Kronika imprez z 2015 roku
Spis treści
Noworoczne Spotkanie Rowerowe

01.01.2015

Jak już się można było w Cieszynie przyzwyczaić, w południe na Rynku zebrała się znów grupka turystów, aby zapoczątkować nieoficjalne otwarcie sezonu rowerowego, który prawdę mówiąc, nigdy właściwie się nie kończy. Tym razem była nas siódemka: Św. Mikołaj, Paparazzi, Ośka, Śmig, Rechtór, Łukasz Wilczek i ja. Trasa była prosta - jechaliśmy z życzeniami noworocznymi do Druchny i Długiego do Dzięgielowa. Droga - jak przystało na Nowy Rok - była czarna i mokra. Tak więc bez większych przeszkód i problemów dotarliśmy na ul. Miodową, do naszych sympatycznych gospodarzy. Ponieważ część uczestników wycieczki sylwestrowy wieczór spędziła w Teatrze, to Koncert Noworoczny filharmoników wiedeńskich był dobrą okazją do kilku pląsów. Po bardzo mile spędzonych chwilach zebraliśmy się w drogę powrotną do Cieszyna.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Prelekcja - Finlandia z perspektywy bicyklowego zica - poznawanie nowych kultur

09.01.2015

Prelekcja odbyła się w Skoczowie, poniżej zamieszczamy kilka zdjęć.

Adam Kłodowski (Admin)
Galeria
Zebranie sprawozdawcze, rozstrzygnięcie konkursów sezonu 2014

23.01.2015

Styczeń w PTTK jest okresem podsumowań dokonań poprzedniego sezonu. Robią to żeglarze, narciarze, przewodnicy i oczywiście kolarze. Od kilku lat w tym celu korzystamy z gościnnej sali SM Cieszynianka, gdzie w ten piątkowy wieczór zebrało się sporo Ondraszków oraz sympatyków (łącznie ponad 50 osób). Oddział PTTK reprezentował jego prezes J. Tyczkowski, przybyła też delegacja Towarzystwa Rowerowego ”Olza” przy PTTS-ie w RCZ. oraz B. Tyrna reprezentująca portal internetowy Ziemi Cieszyńskiej. Wzorem lat ubiegłych prowadzenie spotkania powierzyliśmy płci pięknej. Przewodniczącym została jednogłośnie wybrana A. Wlach - ”Czorno”.

Zgodnie z programem zaczęliśmy od sprawozdań. Ze sprawozdania prezesa wynikało, że klub ma za sobą kolejny sezon prężnego działania. Odbyło się 30 zaplanowanych bliższych i dalszych rowerowych wypraw w trakcie których poznawaliśmy Ziemię Cieszyńską po obu stronach Olzy, Jurę Krakowsko-Częstochowską na zlocie przodowników turystyki kolarskiej, okolice Tarnowskich Gór na zlocie O/PTTK województwa śląskiego, Morawy oraz odległą i tajemniczą Finlandię na zorganizowanych obozach kolarskich. Pojedynczo nasi członkowie przemierzali wzdłuż i wszerz całą Polskę, a także uczestniczyli w zawodach sportowych rowerowego maratonu. W tych wydarzeniach wzięło udział łącznie 575 członków i sympatyków klubu.

Na otwarciu sezonu zaszczytu pasowania na Ondraszka dostąpili państwo Pawliczkowie Krystyna - „Druhna” i Ryszard - „Długi”. Z powodzeniem Ondraszki startowały w konkursie fotograficznym klubu PTTK „Start” prace familii Pawlików zostały wyróżnione dyplomami.

Z pozostałych działań warto zaznaczyć, że na bazie rowerowej wyprawy na Krym przygotowano multimedialną prezentację „Krym – gdzie góry łącza się z morzem” która była z dużym powodzeniem 8-krotnie przedstawiana po obu stronach granicy. W prezentacji „Alapala” recytowała „Sonety krymskie” wieszcza Adama, który prawie 200 lat temu też zwiedzał miejsca w których byliśmy.

Ondraszek był też gospodarzem dorocznego spotkania aktywu turystyki kolarskiej województwa śląskiego w Cierlicku, które zostało bardzo wysoko ocenione przez jego uczestników.

Następnie kolejno wysłuchaliśmy sprawozdań skarbnika, komisji rewizyjnej oraz szefa TRW. Wręczenia zdobytych odznak turystyki kwalifikowanej dokonał J. Tyczkowski. Warto zaznaczyć, że L. Szurman - „Wędrowniczek” przemierzył na rowerze ok. 5500 km zdobywając kilka odznak kolarskich za jednym razem. Na wniosek klubu Oddział PTTK „Beskid Śląski” przyznał dyplomy za wybitne zasługi w roku sprawozdawczym. Otrzymali je z rąk prezesa O/PTTK L. Szurman - „Wędrowniczek” oraz K. Szewczyk - „Gwarek” za swoje wyjątkowe kolarskie dokonania. W dalszej części spotkania sędziowie konkursów przedstawili wyniki zmagań.

Konkurs na najaktywniejszego turystę-kolarza 48 sezonu

  1. miejsce Leszek Szurman - „Wędrowniczek” – 155 pkt
  2. miejsce Jarosław Rezmer - „Bystry” – 132 pkt
  3. miejsce Zbigniew Pawlik - „Rechtór” – 117 pkt
  4. miejsce Beata Szarzec - „Szykowno” – 105 pkt
  5. miejsce Jadwiga Rezmer - „Ośka”

Zwycięzcy otrzymali pamiątkowe dyplomy oraz nagrody rzeczowe.

Konkurs "Długodystansowca sezonu 2014"

kategoria Panie

  1. miejsce Beata Szarzec - „Szykowno” – 2259 km
  2. miejsce Kazimiera Hansel – 2245 km
  3. miejsce Jadwiga Rezmer – 1315 km
  4. miejsce Barbara Nowak - „Baska” – 1042 km
  5. miejsce Alicja Wlach - „Czorno” – 1009 km

kategoria Panowie - seniorzy

  1. miejsce Andrzej Nowak - „Ziołowy” – 4447 km
  2. miejsce Kazimierz Szewczyk - „Gwarek” – 2926 km
  3. miejsce Jan Stasik - „Proszejaciebie” – 2724 km
  4. miejsce Henryk Hansel – 2242 km
  5. miejsce Leszek Nowak - „Przypon” – 2176 km

kategoria Panowie- juniorzy

  1. miejsce Andrzej Warpechowski - „Maratończyk” – 12926 km!!!
  2. miejsce Leszek Szurman - „Wędrowniczek” – 6673 km
  3. miejsce Piotr Hamera - „Paparazzi” – 2176 km
  4. miejsce Jarosław Rezmer - „Bystry” – 1710 km
  5. miejsce Zbigniew Pawlik - „Rechtór” – 1572 km

Po zsumowaniu przejechanych kilometrów okazało się, że łącznie przejechaliśmy przeszło 50107 km!!! Zgodnie z zasadami regulaminu wymienionych uhonorowano pamiątkowymi dyplomami.

W dyskusji pochylono się nad propozycją ustanowienia specjalnej statuetki jubileuszowej „50 na 50” do zdobycia na zbliżające się Złote Gody Ondraszka. Po przegłosowanej poprawce przyjęto jej regulamin. Ostatnim bardzo sympatycznym punktem programu była multimedialna prezentacja wydarzeń ubiegłorocznego sezonu, którą przygotował „Paparazzi” na podstawie zdjęć ilustrujących kronikę w naszym internetowym oknie.

Tak bogaty program udało się zrealizować i zakończyć w zapowiadanej porze, w czym wielka zasługa prowadzących oraz zdyscyplinowania zebranych. Teraz… pozostaje tylko czekać na wiosnę i zapowiadane w programie atrakcje.

Zarząd klubu
Galeria
Spotkanie aktywu turystyki kolarskiej województwa Śląskiego w Raciborzu

21.02.2015

W tym roku działacze turystyki kolarskiej z całego województwa zawitali do Raciborza, a była ku temu wyjątkowa okazja, miejscowy oddział PTTK obchodził jubileusz 60-lecia. Miejsce spotkania było adekwatne do rangi uroczystości, była to sala konferencyjna w świeżo odrestaurowanym zamku książęcym. Oprócz licznie przybyłych gości z różnych klubów, komisji kolarskich i okolicznych oddziałów PTTK obecni byli również przedstawiciele władz samorządowych powiatu oraz miasta. Ondraszków tym razem reprezentowali: J&J Rezmerowie, A. Nowak, K. Szewczyk oraz Z. Pawlik.

Prezes oddziału PTTK z Cieszyna, J. Tyczkowski, był obecny aż w trzech funkcjach, oprócz naszego oddziału reprezentował Radę Prezesów oddziałów PTTK woj. śląskiego oraz władze ZG PTTK. Wszyscy dobrze życzyli Jubilatowi popierając to okolicznościowymi laurkami. Nasz klub wręczył prezesowi miejscowego oddziału PTTK okolicznościowy dyplom, proporczyk oraz „turystyczny niezbędnik” z logiem klubu. M. Koba, szef Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej, wręczył odznaki „za zasługi dla turystyki kolarskiej woj. śląskiego” kilkunastu działaczom, w tym 5 Ondraszkom.

Spotkanie nie było tylko „wymianą czułości”, ale zawierało również bogate treści krajoznawcze. O przyrodzie regionu raciborskiego opowiadał znany w środowisku botanik ilustrując swą opowieść kapitalnymi zdjęciami. Dla mnie zaskoczeniem było to, że zawędrowała tutaj również „Hacquetia epipactis”, czyli nasza cieszynianka wiosenna. Prelegent jednak przyznał, że jest jej tu ledwie kilka izolowanych stanowisk. Z innej branży niespodzianką było to, że w Raciborzu od 2012 roku istnieje firma produkująca rowery. Jak twierdził jej właściciel nie jest to produkcja taśmowa, lecz prawie rękodzieło, jeśli ktoś chce nabyć jakiś fikuśny rower „na miarę” może tutaj złożyć zamówienie. Na koniec obejrzeliśmy kilka spotów reklamowych promujących region.

Muzyczny przerywnik zapewnił chór żeński, który przy akompaniamencie gitary śpiewał znane turystyczne piosenki, z przyjemnością do nich dołączyliśmy. Fajnie śpiewali, a prawdziwym wirtuozem był gitarzysta oraz młoda mama, która partie solowe ciągnęła z kilkumiesięcznym malcem na rękach oraz niewiele starszą dziewczynką przy boku. Czasem malec też jej na swój sposób pomagał.

Po przerwie na zupę przyszła kolej na realizację programu zwiedzania. Mieliśmy w planie wejście do muzeum, które ma swoją siedzibę w dawnym klasztorze i kościele Dominikanek, zwiedzanie zamkowej ekspozycji, a także sąsiedniego browaru. Zaliczyliśmy wszystkie punkty programu, każdy z nich miał coś w sobie. W muzeum np., wśród rozlicznych eksponatów, była oryginalna mumia egipska. Skąd się tutaj wzięła? Otóż w XIX wieku baron Anzelm von Rothschild przywiózł ją dla swojej narzeczonej jako… pamiątkę z podróży po Egipcie. Miał gest, lecz jak się można było spodziewać, narzeczona wywaliła go wraz z tą osobliwą pamiątką na ulicę. Potem dała się jakoś udobruchać, a mumia długo się tułała, aż w końcu trafiła do tutejszego muzeum.

W zamku z kolei była ciekawa Izba Tradycji Więziennictwa. Tutaj mogliśmy posiedzieć w celi wraz z osadzonym, obejrzeć przeróżne osobliwości, np. bombę – czyli sracz stosowany tam, gdzie nie było jeszcze kanalizacji, czy też drewniany młot do opukiwania krat (w celu sprawdzania czy nie zostały podpiłowane). Wystawione też były np. oryginalne drzwi z celi cieszyńskiego CK więzienia z 1896r. W innym miejscu, za szybką, można było zobaczyć np. ząb trzonowy mamuta, a także wyskrobane nożem na murze wyznanie XVII-wiecznego turysty: „Tu byłem”. Jak widać zwyczaj skrobania graffiti po zabytkowych murach też ma swoją długą historię.

Po „Browarze Zamkowym”, który faktycznie zajmuje jedno ze skrzydeł zamku, oprowadzał nas sam mistrz ceremonii. Raciborski browar ma tradycje średniowieczne (powstał w 1567roku!) i nadal warzy piwo, lecz obecnie jako firma prywatna. Dzięki temu, że proces powstawania złotego trunku nie jest zmechanizowany, produkt ma swoją markę wg zasady „My piwo tworzymy, inni je produkują”. Słuchając ciekawych opowieści przeszliśmy cały szlak jego powstawania, aż do miejsca, za którym wszyscy tęsknili: izbą degustacji. Tutaj zgodnie uznaliśmy, że opowieści o wyjątkowym smaku nie były wcale przesadzone. Wg oryginalnych receptur produkują tutaj także np. piwo zielone (barwnik z ekstraktu na bazie szpinaku), miodowe, rżnięte oraz dyniowe.

Przy tak bogatym programie nic dziwnego, że do domu wróciliśmy po zmroku. Zwłaszcza, że w naszym programie mieliśmy jeszcze odwiedziny nowo mianowanej Pani Młodej „Alipali”.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Memoriał kolarski im. M. Palowskiego

12.04.2015

Od czasu śmierci śp. Mariana Palowskiego ta pierwsza wiosenna rowerowa wyprawa jest nazwana Memoriałem Jego imienia. Tym razem Beskidzioki ustaliły miejsce startu bezpośrednio przy cmentarzu w Czeskim Cieszynie. Mimo dość podejrzanej – pochmurnej pogody – na miejscu pojawiła się całkiem spora grupa kolarzy w różnym wieku. Tym razem było nas symetrycznie: po 18 z każdego brzegu Olzy w tym również i pani Halina Twardzik - prezes PTTS-u.

Przy mogile śp. Mariana spotkaliśmy się z żona Danusią oraz synem i ich sąsiadami. Zaśpiewaliśmy hymn PTTS-u – „Szumi jawor…”, następnie wygłosiłem słowo przypominając sylwetkę i dokonania Zmarłego. Złożyliśmy kwiaty i w ciszy wspomnieliśmy przez chwilę naszego Kolegę i Przyjaciela. Spotkanie zakończyła pieśń „Ojcowski dom…” i dodatkowo - aby rozgonić wiszące nisko nad nami chmury dołożyliśmy jeszcze „leze kočka dirou…” – co zazwyczaj pomagało i… teraz też pomogło.

Następnie prawie całe towarzystwo przesiadło się na rowery i pojechało w kierunku Tyry. Prowadził W. Niedoba na sportowej kolarce, a kończył J. Gociek na prawie zabytkowym bicyklu. Efekt był taki, że rozciągnęliśmy się niemiłosiernie tworząc długi łańcuszek. Trasa wiodła bocznymi dróżkami przez Ropicę, Końską, Trzyniec i Oldrzychowice. Pomimo kilku postojów celem skumulowania peletonu na metę zjeżdżaliśmy się grupkami. Gdy pierwsi dawno skończyli posiłek, ostatnich jeszcze nie było widać. No cóż takie są prawa prologu na progu sezonu. Zwłaszcza, że knajpka, w której była meta, znajduje się na samym końcu doliny, czyli w jej najwyższym miejscu.

Na szczytach Ostrego i Jaworowego widać było jeszcze śnieg, więc wjazd do doliny Tyry przypominał nieco wjazd do lodówki. Ostatecznie jednak wszyscy dojechali i fajnie było znów się spotkać w gronie starych przyjaciół. Omówiliśmy główne atrakcje tego sezonu i pogadaliśmy nieco o swoich planach.

Jako, że powrót był już indywidualny, meta powoli pustoszała, zwłaszcza, że było zimno i rozpoczął padać drobny deszczyk, co nie sprzyjało długiej kontemplacji. W drogę powrotną ruszyliśmy w 6-osobowej grupie Ondraszków. Nad Trzyńcem znów powitało nas słońce i zrobiło się naprawdę ciepło. Do Cieszyna wróciliśmy przez mało nieznany przejazd wzdłuż Olzy z Czeskiego Puńcowa do Błogocic.

Była to sympatyczna wyprawa w sam raz na dobry początek. Śp. Marian, który ją przed laty wymyślił i organizował wiedział co robi. Przejechałem 35 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zlot Oddziałów PTTK woj. śląskiego Mysłowice

18.04.2015

Chociaż pogada nie zachęcała zbytnio do spacerowania i jazdy na rowerze, to na starcie Zlotu Oddziałów PTTK województwa śląskiego stanęło około 200 uczestników. W tej liczbie prawie 50 osób wybrało trasy rowerowe. Pogoda była zmienna - trochę deszczu, trochę śniegu, dużo wiatru i zimno. Gospodarze imprezy poprowadzili nas do Katowic, do dzielnic Giszowiec i Nikiszowiec. Są to dwie historyczne dzielnice stolicy Górnego Śląska, które swoje powstanie i rozwój zawdzięczają wydobyciu węgla kamiennego. Chociaż okres ich powstania jest prawie identyczny, to trudno dopatrzeć się jakichś wspólnych cech. Mogliśmy również zwiedzić Muzeum Historyczne Miasta Katowice.

Baza Zlotu była w Muzeum Historii Pożarnictwa w Mysłowicach, skąd zabrano dużo ciekawych eksponatów, aby zrobić miejsce dla nas. Cieszyn miał dosyć liczną reprezentację rowerzystów: 9 Ondraszków i 3 sympatyków.

Więcej szczegółów trasy na stronie Endomondo.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Otwarcie sezonu

26.04.2015

Długo oczekiwany i zapowiadany dzień wreszcie nadszedł! Przechodnie na rynku na pewno zastanawiali się co to za manifestacja się zapowiada, gdyż zjechało się nas naprawdę sporo. W tłumie bicyklistów (coś ok. 63 osób) byli zarówno obecne jak i byłe Ondraszki, Beskidzioki, sporo sympatyków a także młodzieży. Niebiosa też nam sprzyjały bo choć upału nie było, to na deszcz też się raczej nie zanosiło.

Po kilku słowach powitania przez Rechtora, prowadzący Skryba objaśnił trasę i atrakcje czekające na mecie, po czym z głośnym trąbieniem ruszyliśmy w drogę. Pierwszy przystanek nastąpił całkiem niedaleko - pod kwitnącą magnolią celem zrobienia pamiątkowej foty. Dalszy nasz przejazd ulicami budził spore zainteresowanie zwłaszcza, że równolegle odbywał się maraton uliczny Fortuna Bieg MOSiRu , który przyciągnął do Cieszyna sporo widzów.

Przez Gumna i Kostkowice dojechaliśmy do Dębowca podziwiając wspaniałe widoki na pasmo Czantorii i Równicy oraz budzącą się wokół wiosnę. Z tego względu ścieżka rowerowa poprowadzona na grobli dębowieckich stawów pomimo dziur i wybojów była bardzo urocza.

