieczce rowerowej do Zgierza i Ozorkowa. Z tej możliwości skorzystali też nasi klubowicze „Gwarek”, „Wędrowniczek”, „Szykowno” oraz „Przypon”. Natomiast „Afi”, ”Alapala” i piszący te słowa wybraliśmy wariant pośredni - po spakowaniu całego obozowego majdanu do auta i serdecznym pożegnaniu pozostałych, wyjechaliśmy do pobliskiej miejscowości Brzeziny. Tutaj pozostawiliśmy samochód i wykonaliśmy jeszcze jedną 30 km rowerową pętelkę, tym razem szlakiem cmentarzy z I wojny świat. Jest faktem, że w 1914r. toczono tu ciężkie walki w trakcie tzw. ”operacji łódzkiej”, po których pozostało dużo wojennych nekropolii. Późnym popołudniem już definitywnie spakowani ruszyliśmy w stronę Cieszyna, gdzie dotarliśmy ok. 2200.

Tak zakończył się ten tydzień pełny rowerowej przygody, przy czym na zlotowych trasach przejechałem blisko 400km. Należy też dodać, że podobnie jak w roku ubiegłym pytanie gdzie spotkamy się w 2013r. na razie pozostaje otwarte. Na pewno będziemy z niecierpliwością czekać na odpowiedź.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XV Jubileuszowy Rodzinny Rajd Rowerowy

17.06.2012

Dnia 17.06.2012r. o godzinie 9.00 cieszyński rynek, udekorowany okolicznościowymi transparentami, stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów. Zdecydowali się oni wyruszyć na trasę tegorocznej, jubileuszowej edycji rajdu. Impreza była szeroko anonsowana w lokalnej prasie, portalu internetowym Ziemi Cieszyńskiej, plakatach informacyjnych w cieszyńskich placówkach oświatowych, na słupach ogłoszeniowych oraz w autobusach MZK. Była też ujęta w dwujęzycznym kalendarium imprez kulturalnych Cieszyna, wydawanym przez Miejskie Centrum Informacji i Promocji.

Celem imprezy nieodmiennie jest promowanie czynnego wypoczynku na rowerze, jako środka integrującego rodzinę. Ważne jest także reklamowanie oznakowanych szlaków rowerowych, jako jedynych bezpiecznych dróg dla rowerzystów, poznawanie uroków Ziemi Cieszyńskiej oraz realizacja hasła PTTK, które ogłosiło rok 2012 rokiem Propagowania Turystyki Rowerowej. Swój udział w Komitecie Honorowym potwierdzili: p. Mieczysław Szczurek - Burmistrz Miasta Cieszyna, p. Krzysztof Glajcar - Wójt Gminy Goleszów, p. Ryszard Mazur - Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie. Głównym sponsorem rajdu był Bank BGŻ S.A., którego reprezentowała p. Beata Grabowy - Dyrektor Oddziału BGŻ w Cieszynie.

Wśród rowerzystów wyróżniały się liczebnością drużyny z Towarzystwa Turystyki Rowerowej „Cyklista” z Przecieszyna k/Brzeszcz oraz Klubu Kolarskiego „Przerzutka” z Zebrzydowic. Obecni byli też przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Sportowego „Beskid Śląski” w Czechach oraz Polskiego Związku Głuchych. Cieszył udział w rajdzie licznych wielopokoleniowych rodzin z Cieszyna oraz innych, nawet odległych miejscowości.

Uczestników imprezy, ubranych w rajdowe okolicznościowe koszulki, powitali gospodarz miasta, szef oddziału PTTK oraz organizator-Turystyczny Klub Kolarski PTTK „Ondraszek” z Cieszyna. Po przedstawieniu zasad udziału w imprezie, o godz. 10.00, na sygnał Burmistrza, prawie 200 - osobowy peleton pilotowany przez policyjny radiowóz, przy akompaniamencie rowerowych dzwonków, wyruszył na trasę. Trasa rajdu liczyła ok. 20km i prowadziła przez Puńców, Dzięgielów i Goleszów, wykorzystując oznakowane szlaki rowerowe, które choć miejscami prowadziły mocno pod górkę, były bardzo malownicze ze względu na piękne beskidzkie panoramy. Na półmetku przy OSP w Dzięgielowie uczestnicy zregenerowali siły dzięki wafelkom z cieszyńskiego oddziału firmy Kraft Food Polska.

Meta została zorganizowana w Domu Ludowym im. Spadochroniarzy Cieszyńskich w Goleszowie-Równi, gdzie na wszystkich czekał smaczny żurek przygotowany bezpośrednio na miejscu. Przybyłych przywitali gospodarze gminy: p. Krzysztof Glajcar – wójt, p. Karol Lipowczan - radny i jednocześnie Przewodniczący Towarzystwa Ziemi Goleszowskiej, a także wiceprezes Związku Polskich Spadochroniarzy. Jako gospodarz Domu Ludowego przybliżył przybyłym dzieje spadochroniarzy z pochodzących z tego regionu. Tematyce tej jest poświęcona stała wystawa w Domu Ludowym, którą można było przy okazji zwiedzić. Realizując założony program dydaktyczny przedstawiciel policji zaprezentował niedawno wprowadzone zmiany w przepisach ruchu drogowego, które dotyczą rowerzystów. Następnie rozegrano konkursy rekreacyjne z nagrodami, w których zwycięzcami zostali:

  • Konkurs dla dzieci „bieg w workach” do lat 12:
    1. Dominik Ploch,
    2. Arkadiusz Koziorowski,
    3. Aleksandra Gabzdyl
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” kat. do lat 12:
    1. Mateusz Ploch,
    2. Radosław Gabzdyl,
    3. Magdalena Nowak
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” w kat. open:
    1. Adrian Soter,
    2. Tomasz Juroszek,
    3. Damian Kulas
  • Konkurs „łowienia rybek”:
    1. Damian Kulas,
    2. Roman Zachurzok,
    3. Marcin Kulijewicz

Przedstawiciele Głównego Sponsora Rajdu, przygotowali i przeprowadzili pomysłowy konkurs na hasło promujące bezpieczną jazdę na rowerze, poprzez rozwinięcie zdania: „Jeżdżę z głową, ponieważ…”. Uczestnicy w tej rywalizacji wykazali się ogromną pomysłowością, a najlepsze hasła zostały nagrodzone. Miło dodać, że wśród laureatów tego konkursu było dwóch członków klubu Ondraszek: p. Danuta Bieda oraz p. Alicja Wlach. Ciekawy był również konkurs znajomości cieszyńskich zaułków na podstawie zestawu dawnych fotografii autorstwa niżej podpisanego. W tym konkursie nie prowadzono eliminacji, jednakże w zamian za drobne pamiątki, można wykazać się wiedzą na ten temat , co jak się później okazało nie było prostym zadaniem.

Najbardziej widowiskową częścią imprezy było oczywiście wręczenie przygotowanych pucharów. Zdobyli je :

  1. W kategorii „Najliczniejsza rodzina rajdowa”: ośmioosobowa rodzina p. Koziorowskich i Plochów z Chorzowa. Puchar ufundowany przez Burmistrza Miasta Cieszyna został wręczony przez p. Ryszarda Mazura – sekretarza miasta.
  2. W kategorii „Senior” oraz „Seniorka” rajdu: p. Helena Wiśniewska i p. Władysław Chromec z Cieszyna. Puchary ufundował i wręczył p. Krzysztof Glajcar – wójt Gminy Goleszów.
  3. W kategorii „Rajdowy Junior”, czyli najmłodszy rowerzysta, który samodzielnie przejechał trasę, zwyciężył Maciek Nowak. Otrzymał nagrodę rzeczową ufundowaną przez Głównego Sponsora Banku BGŻ z Cieszyna. Nagroda została wręczona przez p. Beatę Grabowy - Dyrektora Oddziału BGŻ z Cieszyna.
  4. W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana”: z obu wspomnianych zespołów liczniejsza była 21-osobowa ekipa „Przerzutki” z Zebrzydowic. Puchar ufundowany przez Oddział PTTK „Beskid Śląski” przekazał p. Ryszard Mazur - Prezes Oddziału.
  5. W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu”, słodką niespodziankę odebrała Hania Matusiak z Cieszyna, która podróżowała na rowerze wraz z rodzicami.

Ostatnim emocjonującym wydarzeniem rajdu było losowanie loterii fantowej, którą przeprowadzono rozdając fanty ofiarowane przez sponsorów. W tegorocznej edycji rajdu wzięło udział ok. 200 rowerzystów, od najmłodszych adeptów turystyki rowerowej po seniorów, czyli przedstawiciele aż czterech pokoleń .

