Kronika imprez z 2014 roku
Spis treści
Noworoczne Spotkanie Rowerowe

01.01.2014

Pierwszego stycznia, już tradycyjnie, grono "Ondraszków" spotkało się pod odświętnie przystrojoną choinką na cieszyńskim rynku. Ku zaskoczeniu większości z nas, w naszej ekipie było dwóch Mikołajów. Rozpoczęliśmy tradycyjnymi życzeniami noworocznymi, wspólnymi fotkami na zakończenie tego wstępu Mikołaje zrobili honorową runę wokół rynku na tandemie i ruszyliśmy w trasę. Trasa prowadziła przez Zor i Mnisztwo na ul. Sadową do Władka Gojniczka. Nasza niewielka grupka licząca sześć osób - wcześniej odłączył się Piotr "Śmig" i Stasiu Pawlik - została serdecznie przyjęta przez gospodarza. Szybciutko zrobiliśmy herbatę, kawę i już siedzieliśmy przy stole, aby trochę odpocząć, powspominać i ogrzać się. Czas szybko mijał, a przed nami jeszcze jedno domostwo i gospodarze niecierpliwie nas wyglądający. Od Władka ruszyliśmy na ul. Zamarską. Nasi dwaj Mikołaje mieli w sobie tyle energii po wieczorze sylwestrowym, że dali radę zerwać łańcuch w tandemie. Dalszą trasę musieli pokonać pchając rower pod górkę lub zjeżdżając z góry. Z ul. Wichrowej, przez Pikiety, dotarliśmy na Pastwiska, a konkretnie na ul. Borsuczą, do głównej kwatery naszego Prezesa. Oczywiście zostaliśmy ciepło powitani przez państwa Pawlików. Życzenia noworoczne były bardzo serdeczne i często bardzo osobiste. W domowym zaciszu spędziliśmy miłe popołudnie. Niestety, zimowe dni są krótkie i trzeba było zbierać się do domów.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Zebranie sprawozdawcze, rozstrzygnięcie konkursów sezonu 2013

24.01.2014

Jak co roku, w styczniu podsumowujemy dokonania minionego sezonu, w tym klubowe konkursy i zastanawiamy się nad planami na przyszłość. Od kilku lat w tym celu korzystamy z gościnnej sali SM Cieszynianka, gdzie w ten piątkowy wieczór zebrało się sporo Ondraszków i sympatyków. Wśród gości był też prezes oddziału PTTK J. Tyczkowski, a także M. Prawdzik z „Człapoków”, J. Makula z TJ „Slavoj” z Cz. Cieszyna, przybyły również delegacje z zebrzydowickiej „Przerzutki” oraz Towarzystwa Rowerowego ”Olza” przy PTTS-u w RCZ. Prowadzenie spotkania powierzyliśmy „Alipali” A. Pawlik, która już sprawdziła się w tej roli w ubiegłym roku.

Zgodnie z programem zaczęliśmy od sprawozdań. Ze sprawozdania prezesa wynikało, że klub mocno i efektywnie działał, tym samym omawiany sezon zaliczamy do udanych. Odbyły się prawie wszystkie zaplanowane wyprawy, a m.in. szacowne grono „prawdziwych Ondraszków” powiększyło się o „Czornóm” A. Wlach i „Unisono” M. Wlacha. Kolejno wysłuchaliśmy następnych sprawozdań: skarbnika, Komisji Rewizyjnej oraz TRW. Szef referatu A. Nowak poprosił prezesa Oddziału PTTK o wręczenie zdobytych odznak KOT. Warto zaznaczyć, że padło też kilka rekordów. Otóż L. Szurman „Wedrowniczek” zdobył aż 6 odznak turystyki kwalifikowanej, w tym dużą srebrną KOT, odznakę Wiślańskiej Trasy Rowerowej oraz zaliczył szlak małego rajdu Dookoła Polski. Decyzją zarządu klubu „Wędrowniczek” został dodatkowo uhonorowany specjalnym dyplomem oraz nagrodą rzeczową. Dyplom otrzymał również J. Lincer „Niezłomny”, za wymagające dużego wysiłku zdobycie dużej złotej KOT. A. Nowak „Ziołowy” zdobył z kolei kompletny zestaw transgranicznej beskidzkiej odznaki, ustanowionej w ubiegłym roku dzięki współpracy wiślańskiego oddziału PTTK oraz czeskich i słowackich odpowiedników.

Uroczystą oprawę miało wręczenie Honorowych Odznak 60-lecia Turystyki Kolarskiej w PTTK, którą z nadania w 2012r. otrzymali A. Słota ”Kepi” oraz W. Chromec, a w 2013r. Komisja Kolarska ZGPTTK przyznała je: B. Toman „Apanaczi”, J&J Rezmerom ”Ośce” i „Bystremu”, W. Zmełtemu ”Kropelce”, A. Nowakowi ”Skrybie” oraz Maryli B. Holisz ”Rozstrzapkowi”. Dodatkowo Oddział PTTK „Beskid Śląski” przyznał dwa dyplomy za wybitne zasługi w pracy Oddziału w roku sprawozdawczym. Otrzymali je, z rąk J. Tyczkowskiego, A. Nowak ”Skryba” za sumienne prowadzenie TRW oraz B. Toman „Apanaczi”, za rewelacją organizację autorskich wypraw. Następnie sędziowie konkursów przedstawili wyniki zmagań.

Konkurs na najaktywniejszego turystę-kolarza 47 sezonu

  1. Kazimierz Szewczyk „Gwarek” - 190pkt
  2. Zbigniew Pawlik „Rechtór” - 177pkt
  3. Jarosław Rezmer „Bystry” - 166pkt
  4. Beata Szarzec „Szykowno” - 145pkt

Sędzia konkursu, W. Zmełty, podkreślił wysokie poczucie fair-play „Bystrego”, który według pierwotnej punktacji przodował w tym konkursie. Zauważył jednak pewne błędy w punktacji, na które zwrócił uwagę sędziemu, co ostatecznie zmieniło układ na szczycie tabeli. Zwycięzcy otrzymali pamiątkowe dyplomy oraz nagrody rzeczowe.

Konkurs "Długodystansowca sezonu 2013"

kategoria Panie

  1. Beata Szarzec „Szykowno” 3116 km
  2. Alicja Wlach „Czorno” 1323 km
  3. Barbara Nowak „Baska” 1115 km
  4. Jadwiga Rezmer „Ośka” 835 km
  5. Maryla Bilko-Holisz „Rozstrzapek” 694 km
  6. Alicja Pawlik „Alapala” 318 km

kategoria Panowie - seniorzy

  1. Henryk Nowak 11097 km
  2. Jan Stasik „Proszejaciebie” 3478 km
  3. Leszek Nowak „Przypon” 2872 km
  4. Andrzej Nowak „Skryba” 1289 km

kategoria Panowie - juniorzy

  1. Andrzej Warpechowski „Maratończyk” 14192 km !!!
  2. Andrzej Nowak „Ziołowy” 5251 km
  3. Leszek Szurman „Wędrowniczek” 4795 km
  4. Piotr Hamera „Paparazzi” 3807 km
  5. Kazimierz Szewczyk „Gwarek” 2634 km
  6. Jarosław Rezmer „Bystry” 1253 km
  7. Zbigniew Pawlik „Rechtór” 1235 km
  8. Marian Wlach „Unisono” 1150 km

Należy zaznaczyć, że po zsumowaniu przejechanych kilometrów okazało się, że łącznie przejechaliśmy przeszło 60.000 km, czyli objechaliśmy nasza planetę dookoła równika i do tego ze sporym naddatkiem. Z zestawienia wynika również, że prowadzący w obu klasyfikacjach panowie, swym wynikiem mocno odjechali do przodu od reszty peletonu. Zgodnie z zasadami regulaminu, najlepszych uhonorowano pamiątkowymi dyplomami. Goście w swoich wystąpieniach podkreślili udaną współpracę z Ondraszkiem. Byli to H. Franek z „Przerzutki”, Z. Firla z TR „Olza” i J. Makula z TJ Slavoj, który zaproponował wspólną organizację imprez rowerowych. J. Tyczkowski zwrócił uwagę, że nasz klub dzięki prężnej działalności, należy do czołówki w Oddziale. Ma również swojego przedstawiciela we władzach oddziału w osobie Z. Pawlika „Rechtora”. Jednocześnie podziękował za tak aktywny sezon i życzył następnych sukcesów.

Po dyskusji większością głosów przyjęliśmy też trzy uchwały:

  • przesunięciu do grona sympatyków tych klubowiczów, którzy nie płacą od dłuższego czasu składek,
  • odwyższeniu składek klubowych,
  • wprowadziliśmy modyfikację regulaminu konkursu na najaktywniejszego turystę – kolarza sezonu.

Na podstawie otrzymanych kalendarzy – sklerotników, omówiliśmy propozycje na następny rok, przy czym niektóre z nich twórczo rozwinął poprzedni prezes klubu A. Słota ”Kepi”. Bardzo sympatycznym punktem programu była multimedialna prezentacja wydarzeń ubiegłorocznego sezonu, którą przygotował „Rechtór” na podstawie własnej kolekcji zdjęć. Tak bogaty program udało się zrealizować i zakończyć w zapowiadanej porze, w czym wielka zasługa prowadzących oraz zdyscyplinowania zebranych. Teraz pozostaje tylko czekać na wiosnę i zapowiadane w programie atrakcje. Choć właściwie sezon można byłoby już rozpoczynać, bo mimo, że styczeń w kalendarzu, to za oknami ciepło i bezśnieżnie.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Krajowa Narada Aktywu Kolarskiego – wybory władz Komisji Kolarskiej AG PTTK

10.02.2014

Wybór Komisji Kolarskiej ZGPTTK kończy powtarzaną co cztery lata sekwencję kampanii sprawozdawczo-wyborczej w PTTK. Według klucza wyborczego, naszemu klubowi przysługiwał mandat dwóch delegatów, którymi zostali: Jarek Rezmer „Bystry” oraz Zbigniew Pawlik „Rechtór”. Aby zdążyć do Warszawy na początek obrad o godz. 1030, wyjechaliśmy z Cieszyna już przed 400 rano. W Katowicach przesiedliśmy się do większego środka transportu, bo delegacja województwa śląskiego stanowiła najliczniejszą, bo aż 26 osobową grupę delegatów.

W obradach wzięło udział 63 reprezentantów, którzy stanowili 84% zgłoszonych. W początkowej fazie zebrania wziął udział obecny prezes ZGPTTK Roman Bargieł oraz członek ZG PTTK i opiekun Komisji Kolarskiej Edward Kutyła. Zebrani jednogłośnie zatwierdzili listę kandydatów na Honorowych Przodowników Turystyki Kolarskiej. Zaszczytu tego dostąpił również i nasz Ondraszek – Włodek Nowak. Ze sprawozdania przewodniczącego Komisji Kolarskiej ZGPTTK wynikało, że kadencja była bogata w sukcesy. Choć nie bez problemów z organizatorami, odbyły się wszystkie planowane ogólnopolskie zloty. Jesteśmy aktywnymi członkami we władzach organizacji UETC. Były również organizowane tematyczne konferencje oraz wydano kilka ciekawych publikacji. Jako największy sukces przedstawiono działania związane z ogłoszeniem w PTTK roku 2012 rokiem turystyki kolarskiej, co zostało poparte multimedialną prezentacją.

W ramach dyskusji zwróciłem uwagę na kilka kwestii:

  • wobec problemów ze znalezieniem organizatora i podobieństwach organizacyjnych obu zlotów ogólnopolskich, można rozważyć możliwość połączenia centralnego zlotu oraz przodownickiego, w jeden wspólny, przy zachowaniu specyfiki szkoleniowej tych ostatnich;
  • wobec niewątpliwej dysproporcji między możliwościami poszczególnych klubów, wyraźnie widocznej w wynikach kolejnych konkursów na najaktywniejszy klub, komisję na poszczególne lata trzeba rozważyć możliwość wprowadzenia dodatkowej kategoryzacji konkursu, np. wg klucza liczebności członków u poszczególnych beneficjentów;
  • w sprawie Informatora poddałem pod rozwagę zamieszczanie większej ilości sprawozdań z wydarzeń na kolarskim podwórku kosztem ograniczania ich objętości. Co prawda Edward Kutyła oponował, że problemem jest podaż artykułów do opublikowania czego jednak redaktor naczelny Grzegorz Kukowka nie potwierdził.

Postulaty zostały zapisane przez Komisje uchwał i wniosków i zobaczymy jakie będą ich dalsze losy. W wyborach do nowych władz zgłoszono 12 kandydatur, z czego w pierwszej turze głosowania tajnego wybrani zostali (w kolejności oddanych głosów):

  • Waldemar Wieczorkowski (Toruń)
  • Marek Koba (Jaworzno)
  • Grzegorz Kukowka (Warszawa)
  • Marian Kotarski (Myszków)
  • Jerzy Formella (Gdynia)
  • Krzysztof Mieczkowski (Elbląg)
  • Michał Raczyński (Nysa)
  • Bernard Milewski (Płock)
  • Stanisław Karuga (Katowice)

Na zebraniu ukonstytuował się zarząd komisji, w składzie: przewodniczący W. Wieczorkowski, wiceprzewodniczący M. Koba, M. Kotarski, St. Karuga, sekretarz G. Formella. Wybranej Komisji życzymy samych sukcesów. Do Cieszyna wróciliśmy późną nocą – ok. 2200, jednak z przeświadczeniem spełnionego obowiązku.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Spotkanie aktywu turystyki kolarskiej województwa Śląskiego, Cierlicko

15.02.2014

W miesiącach zimowych, aktyw turystyki kolarskiej reprezentujący poszczególne ośrodki w radzie, tradycyjnie spotyka się, aby wymienić doświadczenia i omówić plany na najbliższą przyszłość. Spotkania te zazwyczaj organizuje gospodarz, z racji obchodzonego przez siebie jubileuszu. W tym roku było zupełnie inaczej: organizatorem był nasz klub, a jubileusz obchodziło miejsce naszego spotkania – Dom Polski w Cierlicku–Kościelcu, który został wybudowany równo dwadzieścia lat temu. Do współpracy zaprosiliśmy zatem Miejscowe Koło Polskiego Związku Kulturalno Oświatowego w Republice czeskiej (MK PZKO).

Sam pomysł został rzucony jeszcze na ubiegłorocznym spotkaniu z okazji jubileuszu klubu „Sokół” z Radlina i oczywiście zostało uzgodnione z MK PZKO, czyli gospodarzem tego obiektu. Dzięki temu wyprzedzeniu, termin KNAK w Warszawie został dobrany tak, aby nie kolidować z tym spotkaniem. Działacze MK PZKO wraz z prezesem koła Tadeuszem Smugałą bardzo zapalili się do pomysłu organizacji tak prestiżowej imprezy na swoim terenie i wzięli na siebie przygotowanie techniczne spotkania. Myślą przewodnią, oprócz oczywistych tematów z środowiska kolarskiego, było przedstawienie sytuacji Polaków na Zaolziu, dawniej oraz obecnie, a także tragicznych wydarzeń jakie zaszły w Cierlicku w 1932r. Mając to na uwadze zaprosiłem znakomitych prelegentów:

  • Bogdana Kasperka – Dyrektora Biura Stowarzyszenia Inicjatyw Regionalnych „Olza”, który omówił temat działania Euroregionu oraz stowarzyszenia w zakresie podejmowanych działań dla rozwoju infrastruktury turystyki rowerowej na Śląsku Cieszyńskim,
  • Józefa Szymeczka – Prezesa Kongresu Rady Polaków w RCZ, który zmierzył się z tematem „Krótki zarys historii Śląska Cieszyńskiego”,
  • Władysława Kristena – Prezesa MKPZKO Mosty Cz.Cieszyn, który opowiedział o historii Cierlicka Kościelca oraz wydarzeniach związanych z katastrofą lotniczą w 1932r,
  • Zdzisława Fierlę – szefa Towarzystwa Rowerowego „Olza” przy Polskim Towarzystwie Turystyczno-Sportowym „Beskid Śląski” w RCZ, który przybliżył historię powstania towarzystwa oraz współpracy z PTTK i klubem „Ondraszek” w szczególności,
  • Tadeusza Smugałę – szefa miejscowego koła PZKO, który przedstawił historię powstania Domu Polskiego, ekonomiczną kondycję i potencjał gospodarzy, a także radości i problemy wynikające z zarządzania tym wyjątkowym miejscem,
  • Andrzeja Nowaka – wiceprezesa TKK „Ondraszek”, który promował regionalne odznaki turystyki kolarskiej, weryfikowane przez klubowy terenowy referat przez niego prowadzony.

Audytorium stanowiło 64 (z 68 zgłoszonych) przedstawicieli ośrodków kolarskich reprezentujących: Racibórz, Bytom, Pyskowice, Tychy, Rudę Śląską, Gliwice, Chrzanów, Pszczynę, Katowice, Żory, Radlin, Siemianowice, Knurów, Cieszyn oraz Żywiec, a więc prawie całe województwo. Byli obecni przedstawiciele nowo wybranych władz Komisji Turystyki Kolarskiej ZG PTTK: Marek Koba oraz Grzegorz Kukowka, a także Honorowy Członek PTTK Stanisław Radomski. Prelegenci w swych wypowiedziach potrafili jednocześnie zainteresować i zaintrygować przedstawianym tematem, a część z nich była prezentowana w postaci multimedialnej. W pakietach powitalnych uczestnicy znaleźli świeże, „prawie ciepłe”, wydawnictwa i mapy regionalne oraz przykłady działalności wydawniczej Polaków na Zaolziu. Można było również pobrać regulaminy prezentowanych odznak, woj. kalendarz imprez organizowanych przez ośrodki kolarskie w tym sezonie oraz nabyć pamiątki związane ze Żwirkowiskiem.

Miłym akcentem spotkania było wręczenie tytułów Honorowego Przodownika Turystyki Kolarskiej, które zatwierdził niedawny KNAK w Warszawie. Godność tą zdobył m.in. Ondraszek – Włodek Nowak z Bielska Białej. Wręczono też legitymacje przodowników turystyki kolarskiej po przeprowadzonych weryfikacjach. Dodatkową inicjatywą, którą zrealizowali gospodarze, był non-stop czynny bufet z przeróżnymi miejscowymi napojami oraz posiłek podany bezpośrednio na salę obrad. Spotkanie zakończyła wycieczka do pobliskiego Pomnika Poległych Lotników na Żwirkowisku. Sądząc po wypowiedziach uczestników, organizacja i tematyka spotkania zostały pozytywnie przyjęte, należy więc sądzić, że nasze założenia zostały w pełni zrealizowane.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rozpoczęcie sezonu z TJ Slavoj z Czeskiego Cieszyna

22.03.2014 - 23.03.2014

W sobotę, zgodnie z kalendarzem TJ Slavoj, stawiliśmy się na miejscu zbiórki koło Billi w Czeskim Cieszynie. Chociaż nasza grupka była niewielka, to dość sympatyczna, a wspaniała pogoda wprost zapraszała do przejażdżki. Po krótkiej naradzie ustaliliśmy trasę i ruszyliśmy w drogę. Pierwszy "popas" odbył się w Ropicy. Następnie, wzdłuż Ropiczanki dojechaliśmy do Trzycieży. Tutaj skręciliśmy w drogę do Rzeki, gdzie w niewielkim barze "Autoszkoła" postanowiliśmy odpocząć przed drogą powrotną. Trasa do Trzycieży wiodła cały czas z górki. Następnie bocznymi dróżkami dojechaliśmy do Ropicy i przez Końską wróciliśmy do Czeskiego Cieszyna. Po krótkim odpoczynku w Parku Sikory rozjechaliśmy się do domów.

To pierwsze spotkanie z rowerzystami z TJ Slavoj nauczyło nas jak prowadzić imprezy bez udziału organizatorów - z TJ Slavoj nikt się nie pojawił na zbiórce!

Jarek - "Bystry"
VII Zlot Oddziałów PTTK woj. śląskiego - Tarnowskie Góry

29.03.2014

Jak trafnie określił kol. Jacek Czober Przewodniczący Rady Prezesów, PTTK zazwyczaj robi „coś dla kogoś”, natomiast formuła zlotów oddziałów województwa została wymyślona tylko dla własnych potrzeb. Pomysł chwycił i z roku na rok obserwować można stale zwiększającą się liczbę uczestników. W Tarnowskich Górach było nas przeszło 500, a więc całkiem spora grupa, z czego większość oczywiście na trasach pieszych. Nasz klub wystawił całkiem sporą bo 17-osobową drużynę rowerową oraz jednego piechura. Jako, że trasy rozpoczynały się w różnych miejscach całość spotkała się dopiero na mecie. Nasza trasa rowerowa rozpoczynała się przy zabytkowej kopalni. Liczna ponad 30-osobowa grupa była pilotowana przez kolarzy z miejscowego klubu „Jutrzenka”. Od razu było widać, że znają własny teren, gdyż jechaliśmy bocznymi, czasem ledwie widocznymi dróżkami między polami i lasami. Zwiedziliśmy rezerwat przyrody Segiet, położony na pograniczu Tarnowskich Gór oraz Bytomia nad Doliną Dolomitową czyli dawnym wyrobiskiem odkrywkowej kopalni dolomitu. To bardzo malownicze miejsce z urwistymi skalnymi zboczami z powodzeniem może służyć jako świetne tło do westernów.

W nieodległych Reptach byliśmy przy Źródełku Młodości. Jak wieść gminna niesie, kto umyje twarz odzyskuje młodzieńczy wygląd. Prawie wszyscy to zrobili, ale skutek nie był powalający. Może to działa z opóźnieniem? Równie ciekawe było otoczenie ujęcia wody które zbudowano z wykorzystaniem… kamieni granicznych. Zgromadzono tutaj pozbierane z całej okolicy kamienie, które niegdyś wytyczały granicę w między II RP a Niemcami. Według wyrytej inskrypcji przebieg granicy ustalono w Wersalu w 1919r.

Następny postój nastąpił przy tutejszym kościele. W ogrodzie plebanii rośnie wyjątkowy okaz botaniczny: kasztanowiec jadalny o obwodzie ponad 7 m! Stąd już dosłownie „o rzut beretem” znajduje się szyb wentylacyjny sztolni Fryderyk, która obecnie jest zwiedzana jako „Sztolnia Czarnego Pstrąga”. Sztolnia powstała w XVII w i miała za zadanie odwadniać okoliczne szyby wydobywcze rudy ołowiu i srebra o nazwie „Galena”. Chociaż wydobycie już dawno się zakończono sztolnia nadal pełni swoje zadanie odprowadzając wodę z głębokości ponad 30 m na powierzchnię terenu aż do rzeki Drama. Dzieje się to bez dodatkowych urządzeń, wyłącznie przy wykorzystaniu naturalnego ukształtowania terenu. Łodziami przepłynęliśmy ponad 600 m odcinek między sąsiednimi szybami wentylacyjnymi. Szerokość sztolni to zaledwie ok. 150 cm, pod nami zimna i krystalicznie czysta woda, a nad nami na wysokości 2 do 4 m znajduje się sufit wykuty w litej skale. Można się tu nabawić klaustrofobii.

Tajemniczości i uroku dodaje oświetlenie lampami karbidowymi, do tego płyniemy bez wioseł. Łodzie wprawia w ruch sam przewodnik odpychając się po prostu od ścian, jednocześnie tocząc opowieść o historii wydobycia, gwarkach i ich pracy. Stwierdził, że Tarnowskie Góry poniżej poziomu terenu są podziurawione jak sito, gdyż każdy gwarek w dawnych czasach miał swoją własną sztolnię. Zinwentaryzowano coś ok. 150 km szybów i sztolni, których chodniki od czasu do czasu się zapadają i wówczas na powierzchni dzieją się dziwne rzeczy. Na powierzchnię wyszliśmy szybem wentylacyjnym „Ewa” i do rowerów wróciliśmy trasą spływu, lecz teraz idąc w odwrotnym kierunku.

Następnym miejscem na trasie był renesansowy zamek w Tarnowicach Starych. Po odbudowie ze zniszczeń pełni obecnie zaszczytną funkcję luksusowego hotelu. Równie ciekawy był też położony opodal kościół. Miał murowane tynkowane ściany lecz był pokryty gontem!

Pętlę trasy zamknęliśmy przejeżdżając przez rozległy miejski park po czym trafiliśmy znów do miejsca startu. Tutaj już oczekiwała na nas kuchnia polowa ze smaczną zupką oraz napoje. Pozostało odebrać nagrody: z rąk Skarbka – władcy podziemi prezes naszego oddziału PTTK – J. Tyczkowski odebrał w imieniu całej cieszyńskiej pieszo-rowerowej grupy pamiątkowy dyplom i tym sposobem zlot przeszedł do historii.