Dłuższy postój nastąpił w centrum Dębowca przy solankowej tężni. Mieliśmy tutaj czas delektować się ciasteczkiem i kawą w niedawno otwartej kawiarni, chłonąć przesycone jodem powietrze, a także wysłuchać opowieści radnego gminy p. Brannego, który został specjalnie zaproszony, aby zaprezentować uroki tej gminy. Wedle niego tutejsza solanka ma tak wysokie stężenie szlachetnych dla zdrowia składników, że godzina siedzenia w tym miejscu równa się ośmiu godzinom nadmorskiego spaceru. A zatem jak po zdrowie to tylko jechać do Dębowca, choć indagowany stwierdził, że ze względów proceduralnych gmina nie zamierza zmieniać nazwy na Dębowiec-Zdrój.

W tym miejscu dołączył też do nas 5-osobowy zespół z „Przerzutki” z Zebrzydowic. Dalsza droga prowadziła na Podlesie i dalej lokalną drogą między stawami do Ochab, gdzie metę wyznaczono w siedzibie koła PZW ze Skoczowa. Tak się składa, że od kilku lat otwarcia odbywają się w okolicznych siedzibach PZW. Jest to dobra tradycja, gdyż obiekty te mają zazwyczaj dobre zaplecze zaspakajające nasze potrzeby - i tutaj też nie było inaczej. Spora wiata, duży grill w ładnym otoczeniu dużego stawu z wysepką pośrodku - to było to! Tutaj – trochę przypadkiem – trafił również kilkuosobowy zespół z żorskiego „Wandrusa”.

Po chwili przygotowane smażone kiełbaski z dodatkami zostały wchłonięte, czyli pierwszy głód został zaspokojony. Przedstawiliśmy nasze zamierzenia oraz atrakcje czekające nas w otwieranym sezonie, a „Bystry” zanotował wskazania rowerowych liczników rozpoczynając coroczną rywalizację na długodystansowca. Dodatkowo był czynny mini-sklepik z Ondraszkowymi gadżetami. „Ośka” i „Bystry” przeprowadzili cieszący się dużym wzięciem konkurs połowu rybek w suchym stawie. Konkurencja była zacięta, a ostatecznie, po kilku dogrywkach miejsca „na pudle” zajęli :

  1. miejsce - Zbigniew Pawlik „Rechtór”,
  2. miejsce - Aurelia Szołtys,
  3. miejsce - Beata Szarzec „Szykowno”

Najważniejszym jednak punktem programu było przyjęcie w poczet prawdziwych Ondraszków dwóch dotychczasowych pogan: Kazię i Henryka Hanslów. Po pomyślnym przejściu ostatniej próby (napój z tajemniczą zawartością został opróżniony do dna, co symbolizuje uzyskanie pełnej odporności na przeszkody) wymienieni kandydaci złożyli przyrzeczenie i zostali pasowani przez prezesa ceremonialną pompką. Kazia pozyskała sympatyczne imię „Roztomiło” a Henryk stał się ondraszkowym „Miodzio”. Nowo ochrzczeni zebrali gromkie brawa. Nagrodziliśmy nimi również „Skrybę” za wspaniałe przygotowanie dzisiejszej wyprawy.

Kontynuując to uroczyste chwile zostały wręczone Dyplomy „Za zasługi w propagowaniu turystyki i krajoznawstwa na Ziemi Cieszyńskiej” przyznane przez Oddział PTTK Beskid Śląski z okazji niedawnej rocznicy 105-lecia powstania PTT-PTTK. Otrzymali je:

  • Zdzisław Fierla – szef sekcji rowerowej „Olza” z PTTSu w RCZ.
  • Beata Szarzec –„Szykowno”
  • Ryszard Pawliczek – „Długi”
  • Leszek Szurman – „Wedrowniczek”
  • Jan Stasik – „Proszę ja ciebie”

Tymczasem zrobiło się już nieco późno, a nadchodzące chmury nie wróżyły nic dobrego. Meta zaczęła powoli pustoszeć, i każdy wracał do domu według własnego pomysłu. W moim wypadku, przez Pruchnieńskie lasy oraz Rudnik przejechałem łącznie 45 km - w sam raz na dobry początek seonu!

Dokładne informacje o trasie można znaleźć na stronie Endomondo.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Sabat czarownic na Łysej Górze

01.05.2015

Pierwszego maja o 730 "Siedmiu wspaniałych" zebrało się na Moście Przyjaźni celem wyjazdu na Łysą Górę w Czechach. Trasa wiodła przez Dobrą, Raśkowice i Krasną. Najtrudniejszym odcinkiem był podjazd o długości 8400 m z Papeżova na szczyt położony 1323 m n.p.m. Ułatwieniem w zdobywaniu góry były poprzecznie namalowane białe pasy na asfalcie rozmieszczone w odległości 1 km. Natomiast utrudnieniem była padająca mżawka, niska temperatura oraz zalegająca mgła.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy na wysokości piątej kreski spotkaliśmy naszego "Wędrowniczka", Który samotnie podążał do góry. Wiadomo, ma swoje tempo i własne ścieżki. Miłym akcentem wycieczki było spotkanie z 15-osobową grupą "Człapoków", którzy w swoim gronie posiadali własne przecudnej urody czarownice.

Z uwagi na przenikliwe zimno na szczycie góry spotkania towarzyskie licznych grup turystów odbywały się wewnątrz budynków, gdzie można się było "zresetować" oraz przekąsić małe co nieco. Prawdziwe tańce, hulanki i swawola na Łysej Górze odbywały się zapewne po zapadnięciu zmroku, lecz nasza grupa musiała wcześniej wyruszyć w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilowy "popas", a następnie przez Komorni, Lhotkę i Smilovice wróciliśmy do Cieszyna.

Szczegółowe informacje o trasie znajdują się na Endomondo.

Andrzej Nowak - "Ziołowy"
Galeria
Na kole Nikisza

09.05.2015

Tak tajemniczo brzmiąca wyprawa do Katowic została zaproponowana przez „Gwarka”. Organizatorem był – już po raz szósty – miejscowy Turystyczny Klub Kolarski „Pozytywnie zakręceni”. Zbiórkę wyznaczono na osiedlu Giszowiec w Parku pod Lipami. Na miejsce dotarliśmy dwoma samochodami i łącznie było nas 7 Ondraszków. Uczestników było jednak całe mnóstwo – pewnie więcej niż 150. Po załatwieniu wpisowych formalności Pozytywnie zakręcony komandor Zdzisław Majerczyk objaśnił zasady udziału i ruszyliśmy na trasę. Nie stanowiliśmy jednak zwartego peletonu, były to raczej mocno rozciągnięte luźne grupki. Wszyscy jednak wiedzieli gdzie jechać, bo trasa był dobrze oznakowana, a każdy jeszcze otrzymał dodatkowo mapę trasy w ramach świadczeń. Co ciekawe - jeździliśmy po Katowicach, ale cały czas byliśmy w… lesie, gdyż te peryferyjne dzielnice są właśnie rozrzucone w zielonej otulinie tej miejskiej aglomeracji.

Po drodze minęliśmy Dolinę Trzech Stawów - ładnie zaaranżowane tereny rekreacyjne i dojechaliśmy do Śląskiej Fabryki Porcelany gdzie wyznaczono postój. Fabryka, sądząc po stanie zabudowań już dawno tutaj nie funkcjonuje, ale sklep firmowy nadal działa i można było tu zobaczyć i kupić szklane cudeńka na każdą kieszeń. Następny przystanek na trasie nastąpił w Nikiszowcu przy szybie Wilson - nazwa pochodzi od prezydenta USA. Kopalnia została zamknięta w 1995r. Jej budynki sprywatyzowano i obecnie Galeria Szyb Wilson jest największą w Polsce prywatną galerią sztuki nowoczesnej. Ekspozycję obejrzeliśmy i… mam dość mieszane uczucia co do tego co obecnie nazywa się sztuką. No, ale nie jestem koneserem i może się na tym nie znam zresztą fotografie prezentujące tą sztukę zamieszczone są poniżej.

Za to duże wrażenie zrobiła na mnie sama dzielnica Nikiszowiec. Zaprojektowana przez dwóch niemieckich architektów w 1908 roku do dziś imponuje przemyślaną funkcjonalnością. Szeregi familoków czerwonej cegły tworzą zamknięte czworoboki pośrodku których znajdują się wewnętrzne zieleńce – dawniej było to miejsce na szopki na drobny inwentarz i piekaroki- czyli piece do wypieków. Każda rodzina miała własny! Mieszkania o pow. ok. 63m2 były zelektryfikowane i posiadały ubikacje. Co prawda jedną na dwie rodziny - ale w tych czasach prawie szczytem luksusu była „sławojka” za stodołą. Osiedle było ponadto w pełni autonomiczne - miało własną szkołę, sklepy, pralnię itd. I oczywiście centralnie umieszczony kościół powołania św. Anny, gdzie mieliśmy metę rajdu.

Proboszcz ugościł wszystkich żurkiem a następnie komandor przystąpił do realizacji największej atrakcji rajdu czyli losowania nagród. Pula była bardzo bogata, a długą listę fantów otwierały aż trzy rowery. Na szczęście rowery nam się nie trafiły, bo byłby problem na dwóch dojechać do Cieszyna, ale niektórzy z nas wzbogacili się o plecaki, koszulki i torby. Po zakończeniu rajdu już na piechotę zwiedziliśmy „Nikisza” w tym muzealną ekspozycję. Podsumowanie rajdu nastąpiło w miejscowym pubie. Było to przedziwne skrzyżowanie gospody z lombardem i magazynem rzeczy przeróżnych, z przewagą tego ostatniego. Takiego nagromadzenia różnych rupieci w jednym miejscu już dawno nie widziałem. Ale kawa była dobra - zmielona ręcznie na archaicznym młynku. Przejechaliśmy tylko 25 km, ale ze względów krajoznawczych była to atrakcyjna wyprawa.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wycieczka „Pod Beskidami”

16.05.2015

Pogoda na wycieczkę rowerową była wymarzona - słoneczko i lekki wiaterek. Na miejsce zbiórki w Boczanowicach wyruszyła z Cieszyna 6-osobowa grupka Ondraszków. Tempo jazdy mieliśmy tak dobre, że do wyznaczonej godziny zbiórki musieliśmy czekać ok. 30 minut. Po drodze, w Trzyńcu, dołączył do nas Andrzej "Ziołowy" i Kazik "Gwarek". Reszta uczestników dojechała pociągiem. Stąd, po powitaniu przez prowadzących wycieczkę Monikę i Cześka, wyruszyliśmy całą grupą w kierunku Mostów, gdzie mieliśmy spotkać się z Bolkiem Fukałą i jego córką oraz Zdzisławem Fierlą. Po drodze był zaplanowany postój w chacie "Zuzanka". Ja, ponieważ byłem tam pół roku wcześniej na Andrzejkach, postanowiłem zjechać bezpośrednio do Mostów, aby poszukać Bolka i Zdzisława. Widocznie musieliśmy się gdzieś minąć, gdyż w okolicach dworca kolejowego żadnego z nich nie spotkałem. Jak można się domyślać również nie spotkałem naszej grupy.

W związku z tym postanowiłem, że aby się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki, najlepiej będzie wrócić do Jabłonkowa i znaną mi drogą wyjechać na Studeniczne. Pomysł był dobry, tylko zabrakło trochę czasu - gdy miałem jeszcze do szczytu ok. 0,5 km, z góry nadjechała już cała grupa. Byli trochę zdziwieni moim widokiem w tym miejscu, ale nie zatrzymywali się. Ja postanowiłem, że wjadę do schroniska aby podbić książeczkę i odpocząć. Po wypiciu chłodnego piwa i zjedzeniu kanapki ruszyłem w drogę powrotną. Zjazd z góry to była czysta przyjemność - ok. 6 km nieprzerwanego zjazdu. Przed Jabłonkowem spotkałem Monikę i Czesława, którzy zatrzymali się na obiad, a w Bystrzycy była prawie cała grupa cieszyńska. Już bez dodatkowych przygód dotarliśmy razem do Cieszyna.

Szczegóły trasy są dostępne na Endomondo.

Jarek - "Bystry"
Galeria
Zielonoświątkowa jajecznica z ondraszkiem

24.05.2015

Ondraszkowa jajecznica w niedzielę zielonoświątkowa w tym roku przypadła w dniu 25 maja. Ondraszki jak zwykle zebrały się pod „Florianem” by pojechać na tradycyjną - owianą już legendą - jajecznicę w plenerze. Wyruszyliśmy o godzinie 1000 ul. Głęboką w kierunku mostu na Olzie, a dalej zaolziańską stroną przez park Sikory w kierunku Trzyńca. Mimo niezbyt zachęcającej pogody cała grupa ostro pedałowała pod górę aby wspiąć się na grzbiet graniczny i drogą wzdłuż granicy jechać w kierunku przejścia granicznego w Lesznej Górnej. Mniej wytrwali korzystali z możliwości skrócenia sobie trasy i wcześniejszego zjazdu do Puńcowa. W Puńcowie do smażenia jajecznicy skorzystaliśmy z gościnności zaplecza Klubu LKS „Tempo”.

Na miejscu mieliśmy przygotowane miejsce do smażenia jajecznicy, jak i zadaszone zaplecze, co przy pogodzie jaką zastaliśmy nie było bez znaczenia. Mimo wspomnianej pogody, jajecznica wszystkim wybornie smakowała, co może potwierdzić blisko 30 uczestników - tych którzy przyjechali na rowerach jak i tych zmotoryzowanych.

Przeżył, zjadł i opisał,

Kropelka
Galeria
55 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK

30.05.2015 - 06.06.2015

Tegoroczny zlot zorganizowała Pomorska Komisja Turystyki Kolarskiej, Oddział Gdański PTTK oraz Klub Turystyki Pieszej „Bąbelki” z Gdańska. Baza została ulokowana w miejscowości Sominy w ośrodku „Kaszubski Dwór” pięknie położonym w sosnowym lesie nad jeziorem Dywańskim. Ośrodek składał się z szeregu domków rozrzuconych luźno w terenie, a nad samym brzegiem jeziora ulokowano restaurację która w zależności od potrzeb była stołówką, salą wykładową czy też co wieczór tanecznym parkietem.

Z Ondraszków zapisało się równo 20 osób w tym jeden Beskidziok (Z .Fierla), a w końcu udział wzięło 19 osób. Pod względem liczebności ex aequo z żorskim „Wandrusem” zajęliśmy II miejsce zaraz po klubie „Huzy” z Gliwic, co zostało nagrodzone dyplomem. Ogółem na rajd zjechało się aż 526 uczestników z czego 252 przodowników turystyki kolarskiej! Jak widać, zloty przodownickie biją rekordy popularności. Część naszej ekipy skróciła swój pobyt, aby móc zrealizować dalsze plany rowerowe. Był to m.in. Wędrowniczek, który z Cieszyna wyjechał na rowerze a początkiem maja, zawitał tutaj na kilka dni i pojechał dalej kontynuować własną samotną wyprawę szlakiem zamków w Polsce.

Większość uczestników zdecydowała wybrać noclegi pod dachem - 346 osób i tutaj nie byliśmy wyjątkiem, bo Ondraszki miały tylko 3 namioty - Smig, Afi i Rechtór oraz Niezłomny. Noce we własnym „hotelu pod gwiazdami” nad jeziorem pośród szumiącego i pachnącego sosnowego lasu- czyż może być coś piękniejszego? Oczywiście że nie lecz pod warunkiem, że jest w miarę ciepło. A tutaj pierwsza noc pod namiotem była jednak walką o przetrwanie, gdyż temperatura nie przekraczała kilku stopni powyżej zera Na szczęście mieliśmy swoje sposoby na utrzymanie się przy życiu, a ponadto kolejne noce były już coraz cieplejsze.

Uroczyste otwarcie zlotu odbyło się w odległym o ok. 20 km Bytowie, na dziedzińcu krzyżackiego zamku. Było bardzo uroczyście i ciekawie. Miło spotkać znajomych z całej Polski z którymi widujemy się tylko raz w roku właśnie przy takich okazjach. Odbyło się m.in. przekazanie ”koła przechodniego”, które ubiegłoroczna komandorka z Podlesic uroczyście wręczyła obecnemu komandorowi kol. Januszowi Wojewskiemu. Otwarcie uświetniła ekipa średniowiecznych rycerzy, którzy wraz z białogłowami dali pokaz średniowiecznych tańców, a potem strzelania z luków i kusz oraz naparzali się „bezpiecznymi mieczami”. W tańcach rycerzy bezpośrednio wsparli m.in. nasi „Czorno” oraz „Unisono”.

Organizatorzy na każdy dzień rajdu przygotowali dwie różniące się długością trasy rowerowe, wiec każdy kto chciał aktywnie uczestniczyć na pewno miał co robić. A jako, że Kaszuby to w większości lasy i jeziora każdy zjazd z asfaltu w drogę boczną nieuchronnie powodował, że przeważnie grzęźliśmy w luźnym piasku. Kto miał opanowaną technikę jazdy po takim terenie mógł jako tako jechać, lecz często trzeba było człapać podpierając się rowerem. Drugim trudnym zadaniem była nawigacja bowiem leśne drogi często się krzyżowały i rozchodziły się w różnych kierunkach, a wybrać właściwą na podstawie otrzymanej w świadczeniach uproszczonej mapy nie było wcale łatwym zadaniem. Te niedogodności wynagradzały z nawiązką piękne widoki jak z reklamowego folderu, cisza oraz pogoda, która po pierwszych zimnych i deszczowych dniach zrobiła się ciepła i słoneczna. Korzystając z zaproponowanych tras zwiedziliśmy okoliczne miejscowości m.in. Lipusz, Kościerzynę, Dziemiany, Wiele, Leśno. Byliśmy też w najstarszym w Polsce skansenie w Wdzydzach Kiszewskich a także zobaczyliśmy kurhany plemienne Gotów „kamienne kręgi” koło Leśna. Na trasy wyruszaliśmy codziennie w innym lecz własnym zespole, choć było też kilku Ondraszkowych indywidualistów, którzy najchętniej podróżowali samotnie. Niektórzy preferowali tez podróżowanie w peletonie pilotowanym przez organizatorów. Kaszuby to region bardzo specyficzny- tutejsi bardzo pielęgnują swoją kulturową odrębność. Widać to było choćby na tablicach miejscowości które były dwujęzyczne. A język kaszubski – jak mieliśmy okazję się przekonać - jest zupełnie niezrozumiały i rozmowa z rodowitym Kaszubem wymaga tłumacza. Typowe dla tego terenu są również charakterystyczne hafty oraz „tabaczenie” czyli wąchanie tabaki. Spotkaliśmy się również z mistrzem Polski w tym fachu. Zorganizował dla zlotowiczów konkurs tabaczenia i wiedzy o tabace. Zaszczytne III miejsce w tym konkursie zdobył „Gwarek”, który wykazał się sporą wiedzą na ten temat.