Impreza, tak jak poprzednie edycje, została przygotowana i przeprowadzona przez Turystyczny Klub Kolarski PTTK „Ondraszek” z Cieszyna i mogła zostać zrealizowana dzięki pomocy następujących instytucji oraz firm:

Bank Gospodarki Żywnościowej S.A. – Główny Sponsor Rajdu
Urząd Miejski Cieszyn Cieszyn
PTTK Oddział „Beskid Śląski” Cieszyn
Urząd Gminy Goleszów
PSS „Społem” Cieszyn
Hurtownia „Beskid Plus” Cieszyn
Centrum Oświetleniowe „Styl” Cieszyn
Kraft Food Polska S.A. Oddział „Olza” Cieszyn
PHU Andrzej Gąsior Cieszyn
BTK „Ondraszek” Cieszyn
oraz innych

Wyżej wymienionym składam serdeczne podziękowania za okazane wsparcie, a działaczom z Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek” z Cieszyna za zaangażowanie w przygotowanie oraz przeprowadzenie imprezy. Osobne podziękowania składam funkcjonariuszowi policji i służbie medycznej, za zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom rajdu oraz wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do sukcesu tej imprezy.

Z turystycznym pozdrowieniem,

Rechtór-Zbyś
Galeria
7. Rajd Rowerowy "Przyjazna Granica"

23.06.2012

Siódmy Rajd Rowerowy "Przyjazna Granica" organizowany przez Komisję Kolarską z Oddziału PTTK "Ziemia Raciborska" w Raciborzu odbył się w tym roku w Cieszynie. W związku z tym nasz Ondraszek poproszony został o opracowanie trasy rowerowego zwiedzania miasta i jednocześnie pełnienia roli przewodników. Tego zadania podjęli się Rechtór i Wędrowniczek. W umówionym miejscu spotkaliśmy się z prawie trzydziestoma uczestnikami zlotu - w większości z Raciborza i Radlina. Część naszych rowerowych gości znaliśmy dobrze z tras niedawno zakończonego zlotu przodownickiego w Łodzi.

Zaczynając pod pomnikiem Mieszka I - założyciela dynastii cieszyńskich Piastów przejechaliśmy na rowerach przez kilka wieków historii aż po współczesność - którą reprezentowała otwarta w tym miesiącu rowerowo-piesza kładka na Olzie. Atrakcji było sporo: zwiedziliśmy oba Cieszyny (Polski i Czeski), spojrzeliśmy na panoramę miasta z wieży piastowskiej i zaglądaliśmy też do strzelnic bunkra w Boguszowicach. Na zakończenie w Cieszyńskim Browarze Mieszczańskim zorganizowaliśmy konkurs z nagrodami z wiedzy krajoznawczo-historycznej przekazanej w trakcie tej wyprawy. Jak się później okazało - nasi goście bardzo pilnie chłonęli wiadomości przekazywane na trasie.

Na zakończenie tego udanego dnia ustaliliśmy, że w najbliższej przyszłości wpadniemy do Raciborza z rewizytą.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XII Rajd do źródła Olzy

30.06.2012

Kto był na pierwszym rajdzie do źródła Olzy w roku 2001 pewnie pamięta, że warunki pogodowe były wówczas bardzo ekstremalne – deszcz i śnieg. Tymczasem ten rajd był również bardzo ekstremalny, lecz tym razem ze względu na prawdziwie afrykański upał.

Mimo tego na starcie w Jabłonkowie zebrało się 50 uczestników żądnych rowerowej przygody uczestników. Wszystkich przywitał pan Z. Stopa – były prezes PZKO, a w imieniu organizatora uczynili to również W. Kristen z PZKO, J. Stirba z PTTS oraz Z. Pawlik z Ondraszka.

„Beskidziocy” sprawnie uwinęli się z formalnościami wpisowymi i po odczytaniu (w dwu językach) żartobliwej rezolucji dotyczącej udziału w rajdzie nasz peleton pilotowany przez miejscową straż miejską ruszył w drogę. Długi wielobarwny korowód rowerzystów przejechał przez Piosek i w Bukowcu skręcił w kierunku mostku gospodarczego na Olzie. Mostek akurat przechodzi poważny remont więc aktualnie był zamknięty do ruchu. Jak jednak wiadomo rower to taki pojazd, którego nie zatrzyma żadna przeszkoda, więc i nas szlaban nie zatrzymał.

Teraz przed nami była najprzyjemniejsza część trasy. Wąska droga o dobrej asfaltowej nawierzchni wiła się w przyjemnie chłodnym cieniu lasu wzdłuż raczkującej w tym miejscu Olzy. W sumie jechaliśmy jednak pod górkę i to miejscami dość stromo, więc część uczestników przebyła fragmenty trasy spacerkiem, co wykorzystałem przekazując w miejscach odpoczynku nieco informacji na temat Olzy i regionu.

Peleton na nowo zebrał się w Istebnej przed skrzyżowaniem z drogą główną i dalej już w zwartej grupie przez Istebną – Zaolzie dojechaliśmy do punktu, gdzie najpierw skończył się asfalt a później i droga. Tutaj zostawiliśmy nasze bombowce i dalej już pieszo dotarliśmy do miejsca na stoku Gańczorki, gdzie ciecze znajomy nam „ciurczek”.

Dzięki uporowi Wł. Kristena – opiekunowi źródła miejsce to zostało uporządkowane, ustawiono ławeczki, oraz tablicę informacyjną ze znanym wierszem J. Kubisza. Marmurowa tablica z napisem „Olza” też wróciła na swoje miejsce. Wokół posadzono różne gatunki drzew, których nazwy wyczerpują wg słów Władka cały alfabet od A do Z.

Po zaspokojeniu pragnienia ze źródła czym spowodowaliśmy że przez jakąś chwilę Olza przestała płynąć, sięgnęliśmy po okolicznościowy śpiewniczek. Wkrótce piękne beskidzkie pieśniczki w naszym wykonaniu rozległy się wśród gróni…

Później grupkami zjechaliśmy z powrotem do znajomego „Baru nad Olzą”, gdzie wyznaczono metę rajdu i zaserwowano posiłek. Tutaj też oczekiwał nas pan Jan Gazurek – zastępca wójta Gminy Istebna i w okolicznościowej mowie już zaprosił nas do organizacji następnych edycji rajdu, z czego pewnie skorzystamy. Piękny puchar ufundowany przez gminę dla najliczniejszej grupy zorganizowanej trafił do PTTS-u. Odebrał go B. Fukała, który reprezentował zwycięski 18-osobowy team beskidzioków. Ondraszków tym razem niestety nie starczyło – było nas tylko 14. Następnie J. Stirba reprezentujący fundatora pucharów - PZKO wręczył je seniorowi rajdu, którym (po raz kolejny) był p. Jan Kufa r. 1931 oraz rajdowemu juniorowi Piotrek Stirba r. 2004. Dodatkowo nasz klub wyróżnił pamiątkową koszulką z niedawnego rajdu rodzinnego najmłodszego uczestnika imprezy którym był Mateusz Walach r. 2008.

Rajd zakończył emocjonujący otwarty konkurs krajoznawczy z nagrodami w postaci najnowszych atlasów rowerowych ofiarowanych przez Euroregion. Po tej interesującej wyprawie nie zważając na żar lejący się z nieba uczestnicy udali się w drogę powrotną i to niekoniecznie najkrótszymi trasami. Osobiście przejechałem na rajdowej trasie Jabłonków –Istebna – Jabłonków 43 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zielony Górny Śląsk - Rybnik i okolice

07.07.2012 - 08.07.2012

Wobec dokonanej szczegółowej eksploracji terenu wokół jez. Dzierżno postanowiliśmy zmienić bazę i wybór padł na jezioro Rybnickie. Ten wielki akwen wodny zwany Rybnickim Morzem (3,5 mln m3 wody) został sztucznie stworzony przez spiętrzenie wody rzeki Ruda i służy jako… wielka chłodnica do turbin pobliskiej elektrowni. Z tego powodu jezioro w zimie nie zamarza i ma specjalny mikroklimat.

Lista uczestników była bardzo dynamiczna - to się rozszerzała, to kurczyła i ostatecznie udział wzięli: „Rozstrzapek” „Śmig” i „Rechtór”, Beskidzioków reprezentowali Monika i Czesiek, pojawili się też sympatycy wypraw żeglarsko-rowerowych Benia i Mariusz Urbankowie. Na ośrodku żeglarskim ”Koga-Kotwica” w Chwałęcicach przywitał nas Genek Klapuch, który zajął się stroną organizacyjną czyli zamówił nocleg, przewodników, pogodę, a także opracował cały scenariusz.