Korzystając z uroków wiosennego słońca przejechaliśmy łącznie ok. 25 km. Na deser, już po oficjalnym zakończeniu, zwiedziliśmy bogaty skansen maszyn parowych w otoczeniu kopalni a także rynek w tym pięknym górniczym mieście.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Memoriał kolarski im. M. Palowskiego

26.04.2014

Już kolejny raz kolarską przygodę sezonu zaczynami od spotkania przy mogile M. Palowskiego na czesko-cieszyńskim cmentarzu. Tym razem jednak żywioły się sprzysięgły przeciw cyklistom. Praktycznie od dawna już nie padało, wszędzie sucho aż rolnicy narzekają… I pewnie te narzekania usłyszano na górze więc akurat w sobotę, w dniu prologu odkręcono kurek z wodą deszczową.

Ciężkie chmury zasłoniły cały świat, a deszcz bębnił po szybach. Na wycieczkę rowerową ruszją pewnie tylko jakieś wodoodporne twardziele i Ondraszki, którzy choćby żabami prało i koło się w tył obracało… Na miejsce spotkania wyruszyłem bez większej nadziei, że kogoś tam zastanę. I byłem mocno zdziwiony, że przy remizie strażackiej w al. Masaryka stało już kilku Ondraszków a także kilku Beskidzioków. A było nas akurat symetrycznie po sześć osób. Wszyscy jednak, którzy wyglądali mniej więcej tak samo czyli jak utopce. Prowadzący J. Štirba i od razu ogłosił, że nasza dzisiejsza wycieczka ze względu na beznadziejną pogodę zakończy się tylko na części oficjalnej.

Na cmentarzu przy mogile Mariana spotkaliśmy się z żoną śp. Mariana, jego rodziną i sąsiadami. Tradycyjnie wygłosiłem słowo ku pamięci Zmarłego, złożyliśmy kwiaty i zapaliliśmy znicze. Przy akompaniamencie deszczu zaśpiewaliśmy też kilka okolicznościowych pieśni. I tutaj zaskoczenie, kiedy na zakończenie zaśpiewaliśmy piosenkę, której nas Marian nauczył i tak ją lubił, ”Leze kočka dirou, pes oknem ne bude li pršet ne zmoknem…” (śpiewają ją chyba dzieci w przedszkolu i tematycznie jak najbardziej jest związana z deszczem) nagle przestało padać! I jak tu nie wierzyć w przypadki.

Jednak do Tyry i tak nam nie było dane pojechać, a wycieczkę zakończyliśmy w Czeskim Cieszynie, przy okazji odkrywając pewne urocze miejsce gdzie serwują dobrą kawę i inne napoje.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Otwarcie sezonu

27.04.2014

Długo oczekiwana chwila wreszcie nadeszła i na rynku w ten niedzielny piękny poranek zebrało się ponad 70-ciu żądnych rowerowej przygody turystów. Było tam sporo Ondraszków, Beskidzioków oraz „turystów z afisza”. Cieszył tez udział sporej grupy młodzieży i całkiem małych dzieci, których wieźli na bagażnikach rodzice.

Choć sezon otwieramy dopiero teraz, można rzec, że pogoda ostatnio była wyjątkowo łaskawa dla kolarzy i właściwie poprzedniego sezonu można było wcale nie kończyć, lecz tylko go kontynuować i to bez zimowej przerwy.

Po uroczych powitaniach i obowiązkowym grupowym zdjęciu dla prasy, organizator wycieczki, A. Nowak „Skryba”, wyjaśnił zasady udziału. Następnie, przy akompaniamencie dzwonków i trąbek, ruszyliśmy najpierw rundą honorową wokół rynku i dalej na trasę. Wśród przeróżnych używanych rowerów dało się zauważyć zwiększony odsetek rowerów „z dopalaczem” elektrycznym – w tym i naszego J. Lincera „Niezłomnego”.

Pierwszy dłuższy przystanek nastąpił przy ul. Hażlaskiej, gdzie już nas oczekiwał umówiony wcześniej przewodnik PTTK H. Więzik. W ciekawy sposób przybliżył uczestnikom historię cieszyńskiej diaspory żydowskiej oraz obu cmentarzy, które pozostały po nich jedynymi pamiątkami.

Następny postój urządziliśmy w Zamarskach w Restauracji „.Źródełko”. Zainteresowani pobiegli do uroczego kościółka św. Rocha po pieczątkę, a w tym czasie pracownicy Banku BGŻ z Cieszyna reklamowali swoje produkty, namawiając do przeniesienia tam swoich oszczędności.

Dalsza trasa wiodła do Hażlacha, Pod Szybę i dalej aż do dębowieckich stawów. Peleton, jak to zwykle bywa, trochę się nam rozciągnął i P. Hamera „Paparazzi”, który był „czerwonym światełkiem”, miał spore kłopoty, aby grupę w całości doprowadzić do mety. Ostatecznie dojechali tam wszyscy, jednakże nieco różnymi trasami i w różnym czasie. Prowadzący Skryba metę wyznaczył w Rybaczówce PZW Cieszyn na Gumnach. Był to strzał w 10-tkę, gdyż miejsce świetnie się do tego nadawało, więc już wkrótce wokół rozchodził się zapach grillowanych kiełbasek. Dużą pomoc w zaspokojeniu apetytów wszystkich „głodomorów” okazała B. Nowak „Baśka” oraz K. Pawliczek, które z wprawą wydawały świadczenia. Po nasyceniu pierwszego głodu i pragnienia, duet J&J Rezmerowie, czyli „Bystry” i „Ośka”, przeprowadzili zaplanowane konkursy – zwijanie sznurka oraz łowienie rybek „na sucho”. Zawodników było dużo i rywalizacja zacięta, lecz po kilku dogrywkach udało się wyłonić zwycięzców. Tym razem zostali nimi:

W zwijaniu sznurka:

  • I miejsce: Zbigniew Pawlik Rechtór
  • II miejsce: Leszek Porębski Rewor
  • III miejsce: Łukasz Pawlik

W łowieniu rybek :

  • I miejsce: Lenka Velika (CZ)
  • II miejsce: Irena Dzikowska Irka
  • III miejsce: Wanda Porębska Szprycha

Jeżeli te wyniki odzwierciedlają rzeczywistość, to można by pomyśleć, że zmieniają się tradycyjne zajęcia w wolnym czasie: teraz panie idą na ryby, a w domu panowie zwijają włóczkę. A mówią, że tradycja to rzecz święta. Kulminacyjnym punktem otwarcia sezonu było przyjęcie dwóch adeptów do ekskluzywnego grona Ondraszków.

Nieco zaskoczeni tym faktem, Krysia i Rysiek Pawliczkowie, pozytywnie przeszli ostatnią próbę przełknięcia szatańskiego napoju. Następnie złożyli przyrzeczenie i przez prezesa klubu Z. Pawlika „Rechtora” ceremonialną pompką zostali pasowani na prawdziwych Ondraszków, otrzymując swoje pseudonimy. Rysiek otrzymał ksywkę „Długi”, a Krysia będzie naszą klubową „Druhną”. Wiwatom i gratulacjom nie było końca.

Tym sposobem nasza inauguracyjna wycieczka dobiegła końca i pozostało już indywidualnie wrócić do domu. Choć przejechałem tylko 35 km, to dzięki wspaniałym przeżyciom i pięknej pogodzie był to wyjątkowo udany początek tegorocznego sezonu, co na pewno jest też dużą zasługą organizatora naszej wyprawy.

Mapka trasy


Pokaż mapę w nowym oknie

Rechtór-Zbyś
Galeria
Otwarcie sezonu Oddziału PTTK Wisła Kamienny

01.05.2014

W ten piękny majowy dzień Cieszyn poważnie się wyludnił. Gdzie wszyscy poszli? Oczywiście do Wisły Kamienny, gdzie w bacówce Oddział PTTK otwierał kolejny sezon turystyczny. Członkowie oddziałowych klubów i kół, spora grupa Beskidzioków zza Olzy oraz członkowie oddziału PTTK z Bielska–Białej różnymi drogami dotarli do naszego PTTK-owskiego schronu, aby się spotkać, pogwarzyć, powspominać to co było i ułożyć plan, na otwierający się właśnie sezon. Był też i dodatkowy powód, wręczenie zdobytych i nadanych wyróżnień.

Ondraszki również dotarły tam różnymi drogami, lecz tym razem w większości piechotą. Z rowerem nie rozstali się tylko Śmig oraz Maratończyk, gdyż wjechali aż na szczyt Kamiennego. Rechtór, Afi oraz Apanaczi, wybrali się tym razem pieszym szlakiem z Brennej–Leśnicy.

Na miejscu było gwarno i wesoło, bo zebrało się ok. 200 osób. W samo południe przystąpiono do wręczania wyróżnień. Z Ondraszków Odznakę 25 lat w PTTK zdobyli i odebrali: Baśka, Skryba, Śmig, Afi, Panek, Apanaczi, a zaocznie: Kropelka, Drobniok, R. Swierczek oraz A. Heglasz, natomiast Śląską Honorową Odznakę PTTK otrzymał Rechtór. Odznaki wręczał prezes Oddzialu PTTK J. Tyczkowski.

Późnym popołudniem w dodatkowym towarzystwie Czornej i Unisono wróciliśmy do Brennej przez Orłową zamykając pętlę tej wyprawy. A rodzinka p. Nowaków miała dodatkowy powód do radości, właśnie tutaj się dowiedzieli, że zostali powtórnymi dziadkami.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Okolice Czeskiego Cieszyna

18.05.2014

W tradycyjnym miejscu zbiórki przy strażnicy zebrała się tym razem spora grupa Beskidzioków i bardzo malutka Ondraszków – tylko Szykowno, Wędrowniczek i Rechtór. Razem zebrało się nas około dwudziestu osób. Prowadzącym i organizatorem był J. Stirba. Kto zna tego zacnego Beskidzioka pamięta, że nigdy nie rozstaje się z długopisem i zapaśnikiem skrzętnie notując wszelkie ciekawostki i krajoznawcze informacje. Teraz okazało się, że ta metoda się sprawdziła bo dane nam było nie tylko zobaczyć dużo historycznych obiektów lecz także usłyszeć sporo ciekawych historii z nimi związanych. Pierwszy przystanek nastąpił przed dawnym pałacem hrabiów von Bees w Kocobędzu. Pałac już w XIX w. stał się siedzibą znanej szkoły rolniczej, a następnie szkolnego gospodarstwa rolnego. Obecnie o dawnej świetności przypomina tylko odrestaurowana brama wjazdowa, widokowa wieża i kilka drzew z ogrodu botanicznego. Pozostała reszta niestety straszy i niedługo pewnie rozsypie się ze starości.

Po kilku kilometrach stanęliśmy przy kościele katolickim w Cierlicku-Kościelcu. Tutaj z kolei wysłuchaliśmy opowieści i legend związanych z tym historycznym miejscem oraz podziwialiśmy bogaty wystrój kościoła. Część jego wyposażenia pochodzi jeszcze z dawnego drewnianego kościoła, którego wizerunek umieszczono na polichromii. Godny uwagi jest zwłaszcza otoczony wotami stary obraz Matki Boskiej. Jedno z pierwszych wotów – bogatą broszę podobno zostawił tutaj pułkownik wojsk Jana III Sobieskiego zmierzających pod Wiedeń. Brosza została następnie wbudowana w obraz. Przy kościele podziwialiśmy też ładną panoramę Beskidów śląsko-morawskich z charakterystyczną Łysą Górą.

Opodal, w Domu Polskim powitał nas członek zarządu MK PZKO, który opowiedział o ciekawej historii jego budowy. Następnie razem zjechaliśmy pod pomnik lotników do Żwirkowiska, gdzie z kolei przybliżył nam historię sukcesów lotniczych Żwirki i Wigury, ostatniego ich lotu zakończonego katastrofą w tym miejscu oraz koleje losu różnych tutaj wzniesionych budowli na „wieczną rzeczy pamiątkę”. Jak zazwyczaj okazuje się, pamięć ta mocno zależy od polityki i podejścia aktualnych władz. Dalej pojechaliśmy nad koronę zapory jeziora Cierlickiego. Jezioro zbudowano w latach 50-tych XX w. przez spiętrzenie rzeki Stonawki. Celem było zapewnienie wody dla kopalń zagłębia ostrawsko-karwińskiego oraz retencji wody deszczowej. A przy okazji – zatopiono historyczne centrum Cierlicka z kościołem, szkołą, a także domem rodzinnym państwa Stirbów. Na brzegach jeziora wyrosło nowe Cierlicko lecz dawni mieszkańcy zgodnie twierdzą, że to już nie to.

Przed nami Albrechcice. Tutaj otworzono specjalnie dla nas kościół katolicki, który co prawda nie ma dawnej prowerencji (pocz. XX w.), lecz dysponuje za to największymi w okolicy organami. Imponujący prospekt organowy wypełnia całą szerokość nawy, a na koncerty zjeżdżają tutaj fani tej muzyki nawet z daleka. Przeciwieństwem jest drugi kościółek w wiosce – drewniany i pochodzący z XVIII w. Okresowo zalewany przez nieodległą Stonawkę od lat jest pusty i zamknięty. Obecnie administrowany jest przez urząd gminy i ponoć ma być udostępniony dla ślubnych obrzędów. Na okolicznym cmentarzu zobaczyliśmy również kwaterę wojskową z wojny polsko-czeskiej, obu wojen światowych, a także mogiłę mieszkańca Albrechic, który jako członek czeskich sił zbrojnych zginął w Afganistanie.

Naszą tematycznie bardzo ciekawą wyprawę podsumowaliśmy przy posiłku w miejscowym Domu Robotniczym. I wszyscy jednogłośnie stwierdzili – było super! Przejechałem w sumie 35 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Wędrowniczka”

25.05.2014

W dzień „wędrowniczka” 25.05.2014 Leszek Szurman zorganizował wycieczkę rowerową do Koziej Zagrody w Brennej. Celem wyprawy było przybliżenie uczestnikom dziejów osadnictwa w dolinie Brynicy. Poznanie kto sprowadził tam osadników z dalekiej Wołszczyzny, oraz czym zajmowali sie osadnicy. To wszystko opowiedział nam gospodarz bacówki i gospodarstw agroturystycznego. Opowiadanie tych wszystkich ciekawych historii było uzupełnione pokazem produkcji kozich serków, których produkcji mogliśmy sami popróbować. Wycieczka była udana bo nawet pogoda dopisała. W wycieczce wzieło udział jakieś 20 osób. Trasa wycieczki przebiegała przez Ogrodzoną, Kisielów, Bładnice, Nierodzim, Górki Małe i Wielkie do Brennej. Do domu wracaliśmy każdy indywidualnie lub w mniejszych grupach, całkowita długość trasy wycieczki wynosiła w przybliżeniu 70 km.

Leszek Szurman - Wędrowniczek
Galeria
Wycieczka „Niewiadomogdzie”

31.05.2014

Monika i Czesław – pomysłodawcy i prowadzący dzisiejszą wyprawę wyznaczyli miejsce spotkania na przystanku kolejowym Trzyniec Centrum. Korzystając z wiosennego słońca na starcie pojawiła się spora grupa rowerzystów, w tym i Ondraszków. Po serdecznych powitaniach ruszyliśmy na trasę. Okazało się że naszym celem był Jabłonków co oznaczało, że pojedziemy wspaniała trasą doliną Olzy. Praktycznie już od Trzyńca jechaliśmy cały czas ścieżką rowerową. Powstała ona przy okazji niedawnego remontu torów kolejowych, więc praktycznie jechaliśmy wzdłuż nich po równiutkim asfalcie komentując i podziwiając widoki na beskidzkie grónie. Ścieżka zakończyła się w Gródku skąd pilotujący grupę Czesław sobie tylko znanymi mocno pokręconymi dróżkami doprowadził nas wprost na jabłonkowski rynek.

Urocze miasteczko Jabłonków – jak dawniej go zwano „Wolaty Wiedyń” ma piękną i długą historię, której materialne ślady można dziś też zobaczyć. Kościół o średniowiecznym rodowodzie, klasztory Elżbietanek i Franciszkanów, sanatorium w otoczeniu wspaniałego arboretum, ośrodek garncarstwa z długimi tradycjami… Monika pokrótce przedstawiła nam te wspaniałości. Dowiedzieliśmy się też dlaczego dworzec kolejowy znajduje się daleko za miastem – w dzielnicy Nowsie oraz jak nazywali siebie tutejsi mieszczanie. Otóż w połowie XIX w. w trakcie budowy kolei koszycko–bogumińskiej mieszczanie oprotestowali planowaną budowę dworca w centrum, gdyż te jeżdżące po torach „monstra” buchające parą mogłyby wystraszyć pasące się krowy. Tradycyjne stroje paradne tutejszych mieszkańców – czyli „Jacków” są bardzo bogate, szamerowane srebrem, a strój męski jest podobny do munduru węgierskich huzarów. Obecnie Jabłonków jest znany z organizacji corocznego „Gorola” czyli imprezy folklorystycznej.

Z miasta wyjechaliśmy bocznymi dróżkami w stronę Mostów czyli ostatniej wioski przed granicą czesko-słowacką. Trasa obfitowała we wspaniałe widoki na całą dolinę Olzy otoczoną beskidzkimi gróniami. Tak jadąc i chłonąc te wszystkie wspaniałości natury dojechaliśmy do mety dzisiejszej wyprawy – gospody na Kamieńcu w Łomnej, gdzie podsumowaliśmy dzisiejszą udaną pod każdym względem wycieczkę.

Pozostał nam jeszcze powrót do Cieszyna. Część uczestników wróciła pociągiem, ja z kilkoma ondraszkami jednak wybrałem rower i moja pętla zamknęła się po przebyciu 75 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zielonoświątkowa jajecznica z Ondraszkiem

08.06.2014

Kiedy w kalendarzu nastają Zielone Święta i w kościołach obchodzi się uroczystości Zesłania Ducha Św. to niechybny znak aby usmażyć jajecznicę w plenerze. Tradycja ta ginie w mroku dziejów Śląska Cieszyńskiego, jak również i naszego klubu, gdyż „od zawsze” Ondraszki pichciły rzeczoną zielonoświątkową jajecznicę pod chmurką. Tradycją się też stało, że imprezę tą przygotowuje Władek „Kropelka”. Tym razem też nie było inaczej. Na cieszyńskim rynku pod bezchmurnym niebem i prognozą na ponad 30°C w cieniu zebrało się ok. 30 rowerzystów gotowych zmierzyć się z każdą trasą, aby delektować się na mecie kulinarnymi specjałami. Najmłodszy uczestnik - kilkuletni wnuczek „Druhny” i „Długiego” przyjechał na dziecinnym rowerku!

Po powitaniach i przedstawieniu atrakcji trasy w akompaniamencie dzwonków, trąbek i inszych hałasujących gadżetów zrobiliśmy rundę honorową wokół rynku i ruszyliśmy przez most pod zamkiem na drugą stronę Olzy. Nasza trasa właściwe cały czas wiodła wzdłuż rzeki, aż do miejscowości Wielkie Łąki. Tutaj prowadzący wskazał spory wodospad - jaz na rzece i powiedział, że na drugą stronę musimy się przedostać… wpław. Faktycznie do najbliższego mostu było jeszcze dobre parę kilometrów, a woda tutaj nie wyglądała na szczególnie głęboką. Nie wszyscy jednak uwierzyli w swoje siły i pojechali dalej w poszukiwaniu przeprawy suchą nogą. Zdecydowana większość jednak skorzystała z tej niespodziewanej atrakcji więc brodząc po kolana w wodzie i podpierając się rowerem przeczłapała na drugą stronę przekraczając przy okazji granicę państwową wyznaczoną pośrodku rzeki. I pomyśleć, że były w nieodległej przeszłości czasy, w których taka przeprawa mogła się zakończyć pościgiem WOPistów i sporymi kłopotami z aresztem włącznie!

Na polskim brzegu wjechaliśmy dosłownie w nabrzeżną dżunglę. Splątane z sobą gałęzie drzew i krzaków stanowiły jednolitą zieloną ścianę w której ledwo widoczna była wąziutka ścieżka. Spory kawał przeszliśmy pieszo do miejsca, gdzie ścieżka na tyle się rozszerzyła, że dało się jechać. Między drzewami malowniczo połyskiwały tafle stawów Koła Wędkarskiego w Pogwizdowie. I znów historyczna dygresja. Gdy w 1920 roku podzielono Śląsk Cieszyński granicą, przez całe lata gospodarze z miejscowości Łąki leżącej teraz po stronie Czech dojeżdżali do swoich pól leżących po drugiej granicy również przez wodę, na podstawie specjalnej przepustki gospodarczej. Działo się to właśnie w tej okolicy.

Na bitą drogę wyjechaliśmy w centrum Pogwizdowa, skąd nigdzie już nie zbaczając dotarliśmy do mety ulokowanej w miejscu organizacji festynów będącym pod opieką miejscowej OSP Boguszowice. Szybko uporaliśmy się z organizacyjną stroną kucharzenia i już wkrótce w wielkiej brytfannie radośnie skwierczały skwarki energicznie mieszane wielką chochlą przez tegorocznego Mistrza ceremonii Leszka „Wędrowniczka”. Panie w tym czasie pracowicie roztłukły 201 sztuk jajek co po połączeniu niebawem dało bardzo smakowicie drażniący nasze podniebienia zapaszek. Na sygnał „gooootowe!!!” migiem ustawiła się kolejka „głodomorów”, a Mistrz sprawiedliwie obdzielił wszystkich smakowitą zawartością brytfanny. Trzeba dodać, że na metę w międzyczasie przybyło kilku dodatkowych Ondraszków i sympatyków w tym „Paparazii” oraz dawno nie widziany Jurek Pilch z rodziną.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu ubiegłoroczny król strzelców „Gwarek” zajął się organizacją zawodów strzeleckich o „Przechodnią Patelnię Ondraszka”. Rozegraliśmy też kilka innych konkursów „z jajem”. Po zaciętej rywalizacji i kilku dogrywkach ostatecznie miejsca na podium zajęli: Tegorocznym królem strzelców został Jarek ”Bystry”, który ostatecznie zwyciężył po dogrywce z Ryśkiem ”Długim” (obaj po 27 pkt/30 możliwych). W konkurencji „slalom z jajem” w kategorii pań zwyciężyła Lenka z Czech przed Alicją „Alapala” oraz Pauliną Pilch, w kategorii panów zwyciężył Leszek ”Rewor”, a za nim uplasowali się Zbyszek „Rechtór” oraz Jarek „Bystry”.

W konkursie wbijania gwoździ w kategorii pań profesjonalizmem wykazała się Jasia „Afi” i dalej kolejno Alicja „Alapala” oraz Lenka z Czech a w kategorii panów dopiero dogrywka wyłoniła najlepszych i ostatecznie zwyciężył Piotr ‘Paparazzi”, i dalej Jurek Pilch oraz Andrzej „Rogulka”. W koronnej konkurencji „rzucania jajem w parach” niepokonany został duet Andrzejów: „Długodystanowca” oraz „Rogulki”.

Wymienieni otrzymali nagrody rzeczowe, a wszyscy razem podziękowali brawami Władkowi „Kropelce” za oryginalną trasę, a pani H. Lincer za przygotowanie mety. Słońce nadal prażyło niemiłosiernie, więc choć nasz trasa liczyła raptem nieco ponad 20 km to i tak zmieniła niektórych uczestników w „czerwonoskórych”. Bez wyjątku dzisiejszą wycieczkę na pewno zaliczymy dzisiejszą wyprawę do bardzo udanych.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wędrowanie Wędrowniczka

09.06.2014 - 28.06.2014

Postanowiłem podzielić się z Ondraszkami i sympatykami klubu moją wycieczką po Polsce. Ta eskapada, która odbyła się w 2014 roku była kontynuacją rozpoczętego w roku 2013 rajdu wokół Polski.

Etap 1

Dzień1

Dzień 9 czerwca, to początek podróży, razem z naszym klubowym kolegą, Januszem Woszczyńskim, postanowiliśmy na zlot przodownicki do Podlesic jechać na rowerach. Jednak wydłużyliśmy nieco trasę i odwiedziliśmy po drodze kilkanaście miejscowości, w tym: Strumień, Pszczynę, Oświęcim, Trzebinię, oraz Olkusz. To był nasz pierwszy dzień, dla mnie najcięższy, ponieważ miałem nieprzyjemny ból mięśni wywołany niedoborem magnezu. Jednak po wzięciu dużej dawki magnezu byłem w stanie jechać dalej. W nocy dotarliśmy do Olkusza, gdzie mieliśmy problem z noclegiem. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w hoteliku portowym przy hali widowiskowo-sportowej. Pierwsze 130 km już było za nami. Oczywiście nie obyło się bez awarii, złamała się aluminiowa podkładka w stopce, odtąd potrzebowałem ściany by móc postawić rower.