Braliśmy udział również i w innych proponowanych konkursach tematycznych: wiedzy o ruchu drogowym i kolarskim torze przeszkód, fotograficznym oraz pierwszej pomocy medycznej. W tym ostatnim wiedzą zaimponował nasz „Unisono”, który po dogrywkach zajął również III miejsce.

Na uroczystościach Bożego Ciała byliśmy w miejscowym drewnianym kościółku (niegdyś ewangelickim) którego wizerunek znalazł się na rajdowej odznace. Uroczy kościółek był mikroskopijny więc absolutnie nie mieścił miejscowej społeczności powiększonej o sporą grupę rowerzystów. Co ciekawe pawlacz był tak skonstruowany, że ci bardziej obdarzeni wzrostem musieli uważać, żeby o niego nie zahaczyć głową.

Rajdy przodownickie mają swój urok i specyficzne klimaty. Urocze są zwłaszcza spotkania ze znajomymi z całej Polski. Bez przesady można powiedzieć, że na nich spotyka się cała Polska: Szczecin z Cieszynem a Siedlce z Poznaniem. Dawno zawiązane przyjaźnie mieliśmy okazję podtrzymać, pogawędzić o tym co się u kogo zmieniło, a także wspomnieć tych co już odeszli… Stąd właśnie „długie nocne Polaków rozmowy” odbywały się co wieczór w różnych miejscach naszego obozowiska, a i na trasach często spotykaliśmy znajome twarze.

Kilka dni przed zakończeniem imprezy przyjechała też ekipa z Ukrainy z naszymi przyjaciółmi Tarasem i Mirosławem poznanymi w trakcie naszych poprzednich pobytów w Zibołkach i na Krymie. Taras mocno reklamował zlot UETC, który organizuje w tym roku w Żółkwi, a ze względu na dość niejasną sytuację na Ukrainie ma spory problem z frekwencją. Była też i okazja powspominać nasze wspólne przygody, przy czym dodam, że Ukraińcy bardzo lubią biesiadowanie we własnym, bardzo specyficznym wydaniu.

Ostatni dzień zlotu dla ekipy w składzie: „Afi”, „Rechtór”, „Gwarek”, „Druhna”, „Długi”, „Szykowno” plus dwóch innych zlotowiczów był bardzo nietypowy. Otóż postanowiliśmy odłożyć rowery i korzystając z uroków okolicy wybrać się na spływ kajakowy rzeką Zbrzyca. Spływ zaczynał się w miejscowości Laska, gdzie dostarczono nam łódki, a kończył się we wsi o dziwnej nazwie Swornegacie. Ogółem przy wspaniałej pogodzie i kontemplując widoki przepłynęliśmy ok. 15 km przepływając przez pięć jezior, meandrując z prądem Zbrzycy i na koniec jeszcze kawałek pod prąd rzeką Brdą. Było to nowe doświadczenie i nowe doznania. Technicznie szło nam to dość różnie, gdyż jedni kierowali kajakiem a drugimi raczej dyrygował kajak. Po ok. 4 godz. jednak wspólnie dopłynęliśmy do celu. Trzeba przyznać, że ziemia widziana z poziomu wody wygląda całkiem inaczej i spływ jest też przygodą pełną uroku.

Po tygodniu intensywnych wrażeń niestety nastąpił czas pożegnań. Na podsumowaniu zlotu okazało się po raz kolejny, że nie wiadomo gdzie się spotkamy za rok. Liczymy jednak na to, że organizator się znajdzie. W niedzielne południe, już prawie jako ostatni uczestnicy, opuściliśmy gościnne Sominy i kaszubską ziemię i po przejechaniu samochodem ok. 750 km przed północą powitał nas Cieszyn.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Okolice Czeskiego Cieszyna

13.06.2015

Z uwagi na problemy zdrowotne prowadzącego, prawie do końca nie było wiadomo czy wyprawa dojdzie do skutku. Kiedy się już dowiedzieliśmy, że tak, zabrakło czasu, aby tą radosną wiadomość rozgłosić. Ostatecznie, na starcie, przed siedzibą straży pożarnej w Czeskim Cieszynie pojawiło się 9 Ondraszków i sympatyków oraz tyle samo Beskidzioków. Dowodzenie, w zastępstwie J. Štirby, objął W. Niedoba. Po serdecznym powitaniu ruszyliśmy w drogę. Czekała nas trasa wytyczona w okolicy Czeskiego Cieszyna, a że dzień zapowiadał się upalny, na każdym przystanku po drodze cień był bardzo pożądany.

Najpierw podjechaliśmy pod budynek dawnej polskiej szkoły w Kocobędzu. Jak mówił prowadzący (wychowanek tej szkoły) szkoła ta pochodzi jeszcze z czasów CK Austrii, choć obecnie po kolejnych przebudowach nie wyróżnia się niczym szczególnym. Od dawna też nie pełni pierwotnej funkcji i stanowi obecnie siedzibę firmy produkcyjnej. Nieco dalej mieliśmy okazję poznać skomplikowane dzieje pałacu, w którym przed laty urządzono znaną w okolicy szkołę rolniczą. Za czasów socjalistycznych było tu szkolne gospodarstwo rolne. A teraz? Niestety, obecny stan pustego budynku odstrasza i wszystko wskazuje na to, że może nie doczekać lepszych czasów. Z ogrodu pełnego egzotycznych roślin pozostały tylko wspomnienia. Jedynie wieża widokowa (pozostałość średniowiecznego klasztoru Dominikanów) i brama wjazdowa prezentują się w miarę dobrze. Następnie pojechaliśmy do dzielnicy Czeskiego Cieszyna, Koniakówa. Droga prowadziła przez kolejne pagórki. Z najwyższego punktu, nazywającego się nie wiedzieć czemu Šachta (tzn. kopalnia), roztaczał się oszałamiający widok od odległego Jastrzębia i Wodzisławia aż po łańcuch Beskidu Śląsko-Morawskiego.

Następny przystanek miał miejsce w pobliżu niewielkiego kościoła ewangelickiego. Jak informuje wbudowana w ścianę tablica w 1906r. doszło tu do tragedii. Podczas pogrzebu miejscowego rolnika do kościoła wpadł (prawdopodobnie) piorun kulisty, który uśmiercił aż 13 żałobników, w tym 8-letnie dziecko. To zupełnie nieprawdopodobne zdarzenie, mimo, że było tak dawno do dziś jest powodem organizowania spotkań potomków ofiar. Druga tablica była poświęcona obywatelom okolicznych wsi, którzy nie wrócili z frontów Wielkiej Wojny. Warto zauważyć, że są na niej wyryte same polskie nazwiska.

Kolejny przystanek na trasie przewidziano w plenerowej galerii sztuki nowoczesnej. Kamienne rzeźby zebrane z całej Europy (w tym i z Polski) zostały zgromadzone na malowniczej łące z rozległym widokiem na Beskidy. Trudno o lepsze miejsce do kontemplacji dla miłośników sztuki i tematu dla fotografii artystycznej.

Bocznymi drogami pędziliśmy w dół do doliny Stonawki. Dłuższy postój połączony z uzupełnieniem płynów w organizmie nastąpił w Trzanowicach. Tutaj też odkryliśmy, że część peletonu zgubiła się i pojechała wprost na metę, czyli do parku Sikory w Czeskim Cieszynie. My natomiast, korzystając z nowej dla większości z nas trasy, dojechaliśmy do Ropicy. Tam z kolei koniecznie trzeba było zobaczyć jak miejscowy pałac, który był w stanie agonalnym, dzięki prywatnemu inwestorowi wraca do życia. Jest to sytuacja godna naśladowania. Później bocznymi dróżkami dojechaliśmy do mety, gdzie już oczekiwał nas zgubiony „ogon”.

W podsumowaniu zgodnie stwierdziliśmy, że nawet na takich bliskich wypadach za miasto można się czegoś dowiedzieć i coś ciekawego poznać, a o to właśnie w Ondraszkowych wyprawach chodzi. Przejechałem 35 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Ziołowego” Ziemia Cieszyńska - kraina miodem płynąca

14.06.2015

Tak interesujący tytuł nadał swojej autorskiej wyprawie prowadzący A. Nowak. A, że nasz „Ziołowy” przodownickie szlify zdobył stosunkowo niedawno, byłem bardzo ciekawy, jaki będzie efekt zmagania się z tematem. Dzień był słoneczny, a po nocnej burzy było trochę chłodniej, co nam jak najlepiej wróżyło. W miejscu startu, na cieszyńskim rynku, zebrało się ok. 30 uczestników (w tym sporo ondraszków, sympatyków, a także jeden beskidziok). Wszyscy byli mocno zaciekawieni tematem. „Ziołowy” postanowił wprowadzić uczestników w tajemniczy świat pszczół, miodu i innych pożytków płynących z pasieki. Aby tego dokonać wyruszyliśmy przez Dzięgielów, Bażanowice i Ogrodzoną do Kostkowic. Tutaj przystanek został zaplanowany w siedzibie „Ziołowego”, gdzie mieliśmy okazję napić się napojów chłodzących, a także podziwiać wypielęgnowany domek i ogródek p. Nowaków.

Nieco dalej nastąpił dłuższy przystanek w gospodarstwie pasiecznym p. Buchalików. Zwiedzenie tego miejsca zmieniło moje wyobrażenia o pszczelarstwie. Otóż nie jest to tylko hobbystyczne zajęcie emerytów, lecz poważny biznes. Gospodarze prowadzą firmę liczącą się w tej branży. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od tematycznej prelekcji w dobrze zaopatrzonym we wszelkie zdrowe wyroby sklepie. Następnie zobaczyliśmy pomieszczenia produkcyjne całkiem przypominające laboratorium chemiczne: sterylne, z płytkami ułożonymi do samego sufitu i pełne tajemniczych urządzeń. Zwiedzanie zakończyliśmy w pasiece, gdzie stało sporo różnej wielkości uli. Od malutkich „weselnych” dla matek, po wielorodzinne ule przypominające bloki mieszkalne.

Oczywiście było mnóstwo pytań i to całkiem szczegółowych, z czego wnoszę, że część uczestników wycieczki też zajmuje się pszczelarstwem. Była też degustacja aż 8 gatunków miodu. Gospodarz powiedział, że aby zebrać odpowiednie i różnorodne plony wywozi swoje ule w różne miejsca oddalone nawet o 300 km od swojej siedziby. Prowadzi też hurtowy skup.

Odpowiednio przygotowani tematycznie pojechaliśmy dalej. Nasza wyprawa zakończyła się w Hażlachu na pasiece niedawno ochrzczonych Ondraszków: „Roztomiłej” i „Miodzia”. „Miodzio” jest również fachowcem w tej branży i działa we władzach miejscowego koła. W ich ogrodzie stoi ponad dwadzieścia uli, a specjalnie dla nas „Miodzio” wyłowił z ula dwie ramki z pszczołami i wsadził do specjalnej przeszklonej ramki pokazowej. Teraz można było podpatrywać zachowanie pszczół, w tym królowej oznaczonej małą koroną . „Miodzio” komentował, opowiadał i odpowiadał na pytania. Po zajęciach teoretycznych nadszedł czas na praktykę. W przydomowej altance nastąpiła degustacja przeróżnych wyrobów na bazie miodu. Wyborne!

Po tej wyprawie takie terminy jak pierzga, mleczko pszczele, wosk czy pyłek kwiatowy nie są już dla nas tajemnicą. Wiemy też jak rządzą się pszczoły i dlaczego w pszczelim roju truteń, mimo, że jest hołubiony, ogólnie ma przes..ane. Jak to w życiu.

Trzeba przyznać, że ta prawie debiutancka wycieczka „Ziołowego” była bardzo udana, za co zebrał bardzo zasłużone oklaski. Tym, którzy nie byli powiem, że dużo stracili. Przy wspaniałej pogodzie przejechałem 42 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
XVIII Rodzinny Rajd Rowerowy

21.06.2015

Dnia 21.06.2015r. od godz. 900 cieszyński rynek stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów, którzy wyruszyli na trasę tegorocznej, już XVIII edycji rajdu, imprezy towarzyszącej Świętu Trzech Braci. Nad rajdem patronat objął p. Ryszard Macura -Burmistrz Miasta Cieszyna, p. Krzysztof Glajcar - Wójt Gminy Goleszów na terenie której zorganizowano metę, a także p. Ryszard Mazur - Honorowy Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie. Patronat medialny sprawował: „Głos Ziemi Cieszyńskiej” a imprezę anonsowano w także w „Wiadomościach Ratuszowych” oraz na plakatach informacyjnych święta.

Celem Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek” jako organizatora nieodmiennie było propagowanie czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, promowanie oznakowanych ścieżek rowerowych, poznanie uroków Ziemi Cieszyńskiej oraz realizacja hasła „Rowerzysto-bądź widoczny na drodze”.

Niestety pogoda tym razem zawiodła gdyż niedzielny poranek był chłodny i deszczowy. W rajdzie udział wzięło ty razem 87 uczestników - przedstawicieli aż czterech pokoleń co wobec fatalnej aury należy uznać za dobry wynik, zwłaszcza, że w tej grupie było sporo dzieci i młodzieży. W peletonie byli również przedstawiciele grup zorganizowanych należących do okolicznych klubów turystyki kolarskiej. Byli reprezentanci klubów: „Przerzutka” z Zebrzydowic, „Wiercipięta” z Jastrzębia Zdroju, „Wandrus” z Żor, ”Ondraszka” z Cieszyna, a także sportowcy z Ludowego Klubu Sportowego „Wiktoria” z Hażlachu.

Cieszyńskie rajdy tym różnią się od organizowanych w innych miastach, że uczestnicy w ramach wpisowego otrzymują różne przydatne elementy wyposażenia podnoszące komfort jazdy oraz bezpieczeństwo rowerzysty. Tym razem otrzymali wieloczynnościowe chusty tunelowe chroniące użytkownika przed zimnem oraz wiatrem i dodatkowo - okolicznościową naklejkę na rower.

Konferansjer i zarazem komandor imprezy Zbyszek Pawlik przekazał informacje o czekających uczestników atrakcjach, a obecny na starcie kol. R. Mazur przekazał słowa uznania startującym. O godz. 1000 dał też sygnał do startu i wielobarwny peleton pilotowany przez policyjny radiowóz wyruszył na trasę. Trasa rajdu liczyła ok. 15 km i prowadziła przez Puńców do Dzięgielowa, gdzie w miejscowej OSP zorganizowano metę.

Odpoczynek na półmetku zaplanowano na terenie LKS Puńców. Tutaj młodsi uczestnicy otrzymali batoniki ufundowane przez organizatora. Tymczasem aura spojrzała łaskawszym okiem, bo nie tylko przestało padać lecz zaczęło się przebijać słońce. Metę zorganizowali członkowie klubu - Krystyna i Ryszard Pawliczkowie w kooperacji z Towarzystwem Miłośników Dzięgielowa oraz OSP - gospodarzami terenu. Towarzystwo reprezentował p. Tomasz Lenkiewicz, a władze gminy zastępca wójta p. Grażyna Porębska–Jochacy, którzy serdecznie powitali wjeżdżających na metę uczestników. Obecny był również honorowy szef Oddziału PTTK kol. R.Mazur.

Firma FHU Jerzy z Dzięgielowa przygotowała bogatą ofertę rowerów „na każdą kieszeń” którą prezentowała we własnym namiocie reklamowym. Na mecie wszyscy otrzymali ciepły posiłek przygotowany przez panie z miejscowej Szkoły Podstawowej i mieli również okazje nabyć domowe wypieki przygotowane przez członkinie klubu „Ondraszek”. Realizując przewidywany program funkcjonariusz Policji przybliżył zebranym zmiany jakie zaszły w przepisach ruchu drogowego dotyczące rowerzystów, a organizator przestawił na przykładzie wyposażenie roweru zgodne z przepisami obowiązującymi w Polsce oraz Czechach.

Następnie przystąpiono do rozegrania zaplanowanych konkursów. Były to:

  • Konkurs dla dzieci „bieg w workach” w którym zwyciężyli:
    1. Teodor Jackson,
    2. Nikodem Holisz
    3. Tomasz Szczerba.
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” – w kategorii dorośli open zwyciężyli:
    1. Tomasz Holisz,
    2. Rafał Szczyrba,
    3. Jacek Tomczyk.
  • Konkurs „rowerowy tor przeszkód” – w kategorii młodzież zwyciężyli:
    1. Tosia Kania
    2. Zuzanna Pauliny,
    3. Nikodem Holisz.
  • Konkurs „znajomości wiedzy o ruchu drogowym dla rowerzystów” w którym zwyciężyli:
    1. Szymon Wyra oraz ex equo Sylwia Kuś, Aleksander Sorkowicz, Beniamin Sorkowicz, Łukasz Krawczyk
  • Konkurs rzutu oponą – w kategorii dzieci zwyciężyli:
    1. Teodor Pawlik,
    2. Zuzanna Pauliny,
    3. Igor Bubik.
  • Konkurs rzutu opona – w kategorii dorośli zwyciężyli:
    1. Juray Pauline
    2. Bartosz Kania,
    3. Jacek Tomczyk.

Rywalizacja w tym konkursie była zacięta i rozstrzygnięcie konkursu wymagało kilku dogrywek. Zwycięzcy we wszystkich zmaganiach konkursowych otrzymali nagrody rzeczowe ufundowane przez sponsorów.

Zmagania konkursowe przerwano słysząc syrenę alarmową straży pożarnej. To na plac sąsiadujący z metą z impetem wjechał wóz bojowy a drużyna OSP Dziegielów dała dynamiczny popis swoich umiejętności. Sprawnie rozwinięto dwie sekcje węży i już po chwili woda z prądownic wytrysnęła na odległość kilkudziesięciu metrów kreśląc geometryczne figury. Uczestnicy mieli możliwość zobaczenia jak wygląda wodny parasol oraz przekonać się, że utrzymanie prądownicy pod ciśnieniem nie jest wcale takie łatwe. Na zakończenie pokazu zaprezentowano możliwości wodnego działka zamontowanego na wozie strażackim. Strażacy – uczestnicy pokazu zostali nagrodzeni gromkimi brawami.

Najbardziej oczekiwaną częścią imprezy było zapewne wręczenie nagród i wyróżnień.

