Kronika imprez z 2013 roku
Spis treści
Noworoczne spotkanie rowerowe

01.01.2013

Bale, bale i po. Po tradycyjnych prywatkach, zabawach i balach sylwestrowych pozostały już tylko wspomnienia i, może u niektórych, ból głowy. 1 stycznia, w Nowy Rok, na cieszyńskim rynku, spotkała się grupa Ondraszków aby złożyć życzenia noworoczne sobie nawzajem, a także, żeby zajechać z życzeniami do znajomych i przyjaciół z rowerowych wypraw.

O 1200 spotkało się nas (jak przystało na ten rok) 13 osób. Złożyliśmy sobie życzenia, uczciliśmy Nowy Rok tradycyjną lampką szampana i po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia (w kilkudziesięciu wersjach) ruszyliśmy na trasę. Niewątpliwą atrakcją i ozdobą naszego noworocznego peletonu był zapewne dżentelmen ubrany w czerwony uniform, z pokaźną białą brodą. Tylko gdzieś mu się zapodział worek z prezentami. Miał ze sobą jednak dwóch pomocników w czerwonych czapeczkach. Pogoda była zamówiona i dostarczona zgodnie z oczekiwaniem - lekki wiaterek i słoneczko.

Ruszyliśmy w kierunku Puńcowa, po drodze przeprawiając się przez tymczasową kładkę dla pieszych w rejonie remontowanego mostu na Młynówce w ciągu ulicy Jana Łyska. Po dojechaniu do Dzięgielowa, skręciliśmy na Bażanowice, a następnie ulicą Ks. Kulisza dotarliśmy do pierwszego celu naszej wyprawy. Odwiedziliśmy Krystynę i Rysia Pawliczków. Byli oczywiście powiadomieni wcześniej o naszych zamiarach. Spotkaliśmy się z bardzo serdecznym przyjęciem. Chociaż, po zbiórce na rynku, wyglądało, że przyjedzie Nowy Rok (13), to jednak dojechało tylko 12 apostołów. Gdzieś między Cieszynem a Puńcowem nowy roczek zrezygnował z ujawnienia się i wrócił do domu na chwilę zadumy. Tak więc 12 apostołów powitało gościnnych gospodarzy tradycyjną kolędą i zostaliśmy zaproszeni do domu. Mili gospodarze ugościli nas czymś gorącym, czymś słodkim, był również toast noworoczny i życzenia pomyślności. W miłej, przyjacielskiej atmosferze czas szybko mija, a my mieliśmy jeszcze jedną osobę do odwiedzenia. Pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami i już nieco mniejszą grupką, bo 7 osobową (część Ondraszków postanowiła już wracać do domu), po pokonaniu crossu terenowego, ul.Wielodroga i Słowiczą dotarliśmy do "Panka". Tu również spotkaliśmy się z ciepłym przyjęciem, tym bardziej, że w związku ze sprawami rodzinnymi, Władek jakiś czas z nami nie jeździł. Również życzyliśmy sobie, aby nowy rok był lepszy od starego i oby nam wszystkim było jeszcze lepiej. Był to koniec dzisiejszej imprezy i powoli zaczęliśmy się rozjeżdżać do domów. Jako ostatni pożegnaliśmy Władka Wisia i ja.

Jarek - "Bystry"
Galeria
Rozstrzygnięcie konkursu pt. Z Obiektywem na Rowerze i wernisaż

24.01.2013

W sali Biblioteki Miejskiej w Cieszynie odbyło się rozstrzygnięcie konkursu połączone z wernisażem prac i przekazaniem nagród zwycięzcom. Tematyka konkursu doskonale wpisywała się w nasze ondraszkowe podwórko toteż nic dziwnego, że wpłynęło sporo prac sygnowanych przez klubowiczów i co ważniejsze wiele z nich zostało dostrzeżonych przez wysokie jury. Konkurs zorganizował Klub Fotograficzny „Start” działający od marca 2012 przy Oddziale PTTK pod prężnym przywództwem Andrzeja Kowola, a nasz klub jako współorganizator konkursu był fundatorem jednej z nagród.

Oglądając prace konkursowe skonstatowałem, że jury wcale nie miało łatwego zadania bowiem faktycznie znakomita większość prac była na bardzo profesjonalnym poziomie. Tego samego zdania byli także: włodarz miasta obecny na wernisażu wiceburmistrz Adam Swakoń, nominalny organizator czyli Oddział PTTK ”Beskid Śląski” którego reprezentował prezes Ryszard Mazur oraz Jacek Góralik reprezentujący w jury Cieszyńskie Towarzystwo Fotograficzne. Ogłoszono wyniki i ku niejakiemu zaskoczeniu nieco zdominowaliśmy podium jako, że w kategorii ponad 17 lat ominęła nas tylko I nagroda, którą całkiem zasłużenie zdobyła Ewelina Dobrzyńska za pracę „Rower to wolność wyboru”. Pozostałe nagrody i większość wyróżnień „skosiły” Ondraszki:

  • II miejsce Zbigniew Pawlik – „Nam pogoda nie straszna”
  • III miejsce Piotr Hamera – „Zawsze pod górkę”
Specjalne wyróżnienie za ciekawą interpretację tematu otrzymał Piotr Hamera - „Przez wodę i pot”. Wyróżnienia otrzymali natomiast:
  • Beata Szarzec – „Rowerowa perspektywa”
  • Zbigniew Pawlik – „Zawieszeni między wodą a niebem”
  • Janina Pawlik – „Do czego to służy?”
  • Alicja Pawlik – „Do ostatniej kropli wody”

Dyrektor biblioteki p. Izabela Kula obiecała, że część wystawy przez jakiś czas będzie zdobiła wejście do budynku, a zatem zainteresowani tematem będą mieli możliwość własnej oceny efektów konkursowych zmagań. Mając na względzie prace konkursowe należy zauważyć, że wobec powszechnej dostępności sprzętu i łatwości fotografowania zrobienie dobrej fotografii wcale nie zależy od klasy posiadanego sprzętu. Tutaj premiowane jest „to coś” co powoduje, że wykonana fotografia nie jest wyłącznie obrazkiem w kategorii „ja/my na tle czegoś tam”, lecz niesie w sobie głębsze przesłanie. Na tym polega cała istota wspaniałej możliwości „zatrzymania uciekającej chwili”.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zebranie sprawozdawczo-wyborcze wybory zarządu na kadencję 2013-2016

25.01.2013

Co za dzień! misternie utkany plan tego najważniejszego spotkania był mocno zagrożony i to z czysto prozaicznych powodów. Zebranie z powodów czasochłonnej procedury wyborów należało rozpocząć punktualnie, a tu tymczasem mój autobus którym codziennie przemierzam drogę między Cieszynem i Katowicami i z powrotem definitywnie rozkraczył się w Żorach. Wiedziałem, że Alicja i Marek Koba – szef Rady Regionalnej Turystyki Kolarskiej też jedzie na nasze zebranie, telefonicznie dowiedziałem się że przyblokował go w drodze zepsuty autobus... ale niestety on nie wiedział, że ja jestem w środku. W końcu razem dotarliśmy do Cieszyna, ale z prawie godzinnym opóźnieniem.

Licznie zebrane Ondraszki, goście i sympatycy powitali nasze wejście gromkimi brawami. Czując się winnym wszystkich mocno przeprosiłem, ale na pewno swoje sobie pomyśleli. Cieszyła obecność K. Holisza z ekipą z zebrzydowickiej „Przerzutki”, B. Fukały z PTTSu, A i M. Kobów z Jaworzna, W. Nowaka z Bielska-Białej w oraz „Indi” - B. Tyrnej, która zapewniła obsługę prasową.

Zebranie rozpoczęliśmy bardzo uroczyście. Otóż na wniosek klubu Komisja Kol. ZGPTTK przyznała „Honorową Odznakę 60-lecia T. Kol. w PTTK” E. Sosnie, A. Szupinie oraz W. Chramcowi. Uroczystego wręczenia tego wyróżnienia dokonał M. Koba, przy tym okazało się z kolei, że na wniosek Rady odznakę tą otrzymali również A. Słota oraz Z. Pawlik. Tym sposobem trafiliśmy do szacownego panteonu 200 osób wyróżnionych tą odznaką.

Funkcję przewodniczącego zebrania powierzyliśmy „Alipali” Alicji Pawlik - przedstawicielowi następnej generacji, która sprawnie pociągnęła dalej temat. Zaczęliśmy od sprawozdań, z czego moje sprawozdanie prezesa jako, że obejmowało całą kadencje było dość obszerne. W dość optymistycznej formie podsumowałem minioną kadencję a w ramach podziękowania członkom zarządu i aktywnym członkom klubu przekazałem płytki DVD z okolicznościowym nadrukiem zawierające fotograficzne wspomnienia z minionych sezonów.

Po złożonych sprawozdaniach skarbnika i komisji rewizyjnej na jej wniosek udzielono jednogłośnie absolutorium, więc nastąpił krótki okres „bezkrólewia”. Zebraliśmy kandydatów do zarządu następnej kadencji, przy czym kandydować zgodzili się wszyscy tworzący go poprzednio. Ktoś wysunął też moją kandydaturę – i tutaj B. Toman wspięła się na oratorskie wyżyny porównując moją skromną osobę do roli filara podtrzymującego kościelne sklepienie. Brak tego filara to katastrofa, a zatem kościół (Ondraszek) może się przewrócić. Jest to oczywiście gruba przesada, ale nie ukrywam, że miło było usłyszeć te słowa.

Z 30 oddanych głosów wybrani zostali:

  • Z. Pawlik (30),
  • J. Gracyasz (29),
  • B. Toman (29),
  • J. Rezmer (28),
  • A. Nowak „Skryba” (28),
  • W. Zmełty (26),
  • M. Biłko-Holisz (26).

Komisje Rewizyjną tworzą: Leszek Nowak, Irena Dzikowska i Kazimierz Szewczyk.

Delegatami na walny zjazd oddziału PTTK zostali:

  • Z. Pawlik (30),
  • A. Nowak „Skryba” (28),
  • A. Wlach (24),
  • A. Nowak „Ziołowy” (20)

A. Nowak – szef TRW złożył sprawozdanie działalności referatu, który rozpoczęła działalność w 1973r. a więc równo 40 lat temu. Najdłużej funkcje pełnił W. Sosna – jego założyciel, następnie A. Słota przez kolejne 13,5 roku, a dalej już nasz „Skryba”. Wystąpienie to zostało poparte mini prezentacją TRW oraz zdobywanych odznak kolarskich.

Zdobywcom wręczono kolejne stopnie odznaki KOT przy czym „Skryba” otrzymał najwyższy jej stopień tj. duży złoty, a na to wyróżnienie jak wiadomo trzeba długo pracować. M. Koba wręczył też pozostałe zdobyte Odznaki 60-lecia t. kol. w PTTK. (pełne zestawienie zdobywców dostępne w zakładce TRW).

Sędziowie konkursów przedstawili wyniki zmagań konkursowych.

Konkurs na najaktywniejszego turystę-kolarza 46 sezonu:

  1. Zbigniew Pawlik - Rechtór pkt 164
  2. Jarosłąw Rezmer - Bystry pkt 159
  3. Kazimierz Szewczyk - Gwarek pkt 150
  4. Beata Szarzec - Szykowno pkt 140
  5. Andrzej Nowak - Ziołowy pkt 132
  6. Jadwiga Gracyasz - Ośka pkt 124
  7. Maryla Biłko-Holisz - Rozstrzapek pkt 122
  8. Leszek Szurman - Wędrowniczek pkt 117
  9. Piotr Hamera - Paparazzi pkt 116
  10. Józef Lincer - Niezłomny pkt 108

Konkurs "Długodystansowca sezonu 2012"
kategoria Panowie

  1. Henryk Nowak - 11335 km
  2. Franciszek grelowski - 7473 km
  3. Andrzej Nowak Ziolowy - 5123 km
  4. Jan Stasik -Proszejaciebie - 3752 km
  5. Piotr Hamera- Paparazzi - 3721 km
kategoria Panie
  1. Beata Szarzec Szykowno - 1532 km
  2. Jadwiga Gracyasz - Oska - 871 km
  3. Maryla Bilko-Holisz - Rozstrzapek - 839 km
  4. Alicja Wlach - 580 km

Zwycięzcy otrzymali dyplomy pamiątkowe oraz nagrody rzeczowe.

W zebraniu konstytuującym władze klubu na prezesa w kadencji 2013-2016 w tajnym głosowaniu wybrano ponownie Z. Pawlika. Tym sposobem u sterów Ondaszka pozostaje ostatecznie ta sama ekipa. Oby wyszło mu to na zdrowie. W dyskusji podjęto temat dalszych losów konkursu długodystansowca, i zebrano na ten temat całkiem skrajne wnioski. W końcu przegłosowano, że nad regulaminem w najbliższym czasie pochyli się komisja złożona z laureatów tego konkursu oraz zarządu.

Wszyscy zebrani otrzymali kalendarze - sklerotniki oraz znaczki z logo klubu - co na pewno pozostanie miłą pamiątką ze spotkania. Zebranie mimo tej wpadki czasowej zakończyło się o dość przyzwoitej porze, w czym wielka zasługa zaangażowania i zdyscyplinowania zebranych za co wszystkim pięknie dziękuję i nisko się kłaniam.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zimowy kulig w Koniakowie

03.02.2013

Dnia 03.02.2013r. 14 osób wybrało się na długi kulig w kierunku Koniakowa. Dziewięć osób liczyła grupa z TKK PTTK „Ondraszek”: Maria Biłko–Holisz, Piotr Holisz, Jadwiga Gracyasz, Krystyna Ściskała, Danuta Bieda, Leszek Szurman, Irena Dzikowska, Piotr Hamera, Kazimierz Szewczyk. Cieszyliśmy się, że pada śnieg, gdyż istniała groźba, że kulig będzie na kołach. Dotarliśmy do Koniakowa - OSP, gdzie przesiedliśmy się na sanie. Półtorej godziny jazdy po dosyć stromych drogach, wśród ośnieżonych lasów z piosenką na ustach dało nam dużo radości. Na miejscu przy hotelu „Jano” w Jaworzynce–Krężelce otrzymaliśmy posiłek w postaci smażonej kiełbasy i krupnioka oraz herbaty.

Zmęczeni, ale zadowoleni dotarliśmy do Cieszyna około godziny dwudziestej.

Roztrzapek
Galeria
XXV-Lecie Komisji Turystyki Kolarskiej „Sokół” w Radlinie

09.02.2013

Na zaproszenie „Sokoła” do Radlina, małego miasteczka koło Wodzisławia, zjechało się ok. 80 działaczy turystyki kolarskiej województwa śląskiego. Takie spotkania odbywają się co roku w innym miejscu, tutaj powód spotkania był wyjątkowy - obchody jubileuszu ćwierćwiecza komisji oraz wybory władz rady regionalnej turystyki kolarskiej na następną kadencję. Ondraszków reprezentowali: Ośka, Bystry, Skryba i Rechtór. Miło było spotkać starych znajomych i dowiedzieć się co słychać w rowerowej branży u sąsiada za płotem.