Dzień 2

Z samego rana wyruszyliśmy w drogę. Przejechaliśmy przez Rabsztyn, Wolbrom, Pińczów, Książ Wielki i Chmielnik. Nocleg mieliśmy w starym drewnianym domku, we wsi Piasek (gmina Gnojno), u mojej znajomej, Haliny Mahul (pisarki, przewodniczki, miłośniczki gór i ziemi kieleckiej).

Dzień 3

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Pierwszym odwiedzonym przez nas miastem był Szydłów. To przepiękne miasto ma wspaniale zachowane mury obronne, bramy wjazdowe, synagogę żydowską, ruiny zamku królewskiego wybudowanego przez Kazimierza Wielkiego. Z Szydłowa nasza trasa wiodła do Rakowa, kolebki Arian polskich, gdzie obejrzeliśmy dom wójta, zabytkowy rynek, który akurat był w remoncie oraz inne ciekawe zabytki związane z Arianami. Z Rakowa pojechaliśmy do Ujazdu, aby zwiedzić ruiny wielkiego zamku Krzyżtopór. Nocleg wypadł nam w miasteczku Łagowa, w schronisku młodzieżowym. Tego dnia przejechaliśmy jedynie 100 km, bo dużo zwiedzaliśmy.

Dzień 4

Z Łagowa wyruszyliśmy do Kielc. Po zwiedzeniu pałacu biskupiego i innych interesujących nas miejsc, pojechaliśmy do Chęcin. Zwiedzanie miasta zajęło nam trochę czasu, zamek dumnie się prezentował, rynek akurat był w remoncie. Z Chęcin wróciliśmy do Kielc i na tzw. Żeromszczyznę, gdzie w Ciekotach, niedaleko dworku Żeromskiego, mieliśmy nocleg u znajomej Janusza. Następnego dnia ruszyliśmy do Podlesic. Przejechaliśmy 135 km i był to koniec pierwszego etapu eskapady.

Etap 2

Podlesice przywitały nas deszczem. Jak już przestało padać wzięliśmy się za rozbijanie namiotów. Spotkaliśmy kolegów, którzy przyjechali na kurs przodownicki: Ziołowego i Maratończyka, obecny był także Paparazzi, który przyjechał do Podlesic na rowerze, ale wybrał krótszą trasę i zajęła mu ona jeden dzień.

W Polesicach zabawiłem do niedzieli, udało mi się naprawić rower, kupić dodatkowe sakwy oraz zwiedzić kilka zamków: Ogrodzieniec, Bobolice, Mirów i Zawiercie. W niedzielę rano po pożegnaniu z kolegami wyruszyłem w dalszą drogę. Odwiedziłem Żarki, Poraj, zamek w Olsztynie, Częstochowę. Kiedy dojechałem do Działoszyc postanowiłem pozostać tam na noc, jednak miałem problem ze znalezieniem taniego noclegu, był jedynie hotel za 120 zł za dobę, dlatego przespałem się na dziko na polu obok niewielkiego zagajnika blisko drogi. Kolacja była przygotowana błyskawicznie: kawa, makaron i pulpeciki. Była to niemalże podstawa mojej diety na tej wyprawie. Nocą słychać było lisy i pohukiwania sów, a nad ranem ptaki dały wspaniały koncert.

Rano pojechałem w kierunku Kalisza, gdzie planowałem zostać przez kolejną noc. Po drodze odwiedziłem Wieluń, Złoczew, Błaszki. W Błaszkach zjadłem wspaniałe flaki, jakie zafundowała mi właścicielka baru. Okazało się, że jej ojciec przed wojną służył w wojsku w Cieszynie. Do Kalisza przyjechałem o godzinie 18. Po raz kolejny napotkałem na problem z noclegiem. Na samym wjeździe był hotel PTTK, niestety ceny były za wysokie, więc podziękowałem i wyruszyłem na poszukiwanie czegoś w bardziej przystępnej cenie. Po drodze oglądałem co ciekawsze miejsca. Zapytałem pewnej starszej pani, czy nie wie, gdzie w Kaliszu znajduje się jakieś pole namiotowe. Powiedziała, że nie zna takiego miejsca, ale zaproponowała, że udostępni mi swoje mieszkanie, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Zapytałem, czy się nie obawia niczego, usłyszałem, że w jej wieku ona już się nie boi, a z oczu mi dobrze patrzy. Tak oto, na waleta, przenocowałem w Kaliszu. Wykąpałem się, wyprałem ubrania, za nocleg napompowałem mojej gospodyni koła w rowerze.

Rano pojechałem jeszcze zobaczyć prastary gród Piastów, duży cmentarz wojenny żołnierzy armii radzieckiej, zabytkowy kościół i ratusz miejski. Później dojechałem do miejscowości Gołuchów, gdzie zwiedziłem zamek i pojechałem dalej przez Pleszew, Gizałki, Pyzdry, gdzie obejrzałem miejsce, w którym stał jeden z największych niegdyś polskich zamków nad Wartą. Dojechałem ostatecznie do Wrześni, gdzie pole namiotowe jeszcze nie było czynne. Kierowca taksówki poinformował mnie, że niedaleko, we wsi Nowy Folwark, jest stadnina koni i niedrogie noclegi. Po przejechaniu 128 km nocowałem w poleconym mi miejscu.

Kolejnego dnia rano pojechałem w dalszą drogę, zwiedziłem Gniezno, Ostrów Lednicki i Poznań. By zwiedzić go potrzebowałbym kilku dni, niestety musiałem zadowolić się obejrzeniem ratusza na rynku, który jest perłą architektury, zamku cesarza Wilhelma i paru kościołów, zamek piastowski był niestety nieczynny.

Z Poznania skierowałem się na Oborniki, gdzie dojechałem po przejechaniu 130 km. Wieczorem zakwaterowałem się w hostelu, pozwiedzałem trochę miasteczko i zjadłem kolację.

Rano ruszyłem w dalszą drogę. W miejscowości Huty zostałem zaproszony na śniadanie, przez bardzo miłych właścicieli przydrożnego zajazdu i sklepu. Państwo ci, pasjonaci starych samochodów, jak Sami powiedzieli, mają w rodzinie zapalonego rowerzystę. Później, w Trzcince, obejrzałem procesję. W Wałczu natomiast, kiedy siedziałem na ławce na rynku i jadłem, zorientowałem się, że nie mam swojego paska, w którym miałem wszystkie dokumenty, portfel i aparat. Przestraszyłem się, że to koniec mojej podróży. Zacząłem zastanawiać się, gdzie go mogłem położyć, gdzie robiłem ostatnie zdjęcia, itd. Już miałem wsiadać na rower i szukać zguby, patrzę, a mój pas wisi sobie jak gdyby nigdy nic, na moich podnóżkach od roweru, które wiozłem na sakwach. Ulżyło mi, poprawił mi się humor do tego stopnia, że mimo ulewy i zimnego wiatru dojechałem jeszcze tego samego dnia do Kalisza Pomorskiego. Tam, dzięki życzliwości właścicieli Centrum Ekologii Stosowanej i Turystyki, mogłem przenocować. Nie w pokoju, ale na tapczanie w holu hotelu, który na czas święta był nieczynny. Tego dnia pokonałem 137 km.

Z samego rana, pomimo deszczu, wyruszyłem na zachód, do Szczecina. Po drodze zwiedziłem Pezino i stary zamek Jonitów, Starogard Szczeciński z kościołem powołania Najświętszej Marii Panny Królowej Świata, zabytkowym rynkiem i murami obronnymi. W Szczecinie byłem umówiony z naszymi przyjaciółmi - Kazikiem i Małgosią Holisz. Po drodze spotkałem rowerzystów z Niemiec, jechali oni na wschód szlakiem R10 do Petersburga w Rosji. Szczecin powitał mnie słońcem. Odszukałem schronisko młodzieżowe, gdzie Małgosia zarezerwowała dla nas nocleg. Kazik z Małgosią dojechali wieczorem. Rankiem udaliśmy się w dalszy etap, teraz już wspólnej, podróży szlakiem polskich latarń morskich.

Etap 3

Pierwszą większą miejscowością na naszej trasie był Goleniów, skąd skrajem puszczy Goleniowskiej dojechaliśmy do Stępnicy. Tu zdarzyła się kolejna awaria, znowu była to szprycha, na szczęście Kazik posiadał klucz do zdejmowania zębatek, a ja miałem tam znajomych z poprzedniej wyprawy w 2013 roku i po dojechaniu do Stępniczki, w gospodarstwie pani sołtys, dokonaliśmy naprawy. Pani sołtys była bardzo zadowolona, że ich odwiedziłem. Po kawowym poczęstunku ruszyliśmy w stronę Wolina, gdzie dojechaliśmy mimo deszczu. W wiosce Wikingów zrobiliśmy sobie postój, wykorzystałem go na zwiedzenie skansenu, rozmowy z mieszkańcami osady, postrzelałem też trochę z łuku, wybiłem sobie monetę Mieszka I. Po tej krótkiej przerwie ruszyliśmy w stronę Świnoujścia. Na wyspę Uznam przepłynęliśmy promem, gdzie nocowaliśmy na campingu Relaks i znowu dopadł nas deszcz. Była to nasza pierwsza wspólna noc w jednym namiocie i to ze względów praktycznych i ekonomicznych.

Rankiem 22.06, promem przypłynęliśmy na wyspę Wolin i pojechaliśmy obok budowanego gazo-portu starej twierdzy do naszej pierwszej latarni morskiej. Następnie do Międzyzdrojów i Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie urokliwymi ścieżkami leśnymi, obok polodowcowych jeziorek, dojechaliśmy do Wisełki, gdzie stała latarnia morska. Ta jedną latarnię zapamiętamy na zawsze - jadąc przejechaliśmy obok niej, nie sprawdziliśmy na mapie, że ona znajduje się daleko od brzegu morza. Kazik aż na plażę po klifie zszedł, bo chciał sprawdzić czy jej stamtąd nie zobaczy, ale po wielu perypetiach i jeżdżeniu w kółko, ukazała nam sie w całej swojej okazałości na wysokim wzgórzu, pośród sosnowego lasu. Na miejscu zrobiliśmy sobie mały piknik ze wspaniałą kawką, którą uraczył nas Kazik. Po odpoczynku jechaliśmy dalej do Międzywodzia, Dziwnówka, Pobierowa i Trzęsacza, w którym obejrzeliśmy ruiny starego kościoła na skarpie wysokiego klifu Rewal, gdzie dokręciłem obluzowany pedał. Na nocleg dojechaliśmy do Niechorza. Nocowaliśmy pod latarnią morską na campingu Pomona.

Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku Trzebiatowa. Jest to jedno z niewielu miast w Polsce, gdzie zachowały sie stare mury obronne wokół miasta. Po krótkim zwiedzaniu, między innymi wieży słonia, dojechaliśmy do Mrzeżyna i dalej przez Dźwirzyno, Kołobrzeg, Ustronie Morskie, Sarbinowo, Mielno i Cieszyn. By te miejscowości odwiedzić nadłożyliśmy spory kawał drogi, ale opłacało się, poznaliśmy mieszkańców, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i ruszyliśmy do Koszalina. Nocleg zorganizowaliśmy sobie w gospodarstwie agroturystycznym w Nieklonicach.

Następnego dnia, przez Kładno, Dąbki, Darłowo, Jarosławiec i Ustkę, dojechaliśmy do Wytowna. Stąd, rankiem 25.06, ruszyliśmy przez miejscowości położone na obrzeżach Słowińskiego Parku Narodowego: Gardną Wielką, Objazdę, Główczyce i Smołdzino. Odwiedziliśmy latarnię morską w Czołpinie, skąd rozpościerał sie widok na cały Park Narodowy, ruchome wydmy, jezioro Łebsko, Morze Bałtyckie aż po horyzont i latarnię morską Stilo, która to była jeszcze w ten sam dzień celem naszej jazdy, ale by tam dojechać odwiedziliśmy jeszcze Wicko. Do Stilo prowadziły dość strome podjazdy, były miejsca, gdzie prowadziłem rower. Na miejsce dojechaliśmy tuż przed zachodem słońca. Jest to chyba ostatnie miejsce, gdzie nie ma deptaka z setkami turystów. Jest wspaniała cisza i szumiący sosnowy las. Na drogowskazie z nazwą miejscowości znajduje się napis „Stilo – koniec świata”. Namioty rozbiliśmy obok mini piwiarni i smażalni ryb. To była chyba moja najzimniejsza noc.

Rankiem, 26.06, ruszyliśmy w dalszą drogę szlakiem latarń morskich. Na ten dzień w planie były latarnia w Rozewiu, Jastarni i na Helu. Jechaliśmy tam przez Sasino, Żelazno, Wierzchocino, Żarnowiec, Karwie, następnie z Rozewia przez Władysławowo na Hel, gdzie zdążyliśmy jeszcze przed zamknięciem latarni morskiej. A od miłej pani latarnik (są trzy panie, które w Polsce mają taką służbę) dostaliśmy pieczątki do książeczek. W drodze powrotnej skorzystaliśmy z przejazdu koleją. Pora była późna, a chcieliśmy spędzić noc we Władysławowie. Nocowaliśmy w przyzwoitych warunkach, w fajnym, niedrogim pensjonacie.

Następnego ranka czekała nas jazda przez Puck, nasze miasto partnerskie. W Gdyni zdarzyła się kolejna już awaria. Tym razem zrobiłem dziurę w dętce. Dalej jechaliśmy przez Sopot i Gdańsk, promem przepłynęliśmy do Wisłoujścia i dalej pojechaliśmy na Westerplatte i do latarni w porcie północnym.

Na nocleg dojechaliśmy na wyspę Sobieszewską, gdzie mieliśmy nasz wspólny ostatni nocleg przed dotarciem do krynicy morskiej. Tam znajdował się ostateczny cel naszej wspólnej wycieczki - ostatnia latarnia na polskim wybrzeżu. Dojechaliśmy do niej przez Mikoszewo obok obozu muzeum Stutthof w Krynicy Morskiej. Tam nasze drogi rozeszły się gdyż moim towarzyszom podróży niestety kończył sie urlop i musieli jeszcze w ten sam dzień nocą wracać do domu. Ja natomiast ruszyłem dalej na szlak by dojechać aż do Czerwińska skąd ruszyłem na szlak rajdu odznaki Wielkiej Wojny, ale to już będzie następna opowieść.

Leszek Szurman - Wędrowniczek
Galeria
54. Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK

14.06.2014 - 21.06.2014

W samym sercu Jury Krakowsko–Częstochowskiej u podnóża góry Zborów w miejscowości Podlesice odbył się kolejny zlot przodownicki - chyba najbardziej oczekiwane przez wszystkich turystów-kolarzy spotkanie. Jak pamiętamy od kilku lat wstecz organizator zlotu nie ujawnia się wcześniej, i tym razem nie było inaczej. Przewodniczący Komisji Kolarskiej ZGPTTK W. Wieczorkowski oświadczył, że organizator – Oddział PTTK Zawiercie podjął się tego zadania dosłownie w ostatnim momencie, mimo tego efekt był naprawdę imponujący. Rzadko też bywa, że dowodzenia zlotem podjęła się płeć piękna. Komandor wraz z ekipą zrobiła wszystko, aby ok. 350 uczestników nabrało bagażu pozytywnych doświadczeń. Ilość uczestników była nieco mniejsza niż ostatnio – pewnie z powodu organizacji tej imprezy w 2010r. w niedalekim Myszkowie. Nasza ekipa pobiła jednak własny rekord - Ondraszków pojawiło się tutaj aż 19, Beskidzioków z Zaolzia było też aż 8, a dodatkowo nasi klubowicze A. Warpechowski ”Długodystanowiec” oraz A. Nowak ”Ziołowy” podjęli trud udziału w prowadzonym tutaj kursie na uprawnienia przodowników turystyki kolarskiej.

Bazę zlotową zorganizowano przy Zajeździe Jurajskim ze świetnym zapleczem, więc mieszkańcy namiotów mieli dostęp do wszelkich campingowych wygód. Większość uczestników ulokowana była na kwaterach w pobliskich Podlesicach, co niestety nie sprzyjało obozowej integracji.

Organizatorzy zadbali o dostarczenie niezbędnych informacji. Uczestnicy otrzymali specjalnie wydrukowane profesjonalne mapy z trasami na każdy dzień. Każdorazowo dwie z tras były pilotowane i te oczywiście cieszyły się największą frekwencją. Nasza grupka (codziennie w innej konfiguracji) w większości preferowała własne wariacje na ten temat. Nie byliśmy w tym osamotnieni, gdyż przez cały tydzień w różnych, czasem dziwnych miejscach można było spotkać zlotowiczów przemieszczających się na rowerach we wszystkich możliwych kierunkach.

W czasie trwania imprezy odwiedziliśmy chyba wszystkie ciekawsze miejscowości w okolicy jak np. Zawiercie, Szczekociny, Siewierz, Pilicę, wędrowaliśmy szlakiem zamków jurajskich zwiedzając Morsko, Ogrodzieniec, Mirów, Bobolice i Smoleń, byliśmy też na najwyższym punkcie w okolicy (w rezerwacie Góry Zborów) i odpowiednio najniższym (w jaskini Głębokiej).

W przerwach między rowerowymi peregrynacjami też się dużo działo w zlotowym miasteczku: konkursy sprawnościowe, ciekawe prelekcje tematycznie związane z Jurą, pokazy sprawności grupy GOPR, ogniska z gitarą i śpiewami oraz wieczorne pląsy. Kto chciał w tym wszystkim uczestniczyć pewnie wyspał się dopiero w domu. Do tego należy dodać „nocne Polaków rozmowy”, które odbywały się co wieczór w różnych miejscach zlotowego miasteczka.

Warto również odnotować, że oficjalne otwarcie zlotu odbyło się w Zawierciu-Skarżycach, gdzie po mszy świętej w intencji zlotowiczów, w której uczestniczył między innymi ksiądz z Kenii (!), na terenie miejscowego OSP przygotowano oryginalne danie nazwane prażonkami (u nas nazywają to dymfoki) przygotowane w ogromnym garze nad ogniskiem. Podobno było tego ponad 300 porcji!

Dodać należy, że zadbano też o zapewnienie pogody, gdyż codziennie witało nas słońce. Peleryna przydała się dopiero w ostatnim dniu, a i to na krótko. Ekipa korzystająca z namiotów mogłaby jeszcze dodać, że noce były wyjątkowo zimne i do spania raczej trzeba było się ubierać niż rozbierać. Kto miał wykupione podłączenie prądu mógł się dogrzewać piecykiem elektrycznym, reszta musiała wybierać raczej tradycyjne metody.

Tym sposobem czas mijał szybko więc ani się nie obejrzeliśmy i rajd dobiegł końca. Na pożegnalnym spotkaniu organizatorom gorąco podziękowano za udany rajd, a PTTS i Ondraszki poparły to przekazaniem drobnych upominków. Ogłoszono również wyniki egzaminów przodownickich - wszyscy zdali i tym sposobem nasza kadra klubowa wzbogaciła się o dwóch przodowników. Mimo, że znów trzeba czekać cały rok do następnego spotkania jest też i dobra wiadomość: wiemy-gdzie się to zdarzy - na Kaszubach i już zaczynamy tęsknić.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XIII Rajd do źródła Olzy

28.06.2014

Organizacja tej imprezy stała się już tradycją w naszych wspólnych kontaktach z przyjaciółmi zza Olzy. Oparte o dotychczasowe doświadczenia przygotowania potwierdziły profesjonalizm naszego działania. W miejscu startu - w lasku miejskim w Jabłonkowie sekretariat złożony z Bolka Fukały i Zdzicha Fierli sprawnie pracował rejestrując uczestników i wydając świadczenia, dzięki wcześniejszym uzgodnieniom pana Zygmunt Stopy funkcjonariusze Straży Miejskiej oczekiwali na sygnał startu, a J. Stirba przy moim skromnym udziale przypomnieli wszystkim zasady udziału i czekające atrakcje. W. Kristen w imieniu organizatorów powitał pana Gawlasa - senatora RCZ, który swoją obecnością uświetnił start wyprawy i został obdarowany okazjonalnym dyplomem.

Po okazjonalnych przemówieniach i powitaniach spory ponad 60-osobowy peleton pilotowany przez radiowóz ruszył w drogę. Niebawem przez Piosek dojechaliśmy do Bukowca, gdzie przekroczyliśmy rzekę Olzę a przy okazji też i granicę państwową. Korzystając z odpoczynku przypomniałem historię organizacji pierwszego rajdu, w którym aby granicę przekroczyć w tym miejscu należało uzyskać zgodę Najwyższych Czynników. Świetną asfaltową ścieżką wzdłuż Olzy pojechaliśmy w kierunku Istebnej a niewielkim utrudnieniem była tylko dość spora deniwelacja ale za to mieliśmy super widoki na meandrującą w dole rzekę i majestatyczne beskidzkie gronie nad nami.

Na skrzyżowaniu w Istebnej nastąpiła zapowiadana wcześniej zmiana planu - tym razem pojechaliśmy w kierunku centrum aby zwiedzić wystawę w Centrum Edukacji Ekologicznej. Wystawa w przystępny sposób w formie dioram, plansz i modeli przybliżała zwiedzającym zagadnienia związane z powstaniem Karpat i naszego Beskidu jego flory, fauny oraz występujących tutaj obecnie zagrożeń środowiska naturalnego. Dalej nasza trasa prowadziła przez centrum gminy i koło chaty Kawuloka. Droga była bardzo widowiskowa i zakończona ostrym zjazdem do poziomu rzeki. Teraz pozostało mozolne pięcie się w górę, ku źródłom. Warto odnotować, że blisko źródła w miejscu gdzie jeszcze w ubiegłym roku były głębokie wykopy powstał – i już funkcjonuje – zbiornik retencyjny Olza, połyskujący w słońcu taflą sporego jeziorka.

Ostatni odcinek pokonaliśmy na piechotę przy okazji pasąc się w borowinach i szukając grzybów. Stoki Gańczorki coraz szybciej i wyżej zarastają i bez przewodnika byłby problem trafić do źródła. Doświadczyła tego część naszej grupy, która poszła na własna rękę i się trochę pogubiła. W. Kristen - „Dobry duch” tego miejsca sprawił, że okolica źródła jest zagospodarowana i każdy może napić się wody tryskającej spod kamienia oznakowanego tablicą OLZA. Pieśni „Płyniesz Olzo”… i „Szumi jawor” zaśpiewane w tym miejscu i czasie nabrały zupełnie innego brzmienia…

Po napasieniu oczu pięknymi widokami pojechaliśmy na metę. Tradycyjnie była zorganizowana w Barze nad Olzą, gdzie właścicielka pani Kukuczka przygotowała wszystkim grillowane kiełbaski. Pokarmem dla duszy był w tym czasie mini koncert trzech młodych grajków na harmoniach-guzikówkach. Sekretarz gminy pani Teresa Laszowska w imieniu gminy Istebna powitała uczestników i przekazała ręcznie malowany puchar dla najliczniejszej grupy zorganizowanej. Puchar odebrał w imieniu ekipy PTTS-u Z. Fierla (24 Beskidzioków wobec 16 Ondraszków). Seniorem rajdu był pan Stanieczek z Kostkowic (Polska) a rajdowym juniorem był 6-latek Czech, który wraz z tatą całą trasę dzielnie pokonał na dziecinnym rowerku. Wymienieni odebrali piękne puchary ufundowane przez PZKO.

Rozegraliśmy również konkurs pod tytułem „Co wiesz o rzekach Ziemi Cieszyńskiej”. Specjalna nagroda trafiła do uczestnika, który przyjechał z najdalej położonej miejscowości. Był nim Tadeusz Piekarz reprezentant klubu kolarskiego „Catena” z Bytomia, który dodatkowo wykazał się imponującą wiedzą o Ziemi Cieszyńskiej zajmując w naszym konkursie III miejsce. Tutaj rajd się zakończył i wszyscy korzystając ze wspaniałej pogody już na własną rękę wracając kontynuowali dzisiejszą wycieczkę.

Rechtór-Zbyś
Galeria
V Śląski Maraton Rowerowy

29.06.2014

Maratony rowerowy to specyficzny rodzaj spędzenia czasu. Komisja Turystyki Kolarskiej „Sokół” Radlin organizuje cykliczne imprezy pod nazwą Śląski Maraton Rowerowy. W tym roku odbyła się już piąta (jubileuszowa) edycja tej imprezy na którą stawiło się około 150 kolarzy. Start i meta usytuowana była w Radlinie, a trasa wiodła przez Mszanę, Bąków, Ustroń, Cieszyn, Zebrzydowice, Gołkowice, Gorzyce, Tworków, Pszów i liczyła 150 km.