Puchary otrzymali:

  1. W kategorii „ Rodzina rajdowa”: 6-osobowa rodzina p. Holiszów z Cieszyna. Puchar ufundował Burmistrz Miasta Cieszyna i został wręczony przez R. Mazura emerytowanego przedstawiciela władz Urzędu Miasta.
  2. W kategorii „rajdowych seniorów”: puchary ufundował wójt Gminy Goleszów, a otrzymali je kol. Kazimiera Hansel w klubie Ondraszek nazywana ”Roztomiło” oraz 83-letni kol. Adam Poloczek. Dodatkowo wyżej wymienieni otrzymali kupony rabatowe ufundowane przez BTK Ondraszek A. Słoty. Należy dodać, że obaj seniorzy należą do TKK Ondraszek. Puchar wręczyła pani zastępca wójta.
  3. W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana”: Puchar ufundowany przez Oddział PTTK „Beskid Śląski” zdobyła ekipa TKK PTTK „Ondraszek” (byli to uczestnicy nie należący do komitetu organizacyjnego) a wręczył go prezes honorowy Oddziału PTTK.

Nagrody rzeczowe odebrali:

  1. W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę nagrodę rzeczową otrzymał Igor Bubik (rocznik 2008). Nagrodę ufundował klub Ondraszek.
  2. W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu”. Nagrodę rzeczową ufundowana przez sponsora odebrał Patryk Smyczek (rocznik 2010), który podróżował w towarzystwie rodziców.

Pomoc i wsparcie przy organizacji imprezy zaoferowały następujące instytucje i firmy:

  • Urząd Miejski Cieszyn
  • PTTK Oddział „Beskid Śląski” Cieszyn
  • Urząd Gminy Goleszów
  • Towarzystwo Miłośników Dzięgielowa
  • OSP Dzięgielów
  • Hurtownia „Beskid Plus” Cieszyn
  • Centrum Oświetleniowe „Styl” Cieszyn
  • BTK „Ondraszek” Cieszyn
  • oraz inni

Impreza odbyła się dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu kadry klubu „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną obsługę logistyczną tego turystycznego wydarzenia.

Zbyszek Pawlik
Galeria
XV Rajd do źródła Olzy, Wierch Czadeczka

27.06.2015

Tak, tak to już mija 15 lat od czasu, kiedy wspólnie z Władkiem Kristenem i innymi działaczami z PZKO i PTTS zdecydowaliśmy się odkryć dla rowerowych pasjonatów magiczne miejsce pod Gańczorką, skąd z małego „ciurczka” wypływającego spod kamienia powstaje rzeka Olza, symbol Ziemi Cieszyńskiej. Obecna na starcie p. redaktor z „Głosu Ludu” swymi pytaniami pobudziła mnie do refleksji. Ileż to już uczestników odwiedziło to magiczne miejsce, w które samemu niełatwo trafić, jakie przygody i wzruszenia przeżyliśmy na trasach i, co również trzeba zauważyć, jak zmienia się cały region. Już samo miejsce przekroczenia granicy w Bukowcu przywołuje wspomnienia. Nie było to bowiem miejsce oficjalnie uznane za przejście graniczne, więc cała skomplikowana procedura uzyskania zezwolenia na przekroczenie granicy państwowej po mostku gospodarczym zawsze spędzała nam sen z powiek. Alternatywą było wspinanie się pod ogromny podjazd aż do najbliższego przejścia granicznego Istebna-Jasnowice. A obecnie, proszę, uczestnicy nawet nie wiedzą, w którym to miejscu tę granicę przekraczają.

Droga wzdłuż Olzy, niegdyś leśna pełna dziur i wybojów, zmieniła się z czasem w równiutki asfalt aż do miejsca, gdzie zazwyczaj zostawiamy rowery na doraźnym parkingu. Powstał też bardzo malowniczy zbiornik retencyjny, pierwszy na raczkującej w tym miejscu Olzie. A samo miejsce skąd wypływa źródełko? Też się zmieniło, lecz głównie za sprawą żywiołów przyrody i Władka Kristena z PZKO. Pierwotny, wysoki las, kilka lat temu legł pokotem za sprawą huraganu.

Na pobojowisku, wyłącznie dzięki zaangażowaniu i uporowi wymienionego „dobrego ducha”, miejsce to zostało uporządkowane, powstały tarasy z ławeczkami, stoi tablica informacyjna ze słowami słynnego wiersza J. Kubisza, hymnu Ziemi Cieszyńskiej. Jest też wmontowana marmurowa tablica z napisem „OLZA”. W najbliższej okolicy, również z inicjatywy Władka, posadzono drzewa symbolizujące alfabet. Zaczyna się od A, jak aqua, czyli woda, a następnie B-buk, C-cis, D-dąb, itd. Rosnący na nowo las na powrót zaczyna zasłaniać rozległy widok na okoliczne góry.

Na starcie zebrało się tym razem 85 uczestników, z czego aż 27 przyjechało w ramach X Rajdu „Przyjazna granica” organizowanego przez Komisję Kolarska Oddziału PTTK w Raciborzu. Byli to uczestnicy nie tylko z Raciborza i okolic, ale również z Kędzierzyn–Koźla, Radlina, Rybika i Bytomia. Ponadto byli również Beskidziocy, w tym prezes PTTS-u p. Halina Twardzik, Ondraszki oraz inni sympatycy turystyki rowerowej z obu stron Olzy. O godzinie 10.00 pilotowani przez Straż Miejską z Jabłonkowa, ruszyliśmy przez Piosek i Bukowiec do Istebnej. Tutaj nasz peleton się podzielił. Część wyruszyła ambitną trasą do centrum, aby zwiedzić chatę Kawuloka, a część poszła zobaczyć meandry Olzy. Myślę, że warto było pojechać do chaty Kawuloka, aby posłuchać opowieści „jak tu hańdowni bywało”, o czym mówiła wnuczka należąca do rodziny właściciela chałupy.

Obie grupy spotkały się na powrót w przysiółku Wojtosze i już razem pojechaliśmy dalej ku źródłom. Zaskoczeni byliśmy tym, że nadleśnictwo pochyliło się na trudami podróżowania na rowerze dotychczasową leśną drogą po dziurach i błocie i zafundowało nam piękny równiutki asfalt aż pod samą Gańczorkę . Nie zmienił się jedynie ostatni odcinek górski, czyli strome piesze podejście. Stojąc u źródła Władek Kristen przytoczył historię tego miejsca i kilka anegdot z nim związanych. Zaśpiewaliśmy też „Płyniesz Olzo po dolinie” korzystając z okazjonalnych śpiewników i „bryka” umieszczonego na słupie. Po wykonaniu pamiątkowej fotografii nastąpił powrót do rowerów i bardzo przyjemny zjazd w dół do baru „Nad Olzą”. Tutaj zjedliśmy przygotowany posiłek (grillowane kiełbaski) i rozegraliśmy konkurs wiedzy o Olzie i regionie. Trzeba przyznać, że uczestnicy mieli imponującą wiedzę. Na możliwych do zdobycia 36 pkt, zwycięzca Stanisław Kędzior z Hawierzowa zebrał ich 29 i były aż trzy II miejsca ex aequo: Tadeusz Piekorz z Bytomia, Jarosław Rezmer z Ondraszka oraz Anna Pierchała z Raciborza wszyscy po 27 pkt.

Czas umilał wszystkim duet młodych heligonistów z ogniska muzycznego z Koniakowa, którzy wygrywali na harmoniach wesołe beskidzkie pieśniczki.

Na zakończenie rozdano przygotowane nagrody. Puchar dla najliczniejszej grupy zorganizowanej ufundowany przez Wójta Gminy Istebna trafił oczywiście do Raciborza. Puchar odebrał szef grupy kol. Jarek Chacko. Rajdowym seniorem okazał się członek Ondraszka kol. Adam Poloczek (r. 1932) z Kostkowic, a juniorem Mateusz Wałach (rocznik 2008) z Czeskiego Cieszyna. Dzieliło ich kilka pokoleń i aż 75 lat. Obaj otrzymali puchary ufundowane przez PZKO.

Tym samym rajd się zakończył i pozostało nam wrócić do domów. Ci, którzy wybrali się z Cieszyna na rowerach i do niego też tak wrócili przejechali ok. 90 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Na rowerze i pod żaglami – jezioro Goczałkowickie cz. III dookoła jeziora

04.07.2015 - 05.07.2015

Prognozy pogody na ten pierwszy lipcowy weekend przewidywały wręcz afrykańskie upały. W ten sposób nasza wyprawa doskonale się wkomponowała w pomysł na skwar, gdyż byliśmy blisko wody. Jak to zazwyczaj bywa lista uczestników była dość płynna – raz nas było więcej, a raz mniej lecz ostatecznie w sobotni poranek w bazie wodniackiej Oddziału PTTK Pszczyna w Wiśle Małej pojawiło się 26 Ondraszków i sympatyków, w tym też dwaj Beskidziocy. Z tej grupy aż 17 klubowiczów oraz dwójka sympatyków klubu zdecydowało się zostać na noc aby skorzystać z przewidywanych atrakcji wieczoru i atrakcji dnia następnego.

Serdecznie powitaliśmy kol. Reginę Kanię prezesa Klubu Turystyki Kolarskiej „Koło” z Pszczyny i jednocześnie wicekomandora zbliżającego się Centralnego Zlotu Kolarskiego PTTK w Pszczynie. Jak wcześniej zostało uzgodnione, Regina podjęła się prowadzenia zaplanowanej wycieczki dookoła jeziora, która w większości pokrywała się także z jedną z pośród tras zlotowych. Regina obdarowała nas pakietami z materiałami krajoznawczymi, a ja odwdzięczyłem się zestawem klubowych gadżetów.

Przed startem wprowadziłem wszystkich w temat przekazując podstawowe informacje historyczne i krajoznawcze dotyczące odwiedzanych okolic. W końcu, po ustaleniu szczegółów, ruszyliśmy na trasę. Pierwszy przystanek nastąpił w nieodległej Pszczynie pod murami „średniowiecznej warowni śląskich rycerzy”, której historia ma raptem… trzy lata. Z zewnątrz wygląda faktycznie jak średniowieczny zamek z blankami i sterczącymi wieżyczkami, a autentyczności dodają jej mieszczanie i białogłowy w strojach z epoki. W rzeczywistości jest to personel tej ekskluzywnej restauracji ze średniowieczną duszą. Jak się domyślam w menu powinny się znaleźć potrawy typu wół z rożna czy też inne przysmaki z epoki. Tego jednak nie sprawdziliśmy.

Dalsza droga prowadziła nas do Goczałkowic Zdroju. Tutaj nastąpiła przerwa kawowa w uroczym budynku dawnej pijalni zdrojowej pamiętającego początki uzdrowiska czyli połowie XIX w. Następnie wjechaliśmy w krainę stawów. Jazda terenowa po groblach była bardzo przyjemna i niebawem wyjechaliśmy na koronę zapory jeziora Goczałkowickiego. Jezioro powstało w latach 1950-1956 przez przegrodzenie koryta Wisły prawie trzykilometrową betonową zaporą o wysokości 14 m. Dzieło to budowali junacy z organizacji „Służba Polsce”, a swoją robotę wykonali bardzo solidnie. Jako obiekt hydrotechniczny czyli strategiczny zapora była długi czas niedostępna dla rekreacji lecz obecnie stanowi miejsce treningów i spacerów pasjonatów różnych sportów od rolkarzy po rowerzystów. Po przeciwnej stronie zapory wjechaliśmy przez spory kompleks leśny i następnie do miejscowości Zabrzeg. Tutaj urodził się Józef Londzin - jedna z najbardziej znanych postaci Śląska Cieszyńskiego przełomu XIX i XX w. Podziwialiśmy napotkany kamienny słup –drogowskaz z czasów CK Austrii. Z wyrytej inskrypcji wynika, że zarówno do jak i z Wiednia jest stąd 322 km. Ot taka Ciekawostka.

Teraz nasza droga prowadziła wzdłuż torów kolejowych przez Miliardowice, Czarnolesie i niebawem znów wjechaliśmy w ogromny leśny kompleks okalający jezioro od południowej strony. Ze względu na ochronę siedlisk ptaków oraz miejsca ich migracji ok. 250 km2 tego terenu zwanego „Żabim Krajem” objęto ochroną w ramach Obszarów Chronionych Natura 2000. Znajduje się tutaj również rezerwat Rotuz chroniący roślinność torfowiskową i bagienną w tym owadożerną rosiczkę. Oglądamy też swego rodzaju ewenement: pomnik lasu ufundowany przez miejscowe koło łowieckie.

Klucząc leśnymi duktami dojechaliśmy do drogi Landek - Chybie. Jadąc w stronę Chybia podziwialiśmy wspaniałą aleję dorodnych dębów z obu stron skutecznie ograniczających szerokość drogi. Przed Chybiem skręciliśmy znów w stronę jeziora i po dawnych groblach dojechaliśmy do wsi Zabłocie, a właściwe do pozostałości po tej wsi. Tych parę domów, które tutaj się znajdują, to tylko niewielki fragment Zabłocia, które prawie w całości zniknęło w falach jeziora. Jego centrum czyli m.in. kościół, cmentarz, szkoła znajduje się obecnie na dnie w odległości ok. 1 km od brzegu. Różne były dalsze koleje losu: mieszkańcy zasiedlili okoliczne miejscowości, słynący łaskami oraz Matką Boską Śnieżną z kaplicy z przysiółka Gołysz trafił w 1954r. do kościoła w Chybiu, a pozostałe wyposażenie do kościoła w Drogomyślu. Nawet zmarli zostali przymusowo przeprowadzeni na chybski cmentarz. Tak więc jezioro które tworzono jako zbawienny zbiornik wody dla aglomeracji śląskiej i retencji wód powodziowych było jednocześnie przyczyną tragedii tej lokalnej społeczności. I jak powiedział nam kustosz miejscowego Centrum Edukacji Ekologicznej Kadłubek przesiedleni wówczas ludzie i ich rodziny nadal się spotykają wspominając czasy, które dla nich bezpowrotnie minęły.

Do stolicy Żabiego Kraju czyli Strumienia wjeżdżamy przez żelazny most na Wiśle, który powstał w 1911r. dla kursującej wtedy kolejki parowej ze Strumienia do dworca kolejowego w nieodległym Chybiu. Most wyprodukowano w hucie Ostrawa–Witkowice i ten staruszek doczekał się w końcu remontu. Obecnie z tego powodu z mostu mogą korzystać wyłącznie rowerzyści i piesi.

W parku miejskim przy fontannie solankowej spotkaliśmy symbol Żabiego Kraju – Utopca, a także Śmiga i Beskidzioków, którzy gdzieś się nam zagubili po drodze. Po przerwie obiadowej w już nieco zmniejszonym składzie wyjechaliśmy trasą rowerową R-4 w kierunki Studzionki i poruszając się polnymi drogami wśród łanów zbóż dojechaliśmy do Ośrodka Sportów Wodnych położonego nad kolejnym jeziorem zaporowym - Łąka. Najlepsze co nas mogło teraz spotkać to kąpiel w chłodnej wodzie jeziora i nawet dzikie tłumy na brzegu nam w tym specjalnie nie przeszkadzały. Tutaj też pożegnaliśmy się serdecznie z naszą przewodniczką dziękując za wspólnie spędzony dzień. W drodze powrotnej do bazy zobaczyliśmy niecodzienny widok: tysiące doniczek z wrzosami w różnych odcieniach zieleni ciągnące się prawie po horyzont. Było to gospodarstwo ogrodnicze specjalizujące się w hodowli tych roślin.

Łącznie przejechaliśmy ok. 76 km a ci którzy przyjechali rowerem z Cieszyna nazbierali razem ponad setkę. Właśnie tutaj swój życiowy rekord długości trasy ustanowiła nasza uczestniczka sympatyczna Sylwia w związku z czym zebrała zasłużone gratulacje i owacje. W bazie powitaliśmy też Mariusza i Bernadetę, którzy przyjechali tutaj aż z Gliwic. Te i inne wydarzenia oraz wspomnienia były wspaniałymi tematami wieczornego biesiadowania przy ognisku. Przydały się i kiełbaski i śpiewniki. Wieczorne Ondraszków rozmowy przeciągnęły się długo w noc a wszystkiemu przyglądał się księżyc, którego srebrzysta poświata tajemniczo odbijała się w wodach jeziora.

Rano obudziło nas w kolejności: słońce, ptaszyny oraz ta część grupy, która nie uznaje wylegiwania się mimo, że była to niedziela. Już ok. 600 było słychać krzątaninę w kuchni, a ok. 800 już wszyscy byli na nogach. Po śniadaniu i porannej kawie podzieliśmy się na dwa zespoły: żeglarzy oraz kolarzy. Żeglarze czyli Niezłomny, Gwarek i Wędrowniczek - który do nas właśnie dojechał - pod dowództwem Mariusza wypożyczyli żaglówkę i popłynęli odkrywać nieznane lądy, a rowerzyści wzięli swoje bicykle i pojechali do Goczałkowic aby odwiedzić ogrody Kapiasa. Ogrody te są wielką miejscową atrakcją i warto tam zobaczyć jak człowiek potrafi współpracować z naturą z korzyścią dla obojga stron. Żar lejący się z nieba powodował, że najbardziej oblegane były te rośliny, które dawały choćby kawałek cienia. Do bazy wróciliśmy polną drogą między rozległymi łanami zbóż. Po drodze spotkaliśmy malowniczą kapliczkę w cieniu wiekowych lip. Stara kapliczka, rozedrgane z gorąca powietrze przesycone zapachem kwitnących drzew i dojrzewającego zboża. Czyż może być coś bardziej romantycznego? Do ogólnego kilometrażu dorzuciliśmy kolejne 24 km.

W bazie czekali żeglarze którzy też zdążyli już opłynąć jezioro więc pozostało się nam spakować i po serdecznych pożegnaniach ruszyliśmy w drogę powrotną. Kolejna wspaniała przygoda pozostaje za nami i pora planować następne.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zachodnie Czechy

18.07.2015 - 25.07.2015

Organizatorem tej tygodniowej wyprawy było bratnie Polskie Towarzystwo Turystyczno-Sportowe „Beskid Śląski” w Czechach, a konkretnie nasi przyjaciele Anna i Roman Piszkiewiczowie. Na bazę wybrano autocamping w miejscowości Březova ok. 4 km od Karlowych Varów (w skrócie KV) uzdrowiska o światowej renomie. W obozie uczestniczyło 19 osób w tym silna reprezentacja Ondraszka: Ośka i Bystry, Czorno i Unisono, Rozstrzapek, Skryba, Gwarek, oraz rodzinny zespół Afi, Rechtór i Justyna Pawlik. Jako, że dojazd był indywidualny prawie wszyscy przyjechali samochodami – z Cieszyna przez Brno i Pragę było tego coś ok. 600 km.