Razem zajęliśmy dość spory domek kampingowy, który mówiąc delikatnie najlepsze lata miał za sobą i mocno się dziwiliśmy dlaczego jest taki zaniedbany, gdyż atuty lokalizacyjne tego miejsca są niezaprzeczalne.

Niebawem pojawił się rowerowy duet z miejscowego Oddziału PTTK Bogdan Paszek i Piotr Bażan, którzy podjęli się prowadzenia naszej wyprawy. Ze względu na żar lejący się z nieba ustaliliśmy, że odwiedzimy tereny Parku Krajobrazowego „Cysterskie kompozycje” dzięki czemu korzystaliśmy z chłodnego leśnego cienia. Po drodze peletonik nieco się rozszerzył, gdyż dołączyli również dalsi sympatycy rowerów z rybnickiego PTTK tak, że ostatecznie było nas chyba z 15. Bogdan okazał się wytrawnym znawcą leśnych dróg i dróżek tego ogromnego kompleksu lasów, gdyż bezbłędnie prowadził nas w ich plątaninie więc właściwe przez cały dzień z lasu prawie nie wyjeżdżaliśmy. Po trasie odwiedziliśmy uroczysko „Schlossberg - Góra Zamkowa”, zagubioną w leśnych ostępach bardzo ciekawą leśniczówkę Wildek z charakterystyczną wieżą, wstąpiliśmy do Kuźni Raciborskiej, zobaczyliśmy leśną kapliczkę Magdalenka, przejechaliśmy przez kompleks młodego lasu powstałego w miejscu pogorzeliska po wielkim pożarze jaki miał tu miejsce w 1992r. Ten katastrofalny pożar strawił wówczas 8,5 tys. ha drzewostanu, sporo strażackiego sprzętu oraz pozbawił życia dwóch strażaków.

Pora obiadowa zastała nas w Sośnicowicach, gdzie w miejscowej gospodzie uraczono nas między innymi „golonką z pańcióm” (kto nie wie co to takiego niech zapyta tych co byli). Nadal korzystając z zaskakująco dobrych leśnych dróg dojechaliśmy do ciekawej miejscowości Rudy. Hitem tego miejsca jest niedawno odrestaurowany kompleks pocysterskich klasztornych zabudowań wraz z XIII w. gotyckim kościołem pw. Wniebowzięcia NMP i całą okolicą obfitującą w stawy zakładane przez zakonników. Następnym miejscem godnym uwagi jest skansen kolei wąskotorowej z bogatą kolekcją nieco miniaturowych przeróżnych kolejowych urządzeń. Kolejka ta nadal zresztą kursuje, choć teraz już wyłącznie jako atrakcja turystyczna. W niedalekich Stodołach zobaczyliśmy budynek krewnej JPII u której późniejszy papież bywał w studenckich czasach, a także budynek niemieckich służb celnych. Trzeba wiedzieć, że po powstaniach śląskich i plebiscycie w latach 1923-1939 tereny te podzieliła granica państwowa tak, że Stodoły były po stronie niemieckiej a sąsiednie Chwałęcice już po polskiej.

W bazie już oczekiwała nas Grażyna Klapuch, która zdążyła już przygotować grillową biesiadę. W pięknej scenerii, nad jeziorem bardzo nam smakowały przygotowane specjały - dosłownie „niebo w gębie”. A jak Genek wyciągnął gitarę, a my śpiewniki to zaczęło się „wielkie szantowanie”. Zapewne dość dobrze nam to wychodziło, gdyż niebawem dołączyli również przygodni słuchacze zaintrygowani tym koncertem. Finał naszych występów wokalnych nastąpił późno w nocy w dramatycznej scenerii przeszywających niebo błyskawic w oddali. W nocy podobno padało, choć z autopsji tego nie potwierdzam.

Nazajutrz okazało się, że pogoda była bardzo „żeglowna”, pewnie zgodnie zamówieniem naszego Genka. Oznaczało to, że wiatr dmuchał tak w sam raz aby zrealizować drugą część scenariusza naszej wyprawy. Czym prędzej sprawnie zaokrętowaliśmy się na dwie żaglówki typu „Omega”, i już mieliśmy odbijać od brzegu, aż tu nagle na molo pojawili się rowerzyści w znajomych koszulkach. To przyjechali „Proszejaciebie”, „Ziołowy”, ”Paparazzi” oraz sympatyk klubu Heniu, którzy wiedząc o tej propozycji programowej zrobili sobie niedzielny wypad rowerowy do Rybnika. Po drodze nawet zdążyli zaliczyć deszcz, o którym nikt tutaj nawet nie słyszał.

„Paparazzi” zdążył jeszcze wskoczyć do łódki i ruszyliśmy pod żaglami w poszukiwaniu marynarskich wrażeń. Tutejszy akwen jest dużo większy niż pamiętaliśmy z wypraw nad Dzierżno, toteż czuliśmy się tutaj niczym na morzu. Czyż może być coś piękniejszego niż wiatr we włosach pod żaglami? Myślę, że przebija go jedynie wiatr we włosach na rowerze.

A zatem po przycumowaniu i sklarowaniu łodzi znów pod opieką Bogdana i Piotra ruszyliśmy na rowerach tym razem w stronę Ochojca i leśniczówki Książnice, gdzie miejscowy odział PTTK organizował II Rajd przyrodniczy. Na metę dojechaliśmy akurat na „amen” więc pozostało nam przywitać się z pozostałymi i zobaczyć hodowle danieli w pobliskiej leśniczówce.

Następnie cały czas lasem przez dzielnicę miasta Paruszowiec dojechaliśmy do ogrodowej restauracji ”Basztowa” aby „wrzucić coś na ruszt”. Tutaj pożegnaliśmy się z cieszyńską ekipą, która obrała kierunek powrotny, a reszta zespołu pojechała ścieżką rowerową wzdłuż rzeki Ruda do punktu wyjścia, czyli na bazę. Tutaj nastąpiło wielkie pakowanie i już z rowerami na dachu aut rozjechaliśmy się niebawem „w różne świata strony”.

Tak zakończyła się ta weekendowa przygoda z pod znaku roweru i żagla. Przejechaliśmy łącznie 95km i mimo panujących afrykańskich upałów uważam, że była bardzo udana. Na pewno zachowamy we wdzięcznej pamięci dobre organizacyjne przygotowanie imprezy przez naszych przyjaciół - p. Klapuchów oraz profesjonalne prowadzenie przez Bogdana i Piotra.

A kto nie był… niech żałuje.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rowerowy wypad do Raciborza

15.07.2012

Pomysł tej wyprawy narodził się bardzo spontanicznie, a były po temu co najmniej dwa powody. Otóż niedawno gościliśmy w Cieszynie rowerowych przyjaciół z Oddziału PTTK w Raciborzu i umówiliśmy się już wstępnie na rewizytę. Ponadto wycieczka jaka została zaplanowana w kalendarium imprez na ten dzień niespodziewanie została odwołana. Łącząc te dwa fakty i dodając chęć wypróbowania nowej ścieżki rowerowej łączącej Podoborę z Racibórz miałem już gotowy przepis na udaną wyprawę.

Wcześniej uzgodniłem z Jarkiem Chacko z Raciborza możliwość przyjęcia naszej grupy i po sprawdzeniu kilometrażu oraz połączeń kolejowych zaproponowałem start o godz. 830 na dworcu kolejowym w Boguminie. W miejscu startu i tak okazało się, że większa część z naszego 35-osobowego peletonu przyjechała tu bezpośrednio na rowerach, w tym oczywiście nasi długodystansowcy z Cieszyna. Ogółem przybyło 14 Ondraszków, sporo Beskidzioków, rowerzyści z Rybnika a także i niezrzeszeni sympatycy niedzielnych wycieczek. Dzięki B. Fukale z PTTS-u dodatkową atrakcją tej trasy była możliwość zdobycia punktów do książeczki specjalnej odznaki ustanowionej dla tego rowerowego szlaku. Po serdecznych powitaniach ruszyliśmy w drogę.

Jeszcze na ulicach sennego o tym czasie Bogumina stało się coś, co w ogóle nie powinno się wydarzyć i jeszcze teraz nie mogę w to uwierzyć. Otóż jechaliśmy powoli w peletonie, kiedy nagle jadący przede mną niespodziewanie skręcił i zajechał mi drogę. To był naprawdę moment, kiedy znalazłem się na ziemi. Nie wyglądało to groźnie - prawie nie byłem poodzierany czy potargany. Natomiast przy próbie powstania przeszył mnie ogromny ból promieniujący z prawego kolana. Ciasno owinięty bandaż na tyle pomógł, że mogłem jechać dalej.