Przede wszystkim jednak, jak sądzę, wszyscy byli pełni podziwu dla osiągnięć Jubilata. Komisja Turystyki .Kolarskiej „Sokół” przy miejscowym Oddziale PTTK mimo, że zaliczyć ją można do młodszych wiekiem organizacji, ma już spore osiągnięcia. Od dobrych paru lat Sokół m.in. otwiera listę rankingową konkursu na najaktywniejszy klub, komisje organizowany przez Kom. Kol. ZGPTTK, jest też doceniany przez władze samorządowe oraz mieszkańców Radlina. Uroczysta akademia była w większości poświęcona przekazaniu wyróżnień, życzeń i podziękowań w czym też mieliśmy swój skromny udział.

W prezentacji multimedialnej Andrzej Likos - prezes oddziału, dawny szef komisji kolarskiej opowiedział o przeróżnych formach bogatej działalności, a prezentowała je specjalna wystawa osiągnięć. Duże wrażenie robił zwłaszcza pokaźny zbiór zdobytych w różnych konkursach pucharów oraz tablice ilustrujące poszczególne pomysłowe imprezy. Z jubileuszowej publikacji można było się m.in. dowiedzieć, że w komisji pracuje ponad 40(!) czynnych przodowników turystyki kolarskiej, więc ta imponująca działalność miała swoje uzasadnienie.

Druga część uroczystości odbyła się w pobliskim ośrodku MOSiR, gdzie zaserwowano zawiesista zupkę oraz zdegustowaliśmy ogromny tort ozdobiony godłem Sokoła. Następnie prowadzenie spotkania przejął M. Koba - przewodniczący rady i przeprowadzono wybory nowego składu zarządu. Należy pamiętać, że nasz Ondraszek oraz myszkowski M-2 są stałymi, nominalnymi członkami rady regionalnej. W wyniku wyborów skład rady uległ małej modyfikacji, lecz M. Koba pozostał jej przewodniczącym na następna kadencję.

W trakcie wyborów rozprowadziliśmy wśród zebranych materiały krajoznawcze z Ziemi Cieszyńskiej, a Skryba przedstawił dwie nasze odznaki regionalne, które nadal można zdobywać. Na zakończenie zaprosiliśmy wszystkich na następne spotkanie aktywu kolarskiego do nas – do Domu Polskiego PZKO w Cierlicku na Ziemię Cieszyńską, co zostało oczywiście przyjęte z dużym aplauzem.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Otwarcie sezonu - Czarne Doły

14.04.2013

Trzeba przyznać, że dzień otwarcia został dobrany bardzo precyzyjnie, gdyż jeszcze tydzień wcześniej brodziliśmy w głębokim śniegu. W tym roku zima nie chciała wcale odpuścić. Nawet zamawianie wiosny nie pomogło, i jak sądzę tradycyjne topienie Marzanny w Żorach pewnie skończyło się na zagrzebaniu jej pod śniegiem. Tymczasem ta niedziela była naprawdę ciepła i słoneczna więc spragnieni wiosennego słońca Ondraszki, Beskidziocy oraz inni sympatycy roweru tłumnie zjawili się na cieszyńskim rynku zdeterminowani aby otworzyć kolejny rowerowy sezon.

Na wstępie prowadzący „Skryba” wyjaśnił zasady organizacji wyprawy, reporterzy lokalnych gazet przeprowadzili wywiady, wykonali mini sesję fotograficzną i ponad 40-osobowy peleton trąbiąc i dzwoniąc okrążył rynek i ruszył w stronę Rezerwatu Przyrody „Nad Puńcówką”. Tutaj czekał już kol. J. Machała szef Komisji Ochrony Przyrody przy oddziale PTTK, który wprowadził nas w ciekawą tematykę ochrony przyrody w wymiarze makro- i mikroregionalnym, a nieco wcześniej „Skryba” opowiedział o tajnikach budowy oraz funkcjonowaniu małej elektrowni wodnej o mocy 0,56MW koło której przejeżdżaliśmy. Elektrownię w zeszłym roku oddano do użytku korzystając ze spadku wód pobliskiej Olzy oraz z dofinansowania z UE.

Ruszyliśmy dalej wzdłuż Olzy w stronę Boguszowic, następnie przez Pastwiska i Rudów dotarliśmy do Hażlacha. Dla większości uczestników wycieczki był to jeden z pierwszych rowerowych wyjazdów, więc zdobywanie kolejnych górek po trasie przychodziło z pewnymi trudnościami. Po pokonaniu ok. 18km dojechaliśmy do udekorowanej klubowymi bannerami mety zlokalizowanej w siedzibie PZW w Zamarskach.

Wtedy nadszedł czas na ucztę w postaci kiełbasek z grilla oraz kolarskie forum czyli wymianę doświadczeń, wspomnień oraz pomysłów na otwierany sezon. Niewielkie domki miejscowego związku wędkarskiego położone malowniczo nad stawem były też doskonałą dekoracją do najważniejszego punktu imprezy. Było to oczywiście uroczyste przyjęcie dwóch kolejnych kandydatów do ekskluzywnego grona prawdziwych Ondraszków. Ostatnią próbę pozytywnie przeszli i przyrzeczenie złożyli: Alicja Wlach, którą ochrzczono „Czorno” oraz Marian Wlach, który otrzymał nieco tajemnicza ksywkę „Unisono”. Pasowanie odbyło się specjalną ceremonialną pompką a świadectwem tego wydarzenia był stosowny Certyfikat Nadania Imienia. Wiwatom i gratulacjom nie było końca.

Po ceremonii nadszedł czas na konkursy rekreacyjne przeprowadzone przez „Ośkę” i „Bystrego”, wspólną fotografię do rodzinnego albumu oraz zakupy w improwizowanym klubowym mini-sklepiku. Na koniec „Skrybie” podziękowaliśmy brawami za tak wspaniale przygotowana wycieczkę oraz zamówioną pogodę i naładowani pozytywną energią ruszyliśmy już indywidualnie w drogę powrotną. Łącznie przejechaliśmy ok. 30km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
VI Zlot Oddziałów PTTK woj. Śląskiego w Węgierskiej Górce

20.04.2013

Długo nie było wiadomo, czy tegoroczny zlot się odbędzie a kiedy już został opublikowany regulamin okazało się ze wprowadza lekkie zamieszanie do naszego kolarskiego rozkładu jazdy. Ale od czego się ma łącza internetowe i nowoczesne środki przekazu. Wystarczyło parę dni i lista ondraszków chętnych do udziału była gotowa. A było nas tylu ile apostołów – czyli 12. Jako, że założono dojazd indywidualny pojechaliśmy na start różnymi środkami transportu – większość samochodami, lecz tzw. „twardziele” przybyli oczywiście rowerem. Ekipę „Twardzieli” stanowili Paparazzi, Ziołowy oraz Heniu Nowak, którzy z poświęceniem wstali o godz. 500, aby o godz. 900 zameldować się na starcie. Tutaj okazało się, że nasza grupa Ondraszków jest najliczniejsza w ok. 30-osobowym składzie kolarskim zlotu, natomiast do piechurów zapisali się 3 członkowie zarządu Oddziału PTTK, w tym poprzedni oraz obecny prezes.

Start i metę zlotu zlokalizowano w okazałej ledwo co otwartej nowoczesnej hali sportowej. Po powitaniach i przedstawieniu programu sprawnie uformowaliśmy peleton i ruszyliśmy pod opieką przewodnika na proponowaną trasę. Myślą przewodnią były odwiedziny polskich fortyfikacji, które we wrześniu 1939r. zatrzymały na kilka dni ruch niemieckich napastników. Okazało się, że miejsce budowy fortyfikacji było starannie przemyślane - dolina Soły mocno się tutaj zwęża, co natychmiast odczuliśmy jadąc ostro pod górę. Minęliśmy dwa forty –Waligóra oraz Włóczęga z czego ten drugi został po wojnie zakupiony przez prywatnego inwestora i kuriozalnie potraktowany jako fundament okazałego dwukondygnacyjnego budynku - nota bene wg informacji znów jest na sprzedaż. A więc jeżeli ktoś chce mieć fort na własność musi się spieszyć. Dalej jadąc zboczami Glinnego zjechaliśmy do doliny Złatnego i Kamesznicy mając ciekawy widok na okoliczne szczyty w tym ośnieżoną Baranią Górę. W Kamesznicy zobaczyliśmy imponujący wiadukt śmiało przerzucony nad całą dolina i będący częścią nowo otwartej drogi szybkiego ruchu w kierunku Słowacji. Jadąc starym traktem cesarskim dojechaliśmy do fortu Wędrowiec, obecnie funkcjonującego jako muzeum bitwy. Mając w pamięci ekspozycję w czeskich fortyfikacjach np. w Darkowiczkach muszę przyznać, że wystawa raczej nie rzuciła mnie na kolana. Tutaj nasz peleton zakończył podróż i już samotnie pojechałem jeszcze kilka kilometrów w górę Żabnicy, aby zobaczyć dwa pozostałe forty – Wąwóz i Wyrwidąb, oba rozsadzone wewnętrznymi eksplozjami. Jest to o tyle dziwne, że pierwszy z nich w ogóle nie brał udziału w walkach.

Na mecie podjęto nas dobrą grochówką z wkładką, a zlot zakończono rozdaniem dyplomów udziału oraz pamiątkowymi odznakami. Przejechałem raptem 27 km, lecz zważywszy, że trasa liczyła aż 300 m przewyższenia jest to dość dobry wynik. Lecz jak się tu mierzyć ze 150 km przemierzonymi tego dnia przez Twardzieli.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Memoriał kolarski im. M.Palowskiego

21.04.2013

Zwykle, ta właśnie wycieczka, otwiera naszą coroczną przygodę z rowerem. Tym razem było inaczej, bo kilka rowerowych wypraw, w tym otwarcie sezonu, mieliśmy już za sobą.

Spotkaliśmy się na rynku o godz. 8.00 i wspólnie pojechaliśmy na miejsce zbiórki przy remizie strażackiej w Czeskim Cieszynie, gdzie czekała już na nas grupa Beskidzioków oraz sympatyków roweru z obu stron Olzy. Powitaliśmy się bardzo radośnie, gdyż po długiej przerwie dobrze było zobaczyć starych znajomych. Wśród grupy kolarzy była również obecna pani H. Twardzik – prezes PTTS-u oraz pani D. Palowska z rodziną.

Wspólnie udaliśmy się na cmentarz komunalny w Czeskim Cieszynie, aby złożyć kwiaty i pochylić się w zadumie nad mogiłą śp. Mariana Palowskiego. Słowo, które przy tej okazji przekazałem niosło pozytywne przesłanie, że człowiek choćby umarł, żyć będzie, tak długo, jak długo o nim pamiętają żyjący. Na zakończenie, ku niebu popłynęły wzruszające, w tym miejscu i czasie, pieśni: „Ojcowski dom” oraz „Szumi jawor”, a pani Danusia podziękowała wszystkim za obecność i organizację tego spotkania.

Następnie uformowaliśmy liczny, bo prawie 60 osobowy peleton i ruszyliśmy w drogę. Prowadzący J. Stirba (PTTS) zadbał o zwartość naszej rowerowej kolumny, stąd były częste postoje, które wykorzystaliśmy na podziwianie budzącej się do życia wiosny i plotkowanie. Tradycyjnie też zatrzymaliśmy się na dłuższy postój w trynieckiej Końskiej, niegdyś samodzielnej wiosce - miejscu urodzenia Jana Kubisza. Później klucząc sobie tylko znanymi skrótami przez Oldrzychowice, wjechaliśmy do Tyry i stopniowo pnąc się pod górkę, dojechaliśmy do uroczej małej gospódki, tradycyjnej mety naszych spotkań. Teraz był czas posiedzieć, pogadać, popróbować kulinarnych specjałów, a także wystawić twarz do pierwszego wiosennego słońca.

Korzystając z okazji zaprezentowałem najbliższe ondraszkowe plany, a także wręczyliśmy zwycięzcom dyplomy związane z ubiegłorocznym konkursem Długodystansowca Sezonu.

Powrót był indywidualny. Już w mniejszej grupie ruszyliśmy jeszcze w poszukiwaniu… zeszłorocznego śniegu. Udało się nam go odnaleźć, o czym świadczy załączone zdjęcie. Przy rozstaniu cieszyliśmy się już na myśl o następnym spotkaniu, a na moim liczniku przybyło aż 57 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Rozstrzapka” - z wizytą u kowala artysty

28.04.2013

Dzień pod względem pogody nie zapowiadał się zbyt dobrze, natomiast pod względem atrakcji wręcz odwrotnie. I to nie dość, że prowadzącym wyprawę był nasz klubowy „Rozstrzapek” co już samo w sobie jest wielką przyjemnością dla uczestników, a tu jeszcze cel był trafnie dobrany. Tym razem złożyliśmy rowerową wizytę w firmie Akant prowadzonej przez braci Jacka i Władka Jurysów i parających się kowalstwem artystycznym. Mimo niemrawej, dżdżystej pogody na rynku zebrało się jednak kilkunastu śmiałków i po przedstawieniu programu przez „Rozstrzapka” ruszyliśmy w drogę. Gdzieś w okolicach Marklowic zdążyło się nawet wypogodzić, a więc było lepiej niż początkowo zakładaliśmy. Pokonując kilka wzniesień przez Brzezówkę dotarliśmy do Kończyc Wielkich i tutaj nasz peleton powiększył się o Gwarka i dwójkę sympatyków roweru skuszonych anonsem prasowym.

Tym sposobem nasz peletonik rozrósł się do 16 osób, i przez Czarne Doły dojechaliśmy do centrum Zamarsk, które jak wiadomo leżą na wielkim kopcu. Po solidnym wypoczynku „Pod Źródełkiem” już jednym skokiem dotarliśmy do Gumien gdzie już czekał na nas pan Jacek we własnej osobie.

Nie dość, że gospodarz okazał się świetnym gawędziarzem to jeszcze potrafił na naszych oczach zaprezentować nieco tajników tej ciekawej profesji. Imponująco wyglądała zgromadzona galeria wykonanych przez firmę kowalskiej biżuterii. Z zainteresowaniem oglądaliśmy album zdjęć z wykonanych zleceń - począwszy od ozdobnych krat w kościołach czy ogrodzeń po takie drobiazgi jak ozdobne zawiasy, świeczniki, ptaszki a nawet bukiet kwiatów, a wszystko wykonane z metalu.