Uzdrowiska, które zwiedzaliśmy, leżą na pograniczu czesko-niemieckim w dolinie rzeki Ohře u podnóża Krušnych Hor, które przypominają nasze Beskidy. Teren był idealny do rowerowej eksploracji z gęstą siecią dobrze oznakowanych tras rowerowych, a w każdej informacji turystycznej można było otrzymać nieodpłatnie materiały krajoznawcze w tym mapy. Jedynym ciemniejszym punktem w tej laurce była nasza baza. Stan campingu i wyposażenie (za wyjątkiem przyzwoitych sanitariatów) mocno przypominał epokę „demoludów”. Jak wyznał właściciel była to dawna baza robotników budowlanych, która po różnych przejściach własnościowych została awansowana na camping. No cóż w sumie na głowę nam nie padało, a po wykonaniu generalnych porządków i wygonieniu wszystkich pająków zrobiliśmy z naszych „komnat” całkiem przytulne miejsce.

Co do programu organizatorzy postawili na pełną indywidualność, a zatem w pełniejszym gronie spotykaliśmy się właściwie tylko wieczorami po powrotach z tras. W związku z tym niniejszy opis dotyczy programu realizowanego według autorskiego pomysłu niżej podpisanego.

Niedziela 19.07.2015

Przygodę rozpoczęliśmy od rekonesansu po Karlowych Varach dawniej Karslsbadzie. Rowery w ten dzień nie były używane w związku z czym na piechotę przemierzyliśmy wzdłuż i wszerz całe centrum. KV jest ładnie położone w głęboko wciętej w okoliczne wzgórza dolinie rzeki Tepla (która tutaj wpada do Ohře), przy czym budynki są budowane tarasowo jedne nad drugimi. Większość z nich powstała na przełomie XIX i XXw. w stylu wiedeńskiej secesji. Najszykowniejsze z nich położone są bezpośrednio wzdłuż promenady przy nadrzecznym bulwarze. Między wypasionymi hotelami zbudowano kolumnady w których tryskają źródełka leczniczych wód. Jak zauważyliśmy niezbędnym rekwizytem każdego kuracjusza jest specjalny garnuszek z którego te wody należy popijać. Źródeł jest tutaj sporo, a najbardziej renomowanych jest 12 i to o różnych temperaturach nawet do 60°C. Wydaje się jednak, że najbardziej znana jest „woda z źródła nr 13” – czyli likier ziołowy „Becherówka”, który tutaj wynaleziono i produkuje się nieprzerwanie od 1807r. A jak powstaje można było zobaczyć w specjalnym muzeum. Aby ogarnąć widok uzdrowiska wyszliśmy też na wieżę widokową „Diana” wybudowaną na najwyższym wzniesieniu.

Poniedziałek 20.07.2015

Tematem dnia była wyprawa do nieodległej miejscowości Loket. Rowerowa ścieżka była poprowadzona brzegiem rzeki Ohře. Po drodze podziwialiśmy malownicze Svošovskie Skały czyli grupę wysokich kamiennych iglic wedle legendy będących zamienionym w skałę weselnym orszakiem nieszczęśliwej małżeńskiej pary. Tuż przy skałach przechodziliśmy nad rzeką po chybotliwym moście linowym. Opodal rzeka zatacza prawie pełne koło, wewnątrz którego we wczesnym średniowieczu założono warowny zamek wraz z podgrodziem. Zamkowe mury nadal piętrzą się wysoko nad miastem, a patrząc na brukowane wąskie uliczki, kamienne domy i mury obronne można odnieść wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał. Zamkowy przewodnik w sugestywny sposób opowiedział bogatą historię zamkowych budowli, a że było też tu m.in. więzienie to z lochów nadal było słychać wrzaski więźniów z których inkwizycja za pomocą wyeksponowanych zmyślnych narzędzi tortur próbowała wydobyć całą prawdę. Ciekawe było też prywatne muzeum rowerów i wózków dziecięcych wśród których najstarszy eksponat pochodził z 1820r. W tak szacownym towarzystwie właściciel serwował również… kawę, z czego oczywiście skorzystaliśmy.

Wtorek 21.07.2015

Tym razem w rodzinnej grupie powiększonej o „Rozstrzapka” za cel obraliśmy miasto Bečov nad Teplou. Wykorzystaliśmy ścieżkę rowerową prowadzącą przez okoliczne wzniesienia nazywane Slavkovskim Lasem. Jak można było przypuszczać na początku musieliśmy się zmierzyć z długim i stromym podjazdem sięgającym nawet 12% po czym zasapani wyjechaliśmy na rozległy płaskowyż. Mijając malownicze wioski to w lesie, to wśród łanów dojrzewających zbóż dojechaliśmy do miasta Touǯim. Warto odnotować, że spotkaliśmy też sportowe lotnisko nad którym lotnik – akrobata wywijał różne mrożące krew akrobatyczne figury. Parę razy byłem nawet gotowy jechać na ratunek w miejsce gdzie o mało nie zakończył tragicznie tych popisów. Miasteczko Bečov podobne do wczoraj odwiedzanego Loketa z tym, że tutejszy zamek był rozbudowywany przez kolejnych właścicieli więc stylowo reprezentuje okres od średniowiecza do baroku. Nagrodą za trudy górskiej rowerowej wspinaczki był powrót wzdłuż rzeki Tepla – lecz tym razem z jej biegiem czyli w dół.

Środa 22.07.2015

Przyłączyłem się do wyprawy prowadzonej przez organizatorów obozu. W kilkunastoosobowej grupie pojechaliśmy pociągiem w stronę nadgranicznego miasta Cheb. Naszym celem było miejsce o dziwnej nazwie Soos. Wysiedliśmy w Tršnicach i po kilku kilometrach byliśmy u celu. W wyniku złożonych ruchów geologicznych górotworu powstało tu torfowisko o wielometrowej grubości, a wypływające solanki spowodowały osadzanie się w tym miejscu solne pokłady. Obecnie całość jest objęta ochroną i bagna zwiedza się chodząc po specjalnych pomostach. Uchodzący z wnętrza ziemi dwutlenek węgla powoduje, że w woda w zagłębieniach terenu bulgocze jak w gotującym się garnku, choć jest zimna. Niesamowite miejsce!

Następnym punktem na naszej trasie były nieodległe Františkovy Lazně. Dużo mniejsze niż KV lecz również bardzo urocze i oferujące bogaty zestaw leczniczych źródeł. Cheb z kolei zachwycił nas piękną starówką i gotyckim kościołem. Niestety zamku nie zdążyliśmy zobaczyć, bo czekała nas długa droga powrotna wzdłuż znanej nam już rzeki Ohře. Pięknie wyasfaltowana rowerowa ścieżka wijąca się całymi kilometrami między rozległymi łanami uprawnych pól z której korzystają jedynie rowerzyści i rolnicy. W Sokolove odłączyłem się od peletonu aby zobaczyć to ciekawe górnicze miasto. Odwiedziłem ładnie utrzymane zabytkowe centrum oraz pałac z elewacją pomalowaną w „majtkowy róż” i następnie już samotnie wróciłem na bazę zaliczając ogółem 98 km.

Czwartek 23.07.2015

Mając w pamięci atrakcje dnia wczorajszego zapakowaliśmy rowery na auto i tym razem w towarzystwie Ośki i Rozstrzapka pojechaliśmy w to samo miejsce gdzie wysiedliśmy z pociągu. Odtąd już na rowerach pojechaliśmy zwiedzić rezerwat Soos i następnie do miasteczka Skalna, gdzie zobaczyliśmy XIVw. zameczek rycerski Vildštejn obecnie znajdujący się w prywatnych rękach. W zamku funkcjonowała oryginalna restauracja z epoki oraz muzeum. Zbiory zgromadzone na najwyższej kondygnacji dotyczyły straży pożarnej. Byłem zadziwiony jak te wszystkie pompy i konne sikawki wytargano tak wysoko po bądź co bądź wąskiej klatce schodowej. W nieodległym Vojtanovie przejechaliśmy niecały kilometr od granicy czesko-niemieckiej, a naszym celem był zamek Ostroh-Seeberg. Zamek malowniczo położony i pięknie odrestaurowany z bogatymi zbiorami wnętrz z różnych epok był wdzięcznym tematem fotografii i zwiedzania. Zobaczyliśmy również zgromadzone zbiory etnograficzne. Jak na ekspozycji tak i w terenie było widać, że mieszkali tutaj Niemcy, o czym świadczy m.in. budownictwo o charakterystycznej szachulcowej konstrukcji. Naszą wycieczkę zakończyliśmy w punkcie wyjścia zahaczając po drodze o Františkowy Lazně delektując się smakami miejscowych źródełek leczniczej wody i spacerując wśród palm na reprezentacyjnym deptaku.

Na zakończenie tego bogatego w wydarzenia dnia odbyło się w bazie wielkie wspólne grillowanie przy którym śpiewniki też się przydały.

Piątek 24.07.2015

We wczorajszym składzie podjechaliśmy samochodem tym razem do Chebu. Spacer po starówce zakończyliśmy na zamku pamiętającym jeszcze romańskie czasy Fryderyka Barbarossy. Zamek później przebudowano na potężną twierdzę lecz do dziś zachowały się relikty romańskiej i gotyckiej architektury. Wart zobaczenia był też widok z Czarnej Wieży na miasto – malownicze morze dachów pokrytych czerwoną dachówką. Następnym naszym celem była miejscowość Kynǯwart. Samochód zostawiliśmy we wsi Stara Voda i już na rowerach podjechaliśmy do z daleka widocznej bryły pałacu hrabiego Metternicha. Hrabia w początku XIXw. pełnił najważniejszą na cesarskim dworze Austrii funkcję kanclerza i był jednym z najbardziej wpływowych i bogatych ludzi epoki napoleońskiej. Jednocześnie był także zapalonym kolekcjonerem, jak było widać po zgromadzonych tutaj przebogatych zbiorach wszystkiego: od egipskich mumii, poprzez rozległą bibliotekę, galerie obrazów i bogatą zbrojownię po gabinet osobliwości. I to wszystko w pomieszczeniach umeblowanych i urządzonych w stylu epoki. Wyszliśmy oszołomieni.

Kynǯwart jest też uzdrowiskiem, więc po drodze skorzystaliśmy z ujęć leczniczych źródeł bardzo smacznej wody. Nasza trasa była wytyczona na dawno nieuczęszczanej drodze lokalnej, której nawierzchnia ku naszemu zaskoczeniu była mocno zniszczona i garbata. Pięliśmy się mocno w górę, co zostało nam nagrodzone wielokilometrowym zjazdem w dół aż do Marienbadu czyli Marianskich Lazni nazywanych perłą zachodnio-czeskich uzdrowisk. Po krótkim spacerze po mieście stwierdziliśmy, że ta nazwa nie była wcale przesadzona. Budynki ekskluzywnych hoteli, willi i kolumnad malowniczo rozrzucone wśród zieleni parków, i do tego fontanny i ścieżki spacerowe. Na tym obrazku brak było tylko pań w krynolinach i fantazyjnych kapeluszach z epoki w towarzystwie panów we frakach i cylindrach. Choć właściwie spotkaliśmy i to samego cesarza Franciszka Józefa I oraz angielskiego króla Edwarda VII, którzy utrwaleni w spiżu łaskawie pozwalali się fotografować w swoim towarzystwie. Postaci te przypominały spotkanie, koronowanych głów, które odbyło się tutaj w 1908r. Niestety nie starczyło czasu na zobaczenie wszystkich wspaniałości bo do samochodu dojechaliśmy już przy zachodzącym słońcu , a na bazę po zmroku.

Sobota 25.07.2015

Był to dzień pakowania i pożegnań, jednak nas to nie dotyczyło, gdyż przedłużyliśmy sobie pobyt o kilka dni. Podjechaliśmy na dworzec autobusowy gdzie wraz z bicyklami wsiedliśmy do „cyklobusa”, które według rozkładu jazdy przewożą rowerzystów na wybranych trasach. Tak więc wraz z rowerami ulokowanymi w specjalnej przyczepie wyjechaliśmy na Klinec - 1244 m n.p.m. najwyższy punkt Krušnych Hor. Była to już i inna strefa klimatyczna, gdyż na tej wysokości było zimno i wiał przenikliwy wiatr, choć na dole widać było panoramę rozświetloną słońcem. A jako, że stąd wszędzie było z górki szaleńczym zjazdem dojechaliśmy najpierw do dawnego przejścia granicznego DDR i CSRS a następnie do miasteczka Boǯi Dar. Jest podobno najwyżej położone miasto w Czechach a swą - dość oryginalną nazwę - zawdzięcza znalezieniu w okolicy bogatych złóż srebra.

Te góry były zresztą eksploatowane górniczo od 800 lat i wydobywało się tutaj rudy przeróżnych metali, w tym nawet radioaktywny uran o czym mogliśmy się przekonać w muzeum w Jachymowie –stolicy regionu o górniczych tradycjach. Z wydobytych rud pozyskiwano niegdyś srebro i na podstawie królewskiego edyktu w tutejszej mennicy wybijano talary, które dały nazwę obecnym dolarom. Jachymov obecnie jest również uzdrowiskiem lecz nietypowym, bo opartym na wykorzystaniu leczniczych właściwości wydobywanych tutaj radioaktywnych wód radonowych o czym mogła się przekonać osobiście nasza noblistka Maria Skłodowska–Curie. Po dalszym zjeździe zawitaliśmy też do Ostrowa, gdzie zachwycaliśmy się pięknie utrzymanym barokowym pałacem. Nasz zjazd zakończył się w dolinie dobrze już nam znanej rzeki Ohře. Niebawem wjechaliśmy na jeden z piękniejszych odcinków trasy. Droga cały czas towarzyszyła rzece meandrującej między sporymi górami porośniętymi lasem. W Radošovie zobaczyliśmy niezwykły drewniany most obudowany zadaszeniem przypominający całkiem… stodołę zbudowaną nietypowo, bo w poprzek rzeki. W miejscowości Kyselka spotkaliśmy pozostałości dawnego uzdrowiska – uzdrowiskowa zabudowa mocno zrujnowana, bez dachów i porośnięte bujną roślinnością. To właśnie tutaj korzystając z wydajnego ujęcia od prawie stu lat produkuje się słynną w całych Czechach wodę mineralną „Mattoni”. Do bazy dojechaliśmy na wyścigi z deszczowymi chmurami które zbierały się na horyzoncie.

Niedziela 26.07.2015

Wzorem ubiegłej niedzieli bicykle dostały wolne i lokalnym pociągiem pojechaliśmy znów do Marienbadu. Powody były dwa: spenetrować dokładniej tą piękną miejscowość oraz zażyć przyjemności podróżowania koleją – w Polsce już nie tak często możliwą. Podróż między tymi bądź co bądź nieodległymi miejscami jest godna polecenia. Kolej przebija się bowiem krętym szlakiem przez góry Slawkowskiego lasu raz po raz krzyżując się z drogą oraz rzeką Teplą i wcinając się w wąskie górskie kaniony. Tam, gdzie nie starczyło na nią miejsca jechaliśmy tunelami (łącznie było ich 6).

Niewielki lecz komfortowy szynobus zatrzymywał się na małych stacyjkach do siebie zupełnie podobnych. Różniły się one tylko tym, że jedne były zamieszkałe i zadbane, a drugie wręcz odwrotnie – straszyły powybijanymi oknami i peronami porośniętymi trawą. Marianske Lazně spenetrowaliśmy teraz nieco dokładniej zaliczając m.in. „królewską” trasę spacerową z ładnymi widokami na okolice a do pozytywnych wrażeń dorzuciliśmy też śpiewającą fontannę tryskającą w takt operetkowych melodii. Ostatni wieczór został zarezerwowany na spacer pod tytułem „Karlove Vary nocą”. Miasto było dość ładnie oświetlone lecz po prawdzie widok na kolana nas nie rzucił.

Poniedziałek 27.07.2015

Rankiem nastąpiło wielkie pakowanie lecz nasza przygoda z rowerem jeszcze się nie zakończyła. Dalsza trasa wyprawy wiodła samochodem via Drezno i Frankfurt nad Odrą do Sulęcina niedaleko Miedzyrzecza. Tutaj jeszcze spenetrowaliśmy na rowerze umocnienia MRU oraz Łagów, ale to już zupełnie inna historia. Łącznie przejechaliśmy ok. 350 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Maratończyka” Jak się robi chleb? - Górki Wielkie

26.07.2015

W dniu 26.07.2015 o godz 945 zebraliśmy się w Skoczowie koło basenu "Delfin". Po dokonaniu formalności - było nas 20 - i omówieniu trasy ruszyliśmy wałami w kierunku Górek Wielkich, później odwiedziliśmy Górski Małe. Dotarliśmy do Chlebowej Chaty. Jest to zespół budynków, które zostały uratowane i przeniesione w nowe miejsce. Poznaliśmy dawne życie na gospodarstwie i trudy codziennego życia. Wiedza której potrzeba aby przeżyć jest wręcz niezmierzona. Pokazano nam:

  • jak dogląda się pszczół,
  • obchodzi z mlekiem, aby powstały z niego inne produkty (śmietana, masło),
  • rozróżnia się zboża,
  • miele się zboże, aby uzyskać mąkę,
  • i na koniec jak robi się podpłomyki i chleb.

Każdy z nas mógł sam przygotować swój podpłomyk i rozkoszować się jego smakiem z różnymi dodatkami (masło, miód, smalec ze skwarkami) a wszystko popite kawą zbożową z mlekiem. Po smacznej i pouczającej biesiadzie obejrzeliśmy maszyny jakie właściciel zgromadził na swojej posesji.

W drodze powrotnej pojechaliśmy do Centrum Kultury i Sztuki "Dwór Kossaków", który znajduje się w dawnej posiadłości Kossaków. Wysłuchaliśmy historii rodziny Kossaków i zwiedziliśmy obiekt. Pogoda nam dopisała, humory również. Kolejne ciekawe miejsce zostało zaliczone i polecamy je innym.

Andrzej Warpechowski "Maratończyk"
64 Centralny Zlot Turystów Kolarzy - Pszczyna 2015

08.08.2015 - 15.08.2015

Organizatorem zlotu było grono działaczy oddziału PTTK w Pszczynie którym szefował prezes oddziału Jacek Czober, a wicekomandorem była znana nam ze spotkań nad jeziorem Goczałkowickim szefowa TKK „Koło” sympatyczna Regina Kania.

W zlocie uczestniczyło 420 rowerzystów w tym silna, bo prawie 60-osobowa grupa kolarzy z Ukrainy. Ondraszka reprezentowali: Rozstrzapek i Smig, Szykowno, Jan Woszczyński i Mariusz Bubik. Włodek Nowak dojeżdżał z Bielska-Białej, a kilku innych ondraszków też okazjonalnie przyjeżdżało aby uczestniczyć w zlotowych wydarzeniach. Przygotowane trasy były atrakcyjne choć ominęły Cieszyn. Zlotowiczom mocno dokuczały ekstremalne temperatury, a baza zlokalizowana w kilku oddalonych miejscach też nie sprzyjała integracji. Pomimo tego dużo się działo i uczestnicy oraz Komisja Kolarska ZGPTTK ocenili go jednoznacznie pozytywnie.