A zatem wyjechaliśmy przez Stary Bogumin do Chałupek i dalej przez Zabełków do Krzyżanowic. Tutaj oglądaliśmy ładnie utrzymany pałac Von Lichnowskich, gdzie niegdyś koncertował Liszt i Beethoven a teraz siostry Franciszkanki opiekują się niepełnosprawnymi. Dotychczas jechaliśmy drogą, a próba wjazdu na rzeczoną ścieżkę wobec braku oznakowania się nam nie udała. A zatem dalej po drodze podjechaliśmy pod romantyczne ruiny zamku w Tworkowie, a stąd już niedaleko było do Raciborza. Niebawem w opłotkach miasta spotkaliśmy się z komitetem powitalnym miejscowego oddziału PTTK z Staszkiem Żółcińskim oraz Jarkiem Chacko na czele. Teraz już wspólnie podjechaliśmy pod piastowski zamek, który po długiej odbudowie niedawno został oddany do użytku. Na dziedzińcu funkcjonariusze policji obchodzili właśnie swoje święto, a zatem mieliśmy okazje oglądać defiladę i przekazanie sztandaru. Po ładnie odrestaurowanych szacownych wnętrzach zamkowych oprowadzała nas pani przewodnik ciekawie przedstawiając jego długa historie. Byliśmy również w gotyckiej kaplicy, która ze względu na zachowane elementy architektoniczne jest nazywana „ perełką śląskiego gotyku”. Już w trakcie zwiedzania zauważyłem, że mam problemy z chodzeniem. Dalej pojechaliśmy szlakiem kościołów w stronę rynku. Sporą wiedzą na temat zwiedzanych zabytków wykazał się Staszek, który teraz podjął się roli rowerowego przewodnika. Ja z kolei stwierdziłem, że dużo lepiej mi się jeździ niż chodzi.

Po zakończeniu programu zwiedzania całym peletonem podjechaliśmy pod uroczy zameczek koło zakładów Rafako. Tutaj po wykonaniu wspólnego rodzinnego zdjęcia podzieliśmy się na dwie grupy. Długodystansowcy pojechali już ścieżką rowerową w drogę powrotną, a reszta przejechała na drugi koniec miasta, aby zwiedzić interesującą stacje pomiarów sejsmicznych oraz w pobliskiej restauracji podsumować wrażenia. Po stacji oprowadzał nas przewodnik przybliżając nam laikom przeznaczenie tych wszystkich dziwnych urządzeń oraz ciekawostki na temat badań sejsmicznych. Okazało się, że wstrząsy sejsmiczne nawet w Japonii są tutaj wyraźnie rejestrowane.

W pewnym momencie mimo, że starałem się skupić na temacie jakieś mroczki zaczęły mi latać przed oczami i jak się ocknąłem czyjeś litościwe ręce wynosiły mnie na zewnątrz. To się mi jeszcze nie przydarzyło. Choć świeże powietrze i zimna woda przywróciły mnie nieco do życia, nie bardzo czułem się na siłach przejechać jeszcze 40 km do punktu startu. Jarek zaproponował zatem , że podwiezie mnie tam samochodem. Choć początkowo się opierałem zostałem gremialnie przegłosowany. Tym sposobem moja rowerowa przygoda na jakiś czas gwałtownie zakończyła się w Raciborzu.

Jarek podwiózł mnie do Bogumina, skąd pociągiem trafiłem do Cieszyna i tutaj od razu na pogotowie. Diagnoza brzmiała niepokojąco: naderwane wiązadła w stawie kolanowym, co wróży długie leczenie. A zatem można rzec, że powiedzenie „rower to samo zdrowie” generalnie się sprawdza, za wyjątkiem nielicznych przypadków. I właśnie ten przypadek mi się przytrafił. A niech to…

Ale i tak przejechałem ponad 50km, a wyprawa i dla mnie była bardzo udana, choć ondraszkową statystykę wypadków powiększyłem o 100%.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Południowe Morawy

21.07.2012 - 28.07.2012

Chyba już tradycją stało się, że Ondraszki uczestniczą w letnich obozach rowerowych organizowanych przez PTTS "Beskid Śląski" w RC-Towarzystwo Rowerowe "Olza". Może tylko rok ubiegły był odstępstwem od tej tradycji - obóz był zorganizowany w miejscowości Osoblaha, a jego uczestnicy większość czasu spędzali po stronie polskiej i widocznie to (bliskie położenie przy polskiej granicy) sprawiło, że w 2011 roku nie było z naszej strony nikogo. Ja osobiście zaliczyłem wszystkie kolejne obozy na literę "B": 2009-Brzecław, 2010-Budziszow i 2012-Bojkowice. Tym razem Ondraszki miały tylko dwuosobową reprezentację: Wisię i mnie.

Pierwszym widokiem, jaki ukazał się nam przy dojeździe do Bojkowic był wspaniale odrestaurowany zamek górujący nad miastem. Jest to w tej chwili własność prywatna - cześć zajmuje hotel, a w części mieszka właściciel. Obóz został zorganizowany na Eurocampingu, w domkach 6-8 osobowych. 6-cio osobowe miały dwa pokoje po 3 osoby, a 8 osobowe miały 4 pokoje 2-osobowe. Wszystkich uczestników było 34 - 32 osoby spały w domkach, a 2 pod namiotami. Rownież wyposażenie campingu było w pełni wystarczające, a nawet można powiedzieć, że "lekko" luksusowe: boisko do siatkówki, stoły do tenisa, basen, łazienki na bardzo przyzwoitym poziomie, bar z ogródkiem. Chociaż szef obozu - Leo Osuchowski - przygotował na każdy dzień obozu osobną trasę, to i tak każdy mógł jeździć tak, jak chciał. Region, w którym się znajdowaliśmy nosi nazwę Valassko, a graniczy z Białymi Karpatami. Teren swoim ukształtowaniem bardzo przypominał okolice Cieszyna - w jedną stronę równina a w drugą wzniesienia.

Wycieczki miały różną długość, w zależności od chęci oraz ukształtowania terenu. A było naprawdę co zwiedzać, i oczywiście zawsze było za mało czasu. Dużo jest tutaj zabytkowych miast, miasteczek i wsi. Uderzającym w oczy jest porządek, nawet w najmniejszych wioseczkach, oraz sprawność służb technicznych; u nas naprawa uszkodzeń na drodze trwa ok tygodnia, a tam taka sama praca została ukończona jeszcze tego samego dnia. Z Wisią odbyliśmy Wycieczki na trasach:

  • Bojkowice, Pitin, Hostetin, Brumow, Bylnice, Valaskie Klobouky, Vlachovice, Slaviczin, Pitin, Bojkowice;
  • Bojkowice, Luchaczovice, Pozlovice, Uhersky Brod, Nezdenice Bojkowic;
  • Bojkowice, Uhersky Brod, Uherske Hradiszte, Modra, Velehrad, Bojkowice;
  • Bojkowwice, Nezdenice, Baanov, Uhersky Brod, Sumice, Bojkowice;
  • Bojkowice, Komna, Bystrzice, Nezdenice, Bojkowice;
  • Bojkowice, Uhersky Brod, Uherske Hradiszte, Stare Mesto, Spytihniev, Napajedla, Napajedla, Otrokovice, Babice, Uherske Hradiszte, Popovice, Sumice, Bojkowice

Brumov, Bylnice - miasteczko z odbudowanymi umocnieniami dawnego zamku. Luchaczovice - bardzo znany ośrodek uzdrowiskowy, z kilkunastoma źródłami wód Leczniczych - najsłynniejsza z nich "Vincentka", domem Bedrzicha Smetany i trzema gracjami przy fontannie. Niedaleko miasta znajduje się zapora wodna w Pozlovicach.

Ciekawostką jest Batuv Kanal - kanał o długości ok. 80km zbudowany w latach 40 XXw, biegnący równolegle do rzeki Morawy. Na całej swojej długości jest wyposażony w kilkanaście śluz. Obecnie kanał służy do rekreacji i można po nim pływać praktycznie wszystkim. Wzdłuż kanału jest wytyczona ścieżka rowerowa, którą mieliśmy okazję pojeździć. Pogoda przez cały czas służyła - dziewczyny na trasie korzystały z każdej okazji, aby tylko trochę się ochłodzić. Region jest warty polecenia oraz powrotu w te strony.

Jarek " Bystry"
Galeria
Ondraszki prawie na końcu świata

01.08.2012 - 26.08.2012

Realizując nasz dawno ułożony plan rodzinny team Pawlików w składzie: Alapala, Afi, Rechtór oraz Justyna wybrał się w tych dniach w „Podróż Życia” na drugą półkulę a konkretnie do Krainy Klonowego Liścia. Po kilkunastu godzinach lotniczej podróży i przekroczeniu kilku stref czasowych w wyniku czego cofnęliśmy zegarek aż o 8 godz. wylądowaliśmy w Edmonton –stolicy stanu Alberta.