W kuźni mieliśmy okazję zobaczyć jak z kawałka pręta powstaje podkowa oraz jakie są techniki zdobienia metalowych wyrobów. Prawdę mówiąc nie przypuszczałem, że żelazo jest tak podatnym materiałem do kształtowania tak fantastycznych kształtów, i wg słów pana Jacka jeżeli coś uda się wykonać z plasteliny to powinno się udać również z metalu. Do tego jeszcze pokaz był podbudowany teorią - a więc charakterystyka żelaza kowalnego, czy damascenu skuwanego nie jest już dla nas tajemnicą.

Należy dodać, że umiejętności nie zostały przekazane z pokolenia na pokolenie, lecz zostały przyswojone metodą podpatrywania, prób i doświadczeń, gdyż państwo Jurysowie nie uczyli się tego fachu, lecz byli pasjonatami realizującymi swoje marzenia. I to jest pozytywny przykład nie dotyczący tylko artystów kowali.

Rowerowy spacer w moim wypadku liczył 37km i uważam, że był bardzo ciekawy zarówno pod względem tematycznym jak i krajoznawczym.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Gwarka”

12.05.2013

„Dzień Gwarka” pod takim hasłem dnia 12 maja 2013 roku o godz. 920, z Rynku w Cieszynie wyjechała grupa 6-ciu rowerzystów z TKK "Ondraszek" na kolejną wycieczkę po Ziemi Cieszyńskiej. Głównym celem wyprawy rowerowej było przejechanie przełęczy Beskidek z Dobki do Brennej Leśnicy, by poprawić większą kondycję na rozpoczęty sezon turystyczny 2013. Prognoza pogody na niedzielę nie była najlepsza, a mimo to podczas deszczu i temperatury zaledwie 9 stopni Celsjusza, cała grupa dotarła do domów w dobrej formie.

Honoru kobiet dobrze broniła Beata Kuś z Hażlacha, jako jedyna turystka rowerowa w tej grupie. Na uwagę zasługuje też młodzik z Ochab Patryk Krawczyk, jako przyszły talent MTB. Pierwszy obiekt podziwialiśmy w Bładnicach Dolnych, gdzie na byłej stacji PKP, czekali już "Ziołowy" i "Maratończyk" (to już 8 twardzieli). Z dużym podziwem oglądaliśmy w Nierodzimiu wykonane elementy śmigła elektrowni wiatrowej. Teraz czekała nas do przejechania trasa WTR, czyli wałami rzeki Wisły do Ustronia, gdzie dojechała do grupy rodzina Krawczyków z Ochab, (to już dziesiątka). Miały być smaczne lody przy "Oazie" w Ustroniu, a każdy tylko ciepłą herbatkę pił w czasie gdy "Paparazzi" reperował przebite koło. Tak to jest na naszych ścieżkach rowerowych, jak inni rozbijają butelki po piwie. Deszczyk nagle przestał padać i nawet było pusto na trasie WTR przez Ustroń - Polanę.

Jeszcze kilka odbitek pieczęci do książeczek KOT w Parafii Dobrego Pasterza i teraz już czekają na Nas "schody", czyli pod górę do Dobki i na Przełęcz "Beskidek" 662 m npm. Po drodze mijamy na asfalcie rozjechane przez samochody - salamandry i zaskrońce. Miejscowi ludzie jednak mają rację, zakaz ruchu samochodów musi być przestrzegany w tych stronach. Ładnych widoków na góry blokuje gęsta mgła i ponownie leje, więc jedziemy stromo w dół do Brennej Leśnicy. Robimy teraz przerwę na posiłek po ostrym zjeździe ze Świniorki. Czekają na nas smaczne kartacze litewskie w restauracji "Pod Przyłazem", gdzie mile spędzamy czas przy rozpalonym kominku. Już po 14-tej , trzeba pomyśleć o powrocie do Cieszyna, Kostkowic, czy Ochab. Wypadło jednak na Skoczów, gdzie rozjechała się grupa do domów. Na licznikach jest ok. 70 km po błocie i kałużach, ale w dobrym humorze.

Uczestnikami wycieczki byli:

  • Beata KUŚ,
  • Kazimierz Szewczyk,
  • Leszek Szurman,
  • Piotr Hamera,
  • Henryk Nowak,
  • Janusz Czech,
  • Wojciech Krawczyk,
  • Patryk Krawczyk,
  • Andrzej Werpechowski,
  • Andrzej Nowak,
Kazimierz Szewczyk "Gwarek"
Galeria
Okolice Czeskiego Cieszyna

18.05.2013

Opis już niebawem

Adam Kłodowski (Admin)
Galeria
Zielonoświątkowe smażenie jajecznicy

19.05.2013

Zgodnie z tradycją, której początki giną gdzieś w mrokach historii klubu, w święto Zesłania Ducha Świętego, czyli Zielone Świątki, wyjeżdżamy w plener w celach kulinarnych. Od zawsze bowiem w ten wyjątkowy dzień Ondraszki smażyły jajecznicę w plenerze. I teraz nie było inaczej . W ten słoneczny niedzielny poranek na rynku zebrała się całkiem spora, ok. 40 osobowa, grupa rowerowych smakoszy. Prowadzący - organizator „Kropelka” wyjaśnił zasady udziału i o 10.00 ruszyliśmy w drogę. Meta została wyznaczona w Goleszowie – Równi w bardzo ciekawym miejscu o tajemniczej nazwie Etnochata „TOPOLEJ”. Dojechaliśmy tam bocznymi drogami przez Ogrodzoną, Kisielów, Godziszów, Kozakowice i mocno pokręcone, ale dobre dla nas, asfaltowe dróżki w Równi.

Etnochata to bardzo energetyczne miejsce. Właściciele zadbali o swój pensjonat i jego otoczenie do tego stopnia, że wykorzystując tło Wielkiej i Małej Czantorii odpowiednio uformowali ziemne nasypy, dzięki czemu powstała dość wierna kopia tych beskidzkich „gróni”.

Na mecie był już mistrz ceremonii Piotrek Holisz „Śmig”, który pojechał na skróty i zdążył przygotować ognisko oraz wielką brytfannę ze skwarkami. Oczekiwał nas tutaj także mieszkający nieopodal J. Salecki. Ze względu na dużą ilość jajek, (było ich aż 185), jajecznicę przygotowywaliśmy na trzy razy. Zgodnie z zarządzeniem szefa kuchni, do pierwszego wsadu jaja tłukły panie, następnie panowie, a finałowe rozdanie przygotowywały małżeństwa.

Prawą ręką mistrza ceremonii został Kazik Holisz z zebrzydowickiej „Przerzutki”, który wielką chochlą napełniał smakowitą treścią podstawione miseczki. Jako, że wspaniałego aromatu i zapachu żadne pióro nie jest w stanie opisać, nasz błogostan mogą wyrazić jedynie złączone zdjęcia.

Tradycyjnie po zaspokojeniu apetytu przystąpiliśmy do konkursów. Największe emocje wzbudził oczywiście konkurs strzelecki o tytuł króla strzelców i przechodni puchar – patelnię. Sędzią głównym tych zawodów był fachowiec z branży - sierżant podchorąży Dariusz Pawlik. W zawodach brało udział wielu strzelców, lecz w końcu okazało się, że najlepszym snajperem znów jest „Gwarek” (28/30 pkt ). Tak więc, pierwszy raz w historii, puchar oraz tytuł pozostaje w tych samych rękach, aż do następnego roku.

Innymi atrakcjami spotkania było współzawodnictwo w wbijaniu gwoździ do pnia, co najlepiej opanował Paparazzi, oraz w łowieniu rybek w suchym stawie. Zwycięzcy konkursów odebrali nagrody, przy czym należy dodać, że właściciele Etnochaty z własnej inicjatywy przekazali w formie nagrody bezpłatne zaproszenia na cyklicznie organizowane tutaj koncerty.

Wszyscy skorzystali z pięknej pogody i okazji do złapania nieco wiosennego słońca.Powrót odbywał się już indywidualnie, w większych lub mniejszych grupkach. Impreza odbyła się przy wspaniałej, wprost upalnej pogodzie, co mocno kontrastowało choćby z poprzednią ondraszkową wyprawą w deszczu i zimnie - a to było tylko tydzień wcześniej. Osobiście przejechałem 47 km i wiem, że było warto.

Rechtór-Zbyś
Galeria
53. Ogólnopolski Zlot - Koszelówka koło Gąbina nad Jeziorem Zdworskim

25.05.2013 - 01.06.2013

Po perturbacjach związanych z poszukiwaniem organizatora trafiliśmy do klubu BeneqTeam oraz Komisji Turystyki Kolarskiej PTTK z Płocka. Miasteczko zlotowe ulokowano w kilku bazach w letniskowej miejscowości Koszelówka w gminie Łąck. Przybycie blisko 480 uczestników zlotu niemalże podwoiło ilość mieszkańców, z czego najbardziej ucieszyli się właściciele okolicznych sklepików. Otwarcie zlotu odbyło się w oddalonym o ok. 20 km Płocku. Niezbyt szczęśliwie połączono to z inną lokalną imprezą, co trochę rozmyło podniosłość tego wydarzenia, ale według słów komandora był to jedyny sposób, aby uroczystość ta mogła się w ogóle odbyć na płockim rynku, przy udziale miejscowych notabli. Dla nas najważniejsza jednak była możliwość zobaczenia dawno niewidzianych przyjaciół z całej Polski oraz rowerowa eksploracja nieznanego dla nas regionu. Na ten zlot wyjątkowo mocną ekipę wystawili Beskidziocy z KR „Olza” (9 osób) i sąsiedzi z Ukrainy (ok. 20 osób). Ondraszków też było sporo (19 osób), choć największa reprezentacja przyjechała z klubu im. W. Huzy z Gliwic (27 osób). I tutaj dygresja: gdyby tak połączyć Ondraszków i Beskidzików w jeden team to…

Gmina Łąck, gdzie mieliśmy bazę postawiła na rozwój turystyki - w tym rowerowej. Wójt gminy, którego spotkaliśmy w Podlesiu na jednej z tras, drobiazgowo wyliczył osiągnięcia w tym zakresie. Trzeba przyznać, że opowieści te nie były przesadzone, gdyż po tak rewelacyjnych trasach rowerowych jak tutaj już dawno nie jeździliśmy.

Organizator zadbał o przygotowanie dwóch propozycji tras na każdy dzień, z czego jedna była przez niego pilotowana i ze zrozumiałych względów najbardziej oblegana. Zorganizowano też dwie ciekawe wycieczki autokarowe. Trasy rowerowe ze względu na ukształtowanie terenu nie były zbyt wyczerpujące i zamykały się w granicach 50-80 km, choć oczywiście niektórzy pokonywali dużo większe odległości. Najwięcej uwagi wymagała wycieczka prowadząca przez centrum Płocka. Wielkie miasto z ruchliwymi ulicami stanowiło duże wyzwanie dla rowerzystów - i jak się okazało nie obyło się niestety bez poważnego wypadku, co było później szeroko komentowane.

Z atrakcji jakie dane nam było zobaczyć wymienić należy płocką katedrę ze słynnymi romańskimi drzwiami (na miejscu jest kopia, oryginał już w średniowieczu „wyemigrował” do Nowogrodu) i grobami monarchów (Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego), pełne skarbów muzeum katedralne, muzeum secesji z aranżacjami wnętrz z epoki, katedrę nieco egzotycznej dla nas grupy religijnej Mariawitów – Starokatolików. Na ścieżkach rajdowych wokół Płocka odnotować należy wizytę w placówce Instytutu Meteorologii, gdzie dowiedzieliśmy się jak tworzy się odpowiedź na pytanie o pogodę na jutro. W drewnianym kościółku w miejscowości Trzepowo zobaczyliśmy relikwie… ”błogosławionego pijaka” Mateusza Talbota - patrona ruchów trzeźwościowych. Zwiedzaliśmy pobliski park pamięci katastrofy smoleńskiej, gdzie zasadzonych zostało 96 symbolicznych dębów. Warto byłoby to miejsce odwiedzić za kilkaset lat i zobaczyć ten dębowy las. Równie ciekawe miejsca odwiedziliśmy m.in. w Gostyninie (zamek), Łącku (stadnina koni i wyłuszczarnia nasion), Gąbinie (kościół) i Oporowie (uroczy zameczek otoczony fosą) oraz zabudowania wiejskie dawnej społeczności Olendrów. Jednak największym atutem zwiedzanych okolic były z pewnością sielskie krajobrazy pełne lasów i uroczych jezior. Wieczorami rowerowe bractwo spotykało się na biesiadach, pogaduszkach i tańcach. Czas płynął szybko i kiedy 31.05.2013 dokonano zamknięcia zlotu, zapewne większość poczuła niedosyt i nie mogliśmy uwierzyć, że kolejny zlot przechodzi już do historii.

Pogoda też dostarczyła nam niesamowitych wrażeń. Najpierw było zimno, choć na tą okoliczność byliśmy dobrze przygotowani, mając zapewnioną dostawę prądu do namiotów i piecyki w bagażu. Później zrobiło się cieplej, lecz nieco deszczowo, na szczęście więcej padało w nocy niż za dnia. Tylko na jeden dzień paskudny deszcz uziemił wszystkich, choć nie do końca, bo i tak, niektórzy twardziele pojechali na trasę i pewnie kilka kolejnych dni musieli się suszyć. Zdarzały się też burze, jednak nie trwały długo i specjalnie nie pokrzyżowały nam planów. Zapamiętałem szczególnie jedną. Wieczorem ściana wody oraz drzewa przyginane do ziemi, miotane wichurą, w akompaniamencie grzmotów nie pozwoliły mi przedostać się ze świetlicy do namiotu, gdzie w tym czasie Afi wszelkimi siłami trzymała jego konstrukcję, aby nie pofrunęła. Namiot jednak zdał egzamin ze szczelności, choć po burzy pole namiotowe przypominało spore jezioro.

Korzystając z okazji, już poza programem, odwiedziliśmy Krośniewice ze słynna prywatną kolekcją muzealną p. Dunina-Borkowskiego, nieopodal przysiółek Błonie, gdzie zobaczyliśmy dom rodzinny Władysława Andersa, Włocławek i miejsce, gdzie pozbawiono życia ks. Popiełuszkę, romański kościół w Borutach, a w drodze powrotnej muzeum bitwy nad Bzurą w Sochaczewie.

Na rowerze przejechaliśmy w sumie ok. 300 km, a pytanie: gdzie się spotkamy w roku przyszłym? Już tradycyjnie pozostaje otwarte.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zlot Gwiaździsty im. ks. T. Klocka i J. Furtaka

09.06.2013

Motto: Człowiek choćby umarł, żyć będzie tak długo, jak długo o nim pamiętają potomni.

Kiedy znany i lubiany ks. Tadeusz Klocek zmarł 31.05.1993r. jego niespodziewana śmierć, była dla nas turystów-kolarzy PTTK w ówczesnym woj. bielskim, dużym zaskoczeniem. Podjęliśmy spontaniczną decyzję o corocznej organizacji gwiaździstego rajdu Jego imienia z metą w Kończycach. Na drugim zlocie, który odbył się we wrześniu 1995r. los dopisał dalszy tragiczny ciąg tej historii. W drodze powrotnej ze zlotu na niebezpiecznym zakręcie drogi w Grodźcu-Świętoszówce zginął Jan Furtak – prezes TKK „Defekt” z Żywca. Staraniem kolarzy z Bielska –Białej z inicjatywy Janusza Szczygielskiego ustawiono tam i poświęcono krzyż, który stoi tam do dnia dzisiejszego.