W przedostatni dzień zlotu przyjechał również Taras Pacholiuk z żoną. Na ceremonii zamknięcia zlotu wręczył naszym ondraszkom Śmigowi i M. Bubikowi certyfikaty udziału w zlocie UETC, który miesiąc temu odbył się w Żółkwi na Ukrainie. Specjalnie przyjechałem do Pszczyny aby publicznie podziękować Tarasowi za jego zaangażowanie rozwijanie idei turystyki kolarskiej oraz dotychczasową współpracę i wręczyłem książkowy upominek. Później już nieoficjalnie przy lodach długo gawędziliśmy o blaskach i cieniach zlotu UETC którego był gospodarzem. Przy okazji dowiedziałem się, że państwo Pacholiukowie zadebiutowali w zagranicznych rowerowych spotkaniach na naszym zlocie AIT w Wiśle w 1991r. Tak wiec nasza znajomość ma dłuższą historię niż się wydawało.

Przy pogawędkach czas szybko leci, więc była już późna noc kiedy się pożegnaliśmy z nadzieją ponownego spotkania.

Rechtór-Zbyś
Galeria
„Z rowerową wizytą u sąsiadów” - okolice Bielska-Białej

16.08.2015

Na starcie wycieczki przy dworcu kolejowym w Bielsku-Białej spotkały się Ondraszki: A. Poloczek, Ziołowy, Panek, Rechtór oraz dwaj sympatycy klubu. Prowadzący wyprawę W. Nowak przygotował na dziś „trasę sakralną” między Bielskiem i Kętami. Po powitaniach i omówieniu czekających atrakcji ruszyliśmy w drogę. Z miasta wyjechaliśmy w kierunku Komorowic nową ścieżką rowerową. Jazda po pięknie wyasfaltowanej dróżce wzdłuż rzeki Białki była naprawdę wielką przyjemnością.

Nieco klucząc dojechaliśmy do Bestwiny. Tutaj zwiedziliśmy barokowy kościół powołania Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Barokowe wnętrze kościoła prezentowało się pięknie, choć było nieco zasłonięte rusztowaniami gdyż remont trwa. Ciekawa jest historia XVw. kościelnego dzwonu, który w czasie II wojny został zarekwirowany i wywieziony do przetopienia do Hamburga. Tam, leżąc na cmentarzysku dzwonów cudem ocalał i po wojnie przygarnęła go któraś z okolicznych parafii. Po latach informacja o tym dotarła w końcu do Bestwiny. Dzięki negocjacjom między parafiami dzwon w 2010r. powrócił z wygnania i znów zawisł na tutejszej wieży.

Ruszyliśmy dalej poganiani przez gęstniejący mrok oraz groźne pomruki burzy. Zdążyliśmy jednak dojechać pod daszek proboszczówki w Starej Wsi kiedy w końcu lunęło. Ze względu na ostatnio panujące afrykańskie upały wcale nas to nie zmartwiło, a wręcz przeciwnie, bo mieliśmy czas wysłuchać interesującej gawędy miejscowego proboszcza, który duszpasterzuje tutaj od ponad dwudziestu lat. Ksiądz zaimponował wszystkim znajomością historii tego miejsca. Zwrócił uwagę na takie ciekawostki, że np. widoczne ostatki gotyckiej polichromii po późniejszych przemalowaniach zachowały się, gdyż przypadkowo przykryto je drewnianym deskowaniem. Posadzka z kolei jest położona ze sporym spadkiem ok. 1,5m na całej długości kościoła co faktycznie było bardzo widoczne. Zachowały się i nadal służą oryginalne drewniane drzwi z XIIIw.! Tutejszy średniowieczny dzwon Niemcy nie zarekwirowali dzięki temu, że ówczesny proboszcz przekonał ich, że umieszczone sentencje pisane „szwabachą” są w ich języku (a były po łacinie). A na koniec już zaprosił nas do odwiedzenia parafialnego muzeum, które będzie dostępne po zakończeniu remontu.

Tymczasem burza przeszła i mogliśmy ruszać w drogę. Przez Hecznarowice dojechaliśmy do Kęt. Najpierw odwiedziliśmy miejscowy kościół i sąsiadującą z nim kaplicę pochodzącego z Kęt św. Jana Kantego. Na dłużej jednak zatrzymaliśmy się w pobliskim klasztorze, gdzie właśnie rozpoczynał się coroczny jarmark franciszkański. Było wesoło, gwarno oraz ciekawie i dla duszy i dla ciała. Okoliczne koła gospodyń wiejskich zadbały o nasze wygłodzone brzuchy, a program przewidywał m.in. prezentację kultowych samochodów, których na drogach już nie uświadczysz. Najciekawsze było jednak zwiedzanie klasztoru po przewodnictwem młodego braciszka. Zaskoczyło nas, że w tym bądź co bądź dość wielkim kompleksie budynków mieszka tylko 7 zakonników. W trakcie zwiedzania byliśmy w różnych - zazwyczaj niedostępnych miejscach - począwszy od podziemnych krypt aż po poddasze. Byliśmy za ołtarzem – w miejscu odprawiania modłów zakonnych, na ambonie i przy organach w refektarzu i klauzurze. W kryptach zamiast spodziewanych trumien stał… stół do biliarda, a część z nich została adaptowana na wystawy czasowe. Na koniec spenetrowaliśmy ocembrowaną studnię pośrodku wirydarza, jednak przy demonstrowaniu głębokości urwał się łańcuch i wiadro z pluskiem wylądowało w wodzie. Dobrze że jest też wodociąg bo wyciąganie utopionego wiadra będzie dość problematyczne.

Po serdecznym pożegnaniu ruszyliśmy w drogę powrotną przez Kozy oraz Hałcnów, gdzie na koniec odwiedziliśmy jeszcze Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej - cel licznych pielgrzymek. Nasza wyprawa zakończyła się tam, gdzie się rozpoczęła czyli przy bielskim dworcu. Prowadzący zebrał zasłużone podziękowania za ciekawą wyprawę. Przejechaliśmy ok. 45 km, a nasz twardziel - niestudzony Ziołowy do tego dołożył jeszcze drogę z Cieszyna w obie strony, bowiem przyjechał na rowerze.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Od Darkowa do Poręby

22.08.2015

Prowadzący Bolek Fukała z bratniego PTTSu wyznaczył start w miejscu dość nietypowym, bo na… moście nad Olzą opodal uzdrowiska w Darkowie. Most z 1925r. dawniej był jedynym miejscem przejazdu przez rzekę na drodze z Cieszyna do Karwiny a teraz jest zabytkiem techniki służącym wyłącznie pieszym i rowerzystom.

Zebrała się całkiem spora 35-osobowa grupa uczestników w tym 13 Ondraszków. Po serdecznych powitaniach prowadzący pokrótce omówił trasę i jej atrakcje po czym ruszyliśmy w drogę. Najpierw zobaczyliśmy miejsce gdzie rzeka Stonawka wpada do Olzy. Okolica bardzo urocza a powalone w nurcie rzeki drzewa to podobno sprawka zadomowionych tutaj bobrów. Działalność człowieka też było niestety widać po śmieciach walających się na brzegu. Co ciekawe, w Olzie woda była bardzo czysta, czego nie można było powiedzieć o Stonawce. W związku z tym wyraźnie było widać gdzie wody obu rzek się łączą. Następny przystanek był w miejscu gdzie do niedawna stały wioski Szpluchów i Koziniec a teraz zobaczyliśmy tylko sporej wielkości jezioro. W wyniku wydobycia węgla teren mocno się obniżył, budynki rozebrano a woda zalała całą okolicę. Aby zwrócić zdewastowany obszar naturze w jeziorze usypano kilka sztucznych wysepek, które w zamyśle mają być ostoją wodnego ptactwa. W nawiązaniu do nazwy miejscowości jedna z wysp ma kształt… kozy.

Nie był to jedyny pomysł na rekultywację terenów pokopalnianych. W sąsiadującej Dąbrowie na sporym obszarze hoduje się… dinozaury. Miejsce to nazwano „Dinopark” na kształt i podobieństwo filmowego „Jurassic parku” Spielberga. Prehistoryczne olbrzymy ryczały okropnie i straszyły dzieci, a od oryginału odróżniało je tylko to, że jak w któregoś zapukać to było słychać, że w środku są puste. Choć zwiedzanie parku nie było w programie zauważyłem, że w pobliżu czaił się potwór, wyglądający jak kilkumetrowej wielkości oskubany kurczak z dziwnym dziobem. Straszne!

Niebawem wjechaliśmy na rynek w Orłowej - miasta, które z powodu szkód górniczych zostało przeniesione w inne miejsce, a z dawnej historycznej zabudowy niewiele już pozostało. My natomiast zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie kilkadziesiąt lat temu były kopalniane hałdy, a obecnie działa firma Candy Plus Sweet Factory produkująca łakocie dla łasuchów czyli żelowe cukierki. Oczywiście w firmowym sklepie zrobiliśmy odpowiednie zaopatrzenie.

Dewastacja dotknęła nie tylko krajobraz lecz obróciła się również przeciw samym sprawcom, czyli kopalniom. Zobaczyliśmy pozostałości kopalni Eugeniusz z 1868r. oraz kopalni Wacław (założonej jako Alpineschacht w 1899r.). Po skomplikowanych dziejach, o których opowiedział nasz przewodnik, końcu wyczerpały się pokłady węgla i w latach 70-tych XXw. kopalnie przestały istnieć. Szyby zasypano, budynki w większości zlikwidowano, a w tych które zostały działają różne drobne firmy.

Dojechaliśmy do Poręby - dzielnicy Orłowej. Tutaj w budynku dawnej Polskiej Szkoły Ludowej oczekiwali na nas członkowie miejscowego koła Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Dom ten po usilnych staraniach od 1997r. jest ich własnością i stanowi bazę dla polskiej mniejszości, która niegdyś była tutaj większością. Jak opowiedział prezes koła pan Leon Kasprzak jest to siedziba aż czterech kół PZKO, które niegdyś miały swoje pomieszczenia lecz teraz z uwagi na zmniejszającą się liczbę członków musiały je opuścić. O ich bogatej działalności kulturalnej w tym śpiewaczej świadczą gabloty pełne trofeów oraz kroniki. Na ścianach zawieszono tablice pamiątkowe przeniesione z niestety już nie istniejącego tutejszego gimnazjum z polskim językiem nauczania, które jeszcze w latach 60-tych XXw. tętniło życiem. Pan Leon oprowadził nas po swoim gospodarstwie i opowiadał o prowadzonych przez PZKO niełatwych bojach o utrzymanie zacierających się już śladów polskości. Słuchaliśmy tego z nieukrywanym podziwem. Wiadomo bowiem, że problemy te mają zmienną optykę zależną od tego z której strony granicy się na nie patrzy. Oczywiście dotyczy to nie tylko tego miejsca lecz i całego obszaru zwanego Zaolziem.

Po małej ogrodowej biesiadzie posileni poczęstunkiem przygotowanym przez miłych gospodarzy ruszyliśmy w dalszą drogę. Przez Dziećmorowice znów dojechaliśmy nad brzeg Olzy i kapitalną asfaltową ścieżką rowerową wykonaną na wale przeciwpowodziowym dotarliśmy do miejsca startu. Tutaj brawami serdecznie podziękowaliśmy prowadzącemu Bolkowi Fukale i jego córce Renacie za przygotowanie tej ciekawej wyprawy i po pożegnaniu już indywidualnie ruszyliśmy w swoje strony.

Trasa liczyła 35 km, a docelowo wraz z dojazdami przejechałem ponad 60 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Broumov-Adršpašskie Skały (CZ)

28.08.2015 - 30.08.2015

Na tę jedyną wyprawę górską w naszym kolarskim „rozkładzie jazdy” wybrało się 15 Ondraszków, a ekipa ta została uzupełniona o kolejne 13 osób, więc tym sposobem główny organizator - Apanaczi zapełniła cały autokar należący do firmy klubowego Jędrusia. Program wyprawy był niebywale atrakcyjny. Po drodze do bazy ulokowanej w Austerii Krokus w miejscowości Rzeczka, znajdującej się w paśmie Gór Sowich zobaczyliśmy mozolnie odbudowywany ogromny pałac królewny Marianny Orleańskiej wybudowany w XIX w. na kształt zamku obronnego w Kamieńcu Ząbkowickim. Wdrapaliśmy się też na szczyt Krzywej Wieży w Ząbkowicach Śląskich, i w końcu w towarzystwie przewodnika, który przebrany był za żołnierza pruskiego regimentu fortecznego, zwiedziliśmy największy górski fort w Europie - Donżon w Srebrnej Górze.

Po bardzo krótkiej nocy wraz z miejscowym przewodnikiem, panem Czesławem „Jak się to mówi”, przejechaliśmy na drugą stronę granicy, aby w pobliskim Broumowie zwiedzić z daleka widoczny ogromny XVIII w. klasztor dominikański oraz malowniczy drewniany kościółek cmentarny. Jak zapewniają miejscowi, jest to najstarszy drewniany kościół w Czechach. Faktycznie, jego budowa sięga XIV w.

Następnie przejechaliśmy do Adršpachu. Jest to miejsce wypadowe do największej atrakcji w okolicy, czyli rezerwatu Skalne Miasto. Zwiedzało go mnóstwo ludzi, czemu nie można się dziwić, gdyż widoki niesamowitych form skalnych piętrzących się wysoko mogą przyprawić o zawrót głowy. Większości nadano nazwy wynikające z kształtów z tym, że jedne były całkiem oczywiste, a inne znowu, mimo wysiłków wyobraźni, były mniej wyraźne. Pęknięcie w skale o nazwie Mysia Dziura – którym należało się przecisnąć na drugą stronę – od razu zweryfikowało zwiedzających pod względem gabarytów. Nasi przeszli wszyscy! Z dodatkowej atrakcji, pływania łódką po jeziorze, z żalem musieliśmy zrezygnować, gdyż kolejka do niej przypominała najlepsze czasy PRL-u, gdy do sklepu rzucili papier toaletowy.

Według założeń, mieliśmy przejść pieszo do następnej grupy skalnej w Teplicach nad Metuji. Ostatecznie jednak wybraliśmy się tam autokarem. Tutaj też można było podziwiać fantazyjne formy skalne piętrzące się wysoko nad naszymi głowami, i również przeciskaliśmy się przez wąskie kaniony. Aby ogarnąć całość, niektórzy z grupy, wybrali się pionową trasą w górę. Po przejściu ponad 300 stromych metalowych schodów wyszli na sam wierzchołek skały nazwanej Ostroga. Widok był powalający. Było to jedyne miejsce umożliwiające zobaczenie całości z lotu ptaka. Pozostałe skały wymagały alpinistycznego sprzętu i wspinaczki, co też w kilku miejscach mogliśmy obserwować.

Zakończeniem tego pełnego wrażeń dnia było wieczorne ognisko z kiełbaskami i śpiewami przy akompaniamencie gitary. Ta noc także była dosyć krótka.

Rankiem ze znajomym już przewodnikiem - „Jak się to mówi” - podjechaliśmy pod Szczeliniec w Górach Stołowych i wyszliśmy na tak zwane Broumowskie Ściany. Jest to łańcuch górski piętrzący się nad doliną Broumowa i otoczonych między innymi Górami Sowimi. Tym samym, w punktach widokowych między innymi o swojsko brzmiącej nazwie Wielka Kupa, mieliśmy okazję podejrzeć panoramę miejsc, w których już byliśmy. Górski spacer i jednocześnie pieszą część wyprawy zakończyliśmy w schronisku Pasterka , gdzie wyjedliśmy wszystko co było do zjedzenia. Wtedy pozostało nam już tylko wracać do domu. Do Cieszyna dojechaliśmy ok. 2200.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rajd pamięci J. Furtaka Grodziec-Żywiec

05.09.2015 - 06.09.2015

Ten rajd był zupełnie wyjątkowy i inny niż wszystkie. Oprócz elementów krajoznawczych, które są osią naszych propozycji, tym razem doszedł element symbolicznie łączący dwa miejsca: Żywiec z Grodźcem, czyli tam gdzie śp. J. Furtak rozpoczął i zakończył swoje pracowite życie. Tak właśnie powitałem uczestników rajdu w miejscu startu, czyli w Grodźcu na zakręcie drogi przy krzyżu upamiętniającym tragedię, która wydarzyła się tutaj równo 20 lat temu.

Dwa dni wcześniej, aby uporządkować teren, pojechaliśmy wraz ze Śmigiem i Gwarkiem, żeby przy pomocy pił i siekier usunąć roślinność, która już całkiem zasłaniała krzyż. W dniu następnym Janusz Szczygielski z Bielska-Białej pomalował na nowo krzyż, który tutaj, głównie z jego inicjatywy, ustawiono w rocznicę tragedii.

Na starcie stanęło 14 Ondraszków. Przyjechał również kol. Adam Tabor z Bielska Białej - dawny towarzysz rowerowych wypraw. Wspomnieliśmy sylwetkę Zmarłego oraz okoliczności śmierci. Po chwili zadumy i modlitwie zapaliliśmy znicze. Następnie ekipa podzieliła się na dwa zespoły: rowerowy – w składzie – Ośka, Bystry, Śmig, Rechtór, Gwarek, Ziołowy, A. Poloczek, W. Owczarzy, O. Sorkowicz (sympatyk) i D. Słota;; oraz samochodowy, w którym znaleźli się: H. Lincerowa, Niezłomny, Afi oraz Jędruś.

Zespół rowerowy miał za zadanie dojechać do Żywca przez Górki, Brenną, Szczyrk i Lipową, a samochodowy już tam miał na nas czekać. Trasa rowerowa była bardzo przyjemna, gdyż jechaliśmy lokalną drogą wzdłuż rzeki Brennicy. „Schody” zaczęły się dopiero w Brennej-Białej, bo musieliśmy przejechać przez przełęcz Karkoszczonkę na druga stronę. Coś dało się jeszcze wyjechać, ale im bliżej przełęczy, tym nachylenie było większe i nawet prowadzenie roweru przychodziło z wysiłkiem. W końcu stanęliśmy zdyszani na przełęczy, a nagrodą był wspaniały widok na otoczoną górami dolinę Szczyrku z majestatycznym Skrzycznym w tle. Po szaleńczym zjeździe trafiliśmy na nowo otwartą ścieżkę rowerową, którą przejechaliśmy całe miasto. Tutaj pożegnaliśmy Gwarka i Ziołowego, którzy musieli już wracać i dalej jadąc malowniczą drogą u podnóża gór, po pokonaniu prawie 50 km, dotarliśmy do Żywca i bazy naszego rajdu, czyli schroniska PTSM.