Stan ten jest jednym z 12 wchodzących w skład Kanady. Na ogromnej powierzchni ponad dwukrotnie większej niż powierzchnia Polski mieszka zaledwie 3,5 mln mieszkańców, co daje średnią gęstość zaludnienia to zaledwie 3 os/km2. Te bezgraniczne pustkowia są jednocześnie niezmiernie ciekawie turystycznie – w granicach prowincji znajdują się Rocky Mountains - Góry Skaliste z najpiękniejszymi w Kanadzie Parkami Narodowymi. Perłą tych terenów są parki Banff i Jasper oraz Park Regionalny Kananaskis Country. To magnes, który przyciąga sporo turystów pragnących na własne oczy zobaczyć niesamowite dziwy: wysokie i niedostępne górskie szczyty z czapami lodowców, urzekające w kolorze i kształcie jeziora oraz dziką, niczym nie skażoną przyrodę z całym bogactwem fauny z niedźwiedziami grizzly na czele.

Choć góry z założenia niezbyt nadają się do rowerowej eksploracji, zgodnie z hasłem „dla chcącego nic trudnego” należy dodać, że spotykaliśmy często turystów na rowerach jadących zazwyczaj bez bagażu jako, że większość spotykanych kamperów miała przytroczone po kilka rowerów. Zdarzali się również prawdziwi „nomadzi dróg” objuczeni sakwami, a zatem podróżujący na długich dystansach. Na zdjęciu widać jedną z takich pasjonatek - oto rowerzystka z Belgii samotnie przemierzająca szlak, a zdjęcie zostało wykonane na trasie do lodowca Mt. Edith Cavell po ok.20 km drogi non stop pod górę! Podziwiałem odwagę i kondycję tej dziewczyny.

Nasz plan był dużo skromniejszy - po powrocie do Edmonton z dwutygodniowego pobytu w tym górskim raju, korzystając z rowerów wypożyczonych od przyjaciół wyruszyliśmy kilkakrotnie na rozpoznanie miejskich tras rowerowych. Należy wiedzieć, że przez miasto, w głębokim jarze przepływa rzeka Saskatchewan Północny. Tereny nad rzeką to nieprzerwane pasmo uroczych parków oraz ciekawych miejsc, w tym związanych z początkami miasta (Fort Edmonton). Miejsca te są powiązane siecią rowerowych i pieszych ścieżek, więc zaopatrzeni w dobrą mapę (gratis w informacji turystycznej) wyruszyliśmy na trasę.

Trzeba przyznać, że mimo całej plątaniny ruchliwych wielopoziomowych dróg które zdarzało nam się spotykać, ścieżki rowerowe były dobrze oznakowane, więc nie było problemu z orientacją. Świetna asfaltowa nawierzchnia z podziałem na pasy ruchu sprawiała, że korzystanie z nich było wielką przyjemnością. Dwukrotnie też przekroczyliśmy rzekę po mostach przeznaczonym wyłącznie dla nas rowerzystów oraz pieszych. Czasami rowerowy szlak był prowadzony po chodniku, lecz przy wszelkich skrzyżowaniach krawężnik był tak wyprofilowany, że wjazdy i zjazdy nie stanowiły problemu. Jeżeli zdarzało się, że ścieżka była częścią ulicy – było to wyraźnie oznakowane, a kierowcy w kontakcie z rowerzystami najwyraźniej oddawali nam pierwszeństwo przejazdu. Jednak zdecydowanie większą część trasy przejechaliśmy odseparowani od wielkomiejskiego ruchu, w pięknie utrzymanych parkach z widokiem na downtown (centrum) rzekę lub pola golfowe. Tak więc po pokonaniu kilkudziesięciokilometrowej pętli z westchnieniem stwierdziłem: Tak powinno być w każdym mieście…

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wokół jeziora Goczałkowickiego

26.08.2012

W dniu 26. sierpnia 2012 roku o godz. 1000, w Cieszynie na Rynku spotkała się grupa kolarzy z TKK "Ondraszek" w celu odbycia wycieczki "Dookoła zapory w Goczałkowicach". Pogoda była deszczowa, co sprawiło, że wyruszyło na trasę 8 twardzieli na rowerach. Podczas jazdy w okolicach Strumienia, deszcz przestał padać i pojawiło się słoneczko, aż do samego wieczora. W Krasnej swoją wyprawę zakończył "Panek". A na trasie do grupy dołączyło dwóch "Ondraszkow". W Kostkowicach czekał "Ziołowy", a w Ochabach Wielkich kręcił się już "Maratończyk" ze Skoczowa.

W Goczałkowicach Zdroju przy ul. Św.Anny 4 z inicjatywy "Ziołowego" udało się zwiedzić Ogrody Kapiasa, centrum ogrodnicze, oraz restaurację. Ponadto "fuksem" uczestniczyliśmy w paradzie dożynkowej, jadąc przy wtórze orkiestry dętej. Po dotarciu do zapory w Goczałkowicach, udało się zdobyć pieczęć w budynku ochrony, oraz przekąsić kanapki.

Dalej trasa prowadziła przez miejscowości: Landek, Chybie, Drogomyśl, Ochaby, Simoradz, Dębowiec, itd. Na uwagę zasługuje przydrożny Bar przed Chybiem, serwujący wspaniałą grochówkę wojskową, gdzie się niektórzy posilili zanim pojechali w dalszą drogę by zwiedzać "Żabi Kraj". Tak dotarliśmy do miejsc zamieszkania, odbijając po kolei na swoje drogi i ścieżki. Na licznikach rowerowych niektórzy kolarze zobaczyli cyfrę 100km. W przyszłości można pomyśleć o wyprawie z noclegiem nad jeziorem Goczałkowickim w Ośrodku Harcerskim w Łące.

W wycieczce udział wzięli:

  • Andrzej Nowak - "Ziołowy"
  • Andrzej Plinta
  • Jerzy Kudyniuk
  • Piotr Hamera - "Paparazi" (autor zdjęć)
  • Andrzej Werpechowski - "Maratończyk"
  • Janusz Czech
  • Henryk Nowak
  • Władysław Gojniczek - "Panek"
  • Włodzimierz Herda
  • Kazimierz Szewczyk - "Gwarek"
Kazimierz Szewczyk
Zlot Żwirki i Wigury w 80-lecie katastrofy

08.09.2012 - 09.09.2012

Jest niedziela 11.09.1932r. Powietrze ciężkie i duszne, na niebie ołowiane chmury, tylko czekać aż zerwie się burza. Porywisty wiatr porwał tumany kurzu rzucając nimi w różne strony i przyginając drzewa do ziemi. Aż tu nagle na niebie widać mały samolocik próbujący walczyć z nawałnicą. Nadaremnie - huragan urywa prawe skrzydło, chwilę potem fragment lewego i samolot runął na dół na zbocze Kościelca. Spadając ułamał dwa drzewa i rozbił się o ziemię rozsypując się na kawałki i grzebiąc pilotów. Tak wedle zapisów w kronice parafialnej miejscowego kościoła wyglądały ostatnie chwile porucznika F. Żwirki i konstruktora lotniczego St. Wigury. Tutaj rozpoczął się ich lot do wieczności…

Ówczesny proboszcz Cierlicka ks. Oskar Zawisza zapisał również, że „…mężowe ci nie mogą pójść w zapomnienie, gwiazda ich zgasnąć wśród nas nie śmie…” Po osiemdziesięciu latach na rocznicowe spotkanie przybyli do Cierlicka-Kościelca dowódca Sił Lotniczych RP, kompania honorowa oraz orkiestra wojskowa. Przybyło sporo kombatantów, przedstawicieli władz z obu krajów, byli też harcerze, członkowie różnych stowarzyszeń w tym klubów kolarskich z Katowic, Żor, Rybnika i Jastrzębia. Ondraszków też nie mogło tam zabraknąć. O godz. 900 na rynku pojawiła się delegacja składająca się: Krysi i Ryśka Pawliczków, Niezłomnego, Wędrowniczka i Rechtora. Wyposażeni w okolicznościowy bukiet kwiatów wyruszyliśmy dość trudnym terenowym szlakiem przez Kocobędz na Żwirkowisko. Przybyliśmy w sama porę aby wziąć udział w uroczystości. W imieniu klubu złożyliśmy bukiet pod pomnikiem, dokonaliśmy wpisu do księgi honorowej, podziwialiśmy występ orkiestry wojskowej, paradną musztrę w perfekcyjnym wykonaniu kompanii honorowej wojsk lotniczych oraz pokaz akrobacji lotniczych klucza samolotów szkolnych „Iskra”.