Czas leczy rany, w większości zmienił się również aktyw kolarski, więc od jakiegoś czasu zloty przestały być organizowane. Niemniej jednak postaci zmarłych w naszym klubie nie zapomniano. Obecnie w 20. rocznicę śmierci ks. Tadeusza powstała inicjatywa organizacji kolejnego zlotu pamięci, z metą w Kończycach Małych .

Z Cieszyna grupa Ondraszków wyjechała już o 930, aby przez Hażlach i Rudnik dotrzeć na metę. Zgodnie ze scenariuszem zebrani kolarze wzięli udział w mszy św. w miejscowym Sanktuarium MB Kończyckiej w intencji obu zmarłych oraz zmarłych Ondraszków. W zlocie wzięło udział sporo kolarzy reprezentujących okoliczne kluby. Była liczna (23osoby!) drużyna z żorskiego „Wandrusa”, „Wiercipięty” z Jastrzębia-Zdroju, przedstawiciel „Sokoła” z Radlina, przyjaciele z Zaolzia, było też kilkunastu Ondraszków i kilku sympatyków klubu. Specjalnie przyjechali z Żywca Wanda i Jan Furtak, a z Bielska przybyła trójka dawnych działaczy kolarskich w tym Janusz Szczygielski. Była też reprezentowana rodzina zmarłego. Po uroczystej mszy św., na której celebrant kilkakrotnie podkreślił niecodzienną obecność dużej i barwnej grupy kolarzy, łącznie z kapłanem udaliśmy się na pobliski cmentarz. Tutaj na mogile ks. Tadeusza przypomnieliśmy sylwetki i dokonania obu zmarłych oraz zapaliliśmy znicze. Nie zabrakło również osobistych wspomnień przyjaciół zmarłych, w tym ks. proboszcza.

Następnie przemieściliśmy się do pobliskiego zamku, gdzie rodzina ks. Tadeusza oraz państwo Pawlikowie przygotowali coś słodkiego do kawy. Na bazie prezentowanych kronik klubowych Ondraszka, prywatnych przyniesionych zdjęć, nieco odświeżyliśmy pamięć tych dawno minionych chwil, kiedy wspólnie realizowaliśmy różnorodne rowerowe inicjatywy. Tylko twarze, sylwetki, fryzury i kolor włosów osób na zdjęciach nieco się zmienił, a niektórych też już niestety nie zobaczymy.

Tak nostalgicznie nastrojeni wróciliśmy do rzeczywistości i korzystając z ciepłej i słonecznej pogody wszyscy udali się w dalszą drogę. Serdecznie podziękowałem w imieniu obecnych panu Stanisławowi Kłosko - bratankowi ks. Tadeusza, który wziął na swoje barki część organizacyjnych przygotowań. Osobiście przejechałem 44 km, lecz wróciłem z ogromnym i odkurzonym bagażem wspomnień i z przeświadczeniem, że było warto.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XVI Rodzinny Rajd Rowerowy

16.06.2013

Dnia 16.06.2013r. od godz. 900 cieszyński rynek stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów, którzy korzystając z pięknej pogody zdecydowali się wyruszyć na trasę tegorocznej, już XVI edycji rajdu. Impreza była szeroko anonsowana w prasie lokalnej, portalu internetowym Ziemi Cieszyńskiej, plakatach informacyjnych w cieszyńskich placówkach oświatowych oraz słupach ogłoszeniowych. Celem imprezy nieodmiennie jest promocja czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, propagowanie oznakowanych tras rowerowych, poznanie uroków Ziemi Cieszyńskiej oraz na tym rajdzie realizacja hasła „Rowerzysto bądź widoczny na drodze”.

W skład Komitetu Honorowego weszli : pan Mieczysław Szczurek - Burmistrz Miasta Cieszyna, pan Andrzej Kondziołka - Wójt Gminy Zebrzydowice, na terenie której zorganizowano metę, pan Jacek Tyczkowski - Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie.

Cieszył udział w rajdzie licznych wielopokoleniowych rodzin z Cieszyna i okolic a zwłaszcza dzieci i młodzieży. Wśród rowerzystów wyróżniała się własnym strojem liczna reprezentacja Klubu Kolarskiego „Przerzutka” z Zebrzydowic. Uczestników imprezy zgodnie z promowanym hasłem wyposażyliśmy w doczepiane do ubioru czy roweru świecące elementy odblaskowe, które na pewno pomogą w identyfikacji obecności rowerzysty na drodze w warunkach złej widoczności i przyczynią się do podniesienia bezpieczeństwa.

Sekretariat złożony z członków Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek” sprawnie uporał się ze sprawami organizacyjnymi. Konferansjerkę prowadził prezes klubu –Zbyszek Pawlik. Miłe słowa do uczestników skierował pan Mieczysław Szczurek, a mając na uwadze promowanie widoczności rowerzystów na drodze przekazał dodatkowo odblaskowe kamizelki rowerowe, które zostały rozdysponowane między uczestnikami.

O godz. 1000, na hasło radnego miasta pana Czesława Banota wielobarwny peleton pilotowany przez straż miejską oraz policyjne radiowozy wyruszył na trasę. Trasa rajdu liczyła ok. 20 km i prowadziła przez Boguszowice, Marklowice, Brzezówkę do Kończyc Małych. Odpoczynek zaplanowano przy pałacu w Kończycach Wielkich, gdzie uczestnicy zregenerowali siły dzięki wafelkom ofiarowanym przez Oddział Olza firmy Mondelez Polska. Metę zorganizowano na zamkowym dziedzińcu w Kończycach Małych. Przybyłych przywitali gospodarz gminy pan Karol Sitek – zastępca wójta oraz pan Jacek Tyczkowski - szef cieszyńskiego PTTK. Po konsumpcji posiłku przygotowanego przez firmę Wena z Kończyc przystąpiliśmy do realizacji programu. Specjalnie dla uczestników udostępniono do zwiedzania Izbę Regionalną. Starszy aspirant sztabowy Grzegorz Hanzel z Policji omówił zmiany w przepisach ruchu drogowego dotyczące rowerzystów, a prowadzący konferansjerkę Zbyszek Pawlik opierając się na konkretnych przykładach przedstawił korzyści płynące z noszenia elementów odblaskowych, kasków rowerowych oraz korzystania z tras rowerowych. Rozegrano też przewidziane w programie konkursy rekreacyjne, w których zwycięzcami zostali:

  • Konkurs dla dzieci „bieg w workach” do lat 12:
    1. Gracjan Wania,
    2. Radek Gabzdyl,
    3. Sebastian Dudys
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” kat. juniorzy
    1. Jakub Kazanowski,
    2. Sebastian Dudys,
    3. Paweł Kuś
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” – kategoria dorośli open
    1. Adrian Kowal,
    2. Rafał Urbańczyk ,
    3. Adam Urbańczyk

Najbardziej widowiskową częścią imprezy było oczywiście wręczenie pucharów, a zdobyli je:

  • W kategorii „ Rodzina rajdowa”: 6-osobowa rodzina państwa Nowaków z Cieszyna. Puchar ufundował Burmistrz Miasta Cieszyna i został wręczony przez prezesa klubu Ondraszek.
  • W kategorii „rajdowych seniorów”: puchary ufundował wójt Gminy Zebrzydowice, a wręczył pani Helenie Cholewa i panu Adamowi Poloczkowi obecny na mecie zastępca wójta.
  • W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę. Puchar ufundowany przez sponsora oraz okolicznościową koszulkę wykonaną przez Studio „FotoBłękit” otrzymał 5-letni Maciek Nowak.
  • W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana”: Puchar ufundowany przez Oddział PTTK „Beskid Śląski” przekazał obecny na mecie prezes Oddziału. Bezapelacyjnie wyróżnienie to trafiło na ręce szefa klubu kolarskiego „Przerzutka”. W podziękowaniu laureaci żywiołowo zaśpiewali własny niedawno skomponowany dowcipny hymn.
  • W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu”. Słodką niespodziankę odebrała 3-letnia Marcelka Czyż, która podróżowała w foteliku na rowerze rodziców.

Ostatnim emocjonującym wydarzeniem rajdu było losowanie nagród loterii fantowej. Najcenniejszym nabytkiem był rodzinny zestaw kawowy, który niespodziewanie wylosowali… organizatorzy. W tegorocznej edycji rajdu wzięło udział ok. 140 rowerzystów od najmłodszych adeptów turystyki rowerowej po seniorów, czyli przedstawicieli aż czterech pokoleń.

Impreza została przygotowana i przeprowadzona przez Turystyczny Klub Kolarski PTTK „Ondraszek” z Cieszyna. W realizacji pomogły następujące instytucje oraz firmy:

  • Urząd Miejski Cieszyn Cieszyn
  • PTTK Oddział „Beskid Śląski” Cieszyn
  • Urząd Gminy Zebrzydowice
  • Euroregion Śląsk Cieszyński-Tesinske Slezsko
  • PSS „Społem” Cieszyn
  • Hurtownia „Beskid Plus” Cieszyn
  • Centrum Oświetleniowe „Styl” Cieszyn
  • Mondelez Polska S.A. Oddział „Olza” Cieszyn
  • Gabi-Pol sklep i serwis rowerowy W.Plisz Cieszyn
  • Pala&Pala sklep sportowy Cieszyn
  • Totem sklep i serwis rowerowy Cieszyn
  • Studio „FotoBłękit” T. Maciejiczek
  • BTK „Ondraszek” Cieszyn
  • TKK Ondraszek: Basia i Skryba
  • oraz innych
Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Wędrowniczka”

22.06.2013

Opis niebawem

Adam Kłodowski (Admin)
Galeria
XII Rajd do źródła Olzy

29.06.2013

Rajd tegoroczny był inny niż poprzednie, gdyż zgodnie z sugestią Prezesa PTTS pani Haliny Twardzik, była to impreza dwudyscyplinowa rowerowo-piesza. Oznacza to, że przy źródłach Olzy pod Gańczorką spotkali się rowerzyści, którzy tradycyjnie pokonali 20 km trasę z Jabłonkowa przez Bukowiec oraz piesi (grupa liczyła ok. 45 osób), którzy przeszli trasę od Koczego Zamku z Istebnej. Było to o tyle trudne, że nie istnieje żaden wyznaczony szlak i prowadząca grupę pani Halina musiała najpierw ją odkryć i oznakować. Grupa rowerowa zebrała się tradycyjnie w Lasku Miejskim w Jabłonkowie. Frekwencja nie była rzucająca na kolana (nieco ponad 30 osób) co miało ścisły związek z anomaliami pogodowymi, bo w poprzedzającym czasie albo lało albo padało. Mieliśmy też obawy, czy po drodze do źródła nie utoniemy w błocie. Sekretariat, który tradycyjnie obsługiwali Beskidziocy sprawnie uporał się z rejestracją i nasz peleton o godz.1000 wyruszył pilotowany przez miejscową Straż Miejską. Pogoda chyba sprzyja rowerzystom, bo na widok naszej grupy wyjrzało dawno nie widziane słońce! Obawy o błotną kąpiel też się nie potwierdziły, gdyż jedynie błotne kąpiele były w miejscach rozjeżdżonych przez zwózkę drewna. Na górze koło „ciurczka” byliśmy nieco po 1200 i ledwo co przećwiczyliśmy śpiewanie, pojawili się piechurzy.

Po serdecznych powitaniach przypomniałem historię tego miejsca eksponując rolę Władka Kristena w urządzaniu terenu, a także podałem co nieco wiadomości krajoznawczych o Olzie i regionie. Władek z kolei opowiedział o dotychczasowych spotkaniach i ciekawostkach związanych ze źródłem. Zaśpiewaliśmy oczywiście hymn Ziemi Cieszyńskiej korzystając z wydanych w tym celu jednorazowych śpiewników oraz „bryka” w postaci tablicy z pełnym tekstem pieśni, która stanowi element zagospodarowania tego miejsca. Obie grupy udały się następnie na metę rajdu do „Baru na Olzą”, oczywiście rowerzyści mieli bardzo ułatwione zadanie.

Tutaj uzupełniliśmy nadwątlone siły przygotowanym posiłkiem z herbatką, a „gwoździem programu” był żywiołowy występ młodzieżowej kapeli „Jetelinka” z Jaworzynki. W imieniu władz sekretarz gminy pani Teresa Łaszewska wręczyła ładny puchar najliczniejszej grupie zorganizowanej – bezapelacyjnie puchar trafił do PTTS-u, a to dzięki połączonym rowerowo-pieszym siłom. Kolejne puchary – tym razem dedykowane grupie rowerowej – trafiły do: seniora rajdu, a jednocześnie jego współorganizatora - Józefa Stirby (PTTS) oraz do rajdowego juniora Rafała Pawlika (Ondraszek). Nie zapomniano też o najmłodszych uczestnikach wyprawy pieszej - 5 i 6 latkach, którzy otrzymali pamiątki ufundowane przez gminę.

Pod koniec imprezy przeprowadziliśmy wymagający sporej wiedzy konkurs krajoznawczy pt. „ Co wiesz o Olzie i rzekach Ziemi Cieszyńskiej”. Była to forma testu, z którą najlepiej uporał się Czesław Byrtus (100% trafnych odpowiedzi - 32pkt na 32 możliwe), II miejsce – Władek Niedoba i Roman Cichy (po 25 pkt), III miejsce - Walek, Ivan Lettovsky, Lenka Velika (po 21 pkt.). Pewnym ułatwieniem było przekazanie niezbędnych wiadomości w kilku punktach na trasie. Wystarczyło tylko… słuchać.

Na zakończenie sekretarz Gminy Istebna podziękowała za udział i promowanie gminy i zaprosiła wszystkich na przyszły rok, z czego na pewno skorzystamy. Jako współorganizator oceniam rajd bardzo pozytywnie i sądzę, że nowa formuła się sprawdziła i jest warta kontynuacji. Przejechałem tylko 40 km za to przy pięknej, słonecznej pogodzie.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Na rowerze i pod żaglami – jezioro Goczałkowickie

06.07.2013 - 07.07.2013

Przygotowania do tej wyprawy zaczęły się już po zebraniu sprawozdawczym w styczniu, gdyż zarezerwowałem wtedy stanicę wodną PTTK Pszczyna w Wiśle Małej na potrzeby wyprawy, a w trakcie spotkania oddziałów PTTK w Wegierskiej Górce uzgodniłem możliwość pilotażu wycieczki przez miejscowy Turystyczny Klub Kolarski „Koło”. Lista uczestników, jak to zazwyczaj bywa, stale się zmieniała, lecz ostatecznie nad jeziorem pojawiło się 23 Ondraszków i Beskidzioków. Państwo Hanslowie w ramach rozgrzewki przyjechali tutaj już na rowerze. Zajęliśmy cały ośrodek, ale jako, że miejsc do spania było tylko 18, kilka osób musiało skorzystać z gościnnej podłogi w świetlicy, a dwójka zajęła też łóżka w sąsiedniej stanicy harcerskiej.