Na trasie były usytuowane punkty kontrolno-żywieniowe w Ustroniu, Zebrzydowicach i Tworkowie. By zaliczyć maraton należało się zmieścić w limicie czasowym, który wynosił 8 godzin. Nagrodą był puchar, certyfikat oraz wspólne zdjęcie. W niedzielę 29 czerwca 2014 roku wystartowałem w tym maratonie razem z Jankiem Stasikiem „ProszęJaCiebie”. Jazda była uciążliwa z uwagi na południowy silny wiatr, popołudniowy upał 30°C a także pagórkowaty teren. Pomimo, że dokuczały mi skurcze mięśni nóg to przejechałem trasę w czasie 6 godzin 34 minut. Janek umiejętnie rozłożył swoje siły i precyzyjnie zmieścił się w wyznaczonym limicie czasu. Należy dodać, że dla Janka był to już trzeci zaliczony maraton.

Wieczorem w miejscowym Domu Kultury odbyła się uroczystość podsumowanie imprezy oraz wręczenie nagród. Komandorem maratonu był Andrzej Włodarczyk, który niczym człowiek orkiestra perfekcyjnie dograł wszystkie sprawy. Na zakończenie chciałbym zachęcić wszystkich do udziału w tej wspaniałej imprezie. Jest na niej co prawda dokonywany precyzyjny pomiar czasu przejazdu każdego zawodnika, to jednak nie jest to wyścig, lecz walka z własnymi słabościami.

"Ziołowy"
Galeria
Wędrowanie Wędrowniczka - Szlakiem Wielkiej Wojny

29.06.2014 - 06.07.2014

Rankiem 29.06.2014 ruszyłem na Malbork przez Morąg, Przezmark i Dzierzgoń. Wyjechałem zaraz po pożegnaniu gospodarzy i w Morągu byłem o godzinie pierwszej. W czasie, gdy ludzie prawie szli do kościołów. Po krótkim zwiedzaniu miasta, kościoła, miejsca gdzie kiedyś stał zamek, i pałacu, w którym jest teraz muzeum, oraz zrobieniu kilku zdjęć ruszyłem na Przezmark. W Przezmarku zwiedziłem pozostałości zamku krzyżackiego, miałem także okazję poznać samego właściciela zamku. Więcej informacji o właścicielu możecie znaleźć tutaj.

Po dwóch godzinach pobytu na zamku, w tym zwiedzenia wieży zamkowej, ruszyłem do Dzieżgonia, gdzie obejrzałem pozostałości dawnego zamku. Następnie wybrałem się do Malborka. Miejscowi mówią że to największa kupa gliny w Polsce, ale ta wypalona glina świadczy o potędze zakonu, niegdyś go zamieszkującego, jego gospodarce i umiejętnościach politycznych. Na zamku spotkałem mojego kolegę, z którym pracowałem na kopalni, był tam na rowerze bo przyjechał z pobliskiego Elbląga, gdzie obecnie mieszka.

Następnego dnia ruszam znowu na południe by dojechać do Golubia, później do Dobrzynia, by po raz kolejny przejechać przez Kwidzyń, Grudziądz i Radzyń Chełmski. W Grudziądzu spotkałem rowerzystę z Niemiec - a dokładnie ze Stuttgartu - jechał do Rosji. W Golubiu zakończyłem szlak wielkiej wojny 1410 roku. Łącznie przejechałem tym szlakiem około 800 km z kawałkiem. Po drodze zwiedziłem piękny region polski, zobaczyłem potężne zamki, oraz poznałem fajnych i życzliwych ludzi. Dalej ruszyłem znowu na północ by w miejscowości Zambrowa na Żuławach wjechać na szlak rowerowy dookoła Polski, ale to już materiał na następną relacje.

Leszek Szurman - Wędrowniczek
Galeria
W krainie jezior - Finlandia

05.07.2014 - 19.07.2014

Pomysł wyprawy do tej zupełnie nieznanej dla nas krainy powstał w rozmowach z naszym webmasterem Adminem - A. Kłodowskim, specem od ondraszkowej strony internetowej. „Admin” swego czasu w ramach studenckiej wymiany wyjechał na studia do miejscowości Lappeenranta w Karelii Południowej i osiadł tu już na stałe. Pomysł godny realizacji – warto przecież zobaczyć kraj, gdzie powstaje klubowe „okno na świat”.

Po wielu konsultacjach i rozważaniach jak go zrealizować stanęło na tym, że samochodami dojedziemy do Estonii, natomiast Finlandię będziemy oglądać wyłącznie z wysokości rowerowego siodełka. Jak wiadomo nie jest to kraj tani dla turystów, a i pogoda bywa tam różnista, należało więc zabrać ze sobą prowiant, spanie i ubranie i to wszystko umieścić na rowerze. Takie wyprawy pamiętają chyba tylko najstarsze stażem Ondraszki. To wszystko miało też wpływ na frekwencję i ostatecznie na liście śmiałków pozostała tylko familia Pawlików: Afi, Rechtór, Alapala i Justyna.

Poczyniliśmy jeszcze jedno założenie, że program będziemy planować i realizować na bieżąco. Miało to tę zaletę, że nikt nigdzie na nas nie czekał i tylko od nas zależało co będziemy zwiedzać i gdzie w danym dniu będziemy rozbijać nasz dach nad głową. Wyruszyliśmy zatem 6.07.2014 w niedzielne południe, a dojazd podzieliliśmy na następujące odcinki: Cieszyn – Augustów, Augustów – Ryga (Łotwa), Ryga – Parnava (Estonia), Parnawa – Tallin.

Po drodze odwiedziliśmy Górę Krzyży w Szawlach na Litwie, zachwyciliśmy się Rygą pięknie położoną nad brzegiem Dźwiny, przejechaliśmy wzdłuż wybrzeża Zatoki Ryskiej z pięknymi i pustymi (mimo sezonu!) plażami, zwiedziliśmy piękne miasto Jelgawa – Mitawa onegdaj należące do Rzeczypospolitej, spacerowaliśmy po średniowiecznych uliczkach Tallina podziwiając wspaniałe budowle estońskiej stolicy. Tutaj też rozstaliśmy się na przeszło tydzień z autem i wczesnym rankiem 9.07.2014 wraz z objuczonymi rowerami zostaliśmy zaokrętowani na wielopokładowy estoński prom o nazwie „Super Star”.

Spacerkiem po Helsinkach

Po ok. dwóch godzinach rejsu przez Zatokę Fińską na horyzoncie ukazały się zabudowania Helsinek - stolicy Finlandii. Na początek, naszym zwyczajem, odszukaliśmy biuro informacji turystycznej. Wyszliśmy z niego zachwyceni, gdyż mnogość wszelakich publikacji, w tym map, robiła wrażenie. Następnym etapem było odszukanie campingu, który znajdował się kilkanaście kilometrów od centrum. Dojechaliśmy tam nie bez problemu, gdyż zagęszczenie ścieżek rowerowych czasem wręcz przeszkadzało. Jednak już po pierwszych kilometrach chrobotanie w tylnym kole mojego bicykla zwiastowało problemy.

Miejski camping „Rastilla” za jedyne 35 €/noc oferował wszystko co nam było potrzebne. Po rozbiciu namiotu już bez bagażu wróciliśmy do centrum, aby z bliska zobaczyć stolicę. Nasze wyobrażenie o Helsinkach należało mocno zweryfikować: choć mieszka tu 1,2 mln ludzi w niczym nie przypomina innych znanych nam stolic z drapaczami chmur. Istnieje nawet dowcip, że najwyższym budynkiem w Helsinkach jest… prom w czasie jego pobytu w porcie. Większość zabytkowych budowli powstała tutaj w XVIII w. za czasów imperialnej Rosji, kiedy ziemie te należały do Wielkiego Księstwa Finlandii pod berłem cara. Nadal łaskawym okiem spogląda na nie car Aleksander II z cokołu umieszczonego pośrodku centralnego placu pod monumentalną białą katedrą. Jest tutaj dużo zieleni i parków, a poza ścisłym centrum miasto jest zespołem luźno rozrzuconych dzielnic.

Po przeszło 60 km spędzonych na miejskich ścieżkach rowerowych wróciliśmy do bazy, przy czym stan mojego bicykla był już alarmujący. Jedyna rada to pomoc serwisu rowerowego, lecz mimo że pilnie go wypatrywałem nie udało mi się go znaleźć. Na szczęście w recepcji campingu wiedzieli gdzie go szukać i następnego ranka spotkałem się z sympatycznym serwisantem w jego warsztacie wypełnionym po sufit rowerami. To, że nie znał angielskiego ani ja fińskiego nie było problemem: pismo obrazkowe i gestykulacja przyniosła spodziewany efekt. Po kilku godzinach tylna piasta została naprawiona. Załadowaliśmy zatem cały majdan na rowery i w drogę.

Ruszamy w drogę

Nasza trasa prowadziła na wschód równolegle do wybrzeża Zatoki Fińskiej, po lokalnej drodze numer 170. Korzystając cały czas z wygodnej ścieżki rowerowej dojechaliśmy wieczorem do miejscowości Porvoo. Po rozstawieniu namiotu na campingu wróciliśmy do miasta, o którym wiele dobrego napisano w przewodniku. I faktycznie historyczne centrum wyglądało jakby czas zatrzymał się tutaj w miejscu. Urocze kolorowe niskie drewniane domki w zwartej zabudowie, brukowane wąskie zaułki i uliczki, malowniczo przerzucone mosty nad rzeką i górujący nad tym średniowieczny kościół. Miejsce magiczne!

W dniu następnym, nadal korzystając z rowerowej ścieżki, dojechaliśmy do Loviisy. To miasto miało również malowniczą drewnianą starówkę zbudowaną wzdłuż wcinającej się w ląd morskiej zatoki, lecz miało też i pizzerię poleconą nam przez panią, która z zainteresowaniem zagadnęła nas pod biurem informacji turystycznej. Porcja kebaba za 7,50 €/osobę wystarczyła nam na przygotowanie posiłku jeszcze w dniu następnym! I do tego ważna nauka – wszelkie sałatki, chleb oraz woda jest dodawana gratisowo w nielimitowanych ilościach do każdego zamówienia. Woda w dzbankach wyciągnięta wprost z lodówki była nieoceniona, gdyż od początku podróży (i jak się okazało aż do końca) było ekstremalnie gorąco, co nas oczywiście mocno zaskoczyło. A woda w Finlandii jest tak dobrej jakości, że można ja pić wprost z kranu. Odwiedziliśmy również fort zbudowany w XVI w przez Szwedów i raptem przenieśliśmy się kilka wieków wstecz. Akurat obywał się tutaj historyczny festyn i ludziska poprzebierani w stroje z epoki kręcili się między straganami. Ku naszemu zdziwieniu – słysząc nasze komentarze jakaś średniowieczna mieszczka pozdrowiła nas po polsku! Okazało się, że to polsko–fińskie małżeństwo wystawiło tutaj swój stragan z pamiątkami z epoki. Zapytałem ją wprost jak radzi sobie z językiem, gdyż fiński niestety nie przypomina żadnego innego ludzkiego języka, a mitem jest że jest podobny do węgierskiego. Odpowiedziała, że po 10 latach pobytu nadal się go uczy i tylko powszechna znajomość angielskiego przez tubylców ratuje wszelkiej maści turystów. Dodam, że wszelkie napisy, informacje i nazwy miejscowości są tutaj podawane w dwóch językach, lecz tym drugim jest… szwedzki, którym posługuje się duży odsetek Finów (około 5,6%). Kilka przykładów z języka fińskiego - proszę bardzo:

  • keskusta - centrum,
  • matka - podróż,
  • hyvää paivää - dzień dobry,
  • polkupyörä – rower,
  • leipa – chleb,
  • olut – piwo
  • puu – drzewo
  • kuu – księżyc lub miesiąc
  • muu – inny
  • suu – usta
  • hissi – winda
  • koti – dom
  • kotka - orzeł
Generalnie można się zakręcić. Można jeszcze dodać, że na określenie śniegu Finowie mają ponad 100 różnych słów – w końcu zima tu trwa pół roku, a śnieg śniegowi nierówny.

Nasze odkrycia

Tego wieczoru nie było campingu w pobliżu, więc nasz namiot stanął „na dziko” nad brzegiem uroczego jeziora. A że na tej szerokości geograficznej nawet o północy nie jest jeszcze ciemno więc mimo później pory był czas na przygotowanie biwaku i wieczorną kąpiel w jeziorze. Nawet i tutaj mieliśmy dostęp do WC przy niedalekiej plaży. Mocno zastanowiła nas dziwna konstrukcja wyglądająca jak polowa umywalnia składająca się z długich koryt z instalacją wodną oraz drewnianymi stelażami. Tajemnica wyjaśniła się następnego dnia – w niedzielę. Otóż lokalną tradycją niedzielnych poranków jest grupowe pranie dywanów, do czego właśnie stworzono te zmyślne konstrukcje. Mieszkańcy przyniesione dywany i chodniki zawzięcie szczotkowali na mokro, po czym wykręcali na wielkiej ręcznej wyżymaczce. Przy tym oczywiście miało miejsce komentowanie lokalnych wydarzeń. Sądząc po badawczych spojrzeniach też byliśmy tematem.

Następną ciekawą miejscowością było miasto portowe Kotka – czyli jak nazwa wskazuje po naszemu – Orzeł. Mimo iż samo miasteczko nie jest wielkie, to jest to największy po Helsinkach port, więc i ruch na ulicach jest spory. W automacie informacji turystycznej otrzymaliśmy mapę miasta i tak wyposażeni ruszyliśmy na jego eksplorację. Odwiedziliśmy portowe nabrzeże z historycznym lodołamaczem wybudowanym jeszcze w carskiej Rosji (obecnie muzeum - najstarsza tego typu jednostka na świecie), piękne centrum z parkiem, fontanną i drzewem rosnącym w ogromnej doniczce, a także wodny ogród Sapokka. Ten ostatni ze względu na niemiłosierny upał szczególnie nas ucieszył. Już na wyjeździe wpadliśmy wprost na samotnego turystę-kolarza z Rosji, który już kończył swą rowerową przygodę w Finlandii. Po wymianie doświadczeń i pamiątek ruszyliśmy dalej do nieodległej Haminy.

Namiot rozstawiliśmy na campingu nad brzegiem morza. Odnotować należy, że coraz częściej było słychać język rosyjski. Sąsiad z którym przyjemnie gawędziłem (i jak się okazało ma polskie korzenie) był np. aktorem teatru z Sankt Petersburga.

Na królewskiej drodze

Następnego dnia specjalnie nadłożyliśmy drogi, aby zobaczyć Haminę czyli miasto-garnizon. Wybudowane wedle kanonów XVIII w. sztuki obronnej, zostało otoczone doskonale zachowanymi bastionami artyleryjskimi, zbudowanymi na planie regularnej gwiazdy. Pośrodku znajduje się rynek z ratuszem i ulice rozchodzą się od niego promieniście we wszystkich kierunkach. W 1783r. zawarto tutaj traktat pokojowy w konflikcie między Szwecją a Rosją, i ta historia nieco łączy Haminę z Cieszynem, bo Cieszyn mniej więcej w tym samym czasie był również miejscem zawarcia podobnego traktatu. Część fortyfikacji służy armii po dziś. Tradycje woskowe podtrzymuje szkoła oficerska oraz muzeum. Niestety był poniedziałek, więc udało się nam wejść tylko do luterańskiego kościoła, lecz za to w towarzystwie pani przewodnik, a także zobaczyć udostępnione forteczne umocnienia.

Następne kilkadziesiąt kilometrów pokonaliśmy korzystając z „drogi królewskiej”. Obecnie jest lokalna dość wąska asfaltowa droga, ale dawniej był to bardzo ważny trakt kupiecki i pocztowy łączący wschód (Wyborg) z zachodem (Turku). Droga wiła się malowniczo wspinając się na kolejne nawet całkiem strome pagórki, tym samym przyszło nam zweryfikować nasze wyobrażenie o „płaskiej” Finlandii.

Ponadto jechaliśmy przeważnie w lesie dającym przyjemny cień oraz sosnowo-poziomkowy zapach. Poziomki i grzyby rosły tu wszędzie nawet w przydrożnych rowach. Z rzadka spotykaliśmy wioski, które i tak wyglądały na całkiem wyludnione. Wieczorem dojechaliśmy do campingu w Virolahti. Był malowniczo położony kilka kilometrów od drogi, nad głęboko wciętą morską zatoką i według naszej opinii najlepszy z dotychczas spotkanych. Byliśmy tutaj prawie sami, a cisza i spokój być może są związane z brakiem informacji przy drodze głównej. Kto nie wiedział po prostu nie trafił. Skorzystaliśmy z dobrze wyposażonej kuchni, a poranną kawę celebrowaliśmy na tarasie sauny z widokiem na zatokę.

Wertując materiały informacyjne dowiedziałem się, że opodal przebiega „Salpalinja” co warto było zobaczyć. Fortyfikacje Salpa zostały zbudowane przez Finów po przegranej Wojnie Zimowej 1939-1940r., kiedy ZSRR „połknęło” cały region Wyborga przesuwając na zachód swoją granicę. Linia została wybudowana wielkim nakładem sił i środków dla ochrony nowo wytyczonej granicy. Ostatecznie jednak nie została wykorzystana i teraz jest tylko atrakcją turystyczną. Teraz skręciliśmy na północ i stopniowo oddalając się od wybrzeża dojechaliśmy do miejscowości Hamikkääla, gdzie znajdowała się jedna z pozycji ryglowych fortyfikacji. Wykute w litej skale bunkry i transzeje, zapory przeciwczołgowe z granitowych bloków i zasieki z kolczastego drutu. To wszystko można było zobaczyć ukryte w lesie i to w stanie jakby przed chwilą opuściła je załoga. Penetracja tego wszystkiego zajęła trochę czasu, lecz do miasta Lappeenranta, gdzie zamierzaliśmy dojechać nie było blisko. Obsługa miejscowego „Punahilkka” czyli Czerwony Kapturek (bar o takiej nazwie) zapewnił nas, że nie powinno być więcej niż 40 km. Ruszyliśmy zatem ostro naprzód a tu ku naszemu zdziwieniu asfalt się niebawem skończył i jechaliśmy ponad 20 km mocno pofałdowaną drogą gruntową przez lasy i pola. Zmachani dojechaliśmy w końcu późnym popołudniem do asfaltu, a tutaj stał drogowskaz z napisem „Lappeenranta 52km”. I co wtedy robią Ondraszki? Ondraszki wtedy robią kawę. Korzystając z własnych zapasów wody, przy kawie rozsiedliśmy się w przydrożnej altanie rozważając szanse dojechania do celu. W tym dniu padł rekord długości trasy na rowerze z bagażem (ponad 100 km), lecz jednak na camping w Lappeenrancie dojechaliśmy przed zmrokiem.

Tam gdzie powstaje klubowe okno na świat

Tego dnia pierwsze kroki skierowaliśmy do nowoczesnego budynku Uniwersytetu Technicznego, gdzie nasz „Admin” jest pracownikiem naukowym. Po przedarciu się przez plątaninę pięter i gąszczu korytarzy stanęliśmy w końcu przed właściwymi drzwiami a tu niestety… zamknięte!. Na szczęście w sąsiednim pomieszczeniu urzędowano i spotkanie umówiliśmy telefonicznie. Niebawem Adam przyjechał i oprowadził nas po swoim podwórku. Uczelnia jest dobrym przykładem fińskich inwestycji w naukę. Studenci rozważają problemy nie tylko teoretycznie, ale i mają możliwość praktycznego sprawdzenia pomysłów. Widzieliśmy np. symulator konia do trenowania jeźdźców, silnik na sprężone powietrze, samochodzik do zjazdu z górki i inne konstrukcje. I to wszystko powstało w uczelnianych warsztatach. Adam z kolei jest koordynatorem trzech poważnych projektów na zamówienie przemysłu i Fińskiej Akademii Nauk, które finansują badania. Spore wrażenie robi nowoczesny kompleks budynków uczelni wraz niezbędnymi dodatkami: uczelnianej sauny nad jeziorem oraz odrębnym zabytkowym budynkiem „imprezowni”.

Nadwątlone zwiedzaniem siły podreperowaliśmy w poleconej pizzerii. Hitem okazała się pizza w rozmiarze koła od wozu z tradycyjnym Fińskim nadzieniem z renifera. Przy okazji potwierdził się sposób serwowania poznany już w Haminie (z sałatkami gratis) - To działa! Popołudnie poświęciliśmy na rowerowe zwiedzanie Lappeenranty - stolicy regionu. Nazwa podobno oznacza dzikusa - kogoś nieokrzesanego. Wyjaśniałoby to rodowód rzeźby brodatego faceta z pałą w ręce, który zdobił pole namiotowe. Miasto choć pochodzi od dzikusa robi jednak przyjemne wrażenie. Pięknie położone nad brzegiem największego w Finlandii jeziora Saimaa liczy ok. 58 tys. mieszkańców, więc jak na tutejsze warunki to metropolia. Okwiecony bulwar Kaupakatu prowadzi do portu oraz wspaniale zachowanej twierdzy wybudowanej przez Rosjan w 1775r. Jest to kompleks historycznych budynków otoczonych kamienno-ziemnymi bastionami, które są siedzibą kilku muzeów. Warto zobaczyć m.in. muzeum kawalerii (byłem) czy muzeum Karelii Południowej (nie byłem). To ostanie przedstawia losy ziemi utraconej (czyli okolic obecnie rosyjskiego Wyborga), które Finowie traktują podobnie jak my utracone Kresy.

Opodal, nad brzegiem jeziora spotkaliśmy kolejną atrakcję regionu - rzeźby z piasku. Tematyka każdego roku się zmienia, w roku 2014 tematem przewodnim jest muzyka. Można było więc zobaczyć piaskowego Edisona – wynalazcę gramofonu, fińskiego kompozytora Sibeliusa, czy też misternie zrobione z piasku alegorie różnych muzycznych trendów i wydarzeń. Objechaliśmy dookoła port ze sporą mariną (spostrzeżenie: Tulli – to urząd celny), wstąpiliśmy też do dawnej cerkwi zbudowanej na planie krzyża (obecnie kościoła luterańskiego). Odwiedziliśmy stary cmentarz z dużą kwaterą wojskową oraz czymś na kształt ściany pamięci - w granicie wyryto tysiące nazwisk poległych w obu wojnach 1939-1944.

Wieczorem złożyliśmy wizytę u państwa Kłodowskich, którzy mieszkają we własnym ładnym drewnianym domku położonym w dość odległej dzielnicy nad jeziorem. Doprawdy nasza strona internetowa powstaje w uroczym miejscu. Na koniec miłego spotkania umówiliśmy się na wspólną rowerową wycieczkę do Imatry.

W stronę Imatry

W tej, dla nas ostatniej w czasie tej wycieczki na fińskiej ziemi rowerowej wyprawie udział wzięła również Magda – żona Adama. Nasze bicykle uwolnione od wleczonego co dzień bagażu rwały do przodu jak szalone. Prowadził Adam, który bywał tu wcześniej, więc jechaliśmy bocznymi drogami wzdłuż jeziora Saimaa, w idyllicznej wiejskiej scenerii i to w większej części rowerowymi ścieżkami. Imatra to nadgranicze miasto – (do rosyjskiego Svetogorska było tylko kilka kilometrów) jest znane z wyjątkowej atrakcji. Na rzece Vuoksi wybudowano w 1929r. elektrownię, dzięki czemu powstało duże jezioro zaporowe, z którego codziennie w ciągu wakacji jako turystyczna atrakcja jest spuszczana woda, a całemu widowisku towarzyszy odpowiednia muzyka. Zależnie od dnia tygodnia grana jest inna muzyka – w sumie trzy różne podkłady muzyczne. Tłumy ludzi zgromadzonych na moście i wzdłuż brzegów z zapartym tchem obserwowały jak rwące fale błyskawicznie zapełniają uprzednio całkiem suchy skalisty kanion.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze jedną budowlę hydrotechniczną. Jezioro Saimaa już w połowie XIX w. połączono Kanałem Saimaańskim z Wyborgiem i dalej z Zatoką Fińską. Ta, do dziś użytkowana droga wodna o długości 48 km jest wyposażona w system śluz, z których 3 obecnie są w Finlandii a 5 w Rosji. Zwiedziliśmy śluzę imienia długoletniego prezydenta Finlandii U.K. Kekkonena. Budowla robi wrażenie, gdyż różnica poziomów wody wynosi 12.4 m, a śluzowanie odbywa się automatycznie. Jest to śluza o największej różnica poziomów wody na trasie kanału. Położona opodal stara śluza obsługiwana była ręcznie teraz też stanowi turystyczną atrakcję. Na camping wróciliśmy wieczorem, po przejechaniu 112 km.