Braliśmy również udział w otwarciu okolicznościowej wystawy w Domu Polskim. Na koniec pokrzepieni nieco w bufecie mocno obleganym przez przybyłych gości wróciliśmy własnymi drogami do Cieszyna. Wraz z Niezłomnym i Józkiem pojechaliśmy tym razem przez Olbrachcice i Podborę czyli razem coś ok. 40 km. Tą piękną i wzruszającą uroczystość na pewno zapamiętamy.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Okolice Hlucina

15.09.2012

Dnia 15.9.2012 zebrało się przed dworcem kolejowym w Boguminie grono 19-tu miłośników turystyki kolarskiej, by stamtąd wyruszyć pod wodzą L. Osuchowskiego na ok. 55 km eskapadę w okolice Hlučína. Trasa prowadziła na przemian z Polski do Czech nie opuszczając granic Śląska Opawskiego przez Stary Bogumin, Chałupki, Hať, Owsiszcze, Pišť, las Hranečník, Bělą, Závadę, Vřesinę, Darkovičky, Šilheřovice, Antošovice do Bogumina. Po drodze było można zobaczyć zegar słoneczny, zabytki architektury sakralnej, wysprzątane i zadbane wsie, park z zamkiem w Šilheřovicach, resztki starego grodziska. Można też było pobrodzić w leczniczej wodzie i zjeść pstrąga z rożna we wsi Bělá. Do dobrego samopoczucia uczestników przyczyniła się wspaniała koleżeńska atmosfera i sprzyjająca aura.

Bolfuk
Galeria
Z serii korzystamy ze zniżek PTTK - Bieszczady

19.09.2012 - 23.09.2012

Ubiegłoroczny wypad w Bieszczady ze "Ślimokami" tak się nam spodobał, że postanowiliśmy w tym roku sami zorganizować coś podobnego. Basia Toman, z racji swojej pracy, miała najlepsze możliwości, aby podjąć się trudu zorganizowania tej wyprawy. 19.10 o 540 grupki turystów zaczęły zbierać się w okolicach parkingu koło sądu, aby o 600 wyruszyć w dosyć długą podróż w Bieszczady. Po drodze zabraliśmy jeszcze kilka osób ze Skoczowa. Andrzej Słota - nasz niepisany przewodnik i jednocześnie kierowca - co jakiś czas opowiadał nam ciekawostki na temat mijanych miejsc. Pierwszy postój i jedyny, nie licząc normalnej "sikpauzy", był przewidziany w Łańcucie, w Muzeum wnętrz pałacowych i muzeum powozów. Pałac Potockich, w którym to muzeum się mieści, sprawia nisamowite wrażenie. Ogrom budowli, wyposażenie oraz otoczenie: park, oranżeria i budynki mieszczące muzeum powozów mogą zachwycić wszystkich. Niestety, podziwianie parku uniemożliwiła nam nadciągająca burza. Dalszą drogę do Wetliny, gdzie nocleg mieliśmy w Domu Wycieczkowym PTTK, odbyliśmy już bez żadnych niespodzianek. Andrzej cały czas nie wychodził z roli przewodnika, co na pewno było bardzo pożyteczne dla wszystkich uczestników wycieczki. Na miejscu, po rozlokowaniu się w pokojach, udaliśmy się na obiadokolację (była równie pyszna jak te zapamiętane z roku poprzedniego.

Czwartkowy poranek pokazał nam, że z wyjścia w góry raczej nic nie będzie. Pozostało więc jedynie pogodzić się z tym faktem i zorganizować jakiś wypad autokarowy. Postanowiliśmy pojechać nad Zalew Soliński. Jednakże wiejący wiatr i padający deszcz nie zachęcały do spacerów. Miłą alternatywą okazał się pobyt w zaciszu baru.

Piątek przyniósł niewielką, ale jednak, poprawę pogody. Część uczestników była chętna na wyjazd na Ukrainę, aby przejechać się trasą kolejową wiodącą przez malownicze tunele i wiadukty, a niewielka grupka, 6-8 osób, postanowiła zająć się tym po co tu przyjechała, tzn. ruszyć w góry. Grupa autokarowa, po wczesnej pobudce, udała się w kierunku Chyżnego, aby tam przekroczyć granicę. Zaraz za szlabanem było widać, że Europa "już się skończyła". Podobno nawet milicja tutaj nie używa alkomatów - wystarczy popatrzeć, który kierowca jedzie prosto... Trasa widokowa miała się rozpocząć na stacji Sjanki, ale po przyjeździe pociągu okazało się, że wycieczki nie będzie, bo tory są uszkodzone. Pozostała więc jazda w drugą stronę. Z okien pociągu można było zauważyć dysproporcje pomiędzy biednymi zagrodami ludności a bogactwem obiektów sakralnych. Miłym akcentem na koniec wycieczki była wizyta w sklepach ze słodyczami i alkoholami za niewielkie pieniądze. Jakaż to różnica między tymi sklepami przy granicy a wiejskim sklepikiem w m. Sambor, gdzie jeszcze liczy się na zwykłym liczydle.

Grupa górska podjechała busem na Przełęcz Wyżniańską, aby stamtąd rozpocząć wędrówkę. Trasa prowadziła koło Bacówki PTTK pod Małą Rawką, przez Małą Rawkę, Wielką Rawkę, na Kremenaros czyli Krzemieniec - gdzie znajduje się styk trzech granic: Polski, Ukrainy i Słowacji. Dopóki szlak wiódł lasem, można było spokojnie wędrować. Gdy tylko wyszliśmy ponad granicę lasu, okazało się z jaką siłą wieje wiatr i jak bardzo jest zimno. Na trójstyku zrobiliśmy sobie krótką przerwę na posiłek, a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną. Niektórym marzył się inny środek transportu niż własne nogi, ale na marzeniach się skończyło. Droga powrotna prowadziła ponownie przez Wielką Rawkę, Małą Rawkę, a następnie przez Dział i Przełęcz nad Wetliną do Wetliny.

Sobota przyniosła zdecydowaną poprawę pogody. Było cieplej, pokazywało się co jakiś czas słońce. Część grupy postanowiła ponownie pojechać z Andrzejem na objazdówkę po okolicy, a dość spora grupka postanowiła zdobyć Połoninę Caryńską. Tak jak dzień wcześniej, po wyjściu ponad granicę lasu, zaczęło porządnie wiać. Czasem nawet z kijkami trudno było utrzymać obrany kierunek. Jednakże szczęśliwie udało się nam przejść całą Połoninę Caryńską aż do Brzegów Górnych i wrócić do Wetliny.

Wszystko, co dobre, ma swój koniec. Tak więc i nasz pobyt w Bieszczadach dobiegł końca. Po śniadanku wskoczyliśmy do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną do Cieszyna. Pierwszym przystankiem na trasie był klasztor w Komańczy - miejsce internowania w latach 1955 - 1956 Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wysłuchaliśmy krótkiej prelekcji o historii zakonu w Komańczy oraz o pobycie w tutejszym klasztorze Prymasa. Ponownie ruszyliśmy w drogę do Żarnowca, do muzeum Marii Konopnickiej. Dworek, w którym znajduje się muzeum, jest pieczołowicie utrzymywany. Mieliśmy możliwość i okazję, aby przypomnieć sobie książeczki naszego dzieciństwa. Można również było odświeżyć w pamięci tekst "Roty". Była jeszcze jedna przerwa na obiad, a potem już prosta droga do domu.

Jarek - "Bystry"
Galeria
VI rajd do ujścia Olzy im. W. Janika

30.09.2012

Zgodnie z kalendarium, tegoroczna organizacja wyprawy spoczęła na naszym klubie a konkretnie całość od strony organizacyjnej ogarnął i przeprowadził nieoceniony w tej roli Genek Klapuch. Dzięki świetnej słonecznej pogodzie już na dworcu w Czeskim Cieszynie widać było, że sporo rowerzystów czeka na pociąg do Bogumina, jednak dopiero na miejscu – w Lutyni Dolnej okazało się, że wraz z tymi, którzy przybyli tu na własnych kołach, było nas ponad 50. Całkiem spora grupa Beskidzioków – w tym pani prezes Halina Twardzik z małżonkiem, dwóch Wiercipiętów z Jastrzębia, paru Ondraszków oraz sympatyków roweru, w tym pani Beata Tyrna – niezależna reporterka na bieżąco rejestrująca wydarzenia.