Ledwie zdążyliśmy przysposobić rowery do jazdy, kiedy pojawił się nasz przewodnik. Była to sympatyczna Regina Kania - prezes klubu. Po powitaniach i wymianie drobnych pamiątek, uzgodniliśmy zasady organizacji wycieczki i ruszyliśmy w drogę. Zgodnie z planem realizowaliśmy dwa warianty tras, dlatego też w miejscowości Suszec kilkuosobowa ekipa skręciła, aby zwiedzić miejscowy prywatny skansen i skrótem wróciła do bazy. Reszta ekipy pilotowana przez panią Reginę, podążając do Promnic, zagłębiła się w kobiórskie lasy. Należy dodać, że teren był równinny, a pogoda bardzo nam sprzyjała, było ciepło, choć nie upalnie. W poprzednich dniach lało tutaj niemiłosiernie. Ogromne kałuże zajmowały nieraz całą szerokość leśnej drogi a ich głębokość była wielką niewiadomą. Rowerowe brodzenie w mętnej wodzie najbardziej chwalili ci, którzy mieli sandały na nogach, a reszta w większości miała wodę w butach. Tak więc jadąc i płynąc na przemian dojechaliśmy do Kobióra. Tutaj zobaczyliśmy miejsce dawnego podobozu KL Auschwitz oznaczone pomnikiem. Rowerowy przejazd pod kolejowym wiaduktem, gdzie prowadziła nasza trasa był pełen wody i musieliśmy jechać objazdem. Z Kobióra do Promnic prowadzi wygodna asfaltowa leśna dróżka, więc niebawem, popijając kawę podziwialiśmy bardzo malowniczy XIX w. pałacyk myśliwski. Umiejscowiony pośrodku lasów niedaleko Tychów pełni obecnie funkcję luksusowego hotelu i restauracji, będąc jednocześnie atrakcją turystyczną. Dawni właściciele von Hochbergowie z księżną Daisy przypatrywali się nam z ram starych obrazów, a wypchane popiersia upolowanej niegdyś zwierzyny wybałuszały oczy ze ścian, podczas gdy my, zwiedzając wnętrza, podziwialiśmy kunszt dawnych budowniczych oraz bogate wyposażenie.

Poganiani przez komary, których w lesie była cała armia ruszyliśmy na powrót do Kobióra, gdzie w pizzerii zarządziliśmy przerwę obiadową. Następny przystanek na trasie nastąpił w Porębie na przedmieściu Pszczyny. Tutaj zwiedziliśmy z kolei piękny klasycystyczny pałacyk nazwany Bażantarnia. Stanowi on prywatną własność i pozostaje zazwyczaj niedostępny. Szczęśliwie jednak trafiliśmy na właściciela, który opowiedział nam pałacową historię. Obecnie, po kilkunastu latach remontu, pałac można wynająć na organizację przeróżnych uroczystości. Marzeniem właściciela jest jednak reaktywacja hodowli bażantów oraz otwarcie restauracji. Hodowane tutaj bażanty w dawnych czasach stanowiły podstawę żywienia na pańskich stołach jako składnik diety na podagrę, a restauracja czynna w latach międzywojennych była szeroko znana. Lubił tu bywać nawet sam prezydent Mościcki.

Podziwiając widoki na odległe beskidzkie grónie pomknęliśmy dalej. Z korony zapory na rzece Pszczynka podziwialiśmy spore jezioro Łąka. Niebawem dotarliśmy do miejsca startu, tym samym zamknęliśmy całą 65 km pętlę. Wycieczka była urocza, lecz nie był to jeszcze koniec rowerowych atrakcji na dziś. Postanowiliśmy bowiem skorzystać z oferty nocnego zwiedzania znanych ogrodów Kapiasa w Goczałkowicach. Prawie o zmroku grupa kilkunastu śmiałków, wyjechała, aby zobaczyć te dziwy. Ogrody podświetlone punktowo różnokolorowymi światłami były zjawiskowe. Równie ciekawy był widok naszej grupy, która wracając rozświetlała mrok lampkami niczym stado robaczków świętojańskich. Ten uroczy wieczór zakończyliśmy przy ognisku opiekając kiełbaski i mocno „szantując” przy akompaniamencie gitary. Muzyczną gwiazdą wieczoru był oczywiście nieoceniony w roli gitarzysty Genek Klapuch.

Po tej wyjątkowo krótkiej nocy obudziły nas promienie słońca. Słoneczny poranek nad jeziorem, z widokiem na góry i lekką bryzą – czego można chcieć więcej? Na dziś była przewidziana część „pod żaglami”. Kiedy jednak większość zapragnęła zobaczyć wczoraj zwiedzane ogrody za dnia, więc znów utworzyliśmy dwa zespoły. Jeden pod dowództwem uprawnionych żeglarzy „Unisono” oraz Genka udał się do mariny, aby uprowadzić jacht, a drugi uformował peletonik i ruszył w stronę Goczałkowic. Trzeba przyznać, że Kapiasowe ogrody naprawdę robią spore wrażenie, zwłaszcza, że zostały założone na ”surowym korzeniu” zaledwie 5 lat temu. Dobór roślin, mała architektura ogrodowa i tematyczne zakątki budzą prawdziwy podziw dla ich założycieli. „Stary” ogród założony przy domu właścicieli z kolei zachwyca przemyślaną kompozycją i jest przykładem jak można dobrze zagospodarować nawet niewielkie obszarowo miejsce.

Następnym punktem na trasie było zwiedzanie uzdrowiska Goczałkowice Zdrój. To założone w XIX w. uzdrowisko nadal funkcjonuje na bazie borowiny oraz wydobywanych z głębi ziemi leczniczych wód siarczkowych. Życie tu toczy się swoim niespiesznym rytmem więc i my trawiąc obfity obiad poddaliśmy się błogiemu lenistwu obserwując kuracjuszy z tarasu zdrojowej restauracji.

Dalsza trasa doprowadziła nas do znajdującej się opodal korony zapory. Niegdyś była pilnie strzeżona i niedostępna, dopiero od 2010r. zaprasza, zwłaszcza rowerzystów i wrotkarzy. Ponad 3 km szerokiej, równej i prostej jak strzała drogi robi wrażenie. A tuż za betonowym murkiem - majestatyczny olbrzymi zbiornik wodny, powstały w 1956r., w wyniku przegrodzenia rzeki Wisły. Mało kto teraz pamięta, że na dnie zapory nadal tkwią pozostałości dwóch zalanych wówczas miejscowości: Zarzecza i Zabrzegu. Obraz łaskami słynącej MB Śnieżnej z zatopionego zarzeckiego kościoła można obecnie podziwiać w głównym ołtarzu kościoła w pobliskim Gołyszu.

Po powrocie, w bazie, powitał nas niespodziewany gość. Był to „Gwarek”, który odwiedził nas w drodze powrotnej z tygodniowej rowerowej podróży szlakiem WTR. Jadąc z biegiem Wisły dotarł aż za Warszawę.

Później pozostało nam tylko się spakować i też ruszyć w drogę powrotną.

W ciągu tych dwóch, pełnych pozytywnych wrażeń dni, przejechałem 120km i wiem, że warto było, co potwierdziła większość uczestników. Przy podsumowaniu postanowiliśmy, że rowerowa przygoda na pszczyńskiej ziemi powinna mieć w przyszłości swój dalszy ciąg.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Paparazziego”

14.07.2013

W dniu 14.07.2013 o godz. 900 rozpoczęła się pierwszą wycieczka prowadzona przez „Paparazzi”. Na rynku Cieszyńskim pogoda nie wskazywała na dobre wiatry. Wyruszyliśmy na trasę przez Puńców, Dzięgielów Zamek, Cisownicę, Równię, Hermanice, Lipowiec, Górki Wielkie by dotrzeć do celu wycieczki, którym byłe Grodziec. Liczba uczestników zmieniała się w trakcie wycieczki, jedni się odłączali, a w ich miejsce dołączali inni. Na miejsce dotarło 13 osób o godz. 1240. Niestety zamek był zamknięty, a wycieczce musiała wystarczyć skromna opowieść prowadzącego o historii zamku.

Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w drogę powrotną. W Górkach Wielkich udaliśmy się do Muzeum Zofii Kossak Szatkowskiej, które także zwiedziliśmy. Następnym celem podróż miały być pozostałości po dawnej osadzie w Górnym Borze (dawny Skoczów), niestety ze względu na opady deszczu w ostatnich dniach zrezygnowaliśmy ze zwiedzania. W wyniku zmiany planów pozostał nam już tylko ostatni punkt wycieczki – zakończenie, które odbyło się w ciastkarni w Bładnicy Dolnej. Pogoda nam dopisała, a nawet wyszło słoneczko. Po nadrobieniu straconych kalorii i uzupełnieniu płynów rozjechaliśmy się do domów.


Trasa wycieczki. Pokaż na większej mapie

Piotr Hamera "Paparazzi"
Galeria
Śladami naszych kopalni znanych i zapomnianych

20.07.2013

Autorska wycieczka Leona Osuchowskiego z PTTS zapowiadała się bardzo ciekawie. Rzecz miała być o węglu, jego wydobyciu i zmianach dla środowiska z tego wynikających. A więc o czymś co jednocześnie jest bogactwem i przekleństwem tej ziemi.

W miejscu startu pojawiło się 24 uczestników, z czego 5 ondraszków. Rozpoczynaliśmy wyprawę w Kocobędzu. Miejsce nieprzypadkowe, gdyż to właśnie tutaj kilkaset metrów pod ziemią pokłady węgla się kończą i kończą się też problemy związane z jego wydobyciem. Tymczasem tam, gdzie eksploatowano „czarne złoto” krajobraz w większości zupełnie się zmienił: Łąki nad Olzą, Stonawa, Dąbrowa, Orłowa czy Karwina. Wszędzie tam rabunek węgla „na zawał” spowodował ruchy górotworu i zmiany na powierzchni ziemi. Jedyna pociecha w tym, że w miejscach już zrewitalizowanych, gdzie zakończono eksploatację i rekultywację przyroda znów objęła teren w posiadanie. Jednak tam, gdzie kopalnie są czynne dewastacja postępuje nadal choć w mniejszym stopniu, gdyż stosuje się już inne technologie wydobycia.

Niesamowite było jechać ulicami starej, już nieistniejącej Karwiny, która w całości zniknęła w związku z ruchami górotworu. I trzeba mieć sporą wyobraźnię, by w miejscu mijanych kęp krzaków czy nieużytków zobaczyć wspaniałe budowle, które stosunkowo niedawno bo jeszcze w latach 50 XXw. jeszcze tutaj były.

Z tego ponad dwudziestotysięcznego miasta pozostały właściwie dwie budowle: cmentarz i kościół powołania św. Piotra z Alkantary. Aż trudno uwierzyć, że ten XVIIIw. kościół niegdyś stał na górce i „zjechał” o prawie 30 m wraz z terenem w dół i do tego jeszcze się mocno przechylił (prawie o 7o). Takiego przechyłu nie ma nawet słynna wieża w Pizie. I byłby pewnie podzielił los pozostałej już nieistniejącej zabudowy, jednak cudem się nie zawalił i dotrwał do łaskawszych dla niego czasów. Obecnie po skróceniu wieży i kapitalnym remoncie pozostał jako ciekawostka i memento dawnej Karwiny. Krzywizny ścian są mocno widoczne i w zestawieniu z pionowością wiszących żyrandoli czy wypoziomowaną po remoncie posadzką wystawiają nasz błędnik na dużą próbę.

Pomniki na cmentarzu przypominają, że okoliczne kopalnie nie tylko dawały pracę, lecz również w licznych katastrofach pozbawiały życia górników. Mimo upływu lat pamięta się szczególnie o dwóch: z 1924r. oraz końca z XIX w. W eksplozji w 1924r. na pobliskiej „Gabrieli” życie straciło kilkudziesięciu ludzi. Siła wybuchu była tak duża, że ciśnienie gazów przewróciło całą wieżę wyciągową, a umocowanie na jej szczycie ważące kilkaset kilogramów wielkie koło windy znaleziono przeszło kilometr dalej.

Największa katastrofa w całym zagłębiu nastąpiła jednak w 1894r. w kiedy to w eksplozji metanu i pożarze podziemnych chodników w szybach „Franciszka”, „Jan” i „Karol” zginęło prawie 300 ludzi. Ci których wydobyto zostali tutaj pochowani, a reszta pozostała pod ziemią, tam gdzie zginęła. Na powierzchni, w tym miejscu właściciel kopalni hrabia Larisch kazał wybudować kapliczkę – obecnie stojącą samotnie wśród chaszczy, z dala od zabudowań. W tym posępnym krajobrazie ginęły nie tylko miasta, wsie i górnicy. Umierały również same kopalnie. Gdy złoża zostały wyeksploatowane kopalnie zostały również zlikwidowane, a szyby zasypane. W ich miejscu ustawiono przypominające nagrobki tablice opisujące podstawowe parametry i okresy użytkowania. Widzieliśmy też kilka kopalni widm z pustymi, zrujnowanymi i zamkniętymi na głucho budynkami (jak np. kopalnie Barbora czy Gabriela).

Nasza wyprawa zakończyła się w Darkowie, gdzie podsumowaliśmy bardzo pozytywnie dzisiejszą wycieczkę, jako interesującą podróż w przeszłość. Przy pięknej i słonecznej pogodzie pokonałem 85 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Mosty, Hrcava, Trójstyk

27.07.2013

Głównym tematem wycieczki zorganizowanej przez Monikę Machaczowa i Czesława Byrtusa z PTTS-u była wizyta w miejscu gdzie spotykają się granice Polski, Słowacji i Czech. Mimo, że prognozowano upały, rankiem pogoda była bardzo łaskawa i w sam raz na rowerową eskapadę, choć już w drodze powrotnej jechaliśmy jak we wnętrzu rozgrzanego piekarnika. Start wyznaczono na godz. 8.00 na dworcu kolejowym w Mostach koło Jabłonkowa. Większość uczestników przyjechała tutaj pociągiem (15, w tym 6 ondraszków). Następnych dwóch ondraszków (H.Nowak oraz Maratończyk) przybyło na własnych pojazdach hołdując zasadzie, że jak wycieczka rowerowa to w całości tylko na rowerze i jeszcze przed startem zdążyli zaliczyć ponad trzydzieści kilometrów.