Powrót

Admin, na naszą prośbę, zarezerwował wcześniej bilety na prom - na wieczór dnia następnego. Do Helsinek planowaliśmy wrócić pociągiem. Lappeenranta ma kilka połączeń dziennie ze stolicą, więc przezornie pojechaliśmy nieco wcześniej na dworzec kupić bilety. Jakież było moje zdziwienie, gdy kasjerka oświadczyła, że w całym pociągu nie ma miejsca na 4 rowery, a tylko na 2. I co teraz? Okazało się, że we wcześniejszym pociągu też jest miejsce dla dwóch rowerów, problem polegał na tym, że odjeżdżał za niecałą godzinę! Postanowiliśmy zatem podzielić się na dwa zespoły. Alicja i Justyna pobiły rekord świata w pakowaniu na czas, lecz zdążyły! My – już na spokojnie pojechaliśmy następnym składem. Po drodze miałem czas przyglądnąć się specjalnemu przedziałowi dla rowerów. W podłodze wagonu wykonano odpowiednie wgłębienia tylko dla trzech rowerów, choć miejsca było na co najmniej pięć. No cóż, kolej się rządzi własnymi prawami. Jako ciekawostkę dodam, że np. pasażerowie z psami też mieli własny przedział.

Do Helsinek przyjechaliśmy punktualnie i teraz już w pełnym składzie pojechaliśmy na nabrzeże portowe, gdzie już czekał estoński prom. „Silja Europa” (bo tak się nazywał) miał aż 12 pokładów, a rejs był całonocny bowiem w Tallinie mieliśmy zejść o godzinie 830 następnego dnia. Jako, że bilet obejmował również rezerwację kabiny, więc pierwszy raz od naszego wyjazdu mieliśmy możliwość spać w pościeli. Nie bez problemów w labiryncie korytarzy odszukaliśmy właściwy numer kajuty, gdzie zrzuciliśmy bagaż i niezwłocznie udaliśmy się na pokład aby pożegnać się z gościnną, słoneczną i ciepłą Finlandią.

A tutaj kłębiły się dzikie tłumy. Niewielu było zainteresowanych tym co za burtą, bo w większości byli już ustawieni w kolejkach do rozlicznych bufetów z różnymi napojami. Zwiedziliśmy prom i okazało się, że większość miejsca zajmują sklepy, restauracje, bary i kasyna. Około północy wyszliśmy znów z naszej dziupli na pokład, aby zobaczyć zachód słońca. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że…. jesteśmy już w Tallinie! Pasażerowie na statku zajęci imprezowaniem jednak jakoś jednak nie wyglądali na zdziwionych. Rankiem przepchnęliśmy rowery między autami załadowanymi do granic możliwości pobrzękującym szkłem towarem i niebawem dojechaliśmy do miejsca, gdzie cierpliwie czekało na nas auto. Tym sposobem pętla rowerowej podróży się zamknęła. Teraz nastąpiła wielka akcja przepakowania bagażu i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną.

W Tallinie odwiedziliśmy jeszcze barokowy pałac Kardiorg w otoczeniu pięknego ogrodu wybudowany przez cara Piotra Wielkiego. Tego dnia przekroczyliśmy też granicę łotewską i mając jeszcze trochę czasu zboczyliśmy z drogi tranzytowej Via Baltica, aby zobaczyć atrakcyjne miejsca tego niewielkiego kraju. Odwiedziliśmy stolicę dawnego województwa wendeńskiego – Kieś (Cesis) ze starym zamczyskiem i kościołem św. Jana - drugim co do wielkości na Łotwie. Opodal Siguldy zwiedziliśmy średniowieczny zamek Turajda z widokiem na meandrującą w dolinie rzekę Gauja, obecnie jest to park narodowy.

Ostatni nocleg trafił się nam w agroturystyce w miejscowości Bauska, gdzie dojechaliśmy późnym wieczorem i namiot trzeba było rozstawiać przy świetle latarek. Następnego, niestety już ostatniego dnia pobytu w tych regionach Łotwy zwanych Kurlandią i Semigalią zwiedziliśmy barokowy pałac księcia Kurlandii Ernesta Jana Birona w miejscowości Rundale. Jest to jeden z najwspanialszych zabytków Łotwy mogących śmiało konkurować z Wersalem. Około południa wyruszyliśmy ostatecznie w stronę Litwy, którą przejechaliśmy tranzytem i już bez dłuższych postojów, po całonocnej podróży ok. 600 rano następnego dnia dotarliśmy do Cieszyna.

Ogółem samochodem przejechaliśmy ok. 3000 km, a rowerem ok 600 km. Mimo trudu wożenia na rowerach całego dobytku i codziennych biwakowych rytuałów nasza wyprawa była pełna pozytywnych wrażeń i pod tym względem byliśmy jednomyślni: Było warto!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wędrowanie Wędrowniczka - Rajd Dookoła Polski

06.07.2014 - 24.07.2014

Po zakończeniu rajdu szlakiem wielkiej wojny ponownie powróciłem ma Żuławy, by kontynuować rozpoczęty w 2013 rajd na odznakę wielkiego rajdu dookoła Polski. W 2013 roku po zakończeniu WTR w Gdańsku pojechałem wybrzeżem i zachodnią granicą do Cieszyna, zaliczyłem połowę trasy, w roku 2014 postanowiłem od Gdańska jechać wzdłuż naszej północnej, wschodniej i południowej granicy. Ten etap rozpocząłem od odwiedzenia wsi Zambrów, gdzie pewna życzliwa rodzina mnie ugościła. Nakarmili mnie, mogłem się wykąpać, a rankiem ruszyłem do Elbląga. Podjechałem do najniższej położonej polskiej miejscowości – Raczków Elbląskich – położonych 1,8m poniżej poziomu morza.

Do Elbląga przyjechałem o 900, zwiedziłem pobieżnie miasto oraz „nową starówkę” - bo ta przedwojenna została zniszczona, a w jej miejsce powstała nowa wedle starych planów. Obejrzałem miejsce, gdzie wcześniej stał zamek, który zniszczyli w dawnych czasach sami mieszkańcy grodu. Następnie ruszyłem w stronę Kadyn nową nie oddaną jeszcze dla ruchu samochodowego drogą. Droga malowniczo wiła się wśród lasów wysoczyzny Elbląskiej. Wzdłuż drogi widać było głębokie doliny na zmianę ze wzgórzami, aż miałem wrażenie że jestem w naszych górach.

W Kadynami obejrzałem wspaniały 700-letni dąb i zwiedziłem pałac Cesarza Wilhelma. W południe byłem już we Fromborku. Zwiedzanie wzgórza katedralnego, kościoła i obserwatorium, gdzie mistrz Mikołaj badał ruchy ciał niebieskich , zajęło mi może półtora godziny. Następnym etapem był dojazd do Braniewa, by na nocleg dojechać do Pieniężna. Noc spędziłem na chyba najtańszym polu namiotowym, bo właściciel chciał tylko 10 złotych. Maiłem tam okazje zrobić zdjęcie bobrowi.

Wczesnym ruszyłem w kierunku Ornety, po drodze zwiedziłem zamek krzyżacki i obejrzałem pomnik radzieckiego generała. Na pomniku można było zauważyć ślady ataku jakiegoś miejscowego wandala, który chciał go podpalić. Z Ornety ścieżką rowerową długości 26 km po dawnym nasypię zlikwidowanej kolejki pojechałem do Lidzbarku Warmińskiego. Niestety na tej ścieżce ktoś rozbił butelkę i szkło przebiło mi dętkę. Na szczęście miałem taki środek do klejenia w spreju i to załatwiło sprawę. Do Lidzbarku Warmińskiego wjechałem przez starą zabytkową bramę. Najpierw zwiedziłem zamek, później obejrzałem pałac biskupów, w końcu pojechałem w stronę Bisztynka.

W Bisztynku obejrzałem wielki głaz narzutowy, nie omieszkałem też się na niego wdrapać po podziwiać widok z góry. Dalej pojechałem do Reszla, gdzie miałem zamiar przenocować, okazała się jednak że takowego w tej mieścinie nie znajdę. W związku z tym, by nie tracić czasu, obejrzałem zamek oraz najstarszy średniowieczny most w Polsce - cały zbudowany z cegieł. W międzyczasie dowiedziałem się że w Świętej Lipce jest pole namiotowe. Udałem się tam i na miejsce o godzinie ósmej wieczorem. W domu pielgrzyma pozwolono mi rozbić namiot, spotkałem tam również rowerzystę z Piekar Śląskich. Okazało się że nawet już się kiedyś spotkaliśmy i on mnie rozpoznał. Spotkałem tam również młodego chłopaka, który pochodził z Jaworza. Rankiem obejrzałem kościół i ruszyłem w drogę na Gołdap.

Rankiem na polu namiotowym w Świętej Lipce, pogryziony przez komary ale wypoczęty, po tradycyjnym śniadaniu - pulpetach i kawką - ruszyłem dalej po Warmii i Mazurach w stronę Suwalszczyzny, a konkretnie chciałem dojechać do Gołdapi. Pierwszym tego dnia zwiedzanym obiektem był zamek w Kętrzynie, następnie odwiedziłem Wilczy Szaniec - kwaterę Adolfa Hitlera. Wielość tych wysadzonych bunkrów była imponująca. Następnie dojechałem do Węgorzewa, po drodze zaliczyłem kąpiel w jeziorze oraz zwiedziłem muzeum kolejnictwa. Z Bań Mazurskich droga do Węgorzewa była w fatalnym stanie, miejscami zrobiona z głazów narzutowych, czyli takie wielkie kocie łby. Do Gołdapi przyjechałem po 111 kilometrach bardzo zmęczony, bo upał był w tym dniu spory. Nocleg znalazłem w zajeździe Jurand – tam kąpiel, kolacja i spanie – zajazd polecam jest nie drogi i są miejsca na namioty, a właściciele są bardzo mili.

Rankiem 10.07.2014 wyruszyłem w dalszą drogę. Zaplanowałem zobaczyć największe w Polsce wiadukty kolejowe. Po drodze spotkałem rowerzystę z Niemiec, a dokładniej z Hanoweru – spał w lesie na dziko. Po drodze do Królewca na wiaduktach zjadłem jakieś tradycyjne ciasto ze zbożowych płatków i jagodziankę. Widoki były wspaniałe. W Żytkiejmach odwiedziłem dom polski, gdzie kierowniczka ogródka poczęstowała mnie herbatką, przy której porozmawialiśmy na temat Polaków na Zaolziu. By dojechać miejscowości Żytkiejmy jechałem przez puszczę Romnicką, odwiedziłem trójstyk Polsko-Rosyjsko-Litewski i jechałem dalej przez Wiżajny, Rutkę i Tartak. Tam spotkałem kolegów z łódzkiego klubu rowerowego, jechali w trójkę w przeciwną stronę, co ciekawe również wybierali się na wycieczkę dookoła Polski, byli także na zlocie w Podlesicach. Akurat ja miałem na sobie ten strój jaki dostaliśmy na zlocie w Cesarce, tak jak oni. Rozmowa była krótka, ale było nam bardzo miło. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i każdy ruszył w swoją drogę. W Suwałkach złapał mnie ulewny deszcz, więc spędziłem trochę czasu na stacji benzynowej jedząc i popijając Coca-colę. Po godzinie pojechałem drogę na Krzywe, tam skręciłem do Wigierskiego Parku Narodowego, gdzie na polu namiotowym załatwiłem sobie i nocleg i posiłek. Tak się złożyło, że zapomniałem sobie coś w Suwałkach kupić, licząc na to, że tam gdzie chciałem dojechać będzie sklep. Sklepu nie było, na szczęście gospodyni poczęstowała mnie smacznymi flakami. Przed spaniem pospacerowałem po lesie i nad jeziorem, gdzie podziwiałem zachód słońca.

Dnia 11.07.2014 ruszyłem w dalszą drogę. Pogoda nie była zbyt obiecująca, ciemne chmury snuły się po niebie. Tego dnia najpierw zwiedziłem Wigry i zabudowania dawnego klasztoru kamedułów - obecnie znajduje sie tam hotel. Z Wigier trasą rowerową jechałem do Frącek, po drodze w mini barze zjadłem smaczna zupkę kurkową na śniadanie i widziałem chyba najbardziej czysty przystanek autobusowy w Polsce. Droga biegła wśród pól, lasów i małych domków w mijanych wioskach. Z Frącek drogą przez Puszczę Augustowską dojechałem do Augustowa, po drodze spotkałem rowerzystę aż z dalekiego Tajwanu - ten młody chłopak przejechał już 6500 km, niestety, nie umieliśmy jakoś się ze sobą porozumieć, więc pokazaliśmy sobie tylko na mapach trasę naszych wędrówek, zrobiliśmy zdjęcia, podarowałem mu naszą Ondraszkową opaskę odblaskową i dałem resztę saszetek z magnezem, bo chłopak uskarżał sie na mięśnie nóg pokazując na nie palcem i robiąc skwaszona minę. On jechał trochę szybciej niż ja, więc już do Augustowa przyjechałem sam, obejrzałem śluzy na kanale i muzeum kanału augustowskiego. Po 111 km w deszczu dojechałem do Lipska, w tej miejscowości rozpoczął w czasach drugiej Wojny Światowej major Hubal. Na miejscowym polu namiotowym spotkałem również rowerzystów – 4-osobową rodzinę, samotnego jak ja rowerzystę i dwie dziewczyny. Na szczęście były tam wiaty i pod jedną z nich rozbiłem sobie namiot, tak więc deszcz mi nic specjalnego nie zrobił, a lało ostro jak i zresztą rankiem dnia następnego, kiedy to w strugach deszczu jechałem do Sokółki, skąd traktem tatarskim przez Bohoniki, Krynki dojechałem do Kruszynian na nocleg. Tam nocowałem w miejscu przyjaznym rowerzystom, w domu pod lipami. W czasie tego dnia zwiedziłem meczet w Bohonikach i Kruszynianach, rozmawiałem z imamem, spotkałem rowerzystów z Gdańska - z nimi mijałem sie kilka razy na mojej drodze, oni zwiedzali szlak bociani w Bohonikach. Odwiedziłem Jurtę i mimo deszczu przejechałem zaplanowane 100 km. W zajeździe tatarskim zjadłem bliny w rosole i jakiś regionalny naleśnik z mięsem.

Nocleg miałem w domku przypominającym Jurtę, ale było ciepło i sucho. Po kąpieli zasnąłem tak szybko i mocno że nawet nie słyszałem burzy i nawałnicy jaka była w nocy, a która dała mi sie we znaki dopiero dnia następnego gdy z Kruszynian już o 6 rano jechałem do Bobrownik piaszczystą drogą, która tak rozmokła że 8 km rower musiałem pchać, bo jechać się nim nie dało. Spod przejścia granicznego w Bobrownikach jechałem kawałek drogą krajową obok długiej kilko-kilometrowej kolejki tirów, a potem leśnymi drogami do ogródka. Tam obejrzałem kawałek prawosławnego nabożeństwa. Za Grodkiem miałem awarię - pękła mi dętka - o pomoc poprosiłem w gospodarstwie, gospodarz miał kompresor i pomógł mi powiesić rower by nie rozpakowywać sakw. Zdjąłem koło, zmieniłem dętkę, a pozostałe dętki również pokleiłem. Poczęstowano mnie jeszcze kawą, i ruszyłem w drogę. W Michałowie zjadłem sobie obiad i znowu miałem problem, tym razem z pedałem - odkręcił się. Dokręciłem go i pojechałem do Jałówki, z Jałówki do Narewki, tam znowu spotkałem grupę z Gdańska. Mieli nocleg załatwiony, ja jeszcze chciałem jechać, niestety w drodze z Narewki w Puszcze pedał odpadł na dobre. Dalej pchałem rower jakieś 10 km. Na nocleg dojechałem do wioski Pogorzelice, namiot rozbijałem około godziny 22 przy świetle księżyca. Rankiem pchając rower dotarłem do Białowieży, tam w serwisie zmieniłem cała korbę założono mi także nową śrubę dociskową. Po krótkim pobycie i obejrzeniu eksponatów w dyrekcji Parku Narodowego pojechałem do Hajnówki. Kolejny etap – 3

Po usunięciu awarii i krótkim zwiedzaniu Białowieży ruszyłem do Hajnówki przez puszczę. Po wyjeździe z Hajnówki jechałem przez małe miejscowości, bitymi drogami, mijając urokliwe małe cerkiewki ze złotymi kopułami. Wieś podlaska jest inna niż nasze wsie, dużo tam drewnianych domostw, jest cicho, sennie, samochodów bardzo mało na drogach, wszędzie tablice z napisem kraina żubra. W Kleszczelach wykapałem się w basenie i dalej po drogach podlesia w stronę Siemiatycz odwiedzając miejsce kultu prawosławia górę Grabarkę, gdzie obejrzałem cerkiew i te tysiące krzyży. Siemiatycze chciałem minąć i jechać do Mierzwic, niestety ulewa znowu mnie dopadła w tej podróży i zmusiła do szukania miejsca do noclegu. Znalazłem go w pensjonacie prowadzonym przez bardzo miła panią. Pokoik dostałem na piętrze z balkonem, telewizorem, toaletą, satelitą, prysznicem, i aneksem kuchennym. Zaraz przy rozpakowywaniu maneli spotkałem zameldowanego tam na nocleg rowerzystę - Marka. Bardzo fajny kolega jak sie okazało, zresztą nie spotkałem żadnego nie fajnego do tej pory. Marek był z Wrocławia, a w tym pensjonacie zatrzymywał się zawsze kiedy podróżował po Podlesiu. Podróżował bez dużych bagaży, przyjeżdżał na miejsce, jeździł po 4-5 dni w danym rejonie robiąc dziennie po około 200 km, po czym wracał do domu. Z Markiem przegadaliśmy przy herbacie i słodkościach do późna w nocy, rankiem świeciło piękne słonce ale ja postanowiłem w Siemiatyczach zostać ten jeden dzień bo miałem do zrobienia pranie, konserwacje roweru po przejściach w piaskach, no i oczywiście przyszedł czas wypocząć. Po śniadanku i załatwieniu kilku pilnych spraw, zgraniu zdjęć do komputera, wymyciu roweru, nasmarowaniu przerzutek, postanowiłem jednak pojechać gdzieś na rowerze.

Ruszyłem przez most na Bugu i w Kózkach drogą wzdłuż Bugu do Mierzwic. Po drodze obejrzałem pomnik partyzantów, którzy stoczyli zwycięski bój z doborową jednostką Wermachtu Afrika Corpus, kiedy to Niemcy chcieli odbić zdobytą przez nich rakietę V2. Dojechałem do Serpelic gdzie zawróciłem i gdzie znowu dopadła mnie ulewa. Jak do Kózek dojechałem to tak deszczem lunęło że nawet nie zdążyłem peleryny ubrać do miasteczka jechałem w strugach deszczu matwiłem sie tylko tym ze pranie jakie zrobiłem a które suszyło się na balkonie zamoknie na nowo i co ja pocznę z takim mokrym balastem i że przyjdzie mi dalej tam nocować co było i tak sporym finansowym wydatkiem do koszt pobytu tam to 60 za pierwsza i 50 za druga noc po drodze kupiłem sobie dwa udka jażyny na patelnie kołacze ,owoce,i inne wiktuały przejechałem jakie 65 km ugotowałem sobie obiadek zjadłem przespałem się i wyruszyłem pozwiedzać miasteczko rynek cerkiew kościół cmentarz dom w którym była synagoga ,stowarzyszenie abstynentów, zjadłem lody spotkałem również tą rowerowa rodzinkę z gdańska po powrocie zrobiłem kolację obejrzałem tv i spanie

Dnia 16.07.2014 wyruszyłem rankiem z Siemiatycz. Przed wyjazdem chciałem oddać klucz, ale gospodyni jeszcze nie było. W takim przypadku kazała mi włożyć klucz pod miotłę, co też uczyniłem. Ruszyłem na południe wzdłuż wschodniej granicy. Trasę zmieniłem w stosunku to wcześniejszego planu, bo poprzedniego dnia zaliczyłem dwie miejscowości które były potrzebne do zaliczenia rajdu do koła polski. Pojechałem w kierunku Konstantynowa, tam spotkałem rowerzystów z Drohiczyna. W gminie podbiłem książeczkę i ruszyłem na Janów Podlaski. Po drodze zboczyłem na chwilę by odwiedzić stadninę koni. Mimo nadłożonej drogi było warto. Następnie dojechałem do miejscowości Kodeń i Sławatycz. Odwiedziłem też sanktuarium męczenników podlaskich. Do Romanowa dojechałem wieczorem ale jeszcze przed zachodem słońca. Zastanawiałem się po drodze cały czas dlaczego do tej wioski trzeba jechać. Była jednak pod drodze do Włodawy.

Na miejscu jak zobaczyłem wieli pałac, a szczególnie jak przeczytałem kto tam mieszkał i się urodził zrozumiałem sens tak wytyczonej trasy. W pałacu tym mieszkał autor Starej Baśni – Józef Ignacy Kraszewski. Obecnie mieści sie tam muzeum jego imienia. Wieczór był ciepły, chociaż komary cięły niemiłościwie. Nie mogłem znaleźć nigdzie noclegu, więc noc postanowiłem spędzić w namiocie. Przed rozbiciem namiotu, wybrałem się jednak do pałacu po pieczątkę. Nie liczyłem że ktokolwiek mi otworzy, bo było już po godzinach otwarcia. Ku mojemu zaskoczeniu, drzwi otworzyła mi bardzo miła starsza pani. Przedstawiłem się i cel mojej obecności w pałacu, po czym zapytałem o pozwolenie na rozbicie namiotu. Pani kustosz, bo tak się mi przedstawiła, zaproponował mi skorzystanie z ich pokoiku gościnnego za niewielką opłatą. Chętnie na to przystałem, bo to nie lada gratka spać w takim miejscu. Po rozlokowaniu się ruszyłem na obchód pałacowego parku, w którym zrobiłem kilka zdjęć. Przed kolacją porozmawiałem z miłą gospodynią o historii pałacu i rodu pisarza.

Dnia 17.07.2014, o 700 ruszyłem w dalszą drogę. Wyruszyłem skoro świt, bo miałem zamiar dojechać do Horodła. Trasa biegła przez Włodawę, Sobibór, Wolę Uherską, i Dorohusk. We Włodawie zaciekawił mnie kamienny grobowiec neolityczny, w Sobiborze obejrzałem galerie zdjęć i to co pozostało z obozu w którym skazani na śmieć podnieśli bunt i wygrali. Po ucieczce jeńców z tej fabryki śmierci hitlerowscy oprawcy zrównali obóz z ziemią a na jego miejscu posadzili las. Do obozu wiodła bardzo fatalna droga, co myślę że źle świadczy o gminie. Następnie w Dubience obejrzałem kopiec Kościuszki, było to miejsce tragicznej bitwy, gdzie w czasie odwrotu padło 1000 żołnierzy naczelnika. Do Horodła dojechałem w strugach deszczu, a jedyny hotelik nie zachęcał ceną. Powiedziano mi że w nieodległej wiosce jest agroturystyka, tam znalazłem nocleg a gospodyni była tak miła że w cenę noclegu wliczała i kolację, i śniadanie. Był to dzień w którym przejechałem 143 km.

W Horodle ciekawostką były dwa kamienne lwy, legenda mówi ze stały one w pobliskim zamku.

Dzień 18.07.2014 przywitał mnie super pogodą, w tym dniu postanowiłem zajechać aż do miejscowości Rudki koło Lubyczy, no ale po kolei. Rankiem po obfitym śniadaniu jaki mi miła gospodyni zrobiła - jajecznicy z 6 domowych jajek na domowym boczku i z pokrojonymi do tego pomidorkami oraz z mocną kawą - zajechałem na przejście graniczne w Zosinie. Tam spotkałem rowerzystę, który sobie co dziennie rankiem robił taki krótki sprint z Hrubieszowa do Zosina i z powrotem. Jechaliśmy razem dość krótko bo on wolał sprint a mi bardziej odpowiada turystyczne tempo. Jechałem sobie spokojnie i w Horodle byłem gdzieś około dwunastej. Pokręciłem sie trochę po miasteczku, podbiłem książeczkę w sanktuarium Matki Boskiej Sokolskiej i ruszyłem trasą biegnącą prawie wzdłuż granicy z Ukrainą.