Po zakwaterowaniu i powitaniu z gospodarzem spotkania Jasiem Gereszem ruszyliśmy w miasto spotkać się z przewodnikiem. Na krótkim spacerze zobaczyliśmy ciekawe miejsca związane z historią miasta i usłyszeliśmy sporo interesujących informacji. Przewodnik bardzo ciepło opowiadał zwłaszcza o panowaniu linii żywieckiej Habsburgów, którzy w trudnych wojennych latach nieodmiennie czuli się Polakami. Za to jednak ponieśli konsekwencje zarówno w czasie okupacji, jak i niestety również pod rządami PRL-u. Księżna Maria Krystyna Habsburg, która wyemigrowała do Szwajcarii w jesieni życia, sprowadziła się do swojego rodzinnego miasta i za zgodą miejscowych władz mieszkała w udostępnionych pomieszczeniach rodzinnego pałacu aż do śmierci w 2012 roku. Jak podkreślił przewodnik, wszyscy serdecznie wspominali miłą starszą panią, która do końca była aktywna na rzecz miejscowej społeczności. Nasz spacer zakończyliśmy pod cmentarną bramą. Tutaj spotkaliśmy się z przedstawicielami miejscowego Oddziału PTTK, znajomymi z dawnych kolarskich wypraw: Adamem Taborem, Adamem Sowa i Januszem Szczygielskim z Bielska-Białej, a także z panią Jadwigą córką śp. J. Furtaka i wspólnie przeszliśmy nad Jego mogiłę.

Tą uroczystą część rajdu rozpocząłem wspomnieniem Jego sylwetki i dokonań. Zakończyłem konkluzją, że człowiek żyje tak długo jak długo trwa o nim pamięć wśród rodziny i przyjaciół. I nie jest przeszkodą, że większość z przybyłych Go nie znała, gdyż ważne jest trwanie w pamięci zbiorowej. Niektórzy z nas podzielili się wspomnieniami przygód z udziałem Jasia, a córka Jadwiga podziękowała wszystkim za pamięć o Zmarłym, która trwa mimo upływu lat. Zapłonęły znicze, a pieśń „Ojcowski dom” była wzruszającym dopełnieniem tej części uroczystości. Wtedy wspólnie udaliśmy się wszyscy do konkatedry na mszę św. odprawianą za duszę Zmarłego. O dziwo, jak się okazało, byli też obecni sąsiedzi i znajomi śp. Jasia i też podzielili się wspomnieniami.

Następnie przenieśliśmy się do siedziby Babiogórskiego Oddziału PTTK, gdzie przygotowano sympatyczne spotkanie uczestników rajdu z przedstawicielami zarządu oddziału oraz małą biesiadę. Była to też okazja pogratulowania obchodzonej w tym roku 110 rocznicy powstania organizacji turystycznej, której oddział jest kontynuatorem. Gratulacje poparliśmy okolicznościowym dyplomem oraz książkową monografią naszego klubu.

Przy poczęstunku długo gawędziliśmy na temat tego co było, co jest, a także snuliśmy plany na najbliższą przyszłość. Głównym tematem były oczywiście wspominki z przygód i kontaktów z śp. Jasiem, czemu dopomogły dawne kroniki naszego klubu, które specjalnie przywiozłem na tę okazję.

Rankiem spotkaliśmy się z kolarzami i sympatykami komisji turystyki kolarskiej przy miejscowym Oddziale PTTK, aby wspólnie wyruszyć na trasę po okolicy. Było nas prawie 30, co dobrze świadczy o kolarskich zainteresowaniach mieszkańców. Większość była wyposażona w rowery górskie, dla których góry i dziury nie były wyzwaniem. Dobry nastrój nieco burzyły ciemne chmury i nie do końca było wiadomo, czy dojedziemy bez deszczu. Trasa wiodła do Moszczanicy i dalej do klasztoru Franciszkanów w pobliskim Rychwałdzie. Zwiedziliśmy słynące łaskami Sanktuarium Matki Boskiej i tutaj zaczęło padać. Jednak nie trwało to długo, bo gdy zwiedzaliśmy drewniany kościół w Gilowicach słońce już wyjrzało zza chmur, a gdy dojechaliśmy do sanktuarium maryjnego w Jasnej Górce znów całkiem się wypogodziło.

Żywiecczyzna to górska kraina, a więc nasza trasa składała się w większości ze stromych podjazdów oraz ostrych zjazdów. A podejście pod sanktuarium było wyjątkowo trudne. W nagrodę trafiliśmy na odpust, więc stracone kalorie zostały szybko uzupełnione „pod budami”. Przed nami było jeszcze kilka kilometrów podjazdu na przełęcz Pewelską, skąd było już tylko w dół. Wielokilometrowym zjazdem dojechaliśmy do Świnnej. Prawie 30 kilometrowa wyprawa zakończyła się w Żywcu. Na koniec jeszcze zwiedziliśmy magiczne miejsce nazywane „Krajcar”, gdzie robi się skuteczną konkurencję żywieckiemu browarowi-molochowi.

Wtedy pozostało jedynie pożegnać się z gościnnymi gospodarzami i korzystając z transportu podstawionego przez Jędrusia wróciliśmy do Cieszyna. Myślę, że rajd był bardzo udany i spełnił zakładane cele.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Szwajcaria Czyżowicka

12.09.2015

Do Szwajcarii na rowerze w jeden dzień - tam i z powrotem - czy to możliwe? Tak! ale pod warunkiem, że pojechałeś z Ondraszkiem do Szwajcarii, ale tej koło Czyżowic niedaleko Wodzisławia. Czynu tego dokonało 18 Ondraszków i sympatyków oraz jeden Beskidziok. Na miejsce zbiórki w Lutyni Dolnej, 14 z nas dojechało pociągiem, a „twardziele” tzn. Paparazzi, Ziołowy, W. Owczarzy oraz jeden sympatyk przyjechali na rowerach. Według mnie podróż czeskim pociągiem przy obecnym stanie PKP to też temat miłych wspomnień. Po przedstawieniu trasy nasz peletonik wyruszył w kierunku Wierzniowic, gdzie przekroczyliśmy Olzę, a nieco dalej granicę państwową. Na moście nastąpiła przerwa techniczna aby wymienić dziurawą dętkę w rowerze Wieśka. W Gorzyczkach spotkaliśmy szlak rowerowy 216 Y oznakowany przez Klub Śląskich Znakarzy i otwarty w 2001r., który przez Uchylsko doprowadził nas do Gorzyc. Tutaj odwiedziliśmy XIX wieczny pałac Aleksandra hrabiego Arco którego utalentowany syn Georg w 1907 roku przeprowadził udany eksperyment przekazania bezprzewodowo głosu na odległość, co przyczyniło się do narodzin radiofonii. W 1923r założył w Berlinie pierwszy program radiowy, przez co uzyskał przydomek „Jego Wysoka Częstotliwość”. Obecnie pałac i przylegające budynki służą też szczytnemu celowi tyle, że w całkiem innej dziedzinie: stanowią siedzibę ośrodka do leczenia uzależnień.

Kontynuując wyprawę dotarliśmy w końcu do urokliwego kompleksu leśnego nazwanego niegdyś Szwajcarią przez dyrektora szkoły w Czyżowicach. Teren mocno pagórkowaty z jeziorkami otoczony lasem, więc ta dość oryginalna nazwa utrwaliła się w topografii i stanowi doskonałą promocję okolicy. Docelowo dotarliśmy do położonego pośrodku lasu rancza Western jawiącego się nam jak oaza dla spragnionego wędrowca. Niestety oferta gastronomiczna była mocno ograniczona, mimo to uzupełniliśmy płyny oraz utracone kalorie. Tutaj też spotkaliśmy się z nasza kochaną Aląpalą i jej mężem Rafałem. Mija prawie rok kiedy ondraszkowa grupa towarzyszyła Alicji w uroczystej ślubnej ceremonii. Później wyfrunęła na dobre z Cieszyna i mieszkają obecnie w niedalekiej Zawadzie –dzielnicy Wodzisławia.

Pilotowani przez Rafała dojechaliśmy do ich uroczo położonego domku na skraju miejscowości. Tam też zostaliśmy ugoszczeni wspaniałym ciastem i kawą serwowaną w ogrodzie. Przyjemnie było usiąść i wspominać wspólne przygody, ale przyszła pora na powrót. Po serdecznym pożegnaniu ruszyliśmy w kierunku Kokoszyc. W tej dzielnicy Wodzisławia znajduje się pałac von Zawadskich z połowy XIX w. otoczony pięknym starodrzewiem. Od 1925r. znajduje się tutaj archidiecezjalny ośrodek rekolekcyjny, w którym bywał również Karol Wojtyła - późniejszy Jan Paweł II. Następnie pojechaliśmy do Turzy Śląskiej. W 1948 r. wybudowano tu kościół powołania Matki Boskiej Fatimskiej. Kościół ten od początku stanowił cel licznych pielgrzymek. Pielgrzymi peregrynują zwłaszcza do figury Matki Boskiej, która została sprowadzona z Fatimy staraniem ówczesnego proboszcza. Choć teraz jest tu cicho i spokojnie na pewno obszerny i starannie zagospodarowany plac przed kościołem jest w stanie pomieścić całą masę ludzi.

Następnie przez Godów i przejście graniczne w Gołkowicach dojechaliśmy do Piotrowic gdzie nasza wspólna wycieczka się zakończyła. Wracając do domu część grupy wybrała drogę przez Marklowice Górne, a reszta, w tym i piszący te słowa, dojechała przez Karwinę do ścieżki rowerowej nad Olzą, która doprowadziła nas do Cieszyna.

W czasie wycieczki poszerzyliśmy swoje krajoznawcze horyzonty, odkryliśmy nowe tereny i ciekawe miejsca, więc było warto jechać i myślę, że pozostali uczestnicy też są tego zdania. W sumie przejechałem 73 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
IX Rajd do ujścia Olzy im. W. Janika

19.09.2015

Jak przypuszczam uczestnicy tej wyprawy w większości doskonale znają jej cel, lecz droga do niego zawsze pozostaje zagadką. I tym razem nie było inaczej. W miejscu zbiórki, to jest przy dworcu kolejowym w Boguminie, oczekiwał na nas prowadzący tą wyprawę Marcel Balcarek czyli sam prezes Miejscowego Koła Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego (MK PZKO) w Wierzniowicach. Kiedy z pociągu z Czeskiego Cieszyna wysypało się sporo postaci objuczonych rowerami okazało się, że przed dworcem czeka też całkiem spory kolarski peleton. Razem było nas coś ok. 40 żądnych wrażeń rowerzystów z Ondraszka, PTTSu oraz niezrzeszonych sympatyków. Po serdecznych powitaniach Marcel wyjaśnił z grubsza trasę i ruszyliśmy w drogę. Od razu doceniliśmy dbałość miejskich władz o rowerową społeczność. Wzdłuż ulic oraz na części chodników wydzielono specjalne ścieżki, którymi bez przeszkód wyjechaliśmy w kierunku Starego Bogumina. Dłuższy postój nastąpił na obecnie rewitalizowanym rynku, gdzie odwiedziliśmy obowiązkowy punkt czyli biuro informacji turystycznej. Zaskoczyło mnie, że elementem biurowej ekspozycji są dwa sporych rozmiarów kościelne dzwony. Okazało się, że ich historia jest całkiem podobna do tej jaką poznaliśmy zwiedzając kościół w Bestwinie w ramach niedawnej rowerowej peregrynacji wokół Bielska-Białej. Otóż zarekwirowane dzwony Niemcy wywieźli do Hamburga celem przetopienia na armaty, lecz na szczęście nie zdążyli i zastał je tam koniec wojny. Po jakimś czasie osieroconymi dzwonami zaopiekowała się któraś z okolicznych parafii, gdzie służyły do czasu kiedy mieszkaniec Bogumina przypadkiem trafił na ich ślad. Po długiej i skomplikowanej batalii prawnej udało się je w końcu odzyskać i uroczyście przywieźć z powrotem. Obecnie czekają na remont kościelnej wieży aby po długiej wędrówce trafić w końcu do swojego domu. Interesujące prawda?

Po przejeździe przez graniczną Odrę znaleźliśmy się na dawnym przejściu granicznym w Chałupkach. Obecnie puste budynki granicznych służb kojarzą się ze wspomnieniami z niedalekiej przeszłości i to niekoniecznie pozytywnymi. Sam pamiętam, jak na którymś z rajdów jeden z uczestników zapomniał zabrać odpowiedniego dokumentu i było z tego sporo problemów i tłumaczenia.

Kolejną atrakcją na trasie był rezerwat „Meandry Odry”. Porządna betonowa rowerowa dróżka meandruje równolegle do brzegu rzeki. Tyle razy tu byliśmy i jakoś dotychczas nie udało się nam tutaj wjechać – albo powódź albo bagno. A tu proszę: całkiem niedawno powstała przyzwoita ścieżka rowerowa uzupełniona edukacyjnymi tablicami.

Następny postój nastąpił w miejscowości Rudyszwałd położonej tuż przy granicy. Cel był bardzo niezwykły. Otóż zaprosił nas do siebie miejscowy farmer właściciel sporego gospodarstwa, który jednocześnie jest kolekcjonerem dosłownie wszystkiego. Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem!

Na jednak dość niewielkiej przestrzeni, w każdej szopie a także i na wolnym powietrzu leżały stosy przeróżnych wartościowych jak i mniej cennych przedmiotów z różnych dziedzin od urzędowych tablic do leciwych traktorów, a były nawet takie rarytasy jak dawne słupy graniczne; brony, pługi i inne rolnicze sprzęty można było liczyć w dziesiątkach. Według mnie taką mnogością wszystkiego można było obdzielić kilka i to sporych skansenów. Co ciekawe przy oprowadzaniu właściciel popisał się wyjątkową wiedzą na temat swoich zbiorów co dowcipnie przekazał w jakimś dziwnym czesko-polsko-niemieckim narzeczu. Na nurtujące nas pytanie jak zdołał to wszystko zgromadzić odpowiedział, że w promieniu 50 km odwiedził wszystkich, którzy mogli mieć coś wspólnego ze starociami i różnymi sposobami starał się je „wycyganić”. Wyszliśmy oszołomieni.

Następny postoju był w owym magicznym miejscu, gdzie Olza wpada w objęcia Odry. Po ostatniej suszy wody było niewiele więc od strony Olzy można było suchą nogą zawędrować prawie do połowy rzeki. Wspomniałem historię tego miejsca nazywanego Trójkątem Trzech Państw oraz naszych spotkań i oczywiście na koniec zaśpiewaliśmy nieodłączne „Płyniesz Olzo…” Stąd już było całkiem niedaleko do mety czyli Domu PZKO w Wierzniowicach, gdzie gospodarze przygotowali gorący posiłek. Prezes Balcarek przedstawił przy okazji inicjatywy i osiągnięcia miejscowej polskiej społeczności zrzeszonej w PZKO, która choć liczebnie niewielka ma na swoim koncie sporo sukcesów.

Jako, że powrót był już indywidualny, mniejszymi czy większymi grupkami opuszczaliśmy gościnne Wierzniowice. Korzystając z rowerowej ścieżki nad Olzą przez Dziećmorowice i Karwinę wróciłem do Cieszyna. Cała trasa liczyła ponad 80 km, a część z Ondraszków, która zdecydowała się dojechać na start na rowerze, nakręciła grubo ponad 100 km, ale wszyscy wiemy że było warto!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień ”Rozstrzapka”

20.09.2015

Rozstrzapek zaprosił wszystkich do pewnego miejsca w Ochabach, w którym mało kto już był, choć jest o nim głośno w całym powiecie. Na starcie - cieszyńskim rynku - mimo dość niepewnej pogody pojawiło się ponad 20 Ondraszków i sympatyków, był też jeden Beskidziok. Należy dodać, że specjalnie z Bielska przyjechał również „zamiejscowy” Ondraszek – Włodek Nowak.

W tym składzie ruszyliśmy w stronę Dębowca, gdzie zaplanowano dłuższy postój w leczniczych oparach miejscowej mini-tężni. Po podreperowaniu dróg oddechowych ruszyliśmy dalej przez Podlesie do Ochab i następnie boczną drogą równoległe do ruchliwej „wiślanki” pojechaliśmy w kierunku stojących na uboczu kilku drewnianych domków i szopek. I tak znaleźliśmy się w królestwie pana Macieja Bieńka, który własnym staraniem przy wykorzystaniu funduszy unijnych zrekonstruował dawną wiejską zagrodę. Nie tylko zrekonstruował, ale i wyposażył wszelkimi sprzętami pochodzącymi z własnych zbiorów. Całość została otwarta w maju 2014r. i nazwana „Tradycyjna Zagroda Rolna”. Tutaj właśnie dziatwa szkolna może się przekonać , że chleb to nie jest wytwór z biedronki czy innego marketu lecz trzeba współpracy ludzi wielu profesji aby można było wziąć kromkę do ręki, a mleko nie powstaje w kartoniku.

Oprowadzani przez samego właściciela mogliśmy oglądać przedmioty, które teraz stanowią eksponaty choć większość z nas dobrze je pamięta z autopsji. Przykładem może być zbiór aparatów fotograficznych m.in. poczciwej Smieny oraz powiększalników do zdjęć, magnetofonów wraz ze znanym swego czasu Grundigiem, starych TV i innych AGD z epoki PRL-u. I nagle poczułem się dość dziwnie kiedy skonstatowałem, że te zabytkowe przedmioty przecież zupełnie niedawno służyły nam w codziennym życiu. Rarytasem kolekcji był np. zupełnie sprawny samochód marki Citroen tuż powojennej produkcji albo półciężarówka produkcji NRD z drewnianymi częściami w karoserii! W zrekonstruowanej drewnianej chałupie można było zobaczyć jak ludzi „hańdowni” mieszkali. Dodatkowo właściciel umiał zajmująco opowiedzieć o swoich zbiorach, więc wizyta była bardzo interesująca. Zapewnił nas również że nadal trwa rozbudowa tego magicznego miejsca, a także zaprosił na następną wizytę . Na pewno z tego skorzystamy.

Jako, że tutaj była wyznaczona meta tej wycieczki dalej kontynuowaliśmy wycieczkę według własnych pomysłów. Większość pojechała wraz z Rozstrzapkiem ścieżką rowerową Wiślańskiej Trasy Rowerowej do Skoczowa, gdzie odbywał się rybny jarmark. Rynek był zastawiony stoiskami z przeróżnymi specjałami , a do tego obejrzeć można było występy okolicznych zespołów regionalnych.

Do Cieszyna wróciłem przez Kisielów i Ogrodzoną mając na liczniku przejechane ponad 50 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień ”Rozstrzapka”

20.09.2015

Sierpień minął, a ja jeszcze nie sprawdziłam fizycznie przygotowanej przeze mnie wycieczki rowerowej do Ochab. Dwudziestego września ucieszyłam się bardzo widząc na rynku w miejscu zbiórki tylu sympatycznych turystów kolarzy. Dzień był pogodny i słoneczny. Na metę wycieczki wyznaczyłam Tradycyjną Zagrodę Rolną.