Monika przedstawiła wszystkim zarys trasy oraz czekające atrakcje i ruszyliśmy w drogę. Pierwszy przystanek nastąpił po słowackiej stronie, w nieczynnym kamieniołomie Megonky, gdzie można zobaczyć niespotykaną ciekawostkę geologiczną. Są nią spore kamienie o kształcie prawie regularnej kuli, zalegające wśród skał. Podobno dawniej było ich tu o wiele więcej i miały różne średnice, od kilkudziesięciu centymetrów, po prawie dwa metry. Te mniejsze, od dawna zapewne, zdobią prywatne przydomowe ogródki, więc pozostały już tylko te największe, obecnie chronione poprzez ustanowiony tu rezerwat przyrody. Na świecie jest kilka takich miejsc (w Grenlandii, Rumunii, Nowej Zelandii i USA), gdzie również takie kamienne cuda występują. Co ciekawe, dotychczas nie odkryto jaka była geneza ich powstania, więc pozostają tylko hipotezy, z działaniem UFO włącznie.

W drodze gdzieś zgubił się nam „Przypon” i odnalazł się dopiero na Trójstyku. Okazało się, że nie skręcił do kamieniołomu i zajechał aż do Czadcy.

Następne godne uwagi miejsce, które zobaczyliśmy, jest za to dokładnie udokumentowane. Szańce w formie umocnień ziemnych rozlokowanych wzdłuż granicy ówczesnej monarchii Habsburgów, powstały już w XVII w., w wyniku zagrożenia najazdem tureckim. Szańce jabłonkowskie były stopniowo rozbudowywane, lecz na szczęście nigdy się nie przydały i ostatecznie przez 200 lat pozostawały w zapomnieniu. Do dziś są jednak wyraźnie widoczne ślady usypanych wałów, bastionów artyleryjskich, w formie rozległej gwiazdy. Z przekazów z epoki wiemy, że załogę stanowiło ok. 100 żołnierzy, których głównym zadaniem była ochrona pobliskiego traktu na Węgry. Potrzebowali do tego różnych materiałów szczegółowo wymienionych w sprawozdaniach, m.in. 15 wołów oraz 10 wiader octu. Woły rozumiem, ale do czego był im ten ocet? I znów następna zagadka.

Następnie zjechaliśmy do przełęczy, aby po drugiej stronie ponownie mozolnie wspinać się do Herczawy, czyli najdalej na wschód położonej miejscowości w Czechach. Tutaj po uzupełnieniu płynów w miejscowej gospodzie, ruszyliśmy najpierw sporym zjazdem, a później stromym podjazdem do pobliskiego Trójstyku. Miejsce styku granic leży dokładnie pośrodku małego potoku, oznaczone granitowym ostrosłupem i można je zlokalizować jako miejsce przecięcia linii łączących trzy granitowe obeliski, z których każdy ustawiono w innym państwie. Trzeba pamiętać, że państwowe granice spotkały się w tym miejscu w 1997r., kiedy w wyniku referendum Federacja Czech i Słowacji rozpadła się na dwa niezależne państwa.

Korzystając z wybudowanej i wyposażonej wiaty urządziliśmy tutaj graniczne pieczenie kiełbasek. Kontynuując wyprawę teraz wjechaliśmy do Polski, aby w Jaworzynce zwiedzić muzeum etnograficzne „Na Grapie”. Założył go miejscowy góral Jerzy Rudzki, którego to wojenne losy rzuciły aż do Szwajcarii. Zrobił tam wielką karierę, jednak zawsze pamiętał o swojej „małej ojczyźnie”. W muzeum można się wiele dowiedzieć „jako hańdowni bywało” w Jaworzynce zwłaszcza, że przewodnik też „ rzóndził jako gorol”. Wyjaśnił m.in. jak i z czego miejscowe ciotki i ujcowie „szili ździorby”. Kto nie wie o co chodzi, niech pyta uczestników wycieczki. Eksponaty pochodzą w większości od tutejszych mieszkańców, włącznie z oryginalną „kurlawom chałupom” z pełnym wyposażeniem.

W Jasnowicach znów wjechaliśmy do Czech i przez Bukowiec dojechaliśmy do Jabłonkowa. Tutaj nasz peletonik jakoś się nieopatrznie rozdzielił, a tych co pozostali, Czesiek poprowadził sobie tylko znanymi skrótami i bocznymi drogami aż do Trzyńca. Z Trzyńca do Cieszyna, to dosłownie było o „rzut beretem”, więc niebawem przy życiodajnych napojach w parku Sikory (Czeski Cieszyn), podsumowaliśmy wyprawę. Wycieczka była rewelacyjna, choć ze względu na przewyższenia na trasie, do łatwych nie należała. A kto nie był, niech żałuje. Przejechałem 71 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Z rowerową wizytą u sąsiadów - nad jeziorem Żywieckim

18.08.2013

Stare doświadczenie uczy, że pierwsze pomysły bywają najlepsze. Zasada ta tym razem się nie sprawdziła, gdyż pierwotnie wyznaczony termin tej wyprawy (10.08.2013) ze względu na deszcz został zmieniony. Przeniesienie go na następną niedzielę przyniosło wspaniałą pogodę, co odbiło się też korzystnie na frekwencji - było nas 19, z czego niektórzy przyjechali tutaj na bicyklach aż z Cieszyna i Hażlacha! A tymi ługodystansowcami byli: Paparazzi, H. Nowak oraz sympatycy klubu państwo Kusiowe. Przy dworcu PKP w Bielsku-Białej czekał już Krzysztof Sumera – prowadzący, oraz Włodek Nowak – pomysłodawca trasy.

Celem było zwiedzanie okolicy z pobytem nad zaporą żywiecką, więc po krótkiej odprawie ruszyliśmy w drogę. Od razu spostrzegliśmy, że to niegdyś wojewódzkie miasto jest przyjazne rowerzystom, gdyż poruszaliśmy się wyłącznie dedykowanymi ścieżkami bocznymi ulicami. Warunek był jeden, trzeba było na nie trafić, co bez miejscowego przewodnika pewnie nie byłoby takie proste.

Jechaliśmy cały czas wzdłuż rzeki Białej - dawnej granicy miedzy Galicją a Królestwem Polskim. Rzeka stopniowo się zwężała i zamieniała się w wąski strumyczek. W Mikuszowicach Krakowskich zwiedziliśmy ładny kościółek drewniany powołania. św. Barbary. Choć z zewnątrz niezbyt widoczny bo ukryty za drzewami, wewnątrz można było się zachwycić bogatym wyposażeniem - wspaniałymi polichromiami w całości pokrywającymi ściany oraz gotyckim tryptykiem ołtarzowym. Następną miejscowością na trasie były Wilkowice, gdzie zwiedziliśmy kościół powołania Michała Archanioła. Ten Boży przybytek był murowany i zastąpił w 1900r. istniejącą tutaj dawną drewnianą świątynię. W tym kościele zachwyciły nas z kolei witraże. Godne uwagi było też samo położenie z piękną panoramą na okoliczne beskidzkie „grónie”.

Od tego miejsca teren zaczął mocno się wznosić, więc jadąc przez wioskę mozolnie zdobyliśmy najwyższy punkt trasy, skąd wspaniałym długim zjazdem trafiliśmy prosto do Łodygowic. Teraz chcąc nie chcąc musieliśmy włączyć się w sznur pojazdów aby dojechać do Czernichowa. Wszyscy jechali w tym samym kierunku spragnieni wody i ochłody. Droga wąska i kręta powstała po utworzeniu jeziora Żywieckiego, a rekompensatą za te uciążliwości były towarzyszące nam widoki na jezioro i okoliczne góry. Trzeba uczciwie przyznać, że kierowcy nie udowadniali wyższości auta nad rowerem i sporymi odcinkami jechali cierpliwie w naszym tempie.

Kolejnym naszym celem była przystań stateczku „Piotruś Pan” w Małej Tresnej. Główną atrakcją był rejs dookoła jeziora , a po powrocie na przystani czekał na nas jeszcze dodatkowy bonus: wspaniała wędzona rybka (do tego gratis!). Dalszą część obżarstwa uskuteczniliśmy w nieodległym Międzybrodziu Bialskim, gdzie również nastąpił dłuższy popas. W dobrych nastrojach zmierzyliśmy się teraz z prawdziwym wyzwaniem, gdyż do Bielska zamierzaliśmy wrócić przez przełęcz Przegibek (683 mnpm) w samym centrum Parku Krajobrazowego Beskid Mały. Początkowo nieznacznie, następnie coraz bardziej konsekwentnie droga wznosiła się coraz wyżej i wyżej więc nic dziwnego, że nasz początkowo zwarty peletonik coraz bardziej się wydłużał. W końcowym odcinku serpentyny i patelnie zupełnie nas podzieliły, więc na przełęcz dojeżdżaliśmy bądź dochodziliśmy już pojedynczo.

Trzeba zaznaczyć, że na przełęcz pierwszy wyjechał Henryk Nowak, następnie Rysiek i Krysia (!) Pawliczkowie, potem „Gwarek”, a po dłuuuugiej chwili zmachany Rechtór oraz dalsi uczestnicy. Na tej wysokości lody które zafundował prowadzący oraz inne napoje smakowały naprawdę wyjątkowo. Nagrodą za włożony wysiłek był rewelacyjny zjazd, który oczywiście wydawał się jak zwykle za krótki. W Bielsku korzystając znów ze ścieżek rowerowych sprawnie dojechaliśmy do punku startu zamykając 53 km pętlę. Na zakończenie W. Nowak zebrał gromkie brawa za zorganizowanie tej wyprawy.

Dla części uczestników było to już koniec wycieczki, jednak dla wspomnianych długodystansowców jedynie zakończenie etapu, bo docelowo musieli jeszcze wrócić do Cieszyna. Myślę, że formuła tej wycieczki jako „rowerowej wizyty u sąsiada” potwierdziła, że tereny które są większości z nas bardziej lub mniej znane również warto odwiedzić na rowerze, gdyż można je poznać z zupełnie innej perspektywy.

Rechtór
Galeria
II Otwarty Zlot Turystów Kolarzy Ukrainy - Krym

03.09.2013 - 11.09.2013

Ałuszta

Stoję pod palmą, patrzę na Morze Czarne i przeżywam swoiste deja vu. Minęły dokładnie 23 lata od czasu, kiedy na objuczonych bagażem rowerach, po prawie tygodniowej podróży autobusem marki Rober i rozlicznych przygodach, też byliśmy w tym miejscu i czasie. Tym razem podróż naszej 18 osobowej drużyny trwała 36 godzin. Dla tak licznej grupy, wraz z rowerami i bagażem, było to oczywiście dość skomplikowane przedsięwzięcie. Po przeróżnych przymiarkach ostatecznie z Cieszyna do granicy dowiózł nas polski przewoźnik. Przez przejście graniczne Medyka–Schegini przejechaliśmy na rowerach, a za granicą czekał już ukraiński autobus ze Stryja. Część siedzeń w obu autobusach była zdemontowana, aby można było wpakować rowery. Na Krym celowo przyjechaliśmy na dwa dni przed zlotem. Stanęliśmy tymczasowym obozem w kompleksie wczasowo-wypoczynkowym „Sewiernaja Dwina” w Ałuszcie i mieliśmy możliwość realizacji własnych pomysłów. Najpierw zjeździliśmy miasto, a część drużyny od razu zaległa na kamienistej plaży. Rowerowy rekonesans wykazał, że będzie tutaj trudno o kawałek poziomej drogi. W następnym dniu jedną z propozycji było zwiedzanie Jaskini Marmurowej oraz Krasnej znajdujących się po drugiej stronie łańcucha górskiego Czatyr-Dag (1441 mnpm). Krymskie góry nie są szczególnie wysokie (najwyższa to Roman Kosz 1550 mnpm), jednak oglądane z poziomu morza robią naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza, że do morza opadają stromymi urwiskami. Na przełęcz Angarską ( 752 mnpm) wyjechaliśmy trojlebusem. Linia Jałta–Symferopol, to najdłuższa i najwyżej położona linia trojlebusowa na świecie, a do tego jeszcze niezwykle tania (bilet kosztował 8 hrywien, czyli niecałe 4 złote). Próba dotarcia piechotą do jaskiń, wobec braku jakichkolwiek oznaczonych tras dojściowych, niestety się nie udała. Za radą miejscowych skorzystaliśmy z usługi prywatnych przewoźników. Po utargowaniu ceny, oryginalny Tatar o fizjonomii Bin-Ladena, w oryginalnym rozklekotanym aucie marki Ziguli, dowiózł nas po wyboistej, krętej i wąskiej górskiej drodze pod jaskinię. Po drodze dowiedziałem się, że nasz kierowca urodził się w Uzbekistanie, gdzie po wojnie jego rodziców, jak i wszystkich krymskich Tatarów, wywieziono za rzekomą i prawdziwą kolaborację z Niemcami. Jako, że kurs był umówiony w obie strony, w trakcie naszej penetracji podziemnych cudów przewoźnik cierpliwie czekał. Przejazd 15 km odcinka górskiej drogi był równie emocjonujący jak samo zwiedzanie jaskini, o której istnieniu w czasie naszego pobytu przed laty nawet nie wiedziano. Po powrocie na asfalt nabrałem respektu do tych, bądź co bądź, już nieco zabytkowych pojazdów.

Zwiedzenie drugiej jaskini wymagało dojścia pieszo do pasma gór Kiził–Koba widocznych na horyzoncie. W tym miejscu pewnie nasz Marek Koba czuł się tu jak u siebie. Jaskinia Krasna jest skomplikowaną plątaniną wielopoziomowych podziemnych korytarzy o długości ponad 25 km, przy czym nie wszystkie partie jaskini do dziś są zbadane. Do zwiedzania udostępniono tylko ok.1 km trasy, a największą atrakcją była podziemna rzeka, która nadal rzeźbi jaskiniowe komory.

Następnego dnia, już na rowerach, pojechaliśmy do bazy zlotu w miejscowości Małyj Majak, przy czym nasz bagaż pojechał w autokarze. Przebycie tej 16 km trasy wymagało pokonania niezliczonych zakrętów i mozolnego wspinania się na zbocze góry Kastieł , aby po chwili znów zjeżdżać karkołomną 4 km drogą w dół, przy przewyższeniu ok. 300 m. Do tego byliśmy już z powrotem objuczeni sakwami, gdyż kierowca widząc co się święci, odmówił przewiezienia ich w autobusie. Po drodze podziwialiśmy wspaniałe widoki oraz trafiliśmy na przemysłowy zbiór winogron (tandem: traktor+Ził), i obdarowani delektowaliśmy się niesamowicie soczystymi gronami.

Baza zlotu była ulokowana nad morzem w kilkupiętrowym ośrodku wypoczynkowym charkowskiej politechniki. Przydział kwater jako żywo przypominał stworzenie świata: „Na początku był chaos…”. Ostatecznie jednak do zmroku udało się załatwić formalności i w końcu trafiliśmy swoich „komnat”. Zapewniliśmy sobie również wyżywienie na stołówce. Było dobre i obfite, a z tego co wieczorem zostało można było spokojnie zrobić śniadanie. Jedyny problem stanowiło przybycie na obiadokolację na czas, co raczej się nam nie udawało.