Po trasie mijałem wierzę widokową, gdzie nie omieszkałem wejść, rozpościerał się z niej wspaniały widok na rozlewiska Bugu i nad Bużańskie łęgi i łąki po polskiej i ukraińskiej stronie. Następną wioską, do jakiej miałem regulaminowy obowiązek dojechać, był Witków. Tam u sołtysa dostałem pieczątkę z Witkowa. Następnie pojechałem starą betonową drogą, którą jak mi powiedziano, Niemcy wybudowali w czasie wojny. Mimo niemieckiej inżynierii droga był fatalna, porozrywana, pełna dziur i przez to po deszczu głębokich kałuż. Na szczęście to było tylko kilka kilometrów do wsi Oszczów. Dalsza droga była juz dobra wiła się wśród pól i przechodziła przez taką cichą spokojną okolicę - żadnych samochodów i tylko na polach rolnicy robili sianokosy - zbierali rzepak. Mijając senne wioski miałem wrażenie że to wymarła okolica. Po przejechaniu Tarnoszyna zadzwoniłem do znajomego, który mieszkał niedaleko, zaledwie 40 km. On mi wskazał jak dojechać do Rudek, bo tej wsi nie było nawet na mapie. Wyjechał mi na przeciw na skuterku i tak eskortowany przez Lubyczę Królewską, aż na wieczór dojechałem do Rudek. Ta wieś jest oddalona od granicy jakieś 6 km. Jako ciekawostkę dodam, że ta wioska znajduje się na linii radzieckich umocnień Mołotowa mających zatrzymać hitlerowskich agresorów na Związek Radziecki. Tam kolega mnie nakarmił, dał sie wykąpać i zaoferował mi spanie. W tym dniu przejechałem jakieś 130 km.

Rankiem, po pożegnaniu, ruszyłem do Bełżca, tam zwiedziłem muzeum i przez Płazów urokliwymi drogami pełnymi wzniesień i lasów Roztoki Południowej dojechałem do miejscowości Horyńce Zdrój. Spotkałem tam kilku starszych amerykanów pań i panów na rowerach z polskim przewodnikiem rozpytywali sie o moją wyprawę. Po krótkiej przerwie ruszyłem na Oleszyce. Tam miłośnik tego miasteczka i właściciel lodziarni opowiedział mi że wzgórze pod pałac - jaki tam kiedyś stał – usypali swoimi czapkami tureccy niewolnicy pojmani pod Wiedniem.

Obejrzałem miejsce gdzie stał kiedyś zamek, zrobiłem kilka zdjęć, w deszczu późnym popołudniem dojechałem do Jarosławia. Nocleg zorganizowałem sobie w agroturystycznym gospodarstwie za miastem na wsi Wierzbna. Tego dnia przejechałem 125 km.

W dniu 20.07.2014 rankiem jadąc na Przemyśl pomyliłem drogę i nadłożyłem jakieś 10 km by znowu dojechać na trasę i juz zgodnie z trasą torem przez Rokietnicę o godzinie dwunastej dojechałem do Przemyśla. Tam zaraz na wjeździe do miasta na Sanie spotkałem turystę wodniaka, który płynął z przyjacielem od Sanoka do Santoka tratwą jaką sami zbudowali. W tym dniu obchodzono w Przemyślu uroczystości 100-lecia twierdzy, po krótkim zwiedzaniu starówki i zamku ruszyłem na dalszą trasę do Krasiczyna. Tam obejrzałem wspaniały zamek. I tu zaczęły się góry, pierwszy podjazd był dla mnie za stromy tak że musiałem prawie dwie godziny pchać rower z całym moim majdanem, a na samej górze pierwszego w tym dniu podjazdu spotkałem kolegę z Cieszyna, który zbierał w lesie grzyby. Nawiązaliśmy rozmowę i on zapytał czy ja nie jestem czasem ze śląska bo wyczuł to po mowie. Po krótkiej wymianie zdań okazało się że oboje jesteśmy Cieszyna. Ja mu wtedy pokazałem nasz proporczyk na rowerze czym był bardzo uradowany, bo sam wyjechał z Cieszyna 30 lat temu. Leszek Krzywoń, bo tak się nazywał, w Przemyślu sie ożenił i tam już został. Nie rozmawialiśmy zbyt długo, wspomnieliśmy kilku wspólnych znajomych i ruszyłem w dalszą drogę do Birczy.

Od Birczy znowu wspinając się pod górkę po pokonaniu kolejnego wzniesieni dojechałem do Wojtkowic. Dojechałem tam prawie o zmierzchu i przejechaniu, mimo trudnego terenu, 115 km. W Wojtkowicach chciałem rozbić namiot ale odradzono mi to ze względu na obfitość żmij. W końcu znalazłem miłą rodzinę prowadzącą agroturystykę. Byli również pasjonatami rowerowych wycieczek, więc nocleg zaoferowali mi za tylko 20 złotych.

Po przenocowaniu w Wojtkowie ruszyłem w dalszą drogę w stronę Ustrzyk Dolnych. Tuż przed Wojtkowem obejrzałem starą cerkiew prawosławną, a w samym Wojtkowie jeszcze jedną. Oba te obiekty sakralne są teraz kościołami katolickimi. Niestety dzień był pochmurny i deszczowy co nie sprzyjało by cokolwiek zwiedzać a i widoki na góry nie były ciekawe. Przez niskie góry cokolwiek można było podziwiać. W Krościenku jednak słońce wyszło. Niestety do Ustrzyk Dolnych znowu jechałem w deszczu. Na domiar zdarzyła mi się mała awaria hamulców. Na szczęście znalazłem serwis a właściciel, mimo nawału pracy, zrobił mi rower na poczekaniu. Miałem choć trochę czasu na zwiedzanie miasteczka i poszukać adresu i numeru telefonu kolegi z Czernej, który tam prowadzi agroturystykę. Jadąc do niego na trasie spotkałem Niemca, ten młody człowiek jak mi powiedział łamaną polszczyzną, szedł jako pielgrzym do Jerozolimy piechotą.

Do kolegi przyjechałem znowu w deszczu mimo tylko 65 km i wczesnej jak dla mnie pory by stawać na popas, postanowiłem u niego przenocować. Miał wolny pokój, więc czemu nie. Dzień spędziłem na rozmowie. Tego dnia dojechała do mojego znajomego akurat nasza wspólna znajoma z facebooka. Był to fajny dzień odpocząłem a nawet poddałem sie zabiegowi energoterapeutycznemu, bo tym także zajmuje się mój kolega. Ja raczej jestem sceptycznie nastawiony do tego typu czarów, nie chciałem mu robić przykrości dlatego się zgodziłem. Rano jednak, moje zdanie o wcześniejszej terapii zaczęło się zmieniać, bo nie czułem zmęczenia a i nogi jak by nie te same. Pod każdy kopiec wyjeżdżałem bez problemu i roweru nie prowadziłem ani razu! Jeśli będziecie w Czarnej, to koniecznie nocujcie w Źródle Odnowy Janusz Mateja.

Dnia 22.07.2014, z Czarnej jechałem przez Lutowiska, Smolnik, Łukasiewicze, do Ustrzyk Górnych, gdzie wstąpiłem do dyrekcji parku narodowego. W Ustrzykach spotkałem chłopaka z Łodzi, jechał sobie po pętli Bieszczadzkiej. Dałem mu książeczkę KOT i namówiłem na zbieranie punktów na odznaki - może złapie bakcyla. Na przełęcz Wetlińską wyjechałem bez problemu, może faktycznie zabieg Janusza pomógł. W Cisnej zjedliśmy wspólnie obiad, mój nowy znajomy został tam na noc, a ja ruszyłem w dalszą drogę. Chciałem sobie podjechać kawałek kolejką wąskotorową w stronę Kamańczy, niestety ostatni skład wyjechał dziesięć minut przed moim przyjazdem. Dojechałem do Kamańczy podziwiając połoniny Bieszczadzkie i całkowicie pustą drogą. W Kamńczy nocowałem na małym prywatnym polu biwakowym. Oprócz mnie było tam dwoje turystów z Czech i prawie nasi krajanie małżeństwo z Jastrzębia Zdroju z dwójką synów. Noc była burzliwa i mokra, przejechałem w tym dniu 108 km, co jak na te górskie tereny było dobrym wynikiem. Rankiem odwiedziłem klasztor, gdzie spędzał czas Wyszyński jak go zamknęli. Zwiedziłem także prawosławną cerkiew i kościół greko-katolicki.

Rankiem 23.07.2014 w strugach deszczu ruszyłem na Dukle i Żmigród Nowy. W Dukli znowu awaria, pękła mi szprycha. Znalazłem serwis i właściciel – z zamiłowania rowerzysta - zrobił mi to gratis. Pogadaliśmy, a później zwiedziłem zamek i muzeum bitwy partyzanckiej oddziałów polskich, słowackich i radzieckiej partyzantki z Niemcami. W Nowym Żmiogrodzie po pieczątkę poszedłem na posterunek policji. Szukałem takiej małej wioski Łyżwiny, chciałem się dowiedzieć czy to daleko bo na mojej mapie jej w ogóle nie było. Nocleg miałem zamówiony u mamy mojej znajomej. Do Łyżwina dojechałem znowu w deszczu. Z ciekawostek tego dnia to smaczne śniadanie za Kamańczą w gospodarstwie. Zjadłem wspaniały serek kozi z czosnkiem niedźwiedzim. W tym dniu przejechałem tylko 65 km, bo jakoś nie miałem ochoty jechać dalej w deszczu. A nocleg w ciepłym łóżku i kąpiel to była zbyt duża pokusa by nie skorzystać.

Niestety następny dzień nie był lepszy, padało od rana. Do Gorlic wjechałem w deszczu, spotkałem tam pana co opowiedział mi że ma odznakę nr 6 Dużego Rajdu dokoła Polski. Odwiedziłem muzeum bitwy o Gorlice, w pierwszej Wojnie Światowej toczyła się tam jedna z większych bitew tamtej wojny. Zrobiłem zdjęcie z Ignacym Łukasiewiczem i dalej ruszyłem w trasę. Niestety daleko nie zajechałem pod Kasztelem w Szymborku strzeliła mi opona. Po godzinie naprawiania owinięcia koła taśmą iolacyjną musiałem dokonać wyboru - jechać do Grybowa czy wrócić do Gorlic. Wybrałem druga opcję, bo po drodze jadąc widziałem sklep z rowerami i tam miałem zamiar kupić oponę. Niestety opona którą kupiłem musiałem oddać bo była nie tego rozmiaru co moje koło. Właściciel serwisu samochodowego, u którego robiłem naprawę pojechał do miasta i kupił co trzeba, a ja w tym czasie zakupiłem sobie wózek do roweru. Przepakowałem wszystko na ten wózek zdjąłem tylne sakwy i wieczorem dojechałem dopiero do Grybowa. Nocleg załatwiłem w pensjonacie Markiza - polecam rowerzyści maja specjalna zniżkę w wysokości 5 zł. Zwiedziłem miasteczko i poszedłem spać. Wysuszyłem sobie trochę rzeczy. Gospodyni załączyła mi grzałkę elektryczną w centralnym w łazience. W tym dniu tylko przejechałem znowu jedynie 65 km.

Rankiem 25.07 przy ładnej pogodzie opuściłem Grybów jadąc przez malownicze tereny w kierunku Krynicy. Po krótkim zwiedzaniu uzdrowiska i konieczności zakupu nowego aparatu fotograficznego, bo w tym którego używałem dotychczas cos zaskrzypiało i aparat padł. Jadąc w kierunku Piwnicznej spotkałem rowerzystę, będącego mieszkańcem Muszyny, który aktualnie mieszka w Australii. Opowiadał mi jakie tam są tereny do jazdy rowerowej.

W Muszynie zwiedziłem zamek i napiłem sie wody mineralnej naturalnie syconej dwutlenkiem węgla prosto ze źródła. Do Piwnicznej dojechałem w porze obiadowej. Droga wiodła nad Popradem, po drugiej stronie była już widoczna Słowacja. Obiad zjadłem w sklepie spożywczym, kupiłem sobie słój gulaszu a właściciel sklepu mi go odgrzał. Po krótkim odpoczynku i zrobieniu zdjęć w mieście pojechałem do Starego Sącza.

Miasteczko zachwyciło mnie swoją urodą - a w szczególności rynek ze starą parterową zabudową i wielkimi kocimi łbami. W stowarzyszeniu na rzecz osób niepełnosprawnych „Gniazdo” dowiedziałem się że stoczono prawdziwy bój by tego rynku nie zmieniać. Jadąc przez miasto i jego okolice oglądałem ciekawa zabudowę charakterystyczna dla Sądeckiego. Do Łącka dojechałem gdy nad stokami porośniętym sadami zebrały się ciężkie chmury. Nocleg zorganizowałem sobie w takim nie drogim pensjonacie w centrum miejscowości. Gospodarze byli bardzo zapracowani, poprzednia noc była dla miasteczka sądnym dniem. Mała rzeczka wylała tak mocno że ich podwórko i piwnice były zalane. Następnego dnia bardzo wcześnie ruszyłem w drogę. Miałem w planie dojechać do Zakopanego a czekały mnie góry i dość strome podjazdy. O godzinie 900 byłem juz w Krościenku. Bardzo ładna zabudowa, stylowe góralskie domy z balkonikami i wszędzie bardzo czysto.

W dyrekcji parku podbiłem książeczki KOT. Następnie droga wiodła prawie cały czas w górę w kierunku Czorsztyna. Po drodze mijałem taką romską mini osadę można powiedzieć slumsy. Ale ludzi bardzo mili i życzliwi. Nalałem sobie u nich wody do butelki chwile pogadałem śmiali się że ja taki Cygan jestem bo jak i oni kiedyś taborami jeździli, to ja dziś na rowerze. Ja im powiedziałem by zamiast koni i wozów na rowerach jeździli uśmialiśmy się i dalej w drogę ruszyłem. Czorsztyn odwiedziłem kiedyś jak chodziłem do szkoły czyli jakieś 40 lat temu. Wtedy nie było jeszcze jeziora, a w zamku kręcono film Mazepa. A ja jako dziecko do Czorsztyna pod zamek przechodziłem mostem na Dunajcu od strony zamku w Nidzicy, który wtedy był ledwie kupą kamieni.

Zamek zwiedziłem i podziwiałem piękne widoki z zamku na góry. Miałem do wyboru przepłynąć stateczkiem przez zalew, albo przejechać rowerem wokół niego. Wybrałem trasę rowerową. Trasa wiodła prawie cały czas z góry, więc do Nidzicy dojechałem szybko. Rower zostawiłem obok elektrowni i pod zamek podszedłem piechotą. Od Nidzicy było ostro w górę trasą Tur de Pologne przez Białkę do Bukowiny Tatrzańskiej. Tam znowu ostro polało, ale od Bukowiny było już z górki w kierunku Poronina i dalej do Jaszczurówki przez Zakopane i z powrotem do Zakopanego. Pogoda się psuła, było zimno, śmierdziało końskim gównem, ludzi było jak mrówek, więc nie za bardzo mi sie tam podobało. Jedynie piękne góry poprawiały nastrój. Nocleg miałem załatwiony, problemem było tylko znalezienie tej willi.

W końcu się udało i gospodyni poczęstowała mnie na kolacje dobrym żurkiem i kawą. W tym domu to moja córka z zięciem zawsze mieszka jak do Zakopanego jedzie na przechadzki po górach. Okazało się że i pani góralka w naszym Cieszynie bywała jak uczyła się w Wiśle w technikum gastronomicznym. Szczególnie dobrze pamiętała dancingi Pod Jeleniem i w Centralce. Powspominaliśmy stare dobre czasy. Rankiem słońce ładnie świeciło, w tak ładną pogodę ruszyłem w kierunku Chabówki. Po drodze wstąpiłem po pieczątkę do kościoła na Krzeptówkach, tam spotkałem rowerzystów, którzy startowali na pielgrzymkę aż na hel. Oglądali mój ekwipaż z podziwem, oni jechali tylko na rowerach a cały majdan mieli załadowany w busach i mieli jeszcze do tego asystę straży miejskiej. Takie wędrowanie by mi raczej nie odpowiadało, brakowało by mi luzu i improwizacji, wszystko z góry pozałatwiane. No ale jak kto tłum lubi to sobie wybiera.

Jadąc do Chochołowa wstąpiłem do góralskiego szałasu gdzie produkowano i wędzono oscypki. W muzeum powstania Chochołowskiego pogadałem z panią kustosz o powstaniu i jego przyczynach jak i jego smutnym końcu oraz losie jego uczestników. Patrząc w tył widziałem ostatnie widoki na wspaniałe tatry, ale przede mną na horyzoncie rysował się majestatyczny widok na Babią Górę. Pogoda była taka sobie - gorąco i parno. W Zubrzycy Górnej zwiedziłem skansen, w czasie podjazdu pod przełęcz Krowiarki dopadła mnie taka ulewa jaka mnie nie spotkała do tej poru. W sekundach wokół mnie było z centymetr lodowych kulek wielkości dziesięciogroszówki. Zdążyłem tyko zjechać z drogi do lasu bo droga stała się rwącą rzeką. Cała nawałnica z grzmotami i piorunami trwała może z dziesięć minut ale wystarczyła by wszystko mi zamokło. Suche były tylko te rzeczy z wózeczka i te w reklamówkach. Jak deszcz przestał padać dojechałem na przełęcz i podbiłem książeczkę na wejściu do parku narodowego.

Widok turystów wszystko mówił o tym co ich spotkało jak schodzili z Babiej, mówili że przeżyli horror. Do Zawoi jak dojechałem to mi ubranie wyschło. W Makowie zjadłem sobie dobry obiad, była niedziela i po tych deszczach coś przyjemnego mi się należało. W Suchej Beskidzkiej zajrzałem do karczmy Rzym i ruszyłem w drogę. Za miastem przypomniałem sobie o zamku ale już się nie wracałem, bo chciałem w tym dniu dojechać choć do Jeleśni. Planowałem że dojadę za Żywiec, gdzie zaprosił mnie do siebie kolega, którego poznałem w 2013 roku jadąc rowerem nad morze. Niestety by do Jeleśni dojechać czekała mnie znowu spora wspinaczka pod górę. W Jeleśni miałem problem ze znalezieniem noclegu, żadnego kempingu. Po intensywnych poszukiwaniach znalazłem pensjonat. Noc szybko zleciała po tych 125 km. Można powiedzieć w dość ekstremalnych warunkach. Zmogło mnie szybko.

W poniedziałek skoro świt ruszyłem do Żywca. Tam zajechałem do kolegi wypiłem kawę i razem z nim pojechaliśmy do Bielska. Postanowił mnie odprowadzić, wiec razem dojechaliśmy do Aleksandrowic. Na lotnisku pożegnaliśmy się i ruszyłem stara drogą na Skoczów. W Grodźcu skręciłem na Brenną, a tam przyjechał i czekał na mnie Kazik Szewczyk – „Gwarek”. Razem pojechaliśmy do mojej córki do Międzyświecia. Na miejscu już czekali na nasz Kazik i Małgosia Holiszowie i w takiej asyście dojechałem do Cieszyna.

Niestety znowu złapała nas ulewa i tak zamiast na godzinę na jaką planowałem dojechać na nasz cieszyński rynek dojechaliśmy godzinę później. Tam czekała na mnie rodzina i kolega „Ziołowy” i tak oto zakończyła się moja eskapada rowerowa. Mam nadzieję że nie ostatnia. W roku 2015 planuję znowu rajd wokół polski, ale teraz tematem tego rajdu będą polskie zamki.

Leszek Szurman - Wędrowniczek
Galeria
Południowe Morawy-Vranov nad Dyji

12.07.2014 - 19.07.2014

Pierwotne miejsce bazy obozu rowerowego - Vranov nad Dyje - organizowanego przez PTTS, a konkretnie przez A. i R. Piszkiewiczów, zostało zmienione na Bitov nad Dyje, czyli ok. 15 km dalej. 12 lipca, na autokempingu w Bitovie, stawiła się większość z 30 uczestników obozu. Zostaliśmy zakwaterowani w domkach 2-4 osobowych. „Ondraszek” miał 3-osobową reprezentację w składzie: Tamara Moskała, Wisia – „Ośka” i ja - „Bystry”. Droga dojazdowa do Bitova, ok. 300 km, minęła nam szybko. Na miejscu byli już prawie wszyscy. Nie wiedzieliśmy, że ten camping jest tak popularny. Oprócz Czechów byli tam także Niemcy, Austriacy, Rosjanie. Przewijali się także i Polacy.

Okolica, oprócz malowniczych zakątków jeziora powstałego po wybudowaniu zapory we Vranovie, ma również do zaoferowania wiele zamków w lepszym lub gorszym stanie po czeskiej i austriackiej stronie granicy. Najbliżej naszego obozu były zamki Cornstejn i Bitov. Były również i pałace. Jedne utrzymane w doskonałym stanie staraniem właścicieli - chociażby pałac w austriackim Riegensburgu, a inne - na „państwowym garnuszku” - remontowane od dziesięcioleci, były w stanie podobnym do wielu naszych zabytków. Jednym z nich był zespół pałacowo-parkowy Uhercice. Jednakże największe wrażenie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, wywarł na nas zamek we Vranovie. Monumentalna budowla, wznosząca się kilkadziesiąt metrów na skale nad rzeką Dyje, zachwycała wszystkich. Jak dowiedzieliśmy się od przewodnika, w historii zamku były również polskie akcenty. Wśród licznych właścicieli zamku były również dwa polskie rody.

Miłą niespodzianką dla mieszkańców campingu były koncerty na trąbkach, dawane przez miejscowych muzyków. Wychodzili oni na skały górujące nad obozowiskiem i grali różne melodie. Byli zawsze nagradzani gromkimi brawami. Po tygodniowym pobycie w tej ciekawej okolicy, trzeba było pomyśleć o powrocie do domu, co też niezwłocznie zamieniliśmy w czyn.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Dzień „Paparazziego” - Historia Wina

27.07.2014

Jest taka prawidłowość że możesz jeździć całe życie po w miarę znanych ci okolicach a i tak może cię coś zaskoczyć. Wycieczka autorska Paparazziego doskonale wpisywała się w taki właśnie klimacik. Nazwał ją tajemniczo – „Historia wina”. W piękną, słoneczną i ciepłą niedziele zebrało się na rynku kilkunastu uczestników zainteresowanych tematem. Na rynku P. Hamera wyjaśnił, że jedziemy do Mnicha na spotkanie z… miejscowym winiarzem i właścicielem eksperymentalnej winnicy. Winnica na Ziemi Cieszyńskiej??? Mało kto z nas wiedział, że coś takiego w ogóle istnieje.

Spotkanie było umówione na konkretną godzinę, więc nieśpiesznie przez Gułdowy, Gumną i Kostkowice dojechaliśmy do Dębowca gdzie nastąpił dłuższy postój w nowo otwartych tężniach solankowych. W centrum przy budynku urzędu gminy w miejsce dawnego grzybka, po którym ściekała solanka wystawiono nowoczesną konstrukcję przypominającą słynne urządzenia z Ciechocinka, natomiast dawną wiatę przystanku autobusowego zastąpił ciekawy architektonicznie budynek towarzyszący. Tutaj w atmosferze wypełnionej leczniczym jodem spotkaliśmy się z pozostałymi członkami wyprawy więc nasza ekipa rozrosła się do 16 osób. W tym składzie ruszyliśmy dalej i przez Ochaby, Zaborze malowniczymi dróżkami między stawami dotarliśmy do Mnicha.

Tutaj na swoich włościach czekał już właściciel winnicy oraz stół degustacyjny. Pan R. Gabryś opowiedział o swej przygodzie z winem, która zaczęła się całkiem przypadkiem 8 lat wcześniej. Obecnie winnica się rozrasta i co roku daje większe plony. W roku ubiegłym było to już ok. 8 ton winogron, a więc produkcja wina odbywa się już prawie na skalę przemysłową. I nie jest to jakiś zwykły owocowy bełt lecz szlachetny trunek ze szlachetnych odmian.

Usłyszeliśmy ciekawe opowieści o szczepach winnych, radościach i zwątpieniach przy ich hodowli sukcesach i porażkach przy produkcji tego „nektaru bogów”. A także degustowaliśmy różne gatunki pochodzące z własnej winnicy przechowywane w butelkach z firmową naklejką, oraz a jakże - z naklejoną akcyzą. Okazało się, że duża część naszej ekipy to też znawcy tematu, a więc dyskusja była na bardzo profesjonalnym poziomie.

Nasz pobyt zakończyliśmy spacerkiem między winnymi krzewami, w których już widać było całkiem duże kiście winogron. Należy sądzić, że ten eksperymentalny i nieco egzotyczny pomysł wart był włożonego wysiłku – choć jak twierdzi właściciel traktuje go raczej w kategorii hobby niż źródła utrzymania. Powrót nastąpił już indywidualnie. Przejechałem 60 km i dodam, że tak dobrze zorganizowana wycieczka oddaje sens działania Ondraszka - łączenie rowerowej przygody z elementem krajoznawczym, a więc coś przyjemnego i pożytecznego zarazem.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Na rowerze i pod żaglami – jez. Goczałkowickie cz. II

02.08.2014 - 03.08.2014

Jak się rzekło w roku ubiegłym ponownie spotkaliśmy się w stanicy wodnej PTTK Pszczyna aby kontynuować nasze rowerowo-wodne spotkanie z Ziemią Pszczyńską. Zmiana terminu wycieczki spowodowała poważne perturbacje w ilości uczestników, więc nad jeziorem pojawiło się ostatecznie 13 Ondraszków zdecydowanych skorzystać z atrakcji wynajętej bazy. Jednakże na rowerowej wyprawie było nas nieco więcej, gdyż aby w niej uczestniczyć specjalnie przyjechali tutaj czterej przyjaciele z zebrzydowickiej „Przerzutki”.