Po serdecznych powitaniach sformowaliśmy peleton ruszyliśmy w drogę. W Wierzniowicach przekroczyliśmy Olzę, a zaraz potem granicę. Wjechaliśmy na wiadukt nad nadal nieczynną autostradą A-1. Niby wszystko gotowe, a jednak jej otwarcie ślimaczy się za sprawą spornego wiaduktu w Mszanej. Bocznymi ścieżkami dojechaliśmy do Uchylska i następnie drogą wzdłuż wału przeciwpowodziowego do magicznego miejsca, które co roku stanowi nasz cel wycieczki. Widok na połączenie Olzy i Odry, tym razem z perspektywy polskiej strony nastroił nas nostalgicznie. Zaśpiewaliśmy zatem „Płyniesz Olzo..” i „Ojcowski Dom…” oraz wspomniałem sylwetkę śp. Władka Janika – patrona tej wycieczki i jej dawnego organizatora. Uczciliśmy Jego pamięć chwilą ciszy i zadumy, w trakcie której tylko Olza cicho szemrała tocząc swe wody do morza.

Wracając do pozostawionych rowerów zwróciliśmy uwagę na niesamowitą ilość pięknych jesiennych kwiatów dziko porastających całe nabrzeże. Następnie Genek poprowadził nasz peleton na pobliski most drogowy, z równie ciekawym widokiem na połączenie obu rzek i dalej przez Gorzyce docelowo dotarliśmy na camping „Europa” w miejscowości Olza. Tutaj przy ciepłej strawie i napojach dokonaliśmy podsumowania w formie krajoznawczego mini-konkursu z nagrodami. Gromkimi brawami podziękowaliśmy organizatorowi dzisiejszej wycieczki.

W drogę powrotną udaliśmy się w różnych kierunkach i wielu grupkach, przy czym nasza miała za ambitny cel odkryć drugą część ścieżki rowerowej Cieszyn-Racibórz, której pierwszy odcinek próbowaliśmy namierzyć w trakcie niedawnej rowerowej wyprawy do Raciborza.

Na ścieżkę wjechaliśmy w Wierzniowicach i trzeba powiedzieć, że za wyjątkiem kilku trenowych odcinków w okolicach Dziećmorowic jest to bardzo dobrze przygotowana rowerowa trasa. Atutem jest jej dobra asfaltowa bądź żwirowa nawierzchnia oraz prowadzenie w większej części na koronie nadrzecznego wału, czyli z daleka od ulicznego ruchu. W Darkowie w uzdrowisku zrobiliśmy sobie postój celem uzupełnienia płynów w organizmie. Tutaj też gdzieś się zawieruszył nasz „Rozstrzapek” i już do końca wyprawy niestety się nie odnalazł. Reszta naszego topniejącego peletoniku dotarła tą trasą do Łąk nad Olzą czyli do punktu (0,0). Szkoda że nie doprowadzono jej dalej – do Cieszyna, choć podobno ma to być w przyszłości zrealizowane. Tymczasem jednak musieliśmy skorzystać z pobocza ruchliwej drogi i po pokonaniu 75 km zakończyłem tą ciekawą wyprawę.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Ziemia Cieszyńska znana i nieznana, odcinek X "śladami ginących zawodów"

07.10.2012

Kto by pomyślał, że już upłynęło dziesięć lat od pierwszej wycieczki inaugurującej autorską serię kolarskich wypraw pod takim – jak mi się wydaje trafnym tytułem. Tym razem wziąłem „na tapetę” temat związany z ginącymi bądź rzadkimi zawodami, które uprawia wąskie grono fachowców pasjonatów rękodzieła. Przygotowanie trasy wymagało oczywiście ustalenia sporej ilości szczegółów, jak również zamówienia u najwyższych czynników słonecznej pogody.

O ile szczegóły organizacyjne udało mi się w miarę dograć to zamówiona pogoda została dostarczona o dzień wcześniej – w sobotę było ciepło i słonecznie. Tymczasem w niedzielę wystarczyło spojrzeć za okno by w ogóle nie ruszać się z domu lało a do tego było zimno. Pomyślałem, że dla przyzwoitości jako prowadzący pojadę jednak na miejsce zbiórki choć byłem przekonany, że będę tam zupełnie sam.

Bijąc się tymi czarnymi myślami dojechałem na rynek i przetarłem oczy ze zdumienia i rozdziawiłem gębę – w strugach deszczu zebrało się tutaj aż siedmiu rowerowych twardzieli. Byli to: Heniu Nowak, Ala i Marian Wlachowie, Piotr „Paparazzi”, Kazik „Gwarek”, Andrzej „Ziołowy” oraz Leszek „Wędrowniczek”. I w tym momencie przypomniałem sobie słowa naszej ondraszkowej przysięgi – „…jeździmy choćby żabami prało i koło się w tył obracało…”. Faktycznie, przecież wcale „nie piere żabami”, a tylko normalnie pada. A zatem po przedstawieniu planu trasy ruszyliśmy w drogę.

Pierwszy przystanek nastąpił u p. Jerzego Wałgi – chyba ostatniego na Śląsku Cieszyńskim rusznikarza i szyftarza. Pan Jerzy uprawia zawód z którego w XVIw. Cieszyn był znany w ówczesnej Europie. W naszym nadolziańskim grodzie wówczas skonstruowano i przez ok.150 lat produkowano tzw. „cieszynki” – ptaszniczki czyli strzelby myśliwskie na ptactwo i drobną zwierzynę. Strzelba z zamkiem kołowym zwanym „kurlandzkim” oraz formą zdobienia – inkrustacji z kości słoniowej była oryginalnym wynalazkiem miejscowych rusznikarzy i szyftarzy (specjalistów od zdobienia) i bardzo poszukiwanym towarem.

Do dziś w europejskich muzeach dochowało się ok.250 cieszynek będących ozdobami każdej kolekcji militariów i rozsławiających kunszt dawnych cieszyńskich rzemieślników. Pan Jerzy poznał tajniki wyrobu tej broni i wykonuje od podstaw jej repliki (oczywiście w pełni sprawne), które cieszą oczy współczesnych nabywców. Ostatnio np. pracuje nad egzemplarzem zamówionym przez Kancelarię Prezydenta RP.

Następnie odwiedziliśmy p. Bronisława Plintę parającego się równie zamierającą profesją – cholewkarza i szewca. W obecnie zalewającej rynek chińszczyźnie i gotowych produktach obuwie szyte na miarę, to naprawdę rzadki wypadek. Tymczasem istnieje spora grupa klientów ustawiających się w kolejce u p. Bronisława. Są to np. ludzie potrzebujący obuwia ortopedycznego oraz …motokrossowcy. Ci ostatni zamawiają tutaj nie tylko specjalistyczne buty ale i całe skórzane kombinezony jako, że p. Plinta jest również krawcem. W trakcie wizyty poznaliśmy tajniki tego zawodu, a przy okazji dowiedzieliśmy się też, że but w większej części to dzieło cholewkarza, a szewc jest tylko potrzebny do wykonania podeszwy. Jedynie otwarte pozostało pytanie o powód przysłowia „klnie jak szewc” skoro p. Bronisław mimo dużego doświadczenia zawodowego okazał się b. kulturalnym i miłym człowiekiem.

Aby trafić do kołodzieja musieliśmy wziąć na siebie sporą porcję deszczu i na trasie testować peleryny. W Puńcowie u p. Adeli i Andrzeja Lacelów zwiedziliśmy prywatny skansen zawierający m.in. zbiór narzędzi oraz wyrobów związanych z powozami, kolasami i bryczkami. Wystawione oryginalne egzemplarze tych przepięknych pojazdów cieszą oczy wspaniałym wykonaniem oraz utrzymaniem, przy czym niektóre z nich powstały w tym warsztacie. Sporym dodatkiem do tej specjalistycznej kolekcji jest zbiór wszystkiego co pachnie starzyzną od dawnych żelazek po sprzęt rolniczy.

A to wszystko jest pięknie wyeksponowane w specjalnie zbudowanym w tym celu budynku. Następny przystanek był w Goleszowie, a po drodze był tez postój w przydrożnym barze celem zaaplikowania sobie ciepłej herbaty oraz wylania wody z butów. W Gminnym Ośrodku Kultury powitała nas pani Lidia Lankocz - specjalistka od haftów na „żywotku”. Przed wprowadzeniem nas w to nieco tajemnicze zajęcie p. Lidia jednocześnie Dyrektor Ośrodka oprowadziła nas po swym „gospodarstwie” i opowiedziała o jego osiągnięciach. A są niemałe, od kółek zainteresowań dla dzieci, których prace tutaj podziwialiśmy, po prowadzenie Dziecięco-Młodzieżowego Zespołu Pieśni i Tańca „Goleszów”. Właśnie w związku z potrzebami tego zespołu folklorystycznego p. Lidia rozpoczęła swoją pożyteczną działalność hafciarską. Żywotek czyli specyficzny gorset kobiecego stroju cieszyńskiego jest bogato haftowany, natomiast obecnie jest mało fachowców, którzy takie dzieło potrafią wykonać. Pod zręcznymi palcami p. Lidii powstają z srebrnych i złotych nici naprawdę cudne wyroby, przy czym nikt z nas nie zdawał sobie sprawy jak żmudna jest ta praca. A oglądając tutaj zgromadzona kolekcję dawnych żywotków nabraliśmy respektu do umiejętności naszych mam, babć i prababć.