Na zlot przyjechało ok. 120 gości z Polski, pociągiem oraz dwoma autokarami (plus nasz –ukraiński). Byłem nieco zdziwiony tym, że większość z nich przybyła tutaj bez rowerów, traktując je jako zbędny balast. Ogółem w zlocie uczestniczyło ok. 200 osób z Polski, Rosji i Ukrainy oraz z Czech (nasza Alena).

Następnego dnia wypchaliśmy rowery z powrotem pod znaną nam już górę, aby w ochronie policji i przy asyście karetki pogotowia zajechać barwną kawalkadą z powrotem do Ałuszty na oficjalne otwarcie imprezy. Trzeba przyznać, że organizatorzy zadbali o odpowiednią oprawę i medialny rozgłos. Uroczystość ta odbyła się na nadmorskim bulwarze i obserwowały go tłumy ludzi. Obecna była nawet TV, której okazjonalnie udzieliłem wywiadu. Po oficjalnych przemówieniach i powitaniach odbyły się interesujące występy śpiewaczo-taneczne oraz poczęstunek. Potem nasza ekipa wymknęła się na rowerach z zamiarem zobaczenia Skały Niedźwiedziej-Ajudahu, którą wieszcz Adam opiewał w swoich wierszach. Jedyny dojazd był możliwy główną arterią trawersującą górskie zbocza oddzielające wybrzeże od wnętrza półwyspu. Droga ta łączy wszystkie nadbrzeżne miejscowości i jak przystało na główną oś komunikacyjną, była też niesamowicie ruchliwa.

Korzystając z wąskiego pobocza w niemiłosiernym hałasie, inhalując się spalinami walczyliśmy z kolejnymi wzniesieniami. Pogoda była również zmienna, więc uciekając przed kolejnymi falami deszczu po ponad 20 km z ulgą skręciliśmy w stronę słynnej skały. I tutaj okazało się, że nasz pierwotny zamiar dojazdu do bazy wzdłuż wybrzeża nie jest do zrealizowania, bo droga kończy się przy bramie rządowego ośrodka wypoczynkowego. Tak więc po sesji fotograficznej z Ajudahem w tle pozostało nam jechać tą samą trasą, tylko w odwrotną stronę.

W dniu następnym wzięliśmy udział w programowej wyprawie wzdłuż łańcucha górskiego Dżemerdżi Jajła (1359 mnpm). Wczesnym rankiem podstawiono samochód do którego wpakowaliśmy nasze pojazdy (część uczestników w tym Paparazzi i D. Grzesista pojechali od razu na rowerach) i spotkaliśmy się z nimi dopiero na przełęczy Angarskiej, gdzie dojechaliśmy trojlebusem. Teraz poskładaliśmy do kupy częściowo zdemontowane rowery i w sporej grupie prowadzeni przez przewodnika pomknęliśmy asfaltem w dół. Po szalonym, chyba siedmiokilometrowym zjeździe, skręciliśmy w boczną drogę. Teraz zaczęło się prawdziwe rowerowe safari. Kamienista polna droga pełna dziur, kałuż i wybojów wiła się w malowniczy sposób w poziomie i w pionie, a panoramy na okoliczne szczyty i morze w oddali zapierały dech w piersiach. Bezbłędnie prowadzeni przez naszych przewodników dotarliśmy do malowniczych pozostałości średniowiecznej twierdzy Funa. Tutaj nastąpił dłuższy postój na zwiedzanie, a nieco dalej, następny tuż przy wejściu na „Polanę Przewidzeń”. Wg przewodnika przy odpowiednich warunkach pogodowych okolica ta gwarantuje zobaczenie zjawiska fatamorgany. My jednak pojechaliśmy dalej w kierunku majaczącej w oddali Ałuszty. Trasę tę można również przebyć konno, bądź w terenowych łazikach, nawet kilka razy mijaliśmy takie wycieczki. Szaleńczym i bardzo widokowym zjazdem dojechaliśmy w końcu aż nad morski brzeg w Ałuszcie. Teraz, po przerwie na małe jedzonko, ruszyliśmy wzdłuż brzegu w stronę bazy. Tę trasę przejechaliśmy już poprzednio, jednakże korzystając ze ścieżek znanych tylko prowadzącym, dotarliśmy do bazy, jadąc wzdłuż wybrzeża. Tym razem ominął nas stromy podjazd pod górę Kostieł. W zamian, jako dodatkową atrakcję, po drodze zaliczyliśmy przenoszenie rowerów przez terenowe przeszkody oraz przepychanie ich po kamienistej plaży dla nudystów. Choć wycieczka ta liczyła tylko nieco ponad 40km, była wg mnie jedną z piękniejszych tras na zlocie, za co zresztą na wieczornej odprawie prowadząca ekipa zebrała gromkie brawa.

Następne kilka dni poświęciliśmy na spotkanie z najciekawszymi miejscowościami Krymu. Sudak, Teodozja, Stary Krym, Bakczysaraj, Sewastopol, Ałupka, Liwadia, Jałta - wszystkie te piękne miejsca, wspaniałe pałace i twierdze, miejsca gdzie tworzyła się historia było nam dane zwiedzić, choć ze względu na odległości - autobusem. Trzeba dodać, że w Bakczysaraju, w oryginalnej tatarskiej restauracji, próbowaliśmy też miejscowych specjałów: danie o nazwie łachman oraz placki czeburek.

Po drodze miałem nieodparte wrażenie, że część z tych miejsc już wcześniej widziałem, bowiem trasa częściowo pokrywała się z naszymi rajdowymi drogami sprzed kilkudziesięciu laty. Największe wrażenie zrobiła na mnie niesamowicie górzysta droga Rybaczoje–Sudak. Autobus nie bez problemu pokonywał kolejne zakręty drapiąc się w górę czy jadąc w dół, a ja nie mogłem uwierzyć, że tę trasę przejechałem wówczas rowerem!.

Ostatni dzień pobytu poświęciliśmy na rowerową wycieczkę po morskim wybrzeżu na wschód od Niedźwiedziej Skały. W składzie Gwarek, Afi, Rechtór, Ala-pala i Justyna Pawlik wypchaliśmy rowery na znaną już drogę główną i m.in. przez Puszkino, Gurzuf dotarliśmy do miejscowości Nikita. Tutaj po długim i krętym zjeździe stanęliśmy przed wejściem do wspaniałego ogrodu botanicznego „Nikitski Botaniczeski Sad”. Arboretum to założono prawie 200 lat temu, więc niektóre okazy też były naprawdę wiekowe. Różnorodność kształtów, barw oraz gatunków roślin właściwym tropikom (w tym najprawdziwszy lasek bambusowy, z którego wystawało popiersie Lenina) przyprawiała o zawrót głowy. I to wszystko rosło nie w szklarni, lecz pod gołym niebem! Następnie korzystając z malowniczej nadmorskiej drogi dojechaliśmy do Jałty „kuchennymi drzwiami”. Po drodze zaliczyliśmy dodatkowe posiedzenie w wykwintnej restauracji położonej nad samym morzem z rewelacyjnym widokiem na miasto. Gwarek czekając na danie nawet kąpał się w morzu.

W Jałcie najbardziej znany jest długi i szeroki nadmorski bulwar, jednak przyjemność spaceru trochę psuły przewalające się tłumy wczasowiczów. Tutaj sezon jak widać trwa w najlepsze.

Zobaczyliśmy jeszcze słynny nadmorski hotel „Oreanda” oraz piękną cerkiew. Na dokładniejsze poznanie miasta nie starczyło jednak czasu, bo czekało nas jeszcze ponad dwadzieścia kilometrów górzystej trasy do bazy. Pomysł wykorzystania komunikacji miejskiej upadł już na początku, gdyż kierowca od razu zapowiedział, że nie ma miejsca na rowery. Nie zwlekając rozpoczęliśmy wspinaczkę pod pierwsze serpentyny wyjazdowe z miasta, aż tu nagle zatrzymuje się przy nas inny pusty trojlebus i pani kierowca uprzejmie zapytała się czy chcemy się wybrać do Massandry? Oczywiście, że tak! I w ten sposób dojechaliśmy „za friko” na przedmieścia Jałty, mając już pierwszą górę za sobą. Dalej już nie było tak łatwo, więc pokonując kolejne góry i zjazdy prawie po ciemku dotarliśmy w końcu do bazy. W tym dniu przejechaliśmy 57 km, co było naszym rekordem długości trasy na zlocie.

W ostatni wieczór, przy miejscowych specjałach, zrobiliśmy podsumowanie wyprawy, na którym uczestnicy dzielili się swoimi wrażeniami z tego prawie dwutygodniowego pobytu. Były uwagi co do organizacji zlotu, czy innych zaniedbań, lecz po drugiej stronie równoważyły je wspaniałe krajobrazy, piękne zabytki, sporo pozytywnych przeżyć i przygód. Sumarycznie więc wyjeżdżaliśmy zadowoleni, a niektórzy z mocnym postanowieniem, że jeszcze tutaj powrócą.

Nazajutrz ok. 10.00 wyruszyliśmy w drogę powrotną osiągając graniczne Schegini, po pełnej dobie spędzonej w autobusie, odwiedzając spotykane po drodze przydrożne stragany oraz poszukując toalet na stacjach benzynowych. Przejście granicy przeszło gładko, nie licząc stresu wywołanego widokiem tłumu szturmującego placówkę odpraw Straży Granicznej. Jednak dla nas uczyniono wyjątek blokując cały ten ruch, abyśmy mogli się przecisnąć z rowerami na drugą stronę. A tutaj pozostało nam tylko wsiąść do następnego autobusu. I tak bez przeszkód dotarliśmy ok. 23.00 do Cieszyna, kończąc tym samym rajdową przygodę.
W wyprawie udział wzięli Ondraszki:

  • Zbyszek Pawlik „Rechtór” szef grupy
  • Janina Pawlik „Afi”
  • Alicja Pawlik „Alapala”
  • Justyna Pawlik
  • Jadwiga Rezmer „Ośka”
  • Jarek Rezmer „Bystry”
  • Maryla Biłko –Holisz „Rozstrzapek”
  • Jan Turoń „Chart”
  • Kazik Szewczyk „Gwarek”
  • Piotr Hamera „Paparazzi”
  • Andrzej Nowak „Skryba”
  • Leszek Nowak”Przypon”
  • Krystyna Pawliczek
  • Ryszard Pawliczek
  • Darek Grzesista
oraz gościnnie:
  • Marian Stokowiec „Lustereczko” TKK „Wandrus” Żory
  • Marek Koba PTTK Jaworzno
  • Alena Faberova –PTTS w RCz
Wspominaną w tekście poprzednią wyprawę na Krym pamiętają: Rozstrzapek, Afi i Rechtór
Rechtór-Zbyś
Galeria
VII rajd do ujścia Olzy im. W. Janika

21.09.2013

21 września koło dworca w Czeskim Cieszynie spotkała się grupka "Ondraszków" udających się do Bogumina na start "VII Rajdu do ujścia Olzy". W pociągu byli już nasi przyjaciele z Trzyńca - Monika i Czesiek. Na miejscu zebrała się już spora gromadka spragnionych rowerowych wojaży. Dojechali także nasi koledzy z Cieszyna, którzy przedkładają jazdę na "na kole" od tej koleją. Zebrała się nas niezła ekipa - 26 turystycznych duszyczek.

Prowadzący trasę Bolek Fukała i Marcel Balcarek powiedli nas do Starego Bogumina, gdzie znajduje się zachowany w stanie nienaruszonym bunkier czechosłowacki z okresu międzywojennego. Zaimponowała jego wielkość: składa się z dwóch dwukondygnacyjnych samodzielnych i samowystarczalnych części połączonych podziemnym 25 metrowym korytarzem. Całkowita długość bunkra wynosi 60 metrów, a środkiem, nad gankiem łączącym obie części biegnie dwupasmowa droga. Wcześniej była tam linia kolejowa, którą w czasie budowy drogi przesunięto. O wielkości tego obiektu może również świadczyć ilość użytego materiału budowlanego. Powstał on z ponad 40.000 metrów sześciennych betonu i stali.

Po zwiedzeniu bunkra wyruszyliśmy do Kopytowa poprzez Chałupki i Zabołków. I tutaj niespodzianka, w miejscu gdzie zwykle zostawialiśmy rowery żeby dalej przebijać się przez chaszcze i inne zarośla, skręciliśmy w kierunku Olzy i samym jej brzegiem, po budowanej ścieżce rowerowej, dotarliśmy prawie na sam cypel w miejscu połączenia Olzy i Odry. Tradycyjnie zaśpiewaliśmy "Płyniesz Olzo" i zrobiliśmy pamiątkowe fotki. Następnie tą samą ścieżką rowerową ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, już do samych Wierzniowic. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że jeden z naszych przewodników - Marcel Balcarek - został nowym gospodarzem Domu PZKO w Wierzniowicach. Po posiłku, którym nas podjęto, większe i mniejsze grupki zaczęły wracać do domów własnymi trasami.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Z serii korzystamy ze zniżek PTTK - Góry Świętokrzyskie

27.09.2013 - 29.09.2013

Tym razem "Ondraszki" wraz z sympatykami udały się na wycieczkę w Góry Świętokrzyskie. Chociaż słowo "góry" w przypadku Gór Świętokrzyskich jest mocno przesadzone, gdyż Beskidy są dwa razy wyższe, a nikt ich nie nazywa górami. Ale pozostańmy przy oficjalnej nazwie. Tak więc, w piątek, 27.09.2013, grupa spragnionych wrażeń turystów zebrała się na ul. Garncarskiej, skąd nastąpił wyjazd w trasę. Pierwszym punktem naszej wycieczki były Nagłowice - muzeum Mikołaja Reja. Mogliśmy się tam zapoznać z twórczością, życiem oraz epoką, w której żył M. Rej. Szczególnie twórczość, a raczej oryginalna pisownia, mogły niektórych zaszokować. Ówczesny język polski miał niewiele wspólnego z dzisiejszą polszczyzną.

Następnym etapem była Tokarnia - Muzeum Wsi Kieleckiej. Oglądaliśmy zabudowania, stroje, scenki z życia codziennego oraz niektóre obyczaje z różnych stron Kielecczyzny. Niestety, pogoda nie była dla nas łaskawa, i co chwilę mieliśmy mokry przerywnik. Z Tokarni pojechaliśmy do Kielc - stolicy woj. świętokrzyskiego. Na parkingu, koło rezerwatu Kadzielnia, czekał już na nas nasz przewodnik - p. Wojtek. Oprowadził nas po centrum Kielc, zaprowadził na obiad, a następnie podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna zwiedzała Pałac Biskupów Krakowskich - oddział Muzeum Narodowego, a druga kontynuowała zwiedzanie miasta.