Tematem wycieczki były drewniane kościółki malowniczo położone w okolicy Pszczyny. Dzień zapowiadał się upalny, więc po ogarnięciu noclegów wyruszyliśmy na trasę. Bocznymi drogami przez Goczałkowice dotarliśmy do Rudołtowic gdzie podziwialiśmy barokowy pałacyk aktualnie mieszczący ośrodek dla niewidomych. Tutaj też na jakiś czas opuściliśmy asfalt i drogę gruntową jadąc wpierw wałem przeciwpowodziowym Wisły, następnie między polami i lasami wśród sielskiego krajobrazu dotarliśmy do Grzawy. Kościół powołania Ścięcia św. Jana Chrzciciela pobudził nasze wspomnienia. Tutaj bowiem przed laty proboszczował śp. T. Klocek między innymi ówczesny przewodniczący Komisji Kolarskiej województwa bielskiego, aktywny działacz promujący turystykę kolarską. Po śmierci tutaj właśnie zaczynały się organizowane przez nas rajdy kolarskie Jego imienia, których meta była organizowana w Kończycach Wielkich, w miejscu gdzie ksiądz Tadeusz jest pochowany.

Opodal, bo ledwie 2 km dalej widoczna już była wysoka wieża kościoła św. Klemensa w Miedźnej. Również zwiedziliśmy ten największy w okolicy kościół, dodatkowo słynący z bogatego wystroju wnętrza. Następny przystanek nastąpił „Pod Jeleniem”, a dokładniej to w miejscowej karczmie pod tym szyldem. Serwowanie zimne napoje pozwoliły nieco ochłonąć przed żarem lejącym się z nieba. Nieco przywróceni do życia kontynuując wyprawę dojechaliśmy do Ćwiklic, aby zobaczyć ostatni w naszym programie drewniany kościółek. Ten niestety musieliśmy oglądać wyłącznie od zewnątrz, a dodatkowo jeszcze przyobleczony w rusztowanie. Od czasów wielkiej powodzi 2007r. kościół pozostawał nieczynny i dopiero teraz zaczęto go remontować. Wyjątkowe były wykonane z dębowych desek tablice pamiątkowe umieszczone przy wejściu jak również barokowe drzwi z oryginalnymi okuciami. Zaskoczyło nas też, że taka mała miejscowość a ma własne kolumbarium położone opodal kościoła.

Następny przystanek nastąpił na pszczyńskim rynku, gdzie na ławeczce czekała już umówiona przedstawicielka pszczyńskiego rodu Hochbergów - księżna von Pless czyli w swoim czasie sławna Daisy. Ze stoickim spokojem uczestniczyła w naszej sesji fotograficznej kończącej wspólną wycieczkę. Miasto eksplorowaliśmy już wedle indywidualnych upodobań. W zmniejszonym składzie pojechaliśmy zatem do skansenu. Skansen Wsi Pszczyńskiej mimo, że stosunkowo niewielki oferował bogate zbiory reprezentujące okoliczne typy budownictwa, choć był też tutaj eksponowany np. „powieterniok” z Zebrzydowic. Warto też odnotować, że nieco się też i powiększył na przykład o staw i wodny młyn. Następnie nieco pokluczyliśmy po alejkach parkowych delektując się pysznymi widokami na pałac i na koniec odwiedziliśmy żubrowisko. Co prawda królowie puszcz leżeli gdzieś poukrywani w cieniu, ale i tak miło było „posiedzieć przy żubrze”, choćby wypchanym. Poganiani pomrukami zbliżającej się burzy pojechaliśmy do bazy. Na miejscu okazało się, że burza już tu była i to krótko przed nami. Zobaczyliśmy istny krajobraz po bitwie. Plac zasłany gałęziami, w naszej bazie dostęp do jeziora blokowało przewrócone drzewo a niezwinięte żagle na łodziach pozamieniały się w frędzle… a my ledwie kilka kilometrów dalej nawet nie byliśmy świadomi takiego kataklizmu.

Do strat można doliczyć i zamoknięte drewno, więc ostatecznie nie udało się zrobić ogniska. Nie przeszkodziło to jednak w zaplanowanym „szantowaniu”. Anielskie głosy Ondraszków z wysokości tarasu długo i daleko roznosiły po wodzie…

Niedzielny poranek obudził nas pięknym słońcem i widokami na jezioro i góry w oddali. Po śniadaniu pięciu majtków pod dowództwem kapitana M. Urbanka pożeglowało wynajętą „Omegą” na spotkanie z przygodą, a reszta ekipy zajęła się własnym programem. Niebawem powtórzył się scenariusz dnia poprzedniego. Dokładnie było widać w którym miejscu już leje i gdzie przesuwają się ciemne chmury. Szczęśliwie jednak nad nami wciąż było pogodowe okno więc bez strat dobiliśmy do przystani. Teraz pozostało nam jeszcze wielkie pakowanie i tegoroczna przygoda nad jeziorem dobiegła końca. Przejechaliśmy na rowerze 57 km, a kto był ten wie, że było warto.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wakacyjny wypad na Suwalszczyznę

09.08.2014 - 16.08.2014

Tak ogólnie rzecz biorąc, to myśl o wyjeździe na Mazury chodziła za mną jakieś 2-3 lata. Podobnie miała Wisia. Pozostawała tylko kwestia doprecyzowania kilku podstawowych założeń: formy wyjazdu (pociąg/auto), formy pobytu (wędrowny/stacjonarny), liczebność grupy oraz oczywiście ustalenie terminu. "Mazury" to dosyć szerokie pojęcie. Miałem na myśli właściwie dwa rejony: Puszczę Augustowską i obszar zawarty pomiędzy Mońkami, Tykocinem i Białymstokiem. Sprawdzając bazę noclegową na tym terenie, doszliśmy z Wisią do wniosku, że najlepiej będzie pojechać samochodem (gdyż na kolej nie ma co liczyć) i zrobić sobie 2-3 bazy wypadowe. Co do liczby uczestników, to najpierw chcieliśmy jechać sami, ale postanowiliśmy, że 4-5 osobowa grupa będzie w sam raz.

Tak więc 9 sierpnia o 600 (4 dni urlopu = 9 dni wolnego) nastąpił wyjazd. Nasza niewielka grupka: Lenka Velika, Jurek Babilon, jego przyjaciółka oraz Wisia i ja. Spotkaliśmy się na parkingu koło cmentarza przy ul. Katowickiej i wyruszyliśmy w drogę. Podróż była dosyć spokojna, chociaż trochę bałem się przejazdu przez Warszawę. Nawigacje samochodowe i dość dobrze oznakowane drogi doprowadziły nas późnym popołudniem do miejscowości Bryzgiel, nad Jeziorem Wigry, gdzie mieliśmy pierwszą bazę w agroturystyce. Po rozlokowaniu się w pokojach, mogliśmy iść pomoczyć ręce i nogi, lub jeśli ktoś chciał wykąpać się, w Wigrach. Byliśmy jednak z bardzo zmęczeni podróżą (ok. 700 km), aby długo siedzieć.

Następnego dnia zaczęliśmy zwiedzanie. Zgodnie z przygotowanym planem zaczęliśmy od Suwałk. Odbywał się tam festyn, były występy zespołów regionalnych, kramy z regionalnymi produktami z Polski oraz Białorusi i inne atrakcje. Byliśmy koło domu rodzinnego Marii Konopnickiej, w którym znajduje się obecnie muzeum poświęcone pisarce. Po obejrzeniu centrum miasta, udaliśmy się w kierunku miejscowości Wigry. Po drodze, w Starym Folwarku, mieści się siedziba Wigierskiego Parku Narodowego. Pracownik Parku, który był w tym dniu w muzeum, opowiedział nam, co możemy i powinniśmy zwiedzić w parku, którymi szlakami, jako rowerzyści, dotrzemy do ciekawych miejsc oraz obdarował nas mapami Parku. Po krótkim odpoczynku w Starym Folwarku, ruszyliśmy do Wigier. Jest tu słynny zespół klasztorny Kamedułów, który zaszczycił swoją obecnością papież Jan Paweł II w czasie pielgrzymki w 1999 roku. W pomieszczeniach klasztornych zachowało się wyposażenie z okresu tej wizyty. Po zwiedzeniu klasztoru zatrzymaliśmy się niedaleko na posiłek. Były tutaj serwowane pyszne smażone pierogi.

Zjedliśmy chyba po 3 lub 4 i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Trasa nasza prowadziła przez Czerwony Krzyż do naszej bazy, Bryzgla. W poniedziałek ruszyliśmy w drugą stronę, do Augustowa. Tam "zaokrętowaliśmy" się na statek Żeglugi Augustowskiej, aby dopłynąć nim do Studzienicznej. Po drodze przeprawialiśmy się przez dwie śluzy. Były one szersze od naszego statku o 20 cm. W Studzienicznej zeszliśmy na ląd i wzdłuż Kanału Augustowskiego, dojechaliśmy do wsi Gorczyca. Po drodze, oczywiście, była przerwa na kąpiel. Droga prowadziła początkowo lasem, a następnie pomiędzy polami. Od Gorczycy zaczęliśmy już dosyć mocno naciskać na pedały, gdyż na horyzoncie pociemniało niebo i było pewne, że nadchodzi burza. Była jednak od nas szybsza i ok. 10 km przed Bryzglem dopadła nas, z mocnym wiatrem i ulewnym deszczem. Tak więc, oprócz kąpieli w jeziorze, mieliśmy jeszcze darmowy prysznic.

Kanał Augustowski wybudowano w latach 1824-39, ma długość 101 km, z czego po polskiej stronie znajduje się 77,5 km. Kolejny dzień z rana nie zapowiadał się zachęcająco, a w planach mieliśmy Stańczyki. Tak więc załadowaliśmy rowery na auto i ruszyliśmy do miejscowości Przerośl, aby tam, zielonym szlakiem, rozpocząć naszą wyprawę. W Stańczykach znajdują się najwyższe w Polsce wiadukty kolejowe. Mają one 32m wysokości, 150m długości i powstały na początku XX wieku. Pierwszy w latach 1914-17, a drugi nieco później, z rozkazu cara. Wiadukty te obecnie nie są już używane do celów kolejowych, gdyż w 1945 roku Armia Czerwona zdemontowała torowiska. Ze Stańczyków, przez Zarzecze, pojechaliśmy do Hańczy nad Jeziorem Hańcza. Jest to najgłębsze polskie jezioro o głębokości 108 m. Stamtąd, po zjedzonym obiedzie, przez Kruszki, Iwaniszki i Olszankę wróciliśmy do Przerośla. Środa, czyli kolejny dzień naszego pobytu w tych stronach, był przeznaczony na przemieszczenie się do Moniek. Tu byliśmy zakwaterowani w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym. Po przyjeździe i rozlokowaniu się, pozostało jeszcze trochę czasu na mały rekonesans po mieście.

Rano wyruszyliśmy przez Hornostaje i Goniądz do Osowca Twierdzy. Jest tu Dyrekcja i Muzeum Przyrodnicze Biebrzańskiego Parku Narodowego. Oprócz tego jest również Twierdza Osowiec, której budowa rozpoczęła się pod koniec XIX w. (1890). Twierdza ta miała za zadanie ochronę linii kolejowej Królewiec-Odessa oraz jedynej przeprawy przez Bagna Biebrzańskie. Chętnych na zwiedzanie Twierdzy nigdy nie brakuje. Jednakże trzeba wiedzieć, że w zależności od wariantu trasy, zwiedzanie twierdzy trwa od 2 do 9 godzin. Tak więc może to być wyprawa na cały dzień. Z Osowca, obrzeżem Parku, dojechaliśmy do Dobarza, następnie przez Zubole, Trzcianne i Kołodzież dotarliśmy do Moniek.

W Piątek dzień był piękny już od samego rana. Jednym słowem wspaniała pogoda na wyprawę do Narwiańskiego Parku Narodowego. Cała trasa na rowerach byłaby zbyt długa, gdyż pierwotnie zakładaliśmy objechanie całego Parku, dlatego też podjechaliśmy autem do Tykocina. Następnie, już na naszych dwukołowych "rumakach", przez Saniki, Leśniki, Radule i Pajewo, dotarliśmy do Kurowa - siedziby Narwiańskiego Parku Narodowego.

Za siedzibą Parku pobudowano na bagnach, równolegle do brzegu, pomosty, którymi można się przemieszczać, obserwując jednocześnie roślinność i ptactwo zamieszkujące ten teren. Z Kurowa dojechaliśmy do Waniewa. Po drodze dowiedzieliśmy się, że można tam przeprawić się na drugą stronę Parku. Są tam pobudowane pomosty i wieże widokowe, z których można obserwować życie w parku. Pomost prowadzący z Waniewa do Śliwna ma 1050 m długości. Atrakcję stanowią metalowe tratwy, które łączą poszczególne fragmenty pomostu. Następnie, ze Śliwna, poprzez Konowały, Pańki i Rzędziany, dotarliśmy do Sanik i Tykocina. Tutaj można było zwiedzić zabytkowy kościół, Alumnat oraz obejrzeć stojący na rynku pomnik Stefana Czarnieckiego. Później jeszcze podjechaliśmy na parking pod zamkiem. Można go było również zwiedzić. Autem powróciliśmy do Moniek.

Sobotę spędziliśmy na luzie. Część pojechała autem do Białegostoku, a my z Wisią przygotowywaliśmy mały poczęstunek na wieczór, gdyż obchodziliśmy nasze urodziny. Był to również ostatni dzień pobytu w Mońkach, gdyż rano wyruszaliśmy w drogę powrotną do Cieszyna.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Na rowerze do sąsiada - Bielsko Biała - część II

17.08.2014

Przeciętny mieszkaniec Cieszyna zna byłą stolicę województwa przez pryzmat centrów handlowych, ewentualnie dworca kolejowego. Postanowił to zmienić na stale tutaj mieszkający Ondraszek - Włodek Nowak, który przygotował to spotkanie z miastem z zupełnie innej perspektywy. Oczywista trudność polegała na tym, że start był wyznaczony w Bielsku, co i tak nie przeszkodziło Wędrowniczkowi oraz A. Poloczkowi aby dojechać tam rowerem. Należy dodać, że nasz klubowy senior Adam liczy już ponad 80 wiosen, a jednak rower jest nadal jego najlepszym przyjacielem. Ostatecznie na starcie spotkali się: Rozstrzapek, Afi, Rechtór, K. Sumera, wyżej wymieniony oraz sympatyk Ondraszka J. Geresz z Żywca i oczywiście pomysłodawca i dzisiejszy przewodnik Włodek Nowak.

Eksplorację miasta rozpoczęliśmy od muzeów: motoryzacji oraz włókiennictwa. Obie te dziedziny są z Bielskiem mocno związane. Można było zobaczyć tu m.in. pamiątki po tramwajach, które od końca XIXw. aż do 1971r. wytrwale służyły mieszkańcom i pochopnie je zlikwidowano (czego obecnie się żałuje). Eksponowany jest jeden z pierwszych egzemplarzy motoryzacyjnego marzenia PRL-u: Fiat 126p, który swego czasu w wielkich ilościach produkował miejscowy FSM. Największą część ekspozycji stanowiły jednak zabytkowe maszyny włókiennicze, które nie tylko tutaj produkowano lecz również wykorzystywano w licznych przędzalniach. Są to bardzo specjalistyczne urządzenia przeważnie z początku XXw. a wykorzystywano je nieprzerwanie aż do lat 80–tych. Trzeba wiedzieć, że Bielsko było wtedy potęgą włókienniczą - drugim ośrodkiem po Łodzi. A obecnie? Funkcjonuje tu zaledwie jedna firma w tej branży! W niej właśnie nakręcono film, który nam wyświetlono. Film ilustrował poszczególne etapy produkcji tkanin od surowca pasącego się na hali po magazyn wyrobów gotowych. Można było zobaczyć eksponowane tutaj maszyny w akcji. Ciekawostką jest, że w niektórych do wyczesywania wełny zastosowano dość specyficzne materiały np. główki ostu polnego!, czy… skórę rekina!

Innym, zupełnie zjawiskowym miejscem była ekspozycja prywatnej kolekcji dzieł W. Reymonta ulokowana w niepozornej kamiennicy blisko rynku. Niezwykłe było to, że właściciel dla którego twórca „Chłopów” jest idolem wystawia tutaj jego dzieła, które nie tylko ręcznie przepisuje, ale je jeszcze ilustruje. Całkiem jak średniowieczny skryba! W efekcie powstała kolekcja jednostkowych egzemplarzy do tego osobiście przez autora oprawionych. Według jego słów każdy egzemplarz to co najmniej kilka miesięcy żmudnej pracy. Istne dzieła sztuki! Należy dodać, że i miejsce ekspozycji było wyjątkowe: z własnoręcznie wykonanym wyposażeniem, ozdobione malowidłami i obrazami ilustrującymi reymontowskie powieści oraz oświetlone świecami. Ten ostatni efekt – wedle właściciela nie jest zamierzony, lecz wynika z jego problemów finansowych, skutkiem czego odcięto mu dostawę energii elektrycznej Potwierdza to regułę, że prawdziwa Sztuka jest doceniania, ale niestety często za późno, a nawet dopiero po śmierci twórcy. Wyszliśmy pod wielkim wrażeniem.

Kontynuując wycieczkę przy pobliskim kościele ewangelickim zobaczyliśmy pomnik M. Lutra- jedyny w Polsce ! Na dłużej zatrzymaliśmy się aby zwiedzić cmentarz i dom pogrzebowy żydowskiej gminy wyznaniowej. Szczęśliwie oba obiekty oszczędziła wojna, a jako że mieszka tutaj nieco mieszkańców wyznania mojżeszowego obecnie nadal są użytkowane, choć najstarsze pomniki i macewy są już nadgryzione zębem czasu. Warto wiedzieć, że miejscowa gmina wyznaniowa jest również administratorem cmentarzy żydowskich w całej okolicy z Cieszynem włącznie.

Korzystając ze ścieżki rowerowej dojechaliśmy do lotniska w Aleksandrowicach, gdzie chwilę obserwowaliśmy startujące szybowce i ostatecznie dojechaliśmy do Wapienicy. Tutaj - opodal zapory prowadzący zorganizował ognisko i inne niezbędne dodatki. Nasza wycieczka wyostrzyła apetyt, więc nic dziwnego, że niebawem wokół roznosił się miły zapaszek opiekanych kiełbasek. Po biesiadzie pojechaliśmy zobaczyć jezioro powstałe w 1929r. w efekcie przegrodzenia tamą potoku Wapieniczanka. Betonowa zapora wówczas wybudowana służy po dzień dzisiejszy i jest jedna z najstarszych w Europie tego typu budowli nadal użytkowanych. Jezioro jest malowniczo położone w górskiej dolinie i stanowi zbiornik wodny dla miasta Z tego powodu jest szczelnie ogrodzone i niestety niedostępne. A szkoda. Tutaj nasi „długodystansowcy” obrali kurs na Cieszyn, a reszta pożeglowała przez centrum Wapienicy do Starego Bielska, gdzie przy cennym gotyckim kościele św. Stanisława wycieczka się zakończyła.

Przejechaliśmy niezbyt wiele tylko ok. 25 km, ale zobaczyliśmy sporo ciekawych miejsc i dzięki prowadzącemu mogliśmy się przekonać, że Bielsko to nie tylko handlowe galerie.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XVII Rodzinny Rajd Rowerowy

31.08.2014

Dnia 31.08.2014r. od godz. 900 cieszyński rynek stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów, którzy korzystając z pięknej pogody zdecydowali się wyruszyć na trasę tegorocznej, już XVII edycji rajdu. Impreza była szeroko anonsowana w prasie lokalnej, portalu internetowym Ziemi Cieszyńskiej, plakatach informacyjnych na słupach ogłoszeniowych oraz w komunikacji miejskiej.

Celem imprezy nieodmiennie jest promocja czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, propagowanie oznakowanych tras rowerowych, poznanie uroków Ziemi Cieszyńskiej, a dodatkowo na tym rajdzie promowanie Roku Turystyki Rodzinnej w PTTK i realizacja hasła „Rowerzysto-bądź widoczny na drodze”. W skład Komitetu Honorowego weszli: pan Mieczysław Szczurek - Burmistrz Miasta Cieszyna, pan Tomasz Branny - Wójt Gminy Dębowiec na terenie której zorganizowano metę, oraz pan Jacek Tyczkowski - Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie.

Cieszył udział w rajdzie licznych wielopokoleniowych rodzin z Cieszyna i okolic a zwłaszcza dzieci i młodzieży. W rajdzie wzięły udział również grupy zorganizowane z klubów „Przerzutka” Zebrzydowice, „Wiercipięta” Jastrzębie Zdrój, LKS „Wiktoria” Hażlach, które wyróżniały się własnymi strojami organizacyjnymi. Uczestników imprezy wyposażyliśmy w specjalnie wyprodukowane odblaskowe chusty z okolicznościowym nadrukiem oraz opaski odblaskowe, które zgodnie z nowelizacją przepisów ruchu powinny być noszone również i przez pieszych użytkowników drogi. Elementy te na pewno przyczynią się do podniesienia bezpieczeństwa ich użytkowników. Sekretariat zorganizowany z członków Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek” sprawnie uporał się ze sprawami organizacyjnymi. Konferansjerkę prowadził prezes klubu – Z. Pawlik.

O godz. 1000. wielobarwny peleton pilotowany przez straż miejską oraz policyjny radiowóz wyruszył na trasę. Trasa rajdu liczyła ok. 15 km i prowadziła przez Zamarski, Kostkowice do Dębowca gdzie w „Willi Słoneczna” państwa Małachowskich zorganizowano metę. Odpoczynek zaplanowano w Zamarskach w „Barze Źródełko”, gdzie uczestnicy otrzymali wyroby cukiernicze ofiarowane przez Oddział Olza firmy Mondelez Polska. Na mecie byli obecni gospodarze – którzy m.in. zaprezentowali produkowaną odzież sportową i alpinistyczną, a także pan Jacek Tyczkowski szef cieszyńskiego PTTK. Po konsumpcji posiłku przystąpiliśmy do realizacji zaplanowanych konkursów, których wyniki prezentujemy poniżej.

  • Konkurs dla dzieci „bieg w workach”
    • w grupie do lat 12 - Igor Wojacki,
    • w grupie do lat 8-10 - Paweł Wojacki,
    • w grupie 6-7 lat - Tosia Kania,
    • w grupie 4-latków Patryk Smyczek
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” w kategorii dorośli
    1. Sławomir Sliż,
    2. Krystian Mrózek,
    3. Rafał Urbańczyk,
  • Konkurs „wymiana dętki ” w kategorii dorośli
    1. Sławomir Sliż,
    2. Krystian Smyczek,
    3. Waclaw Plisz,
    4. Zbigniew Pawlik,
    5. Piotr Delong
  • Konkurs rzut oponą
    1. Krystian Mrózek,
    2. Andrzej Nowak,
    3. Mariusz Bubik ( po dogrywce),
    4. Kacper Borus

Wymienieni otrzymali nagrody rzeczowe oraz kupony rabatowe ufundowane przez sponsorów. Najbardziej widowiskową częścią imprezy było wręczenie pucharów. Zdobyli je:

  1. W kategorii „Rodzina rajdowa” 5-osobowa rodzina państwa Smyczków. Puchar ufundował Burmistrz Miasta Cieszyna i został wręczony przez panią Alicję Wlach - radną miasta Cieszyna. Dodatkową nagrodą był voucher obiadowy ufundowany przez gospodarzy mety państwa Malachowskich.
  2. W kategorii „rajdowych seniorów” puchary ufundował wójt Gminy Dębowiec a wręczył pani Elzbiecie Macurze (urodzona w 1945 roku) i panu Adamowi Poloczkowi (urodzony w 1932 roku) obecny na mecie prezes PTTK. Dodatkowo seniorzy otrzymali kupony rabatowe ufundowane przez BTK Ondraszek.
  3. W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę nagrodę rzeczową otrzymał Igor Bubik (urodzony w 2008 roku). Nagrodę ufundował TKK Ondarszek - organizator imprezy.
  4. W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana” puchar ufundowany przez Oddział PTTK „Beskid Śląski” zdobyła 14-osobowa ekipa Ondraszka (byli to uczestnicy nie należący do komitetu organizacyjnego).
  5. W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu” słodką niespodziankę odebrał Kornel Śliż (urodzony w 2013 roku), która podróżowała w foteliku na rowerze rodziców.