W GOK powitał nas również p. Paweł Stanieczek - kustosz miejscowej Izby Oświęcimskiej. Choć temat nie był bezpośrednio związany z profilem dzisiejszej wyprawy z wielkim zainteresowaniem wysłuchaliśmy ilustrowaną zdjęciami i dokumentami opowieść na temat wojennych dziejów Goleszowa w kontekście miejscowego podobozu KL Auschwitz. W latach 1942-1945 więźniowie tego podobozu pracowali w tutejszym kamieniołomie oraz cementowni, a p. Paweł jako chłopak był bezpośrednim świadkiem ich dramatycznych losów.

Mimo iż miałem jeszcze w zanadrzu przygotowany dodatkowy ciekawy przystanek ze względu na czas oraz bardzo ustabilizowaną pogodę (nadal lało!!!) odtrąbiłem tutaj koniec wycieczki. Każdy wrócił do domu własną trasą. Ogólnie przejechaliśmy coś ok. 30 km co jednak w tak ekstremalnych warunkach było nie lada wyczynem.

Myślę też, że uczestnicy wyprawy choć pewnie jeszcze z tydzień suszyli odzież, na pewno spędzili interesujący dzień, a Ci co nie byli – niech żałują.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zakończenie sezonu "nie wiadomo gdzie"

14.10.2012

No i stało się, nadszedł ten dzień - 14 października. Dzień, w którym miałem oficjalnie powiedzieć, że "to już jest koniec..." tegorocznego sezonu wycieczek rowerowych (przynajmniej tych oficjalnych). W niedzielny poranek, na cieszyńskim rynku, spotkała się dość spora grupka cyklistów (31) z obu stron Olzy, aby wspólnie wziąć udział w tym wydarzeniu. Po przywitaniu tak licznego gremium i przedstawieniu trasy imprezy nastąpiło to co zawsze, czyli fotografowanie. Następnie ruszyliśmy, pod przewodnictwem Wisi "Ośki" ul. Głęboką, Zamkową i Dojazdową, poprzez Krętą, Folwarczną, Hażlaską i Pikiety w kierunku Hażlacha. Następnie przez Babilon, Kończyce Wielkie, Odnóżkę, Brzezówkę i Marklowice dotarliśmy do gospody "Rancho" (dawniej "U Jozefa"), gdzie było przewidziane zakończenie zakończenia. Był przygotowany grill, na którym można było upiec kiełbaskę lub chleb. Odśpiewaliśmy "Sto lat" naszej solenizantce, a następnie w swobodnej atmosferze, miło upływał czas naszego spotkania. Około 1430 - 1500 zaczęliśmy się powoli żegnać, wiedząc, że przecież tak naprawdę sezon się nie zakończył - trwa tak długo, jak długo mamy ochotę jeździć. A zresztą, już niedługo rozpoczniemy oficjalnie nowy, 47 sezon!!!

Wisia "Ośka" i Jarek "Bystry"
Galeria
Dzień Niepodległości

11.11.2012

Ten uroczysty Dzień Niepodległości zarząd klubu postanowił spędzić na sesji wyjazdowej. Potrzeba spotkania się w innej scenerii a nie tylko w otoczeniu dokumentacji i innych papierów związanych z zarządzaniem klubowego działania dość długo w nas kiełkowała i właśnie w ten dzień się zmaterializowała w postaci wyjazdu w Beskidy.

Zarząd prawie w komplecie (niestety bez "Kropelki" którego zmogła choroba), lecz z dodatkiem prawie pełnego składu Komisji Rewizyjnej pojechał do Wisły-Osada skąd trasą zaproponowana przez Skrybę poszliśmy w kierunku Kubalonki przez Kozińce. Pogoda była wspaniała a widoki również choć niestety piękna złota jesień już się skończyła. Liście z drzew już dawno opadły i teraz tylko "brzimy" tworzyły kolorowe złote plamy na tle szarego krajobrazu gołych gałęzi. Ale i tak było co oglądać!

Przez płot podejrzeliśmy co słychać u "Orła z Wisły", który swoją rezydencję wybudował na zboczach Kozińca, odwiedziliśmy "Karolowy Dwór", gdzie "Afi" zafundowała nam dobrą kawę i ta część wycieczki zakończyła się w kultowym miejscu - przy starej beczce na Kubalonce. Następnie przemieściliśmy się do Hotelu Gołębiewski w Wiśle, gdzie przez dwie godziny próbowaliśmy różnych metod liftingu ciała i duszy w spa. Duchowo odmłodzeni zakończyliśmy wyprawę nieopodal w "Restauracji u Olimpijczyka", gdzie przy regionalnych potrawach z nawiązką odzyskaliśmy zgubione w basenach i saunach kalorie.

Trzeba przyznać, że było to jedno z najciekawszych zebrań w historii klubowych zarządów.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wigilijka z Ondraszkiem

09.12.2012

Wydaje się, że było to ledwie wczoraj, a tu już prawie rok minął od pierwszej tegorocznej wyprawy i oto przed nami już ostatni punkt kalendarium 2012 czyli spotkanie opłatkowe. Basia Toman „Apananczi” jako główny organizator tego wydarzenia na miejsce spotkania wybrała salę Restauracji „Zielone Wzgórze” w Cieszynie, gdzie zeszło się prawie 30 Ondraszków oraz sympatyków klubu.

Należy zaznaczyć, że przybyli również nasi klubowicze z Bielska Białej – kol. Krzysiek Sumera oraz Włodek Nowak, którzy po likwidacji kolejowych połączeń już zupełnie zostali od nas odcięci, była też obecna p. Helena Lincer nieoceniona w wszelkich sprawach kulinarnych. Oprawę muzyczną zapewnił nieoceniony w tej roli Genek Klapuch, natomiast ładnie ustrojona sala z choinką stworzyła odpowiedni nastrój tego wyjątkowego wieczoru.

Basia „Apanaczi” - posiłkując się cytatami z przyniesionej uczonej książki przybliżyła wszystkim temat życzeń. Chodzi o to, że frazesy które często mówimy bliźniemu aby się spełniły nie powinny być tylko formułką w rodzaju „pobożnych życzeń”, lecz powinniśmy całą podświadomością pragnąć ich spełnienia, a jeżeli tego szczerze pragniemy – to się stanie! Tak uświadomieni przystąpiliśmy do przełamania się opłatkiem mając pełną świadomość, że życzenia wypowiedziane przy tej okazji zgodnie z powyższą instrukcją powinny się spełnić. Zobaczmy!

Bardzo miłym akcentem były też życzenia skierowane do solenizantów: Józka Lincera „Niezłomnego” oraz Włodka Nowaka. Należy dodać, że Włodek kilka dni temu obchodził okrągłe 70-te urodziny. Życzenia zostały poparte wielkim „koszem obfitości” dla każdego z solenizantów. Czas miło płynął przy przygotowanym poczęstunku (głębokie ukłony m.in. w stronę p. Heli) trunkach i napojach, a wspominki gęsto przeplataliśmy kolędami korzystając z gitarowego akompaniamentu Genka, a także z okazjonalnie wydanego świątecznego śpiewnika.

Za sprawą Basi tradycją ondraszkowych wigilijek jest spotkanie z kimś niezwykłym. Tym razem na salę wpłynęły prawie prawdziwie aniołki – zespół dziecięcy z przedszkola z Kaczyc. Aniołki pod opieką pań wychowawczyń oraz rodziców dały prawdziwy koncert w formie mówiono-śpiewanego programu świątecznego. Jak nam zdradziła pani wychowawczyni była to jego premiera i dzieci nagrodzono zasłużonymi oklaskami oraz słodyczami i owocami. Aby w natłoku zdarzeń wspomnienia udało się jakoś poukładać w czasie, została przygotowana multimedialna prezentacja wydarzeń minionego sezonu 2012.

Na wigilijkę został też zaproszony znany przewodnik i działacz PTTK kol. Rysiek Syrokosz , który przyniósł i udostępnił dla celów tejże prezentacji swój rzutnik oraz laptop. Jestem przekonany, że wyjątkowa atmosfera tego wyjątkowego i sympatycznego spotkania nastroiła wszystkich obecnych radośnie i świątecznie oraz takim pozostanie w naszej pamięci.

Rechtór-Zbyś
Galeria