W drodze powrotnej do autokaru obejrzeliśmy rezerwat Kadzielnia, utworzony na terenie dawnego kamieniołomu. Na nocleg udaliśmy się do schroniska PTSM w Chęcinach. Trochę było to sprzeczne z założeniem tej serii wycieczek pod nazwą "Korzystamy ze zniżek PTTK", ale niestety przeważyły względy finansowe. Basia i ja jechaliśmy tam z pewnymi obawami. Ja dlatego, że namówiłem Basię na rezerwację noclegów właśnie tam, a Basia - ponieważ słyszała różne, nie zawsze pochlebne, opinie o tym miejscu. Jednakże nasze obawy okazały się nieuzasadnione. Warunki w schronisku były na przyzwoitym turystycznym poziomie, i myślę, że wszyscy byli zadowoleni z zakwaterowania i wyżywienia.

Drugi dzień, tzn.sobotę, rozpoczęliśmy w Świętej Katarzynie, w pracowni i szlifierni krzemienia pasiastego, który jest unikatowym minerałem na skalę europejską. Oprócz różnych okazów krzemienia mogliśmy obejrzeć również inne minerały występujące w Górach Świętokrzyskich, a także kamienie i skamieniałości z różnych stron świata. Był także pokaz szlifowania kamieni. Z pracowni udaliśmy się do Parku Narodowego Gór Świętokrzyskich, aby tam rozpocząć naszą wycieczkę górską. Po przejściu ok. 17 km dotarliśmy na Święty Krzyż. Po drodze mieliśmy możliwość obejrzeć jedno z większych gołoborzy. W świątyni, a właściwie przed nią, odbywał się w tym dniu rajd pielgrzymkowy PTTK, w którym uczestniczyło ok.5.000 turystów. Po zwiedzeniu obiektów sanktuarium zaczęliśmy schodzić do Nowej Słupi. Powrót na nocleg do Chęcin był ukoronowaniem tak intensywnie spędzonego dnia.

Niedzielny poranek, po śniadaniu i zdaniu pokoi, upłynął na podróży do Sandomierza. Mogliśmy poznać w nim najważniejsze zabytki, popodziwiać panoramę miasta i doliny Wisły ze szczytu Wieży Opawskiej oraz pooglądać miejsca, w których dzieje się akcja serialu "Ojciec Mateusz". Późnym popołudniem udaliśmy się w drogę powrotną do Cieszyna. Jednakże nie bylibyśmy dużymi dziećmi, gdybyśmy mieli nie zawitać do Pacanowa, dokąd koziołek Matołek właśnie wyruszył w swoją kolejną podróż. Wycieczka była na pewno udana, również dzięki dużemu wkładowi Basi i Andrzeja, którzy ją perfekcyjnie przygotowali i poprowadzili.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Zakończenie sezonu „Niewiadomogdzie”

13.10.2013

Można by zanucić: „wszystko już było i to już koniec”. W ten przepiękny jesienny dzień zebraliśmy się w sporej, ponad 30-osobowej grupie, na wyprawie kończącej tegoroczny bogaty sezon rowerowy. Znaczną większość stanowiły Ondraszki, było też kilku przyjaciół z zebrzydowickiej „Przerzutki”, goście zza Olzy, sympatycy klubu, a jeden z uczestników, p. Janek, przybył aż w Milanówka. Przebywa aktualnie na leczeniu sanatoryjnym w Ustroniu i jako zapalony kolarz zabrał ze sobą również rower, a o tej wycieczce dowiedział się z internetowych zapowiedzi.

Prowadzący „Ośka” i „Bystry”, czyli p. Rezmerowie, do samego końca trzymali w tajemnicy miejsce zakończenia i dopiero na rynku dowiedzieliśmy się, że jedziemy do zamku. I to do bardzo tajemniczego zamku, bo nikt z nas nie był w nim zapewne całe lata. Ale zacznijmy od początku…

Z rynku wyruszyliśmy w dwóch grupach, od razu pod największą górę jaka jest w mieście, czyli na Mały Jaworowy. Opłotkami dojechaliśmy do Puńcowa i stąd wprost na dawne przejście graniczne w Kojkowicach. Po drodze grupy już zdążyły się połączyć, więc tworzyliśmy razem spory różnokolorowy wąż, który wił się malowniczo wśród pól. Dalsza droga wzdłuż granicy doprowadziła nas do miejsca, w którym w 1906r. stał Najjaśniejszy Cesarz FRI, skąd raczył oglądać odbywające się na okolicznych polach wojskowe manewry. Niedługo potem na wieczną rzeczy pamiątkę postawiono tutaj obelisk z pamiątkową tablicą. Miejsce było nam znane, lecz zaskoczeniem była całkiem nowa tablica z pierwotną treścią w jęz. polskim. Została zainstalowana na dawnym oryginalnym cokole. Tablica ta zastąpiła wcześniejszą, o wątpliwej urodzie, która przez długie powojenne lata czciła bojowników o wolność i demokrację. Podobno w rewitalizację pomnika zaangażowało się miejscowe koło PZKO. Podziwiając malownicze jesienne widoki, jadąc po Kojkowickich kopcach, dotarliśmy do przejścia granicznego w Lesznej Górnej. Stąd już było tylko z górki i rewelacyjnym zjazdem wjechaliśmy wprost na dziedziniec zamkowy w Dzięgielowie. Zamczysko to ma rodowód średniowieczny, a po różnych kolejach losu stał się prywatną własnością. O tym wszystkim, a także swojej pasji odbudowy zamku z ruin, opowiedział nam osobiście jego właściciel. Jako, że jest znawcą tematu i architektem, opowieść była wyjątkowo interesująca. Obecna hotelowo–biesiadna funkcja obiektu, jak najbardziej komponowała się z celem naszej wyprawy. Rozpaliliśmy zatem przygotowane ognisko i niedługo potem zapach pieczonych kiełbasek rozniósł się po okolicy. Jak skończyliśmy jeść, rozpoczęły się wspominki małych i dużych wypraw, kończącego się właśnie sezonu. Odbywało się to w porządku chronologicznym, więc każdy z uczestników mógł dorzucić coś od siebie. Oprócz wspomnień z imprez, które odbyły się zgodnie z kalendarzem, m.in. „Wędrowniczek” opowiedział o swoich przygodach z jednoosobowej wyprawy wzdłuż północno-zachodniej Polski, podczas której przejechał ponad 3000km. „Gwarek” dorzucił też trochę wspomnień z własnej rowerowej wędrówki Wiślaną Trasą Rowerową. „Ziołowy”, „Paparazzi”, „Proszęjaciebie” i H.Nowak wspominali z kolei zmagania na 150 km trasie rowerowego maratonu radlińskiego Sokoła.

Te niezwykłe opowieści przeplatane były skocznymi melodyjkami , które na harmonii wygrywał „Maniuś”. Przydały się też i nasze śpiewniki, a biesiadę zakończyły indiańskie tańce dookoła wygasłego ogniska.

Czas niestety płynął szybko i trzeba było wracać. Jako, że powroty były już indywidualne, Pawlikowa grupka (Rechtór, Afi i Alapala) pojechała do domu przez Goleszów, Bażanowice, Ogrodzoną oraz Zamarski. Razem pokonaliśmy 37 km.

Tym sposobem zakończyliśmy sezon i już tęsknimy do następnego.

Rechtór-Zbyś
Galeria
VI Barbórkowy Rajd szlakiem Kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej

07.12.2013

Mając na uwadze dawno już zakończony nasz kolarski sezon chyba nie powinniśmy budzić dwukołowych wierzchowców z zimowego snu, lecz jak jastrzębskie Wiercipięty wysłały do nas zaproszenie do udziału w rajdzie, długo się nie zastanawiałem. Fakt, że to już późna jesień i krótki dzień, ale trochę ruchu na powietrzu pewno nie zaszkodzi. Prognozy pogodowe nie były co prawda mocno zachęcające, więc sam byłem ciekawy ileż to uczestników zdecyduje się zrezygnować z domowego ciepełka, żeby marznąć na rowerze. Z zapowiedzianych 7 ondraszków pojawiło się aż trzech: Gwarek, Skryba i Rechtór. Na starcie zebrał się jednak całkiem spory tłumek kolarzy z różnych stron województwa – łącznie 28, lecz nie wiedzieć czemu wyłącznie rodzaju męskiego. Na szczęście nie padało, choć wisiały nad nami ołowiane chmury i był też obecny sławny od paru dni (huragan) Ksawery.

Organizatorzy, Staszek i Andrzej z Wiercipięty, powitali wszystkich i po przekazaniu informacji o czekających atrakcjach ruszyliśmy w drogę. Najpierw zobaczyliśmy różne ciekawe miejsca w mieście w tym pozostałości nieistniejącej już kopalni oraz dawnego uzdrowiska, a następnie udaliśmy się w kierunku leżącej opodal KWK „Zofiówka”. Po wyjeździe na niezabudowaną przestrzeń od razu przypomniał o sobie Ksawery. Siłował się z nami, próbował przewrócić i co rusz uderzał przenikliwym zimnem. Jego towarzystwo niewiele jednak nam przeszkadzało, a czasem wręcz pomagało. Gdy jechaliśmy w tą samą stronę co on – prawie nie było trzeba kręcić! A na zimno byliśmy przygotowani. Niektórzy z uczestników okutani w wielowarstwowe ubiory z maskami-kominiarkami na twarzy wyglądali wręcz jak członkowie spec-brygady.

Żeby wejść na teren kopalni po załatwieniu formalności należało najpierw przedefilować przed strażą przemysłową, która jakoś podejrzliwie się nam przyglądała. Ostatecznie do św. Barbary na kopalnianą cechownię weszliśmy pod ich eskortą. Złożyliśmy kwiaty, zrobiliśmy rodzinne zdjęcie ze Świętą w tle i ruszyliśmy dalej. Po drodze w stronę Krzyżowic Ksawery potężnymi uderzeniami z boku wypychał nas uporczywie na środek jezdni, więc jechaliśmy wszyscy jakimś dziwnym wężykiem. Dla obserwatora wyglądało to pewnie jak powrót z bogatej libacji. Żeby zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie zrobiliśmy postój pod miejscowym kościołem, a przy okazji zobaczyliśmy kalwarię w której każda z kapliczek była ufundowana przez miejscowe rodziny.

Z nieba tymczasem zaczął polatywać śnieg, więc niezwłocznie pojechaliśmy w stronę widniejącego na horyzoncie szybu skipowego KWK „Pniówek”. Przy pomocy Ksawerego przybyliśmy tam niespodziewanie szybko. Święta Osoba już na nas czekała na skwerku niedaleko wejścia. Wśród bukietów kwiatów i łopoczących flag na tle kopalnianych zabudowań Barbara wyglądała naprawdę wspaniale. Położyliśmy u jej stóp nasz bukiet i po chwili zadumy nad pamiątkową tablicą poświęconą górniczym strajkom w 1980r. przemieściliśmy się do położonej vis-à-vis kopalni karczmy, aby zakończyć wyprawę. Karczma w większości już była zajęta przez świętującą górniczą brać lecz i dla kolarzy miejsce tez się znalazło.

Powitał wszystkich E. Kutyła - szef jastrzębskiego Oddziału PTTK. Poczęstowano nas bigosem, który po przebytej trasie wszystkim wyjątkowo smakował. Kiedy już towarzystwo odtajało przystąpiono do rozdania pamiątek, a były to medale, butony oraz specjalne statuetki. Podziękowaliśmy organizatorom za to ostatnie w tym roku rowerowe spotkanie i po złożeniu sobie nawzajem świątecznych życzeń wszyscy rozjechali się w różne świata strony. Nam jeszcze pozostało wrócić te kilkanaście kilometrów do miejsca startu gdzie pozostawiliśmy auto. Przejechaliśmy na rowerach ok. 40 km a mimo, że pogoda nie była zbyt rowerowa – wiem, że było warto!

PS: Na pytanie kto to był Ksawery na pewno odpowie ten kto ostatnio przebywał na zewnątrz.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wigilijka z Ondraszkiem

15.12.2013

Czy wiecie co to za dzień, kiedy świat pędzący naprzód nieco zwalnia, łagodnieje, ludzie stają się otwarci dla bliskich i wszyscy wszystkim ślą życzenia? To są właśnie Święta Bożego Narodzenia. Animator naszej wigilijki Basia „Apanaczi” zorganizowała tegoroczne spotkanie po drugiej stronie Olzy, dosłownie tuż za mostem – w restauracji ”Cieszyńskiej” przy DK Strzelnica w Czeskim Cieszynie. Zebrało się prawie 30 Ondraszków oraz sympatyków. Cieszyła nas obecność nestora cieszyńskich turystów Lucjana Jurysa, reprezentantów PTTS-u państwa Anny i Romana Piszkiewiczów, przyjechał również Ondraszek z z Bielska-Białej kol. Włodek Nowak.

W udekorowanej świątecznie sali, pięknie zabrzmiały kolędy zebrane w specjalnie przygotowanym na te okazję śpiewniku. Akompaniowała nam pani Jadwiga Żebrok, która na co dzień jest kościelną organistką. Wznieśliśmy również toast za grudniowych solenizantów czyli Włodka Nowaka oraz Józka „Niezłomnego”, którzy otrzymali serdeczne życzenia wsparte prezentami. W imieniu ondraszkowej braci wręczyli je „Apanaczi” i „Rechtór”.

Specjalnością tego wyjątkowego wieczoru wykreowanego przez naszego animatora jest obecność Gościa Specjalnego. Tym razem była to pani Roma Rojowska ze Stowarzyszenia Kobiet Kreatywnych, która przybliżyła zadania stowarzyszenia oraz przekazała gotowe przepisy jak układać sobie relacje z bliskimi, aby być szczęśliwym. Przepisy ogólnie są dość znane lecz ich realizacja od zawsze pozostaje wyzwaniem. Myślę, że jest to gotowy temat na zobowiązania noworoczne dla każdego z nas.

Tak uświadomieni przystąpiliśmy do przełamania się opłatkiem, mając pełną świadomość, że życzenia wypowiedziane przy tej okazji powinny się spełnić. Zobaczmy! Czas miło płynął przy przygotowanym poczęstunku (głębokie ukłony m.in. w stronę p. H. Lincer oraz Bińczyk – właścicielce lokalu), a wspominki gęsto przeplataliśmy kolędami. Tradycją ondraszkowych świątecznych spotkań jest również część artystyczna. Tym razem słuchaliśmy i śpiewaliśmy wraz z znaną i lubianą kapelą regionalną „Torka” Kazia Urbasia, która swoim żywiołowym wykonaniem kolęd i pastorałek wszystkich zachwyciła.

Jestem przekonany, że magiczna atmosfera tego sympatycznego wieczoru udzieliła się wszystkim obecnym, a radosny nastrój przechowamy do niedalekich już Świąt Bożego Narodzenia.

Rechtór-Zbyś
Galeria