W tegorocznej edycji rajdu wzięło udział ok.120 rowerzystów od najmłodszych adeptów turystyki rowerowej po seniorów, czyli przedstawicieli aż czterech pokoleń. Impreza została przygotowana i przeprowadzona przez Turystyczny Klub Kolarski PTTK „Ondraszek” z Cieszyna, i mogła zostać zrealizowana dzięki pomocy lokalnych instytucji oraz firm. Głównymi sponsorami byli:

  • Urząd Miejski Cieszyn
  • PTTK Oddział „Beskid Śląski” Cieszyn
  • Urząd Gminy Dębowiec
  • Hurtownia „Beskid Plus” Cieszyn
  • Centrum Oświetleniowe „Styl” Cieszyn
  • Mondelez Polska S.A. Oddział „Olza” Cieszyn
  • Gabi-Pol sklep i serwis rowerowy W. Plisz Cieszyn
  • Pala&Pala sklep sportowy Cieszyn
  • Totem sklep i serwis rowerowy Cieszyn
  • BTK „Ondraszek” Cieszyn
  • oraz inni.

Wyżej wymienionym składam serdeczne podziękowanie za okazane wsparcie, a Komitetowi Organizacyjnemu z Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek” z Cieszyna za zaangażowanie w przygotowanie oraz sprawne przeprowadzenie imprezy. Osobne podziękowanie składam funkcjonariuszom Policji oraz Straży Miejskiej w Cieszynie i służbie medycznej za zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom rajdu oraz wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do sukcesu tej imprezy.

Z turystycznym pozdrowieniem,
Zbigniew Pawlik
Prezes TKK PTTK „Ondraszek”

Zbigniew Pawlik
Galeria
Z serii korzystamy ze zniżek PTTK – Sudety-Góry Sowie

05.09.2014 - 07.09.2014

Chociaż tym razem ze zniżek nie korzystaliśmy, to i tak wszyscy byli zadowoleni z wyjazdu, jaki nam Basia przygotowała. Pierwszym etapem podróży był zamek Grodno z przepięknym widokiem na dolinę Bystrzycy. Pani przewodniczka, która oprowadzała nas po zamku, bardzo upodobała sobie temat tortur i narzędzi do nich stosowanych. Mogłaby chyba mówić o nich cały dzień, gdyby nie to, że wypadało powiedzieć również o innych rzeczach dotyczących zamku i jego okolic. Następnie udaliśmy się do Walimia, do Muzeum Sztolni Walimskich.

Mogliśmy zapoznać się z trudem, jaki musieli włożyć więźniowie obozów przydzieleni do pracy przy drążeniu tuneli w kompleksach "Rzeczka", "Olbrzym", "Osówka", "Włodarz" czy "Jugowice". Kompleksy te miały być przeznaczone do produkcji przez Niemców broni i uzbrojenia w trakcie trwania II Wojny Światowej. Po zwiedzeniu Sztolni Walimskich ruszyliśmy w drogę do naszej bazy noclegowej w Rzeczce.

Na miejscu powitali nas bardzo mili gospodarze. Dowiedzieliśmy się, że częstym gościem w tym miejscu jest pan Kochut z Rudzicy prowadzący Galerię Stracha Polnego. Jego dwie prace można było od razu zauważyć wśród wiszących w jadalni obrazów. Obiadokolacja, następnie toaleta i przyszła pora na ognisko.

Następnego dnia, w sobotę, byliśmy umówieni z miejscowym przewodnikiem, który miał nas poprowadzić szlakami Gór Sowich. Jedna grupa - "mocniejsza" - ruszyła z Przełęczy Woliborskiej zamierzając dojść na Wielką Sowę. Druga zaś -"słabsza" - podjechała autokarem do Przełęczy Jugowskiej, aby również zdobyć Wielką Sowę.

Nasze plany niestety nie zostały zrealizowane, gdyż z górskiej wędrówki zrobiło się grzybobranie - grzyby rosły dosłownie wszędzie. W połowie drogi w okolicach wierzy widokowej na Kalenicy było już wiadomo że nie mamy szans na dojście na Wielką Sowę. W oddali było słychać odgłosy zbliżającej się szybko burzy. Nasz przewodnik, pan Czesław Dominat, co chwilę pokazywał nam jakieś nowe pasma górskie po polskiej i czeskiej stronie. Gdy dotarliśmy do schroniska "Zygmuntówka" na Przełęczy Jugowskiej po kilku minutach rozpętała się nawałnica. Padał deszcz i grad. Ulewa trwała około godziny i gdy po deszczu opuściliśmy schronisko droga dojazdowa do niego była nie do rozpoznania. Woda wyżłobiła w niej ogromne wyrwy. Mieliśmy szczęście, że dotarliśmy do schroniska przed burzą. Jeszcze większym szczęściem było to że Andrzej Słota poszedł z drugą grupą na Wielką Sowę, a autokar zostawił na parkingu niedaleko schroniska. Tak więc poczekaliśmy aż zejdzie z góry i razem wróciliśmy na kwaterę. Wieczorem również było ognisko z kiełbaskami i śpiewami.

W niedzielę rano, o godz. 700, grupa ochotników, którzy wczorajszego dnia nie zaliczyli Wielkiej Sowy, ruszyła na trasę, aby zdobyć szczyt i zdążyć wrócić na śniadanie na 930. Ruszyliśmy starym szlakiem, który prowadził obok naszej kwatery, a później już tylko na azymut i tzw. nosa. Wszystko się udało, tylko wieża na Sowie była zamknięta (czynne od 930). Zdobyliśmy szczyt, zdążyliśmy na śniadanie, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Byliśmy umówieni z panem Czesławem w Nowej Rudzie. Oprowadził nas po centrum miasta, opowiedział jego historię i ruszyliśmy na szlak.

Przez Rezerwat przyrody "Górę św. Anny" dotarliśmy na jej szczyt. Po drodze minęliśmy kościół pod wezwaniem św. Anny, dawne niemieckie schronisko oraz domek pustelnika, który zamieszkiwał tu jeszcze w latach 80 XX wieku. Była tam również wieża widokowa, akurat w trakcie remontu, który miał się niebawem zakończyć. Następnie ruszyliśmy szlakiem na Górę Wszystkich Świętych, skąd z wieży widokowej roztaczał się wspaniały widok na okoliczne pasma górskie.

Dalsza droga prowadziła do Słupca. Mieliśmy tam przerwę na posiłek przed drogą powrotną do Cieszyna. Tam również pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem. Być może tylko na rok, gdyż w przyszłym sezonie planujemy powrót w tamte strony, aby powędrować po czeskich górach i nie tylko.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Ziemia Cieszyńska znana i nieznana odc. XI „Robotnicy Słowa”

14.09.2014

Ten nieco intrygujący tytuł nadałem wyprawie która miała na celu podążyć śladami ludzi dla których tworzywem było słowo. Można by również powiedzieć, że są to „Wirtuozi Słowa”, lecz w gruncie rzeczy każdy wirtuoz w swym fachu jest też robotnikiem. Aby wyprawę przygotować merytorycznie musiałem przekopać całą stertę książek, „smerfować” po Internecie, oraz oczywiście znaleźć ich materialne ślady.

Mimo nienajlepszej pogody na rynku pojawiła się grupka osiemnastu Ondraszków i sympatyków zainteresowanych tematem. Eksplorację rozpoczęliśmy w Cieszynie gdzie przystanęliśmy w następujących punktach:

  • Ul. Mennicza – narożna kamienica z ul. Głęboka. Tutaj długi czas mieszkała pani Barbara Biłko - żołnierz AK, nauczyciel, działaczka społeczna i poetka. Przedstawiłem pokrótce Jej biografię, a „Rozstrzapek” i „Ośka” zacytowały wiersze swojej Mamy;
  • Zamek – przy pamiątkowym kamieniu poświęconym nauczycielowi, poecie i pisarzowi Janowi Kubiszowi przybliżyłem jego życiorys i zaśpiewaliśmy hymn Ziemi Cieszyńskiej – „Płyniesz Olzo” jego autorstwa;
  • Ul. Górny Rynek – pod tablicą upamiętniającą cieszyński epizod w życiu Juliana Przybosia opowiedziałem o jego 12-letnim pobycie w grodzie nad Olzą. Był tutaj nauczycielem i jednocześnie awangardowym poetą. Wspomniałem również o jego wychowanku – Kornelu Filipowiczu, który również został literatem;
  • Ul. Górna – przy bramie domu, w którym Kornel Filipowicz spędził dzieciństwo i młodość, opowiedziałem o jego dalszych losach, spuściźnie literackiej i filmowych scenariuszach, a także o jego związku z Wisławą Szymborską, która dzięki tej znajomości bywała w Cieszynie. Była to też okazja do przybliżenia życia i literackich dokonań naszej Noblistki, a „Druhna” zacytowała jej wiersz „Jak ja się czuję ?” o tematyce dla większości jak najbardziej aktualnej.

Kontynuując wycieczkę pojechaliśmy przez Mnisztwo, Dzięgielów, Bażanowice, Ogrodzoną do Kisielowa, gdzie obraliśmy drogę do Skoczowa. Po drodze zdarzył się mały wypadek więc przydała się wieziona apteczka. Delikwent będzie miał na jakiś czas pamiątkę w postaci otartego kolana.

W Skoczowie nastąpił dłuższy popas na małe co nieco. Tutaj też cierpliwie nas oczekiwał spiżowy Gustaw Morcinek rozparty na wygodnym fotelu pośrodku skwerku przy kościele. O Morcinku można by opowiadać długo, dlatego wybrałem tylko niektóre fakty z Jego życia i twórczości oraz dzieje jego związku ze Skoczowem oraz Górkami.

Dalej nasza trasa prowadziła wzdłuż Wisły po Nierodzimia. Tutaj przejechaliśmy najpierw na drugą stronę Wisły, później przekroczyliśmy Brenicę i dojechaliśmy na cmentarz w Górkach Wielkich. Przy mogile Zofii Kossak Szczuckiej-Szatkowskiej przedstawiłem mocno pokręcone losy życiowe autorki tak wielu poczytnych powieści, przytoczyłem wspomnienia ludzi którzy ją znali, a także historię jej kontaktów z Morcinkiem. Należy dodać, że pani Zofia bardzo lubiła rowerowe wyprawy, więc gdyby już wówczas istniał nasz Ondraszek, no to kto wie…

Ostatnim punktem na tej naszej „literackiej wyprawy” była dawna szkoła kadr ZHP w Górkach, która w latach 1937-1939 prowadzona była przez Aleksandra Kamińskiego „Kamyka” autora powieści „Kamienie na szaniec”. Piękne niegdyś budynki były miejscem gdzie wychowywały się kadry „Kolumbów rocznik 20” a obecnie smętne i opuszczone oczekują na odpowiedzialnego gospodarza. Wyprawa zakończyła się w dworku Zofii Kossak, a wracając obraliśmy kierunek na Ustroń. Dojechaliśmy jednak tylko do Harbutowic, do miejsca zwanego „Trójkątem Bermudzkim” gdzie skończyła się nasza w miarę dobra pogoda. Dotychczas litościwe niebo zasnuło się ciężkimi chmurami i ledwie zdążyliśmy uciec przed ścianą deszczu pod daszek. Po dłuższym oczekiwaniu część ekipy mimo deszczu pojechała dalej, a część wezwała „pojazdy ratunkowe” i do Cieszyna dojechała już jako pasażerowie.

Przejechałem 45 km, i myślę, że mimo opisanych perturbacji wyprawa połączyła przyjemne oraz pożyteczne, a o to przecież chodziło.

Rechtór-Zbyś
Galeria
VIII Rajd do ujścia Olzy im. W. Janika

21.09.2014

Zgodnie z tradycją pod koniec sezonu odwiedzamy miejsce, gdzie Olza kończy swój bieg i łączy się ze swoją siostrą Odrą aby wspólnie dążyć do morza. Tym razem zaszczyt organizacji przypadł Ondraszkowi, a konkretnie tego niełatwego zadania podjęli się nasi przyjaciele państwo Klapuchowie.

Start wyznaczono na przystanku kolejowym Dolna Lutynia. Trzeba jednak przyznać, że większość z ponad 20-osobowego peletonu przyjechała tutaj już na rowerach. Po serdecznym powitaniu prowadzeni przez Grażynę i Genka ruszyliśmy w stronę granicznych Wierzniowic. Niestety naszej Szykownej nie było dane tutaj dojechać – awaria najpierw dętki a potem opony wyeliminowała ją całkiem z wycieczki i musiała wrócić z powrotem na dworzec kolejowy prowadząc rower. Reszta grupy przekroczyła graniczną rzekę i już po stronie polskiej pojechała przez Gorzyczki do miejscowości Olza. Tutaj jadąc wzdłuż wału powodziowego w znajomym miejscu pozostawiliśmy rowery i dalej pieszo podeszliśmy do punktu gdzie obie rzeki się łączą. Przekazałem kilka informacji o Janie Kubiszu autorze wiersza „Do Olzy”, który oprawiony w melodię stał się hymnem naszej Małej Ojczyzny. „Płyniesz Olzo po dolinie, płyniesz jak przed laty…” w naszym wykonaniu popłynęło po falach.

Po chwili zadumy wróciliśmy do rowerów zauważając po drodze, że jakaś litościwa dusza postawiła na tym pustkowiu… przenośną ubikacje „Toytoy”. Czyżby ku naszej wygodzie? Ruszyliśmy dalej do Uchylska, gdzie w miejscowej gospodzie nastąpił dłuższy przystanek kawowy połączony z degustacją wspaniałych domowych wypieków nieocenionej Grażyny. Po odpoczynku pojechaliśmy przez Kolonię Fryderyk i Podbucze docelowo do Skrzyszowa. Prowadzący Genek na trasę wybrał urocze dla rowerów boczne dróżki, które zazwyczaj bywają mocno pokręcone więc tylko z najwyższym trudem odgadywaliśmy gdzie aktualnie się znajdujemy. Peleryny też się przydały – choć kapuśniaczek z nieba nie był uciążliwy i wycieczkę można było kontynuować. Metę wyznaczono na skrzyszowickich kortach tenisowych, gdzie właściciele podjęli nas ciepłym posiłkiem z grilla oraz herbatką.

W miłej atmosferze czas szybo mijał a do domu daleko, więc koniec końców trzeba było trąbić do odwrotu. Pożegnaliśmy się zatem serdecznie z gospodarzami wyprawy i przez Godów, Gołkowice, Piotrowice i Karwinę dojechaliśmy do Cieszyna.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Gwarka”

28.09.2014

Dla zebranych na rynku, żądnych rowerowej przygody 11 Ondraszków Kazik „Gwarek” miał aż dwie propozycje - wyprawę do Kostkowic, bądź ambitniejszą wycieczkę na Czantorię. Propozycje poddano weryfikacji, a mając na uwadze ostanie deszcze, doszliśmy do konkluzji, że na Czantorii możemy utonąć w błocie. A zatem postanowiliśmy podziwiać Kostkowice, lecz przed tym jeszcze uczestniczyliśmy w sesji próby przedziwnego urządzenia - fotograficznego drona. Do Kostkowic wjechaliśmy od strony Ogrodzonej i Łączki. Kraina pagórków malowniczo rozrzuconych domków, połyskujących stawów i zaczynających się złocić w jesiennym słońcu drzew faktycznie wyglądała bardzo uroczo. W spacerowym tempie poruszaliśmy sie bocznymi dróżkami kontemplując widoki. Dłuższy postój „Gwarek” przewidział w tężni solankowej w Dębowcu, która otwarto w bieżący roku. Wśród licznie zebranych „kuracjuszy” zasiedliśmy i my, wdychając przepojone minerałami powietrze.

Po inhalacji pojechaliśmy w stronę Ochab równie uroczą drogą pomiędzy stawami na Podlesiu. Większość grupy miała nadzieję wziąć udział w tamtejszym VII Rowerowym Rajdzie Rodzinnym, który starował z boiska w Ochabach. Na miejsce dojechaliśmy przed czasem, więc mieliśmy możliwość zobaczenia jak formuje się peleton. Zaskoczyła nas forma rajdu organizowanego przez miejscowe Stowarzyszenie Ochabianie. Otóż był to rajd w którym uczestnicy indywidualnie poszukiwali punków w terenie, gdzie trzeba było znaleźć poszczególne litery układające się w hasło. Tym samym, uczestnicy poruszali się indywidualnie wedle mapy otrzymanej na starcie, a organizatorzy dzięki temu uniknęli uciążliwej procedury uzyskiwania pozwolenia na wykorzystanie drogi do celu organizacji zwartego peletonu, ochrony policji i innych wymogów narzuconych przez ustawę. Sprytne!

Jednakże jak to się udało nie dane mi było się dowiedzieć, gdyż musiałem już wracać do domu. Uczyniłem to w towarzystwie „Wędrowniczka”. Przejechałem coś ponad 40 km, i jestem przekonany że było to optymalnym wykorzystaniem tego pięknego i słonecznego dnia.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Szlakiem Tradycji Śląska Cieszyńskiego do Wędryni

05.10.2014

Poranek był chłodny przez co niesprzyjający dla rowerzystów. Dlatego jakie było moje zdziwienie, gdy na zbiórce stawiło się aż 20 osób. Ruszyliśmy o godzinie 912 trasą ogłoszoną w mediach: ulicą 3-go Maja, Al. J. Łyska, St. Żeromskiego do Trzyńca – Szpital i Wędryni. Po drodze słońce zaczęło się do nas uśmiechać, a humory dopisywały.

Koło południa dotarliśmy do domu naszego bohatera dnia, Antoniego Szpyrca, który urodził się 1 stycznia 1950 r. w Jabłonkowie, a mieszka w Wędryni (Zaolzie-Czechy). Od ponad trzydziestu lat zajmuje się malarstwem na szkle. Inspiracją stały się dla niego ludowe obrazki z XVIII i XIX wieku, które były ozdobą wiejskich wnętrz. Tematy dla swoich prac czerpie z obyczajów i tradycji naszego regionu, a także strojów ludowych czy rzemiosła. Są one mu bardzo bliskie, ponieważ studiował kulturę ludową w Folklorystycznej Sekcji przy PZKO w Czeskim Cieszynie, gdzie prowadził także Klub Twórców Ludowych. Był także członkiem artystycznej grupy Beskyd przy Muzeum Beskyd we Frydku-Mistku. Interesuje się historią Jabłonkowa dlatego też ulubionym tematem jego obrazków jest przeszłość tego miasta z końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Podstawą do tworzenia obrazów są jego własne zbiory fotografii i pocztówek. Właśnie te obrazy są charakterystycznym przykładem malarstwa naiwnego w jego twórczości. Jest autorem książek „Jablunkov“, „Jablunkov 1939-1989“, „Jabłonków 1435-1939“ oraz licznych artykułów i opracowań z dziedziny historii i etnografii regionu jabłonkowskiego. Jego twórczość można było oglądać na licznych wystawach w Czechach i w Polsce. Jest laureatem II Nagrody Przeglądu Malarstwa na Szkle organizowanym przez WDK w Bielsku-Białej w 1991 r., w r. 1997 w tym samym konkursie otrzymał wyróżnienie specjalne. W roku 2011 uzyskał wyróżnienie w Konkursie im. Jana Wałacha w Istebnej.

W przyjemnej atmosferze mijał czas spędzony u Pana Antoniego. Pokazał nam swoje dzieła, poopowiadał o swojej twórczości. Poczęstował nas kawą, herbatą. Myślę , że wszystkim przybyłym podobało się spotkanie z niezwykłym człowiekiem, który nie pozwala zapomnieć, że „tradycyjne jest piękne“. Wróciliśmy ścieżką rowerową nr 10, aż do samego Czeskiego Cieszyna.

Dnia 05.01.2015 r., na cmentarzu w Jabłonkowie został pochowany Antoni Szpyrc.

Maria Biłko-Holisz
Galeria
Zakończenie sezonu „Niewiadomogdzie”

12.10.2014

Wszystko co dobre ma swój kres. Także i nasz "Ondraszkowy" sezon rowerowy, a przynajmniej ten oficjalny. Wobec tego 12. października Ondraszki i sympatycy turystyki rowerowej spotkali się na cieszyńskim Rynku, aby wspólnie odbyć ostatnią wycieczkę sezonu. Impreza miała mieć charakter spotkania towarzyskiego i z tego też powodu nie zaplanowaliśmy jakiejś trasy prowadzącej daleko od Cieszyna. Nasza trasa prowadziła głównie ulicami miasta - ideą było przejechanie przez wszystkie cieszyńskie ronda - i tutaj pamięć mnie zawiodła. Zapomniałem o rondzie koło "skarbówki".

Następnie przez Marklowice, ul. Akacjową, Szkolną, Wrzosów, Parchów dojechaliśmy do ul. Łanowej, która doprowadziła nas do ul. Majowej. Potem Frysztacką do Kościelnej, przez Pikiety, Pszeniczną, Przepilińskiego, Kajzara, Kościuszki, Stawową, Bielską i Sienną na metę do baru "Kaskada". Uczestnicy, w liczbie 45 osób, mieli możliwość wykazać się zdobytą w ciągu sezonu kondycją.

Myślę, że trasa była dosyć wymagająca nawet dla tych, którzy solidnie przepracowali cały sezon. Na mecie czekały już na nas kiełbaski z grilla oraz ciepła herbata. Pobyt na świeżym powietrzu uprzyjemniali nam zaproszeni przez Basię gitarzyści: Józek i Andrzej z zaprzyjaźnionej grupy górskiej. W tej szczególnej oprawie przypadł mi zaszczytny obowiązek wręczenia Andrzejowi "Ziołowemu" legitymacji przodownika turystyki kolarskiej, a Frankowi Niedzielanowi odznaki "25 lat w PTTK". Oczywiście zostały spisane stany kilometrów z liczników uczestników konkursu na "Długodystansowca sezonu".

Spędziliśmy miłe popołudnie w gronie przyjaciół i znajomych. Zaszczycił nas udziałem w imprezie Grzesiu "Dzięcioł". Do zobaczenia w nowym sezonie, może już 01.01.2015?

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Wigilijka z Ondraszkiem

14.12.2014

I nadszedł ten oczekiwany przez wszystkich dzień, w którym pod świąteczną choinką wszyscy wszystkim ślą życzenia i przy tradycyjnych potrawach śpiewamy kolędy. Stały animator naszej wigilijki Basia „Apanaczi” tym razem zorganizowała spotkanie w restauracji ”Ogrodowa” w Cieszynie. Zebrało się tutaj prawie 30 Ondraszków, w tym nasi członkowie z Bielska-Białej oraz „Długodystansowiec” - A. Warpechowski ze Skoczowa. W naszym kolędowaniu muzycznie na akordeonach wspomagali nas naprzemiennie R. Panasiuk, M. Ściskała - „Grajek”. Nie zapomnieliśmy również o grudniowym solenizancie: W. Nowak ma dopiero 72 lata! Życzenia dalszych lat w zdrowiu i pomyślności zostały poparte wręczonym „koszem wszelakiej obfitości”.

Tzw. „Gwoździem Programu” wigilijek wykreowanych przez „Apanaczi” była zawsze obecność Gościa Specjalnego. Tym razem przybył do nas kwartet śpiewaczy „bez nazwy” złożony z nauczycieli ze Szkoły Muzycznej „Casio” ze Skoczowa. Szkoła prowadzi zajęcia z zakresu nauki gry na keybordach i ni jak dotychczas nie utworzyła zespołu muzycznego. Zgodzili się jednak wyjątkowo przyjechać na nasze zaproszenie, aby przedstawić własny program złożony z mniej lub bardziej znanych kolęd. Ich wykonanie w akompaniamencie keyborda było prawdziwą „ucztą dla ucha”. Zespół wystąpił w składzie: sopran - Mariola Kupczewska, alt - Krystyna Gibiec, tenor - Stanisław Kluz, bas. - Jan Gibiec, aranżacja i akomaniament - Krystyna Gibiec.

Czas miło płynął przy przygotowanym poczęstunku. Należą się głębokie ukłony za rybkę, sałatkę i barszcz w stronę „Smiga” - P. Holisza, który w tym lokalu realizuje swoje gastronomiczne talenty. Dodatkową atrakcją miała być prezentacja zwyczajów bożonarodzeniowych na Ziemi Cieszyńskiej, którą w internecie wyłowił i przyniósł R. Syrokosz w Koła Przewodników przy naszym O/PTTK. Prezentacja jest audycją TVP Katowice nagraną kilka lat temu w muzeum w Cieszynie, Żywcu i Pszczynie. Niestety nie udało się przezwyciężyć problemów z nagłośnieniem i prezentację zainteresowani muszą sobie obejrzeć już u siebie w domu.

Było miło i sympatycznie i jestem pewny, że magiczna atmosfera tego spotkania wszystkim się udzieliła a ten radosny nastrój przechowamy do niedalekich już Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku.

Poniżej prezentujemy krótki reportaż o obyczajach świątecznych na śląsku cieszyńskim.

Rechtór-Zbyś
Galeria