Skansen Ochaby to największe na południu Polski muzeum zabytków z gospodarstw rolnych, rybackich oraz wszelkiego rodzaju urządzeń i sprzętu domowego z różnych okresów historii. Odrębną kolekcję stanowią zabytkowe samochody i inne pojazdy. Eksponaty znajdują się w tradycyjnej wiejskiej zagrodzie złożonej ze stajni z wozownią, stodoły, chaty, wiatraka i wiaty.

Trasa na ogół wydawała się prosta, ale taką nie była. Chciałam, aby w poszczególnych miejscach – zakamarkach, koledzy i koleżanki nie wiedzieli, gdzie dalej jechać. I to mi się udało. Jechaliśmy przez Osiedle Bobrek – Wschód, gdzie mieszkam razem z Piotrem, następnie przez Zamarski i żółtym szlakiem rowerowym do Kostkowic, Dębowca i Ochab.

Zapraszam na wycieczkę w przyszłym roku.

Maria Biłko-Holisz "Rozstrzapek"
Dzień ”Paparazziego”

27.09.2015

W dniu 27.09.2015 na Rynku w Cieszynie o godz. 900 zebrała się grupa na wycieczkę pod tytułem "Dzień Paparazziego - nietoperze". Grupa liczyła 18 osób. Niestety start został opóźniony przez "pane" (uszkodzoną oponę), więc wyjechaliśmy dopiero o 935. Udaliśmy się trasą wiodącą kolejno przez: Cieszyn, Puńców, Dzięgielów, Bażanowice, Ogrodzoną, Kisielów, Bładnice Dolne, Harbutowice, Górki Małe, by osiągnąć cel naszej podróżny - Gimnazjum w Brennej.

Po kilku postojach po drodze, dotarliśmy na miejsce idealnie - 15 minut przed wyznaczonym czasem. Po obiekcie oprowadzała nas pani z Ośrodka Informacji w Brennej, objaśniając wszystko bardzo dokładnie. Przekazała nam wiele ciekawostek na temat miejsca i nietoperzy.

W Gimnazjum realizowany jest projekt pod nazwą „Ochrona nietoperzy w Gimnazjum w Brennej”, którego głównym celem jest ochrona siedliska rozrodczego nietoperzy. Projekt został dofinansowany z pieniędzy z Unii Europejskiej i dzięki temu możemy oglądać te niezwykłe zwierzęta w bezpiecznych warunkach dla nich i ku naszemu zadowoleniu.

Na miejscu zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, gdyż pomieszczenia przeznaczone do oglądania są bardzo małe. Znajdują się tam 2 przyciemnione okna do oglądania fragmentu poddasza gimnazjum oraz monitor z podglądem na 3 kamery zamontowane na poddaszu. Ekspertyza chiropterologiczna (chiropterologia – to nauka zajmująca się badaniem nietoperzy) wykazała, że poddasze budynku szkoły zamieszkują dwa gatunki nietoperzy podlegające ochronie ścisłej:

podkowiec mały oraz nocek duży. Najlepszym okresem do oglądania jest okres od połowy sierpnia do połowy września, gdyż w tym czasie jest tam najwięcej nietoperzy. Jest to koniec okresu lęgowego i młode wraz z rodzicami przebywają w dogodnych dla nich warunkach. Później nietoperze przenoszą się do pobliskich jaskiń. Gdzie nietoperze przez okres zimy hibernują w stałej temperaturze około 4-6 stopni Celsjusza. Głównym pożywieniem nietoperzy są tak "lubiane" przez nas komary.

Po zakończonym zwiedzaniu prawie cała grupa udała się do kawiarni "Bajka", gdzie spędziliśmy chwilę przy ciepłym napoju i kalorycznym ciastku. Do domu każdy wracał własną trasą.

Piotr Hamera - "Paparazzi"
Galeria
Rajd rowerowy Skrbeńsko-Godów

03.10.2015

Czekamy na opis...

Adam Kłodowski (Admin)
Galeria
Dzień ”Wędrowniczka”

04.10.2015

W tym dniu Wędrowniczek postanowił udowodnić wszystkim, że Ondraszek to człowiek gór i żadne kopce mu niestraszne. W stałym miejscu, na rynku, zebrała się nas ponad 20-osobowa czeladka złożona tradycyjnie z Ondraszków i sympatyków. Był też obecny jeden Beskidziok - Jan Kubienia, który od jakiegoś czasu na naszych wycieczkach jest jedynym reprezentantem przyjaciół zza Olzy.

Wędrowniczek po przedstawieniu programu punktualnie o 900 odtrąbił odjazd i ostro nadał tempo. Po niedługim czasie mozolnie pięliśmy się w górę ul. Dębowej - która jak wiadomo należy do jednej z bardziej stromych w Cieszynie. Potem był niewielki zjazd i następny spory kopiec, tym razem po drodze do Puńcowa. Nagrodą była oczywiście wspaniała panorama na beskidzkie gronie skąpane w słonecznym blasku poranka. Minęliśmy Dzięgielów, Cisownicę i po kilku pomniejszych górkach zjechaliśmy do centrum Ustronia gdzie już oczekiwał nas kustosz oryginalnego muzeum o równie oryginalnej nazwie „Rdzawe Diamenty”. Te zardzewiałe diamenty to były motocykle najróżniejszych marek, epok (od 1905 do 1970) i stanów zachowania: od rupieci po maszyny-cacka. Motocyklami i ich fragmentami, akcesoriami oraz różnymi gadżetami z epoki były dosłownie wytapetowane ściany całkiem sporej piwnicy. Niektóre były też prawdziwymi „białymi krukami” motoryzacji, których zachowaną ilość liczy się na placach jednej ręki. A każdy egzemplarz miał swoją historię, należy dodać że oprowadzający nas właściciel sypał historiami jak z rękawa. Nie mogło oczywiście zabraknąć też wytworów PRL-owskiej motoryzacji od SHL-ki po Junaka, więc niektórzy z nas mogli sobie przypomnieć jak kiedyś ujeżdżali te maszyny. Wyszliśmy oszołomieni.

Przejechaliśmy ledwie kawałek i weszliśmy do leżącego na szlaku zabytków techniki Muzeum Ustrońskiego, aby prześledzić przemysłową historię tej podgórskiej miejscowości. Trudno w to uwierzyć, ale właśnie industrializacja dała początek karierze Ustronia jako uzdrowiska. W XIX w. pierwsi kuracjusze taplali się bowiem w zbiorniku wodnym, którego wodę używano do schładzania hutniczego żużla! Huta przeniosła się dawno temu do Trzyńca, a obecnie tłumy ludzi przyjeżdżają tutaj aby m.in. korzystać z dobrodziejstwa solanek wydobywanych z głębi ziemi.

Po zwiedzeniu muzeum prowadzący obwieścił koniec naszej wspólnej wyprawy i peleton rozpadł się na pomniejsze grupki, które korzystając z przepięknej słonecznej niedzieli obrały przeróżne drogi powrotne. W większej części pojechaliśmy jednak z powrotem do Cisownicy, gdzie w agroturystyce u Brzezinów cieszyńskie „Człapoki” akurat świętowały zakończenie sezonu. Powitał nas ich szef M. Prawdzik i chętnie dołączyliśmy do tej wesołej kompanii, gdyż mamy też między nimi wielu serdecznych przyjaciół często spotykanych na turystycznych ścieżkach. A państwo Brzezinowie uraczyli wszystkich specjałami domowej kuchni i na koniec wspólnie zwiedziliśmy ich starą „drzewiónkę”, która jest obecnie skansenem.

Po tym dniu pełnym atrakcji do Cieszyna dojechałem mając w nogach 53 km, a w głowie sympatyczne wspomnienia z wycieczki.

Zbyszek Pawlik
Galeria
Zakończenie sezonu

11.10.2015

Jak się rzekło, wszystko co miało swój początek ma też i swój koniec. Dotyczy to i naszego obfitego w przeróżne wydarzenia sezonu kolarskiego oraz jak się również okazało towarzyszącej mu pogody.

W ten niezbyt ciepły, ale jednak bezdeszczowy niedzielny poranek zebrało się na rynku około 30 Ondraszków i sympatyków klubu. Duet „Ośka” i „Bystry” opisał czekające nas atrakcje i choć trasa wyprawy w dużej części pokrywała się z tą z poprzedniej wycieczki zapowiadało się ciekawie. Tak więc przez Puńców, Dzięgielów i Cisownicę dojechaliśmy pod Muzeum Techniki w Ustroniu, gdzie naszym celem były organizowane właśnie warsztaty rękodzielników beskidzkich, na których można było podejrzeć, a nawet samemu coś próbować wykonać. Prowadzący naszą wyprawę duet już nieco wcześniej namierzył artystę, który różne cuda wykonywał z kości zwierzęcych i na warsztatach prezentował technologie ich wyrobu.

Aby taka potężna kość wołowa (też była obecna) zamieniła się w różne wisiorki, zawieszki czy bransoletki musiała przejść długą i żmudną obróbkę, o której dowiedzieliśmy się w szczegółach. A potem trzeba tylko uruchomić wyobraźnię i wkrótce sporo z uczestników naszej wycieczki jak ludzie pierwotni paradowało przyozdobionych wisiorami z kości.

W innym kącie sali złotnik produkował filigranowe części do stroju cieszyńskiego, a jeszcze gdzie indziej paniczki „heklowały” na drutach przeróżne koronkowe cuda. Tutaj swój kunszt pokazał i nasz Ziołowy. Słowem było bardzo pouczająco i ciekawie, lecz w końcu z tego wszystkiego zaczęło nam burczeć w brzuchach. Ale i na to znalazła się rada.

Przejechaliśmy zatem kawałek za Wisłę gdzie w „Karczmie góralskiej” czekały już na nas zamówione specjały z grilla. Karczma czyli miejsce z tzw. klimatem: oryginalna „drzewiónka” kryta „szyndziołami” stanowiła godną oprawę naszej ostatniej w tym sezonie rowerowej biesiady. Na specjalnie zaproszenie prowadzących przyjechało też dwóch utalentowanych muzykantów: „Maniuś” z nieodzowną harmonią oraz gitarowy wirtuoz J. Kożusznik. Oczywiście obaj dali wspaniały popis swoich możliwości muzycznych a większość towarzystwa zachęcana przez „Ośkę” zrobiła właściwy użytek ze śpiewników. Jestem przekonany, że przygodni słuchacze tych naszych muzyczno-wokalnych popisów długo nie mogli wyjść z podziwu. Świetnie się bawiliśmy, ale że dzień krótki, a do domu daleko pomału grupa się zmniejszała i jako ostatni na rowerach odjechaliśmy w duecie z „Reworem”. W drodze powrotnej przejechaliśmy przez Kozakowice, Goleszów i Bażanowice. Ogółem było tego około 50 km. Trochę mi było smutno, że sezon już za nami. Ale z drugiej strony - jak to w przyrodzie bywa - jeżeli coś się kończy, to też i coś się zaczyna. Tak więc uszy do góry i cierpliwości:)

PS. następnego ranka przecierałem oczy ze zdumienia gdyż padał śnieg!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Opowieści Wędrowniczka

22.10.2015

Leszk Szurman - Wędrowniczek na zaproszenie Uniwersytetu III wieku dnia 22.10.2015, przy dość szczelnie zapełnionej sali konferencyjnej Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie, wspominał swoją tegoroczną rowerową wyprawę dookoła Polski szlakiem zamków. Na spotkaniu było też obecnych i kilku Ondraszków: Szykowno, Ziołowy, Rechtór, Niezłomny oraz pani H. Linerowa. Po prelekcji nawiązała się dyskusja z której można było wysnuć wniosek o wielkim zainteresowaniu zebranych tą formą uprawiania turystyki. Bardzo celnie podsumowała tematykę prowadząca spotkanie: tabletkami niekiedy zastępujemy ruch ale ruchu nie można zastąpić tabletkami.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Opowieści Wędrowniczka

22.10.2015

W tym roku wybrałem się ponownie na rajd po kraju wybierając szlak zamków polskich jako swoją trasę. Dla przypomnienia dodam, w latach poprzednich przy okazji zdobywania innych odznak (takich jak kolarska odznaka turystyczna) jechałem już szlakami wielkiej wojny, wiślańską trasą rowerową, latarń morskich i rajdu do koła polski. Zwiedziłem ich 70 co pozwoliło mi na ubieranie punktów na brązową odznakę. Tegoroczną trasę zaplanowałem sobie tak by jadąc do koła polski zwiedzić ich choć 80.

W drogę wyruszyłem 14 maja, w deszczowy czwartek. Wystartowałem spod cieszyńskiego zamku, na miejsce startu odprowadził mnie kolega Paweł i koleżanka Ela, byli również redaktorzy naszego portalu OX - Beata i Mariusz. Ruszyłem na Dzięgielów, po drodze zważyłem się wraz z rowerem na wadze na złomie 145 kg. Niestety pogoda zamiast się poprawić psuła sie aż do Wisły. Gdy tam dojechałem w deszczu zrobiło sie zimno i mglisto więc na Stecówkę wjechałem zziębnięty, a był przede mną jeszcze do pokonania podjazd pod Tyniok by następnie podjechać pod Kaczy Zamek i zjechać do Kamesznicy. Tam dojechałem o godzinie szesnastej i zrezygnowałem z dalszej wędrówki, miałem w planie odwiedzić tam przyjaciół z mojego klubu Familia i jechać dalej do Żywca. Pogoda wymusiła bym spędził tam noc. W czasie tej podróży w ulewie zdążyłem już zalać licznik. Po nocy w agroturystyce ranek okazał się pogodny i ciepły, a chmury ustąpiły. W Żywcu zakupiłem nowy licznik, ustawiłem hamulce i wyruszyłem w drogę do Suchej Beskidzkiej na zamek a po drodze do Rzymu wpaść.

Po obejrzeniu zamku ruszyłem w stronę Lanckorony, droga wiła się wśród wiosek raz w górkę, raz w dół. Do Lanckorony droga była bardzo ciężka niemość że wiodła do góry serpentynami jak na Kubalonkę, to jeszcze doskwierał upał. Gdy dojechałem na miejsce to okazało się że schronisko młodzieżowe w którym liczyłem na nocleg okazało się zamknięte. Na szczęście znalazłem spanie w gospodarstwie agroturystycznym, znajdującym się pod samym zamkiem. Gospodarstwo prowadzili bardzo mili ludzie - małżeństwo holendra i polki. Na kolacje zaserwowali mi dobrą zupę pomidorową.

Rankiem ruszyłem w kierunku Dobczyc, a po drodze rozwaliłem telefon komórkowy co mnie wyłączyło z kontaktu z rodziną oraz znajomymi. W Dobczycach byłem w godzinach południowych, zwiedziłem zamek i udało mi sie kupić mały tani telefon. Mogłem więc dalej ruszać w kierunku Wieliczki, mieściny pełnej zabytków. Akurat trafiłem tam jak był dzień darmowego zwiedzania muzeum. Na zamku spotkałem francuzów, którzy podróżowali po Polsce, dałem im folder naszego miasta i zaprosiłem do Cieszyna. Wieliczkę pożegnałem i d w drogę na Nowy Wiśnicz. Nie bardzo jednak liczyłem by tam dojechać, ale mimo to jechałem. Pogoda była ciepła jak na maj, długo było widno. W końcu może i bym dojechał do celu, ale w Sobolowie pchając rower pod sporą górę nawiązałem rozmowę z miłymi ludźmi, pochwaliłem ich dom a oni zaprosili mnie do siebie na nocleg. Bardzo mili ludzie, rozmawialiśmy do późna w nocy a gospodarz chętnie słuchał moich opowieści o podróżach rowerowych. Zdjęć niestety nie mógł zobaczyć bo był niewidomy, więc moje opowieści musiały wystarczyć. I tak minął mi trzeci dzień wędrówki.

W niedzielny poranek po przejechaniu 13 km dojechałem do Nowego Wiśnicza pod wspaniały zamek Lubomirskich. Po południu dojechałem na zamek w Dębnie. Zamek nie duży ale posiadał wspaniałą architekturę renesansową. Z Dębna ruszyłem na Tarnów na zamek. W Zbylitowskiej Górze nocleg miałem pod namiotem obok antykwariatu tuż przy drodze na Pilzno. Tam właściciele ugościli mnie domowymi jajami w ilości piętnastu sztuk.

Wędrowniczek
Galeria
Prelekcja: Białoruś - terra incognita

09.11.2015

Na zaproszenie Uniwersytetu III wieku w pięknej sali SM Cieszynianka, na osiedlu Banotówka, przy licznie zgromadzonej publiczności (40 osób) Rechtór miał okazję zaprezentować nieco już zakurzone wspomnienia z wyprawy, która odbyła sie 5 lat temu po terenach zachodniej Białorusi (obwody grodzieński oraz brzeski). Temat jak stwierdzili widzowie był niezmiernie ciekawy a zdjęcia z wyprawy po dawnych polskich kresach opatrzone komentarzem bezpośredniego uczestnika były mocnym zaskoczeniem. No cóż jest to dla większości właśnie terra incognito - czyli ziemia nieznana, mimo że leży tuż za granicznym płotem.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wigilijka z Ondraszkiem

13.12.2015

Tak jak koniec wieńczy dzieło, tak wigilijka przygotowana przez B. Toman „Apanaczi” zakończyła czterdziesty dziewiąty sezon aktywności klubu. Tym razem miejscem spotkania była restauracja „Eko-tradycja” w Cieszynie. W odświętnie przygotowanej i udekorowanej sali zebrało się ponad 30 Ondraszków, przybył również nasz przyjaciel zza Olzy – W. Kristen, a także nasi klubowicze z Bielska-Białej: W. Nowak i K. Sumera.

W roli orkiestry wystąpili utalentowany gitarzysta Józek Kożusznik oraz Władek Kawecki, który przytaszczył ze sobą akordeon. Obaj przy ogólnym aplauzie zadeklarowali chęć przystąpienia do naszej ondraszkowej kompanii, obaj też już są nam dobrze znani. Władek – z dawnych czasów aktywny klubowicz lecz po jego wyprowadzce kontakty niestety się urwały, a Józek – jako sympatyk już bywał na naszych wyprawach.

Basia z właściwym sobie wdziękiem podjęła się roli konferansjerki. Na początku podzieliliśmy się opłatkiem składając sobie nawzajem życzenia, które pragnęlibyśmy zrealizować w przyszłym –jubileuszowym dla Ondraszka kolarskim sezonie. Następnie zostali zauważeni trzej grudniowi solenizanci: W. Nowak, J. Lincer ”Niezłomny” oraz niżej podpisany Zbyszek Pawlik. Były urodzinowe życzenia, chóralne śpiewy a ta miła nam chwila została zwieńczona drobnymi upominkami.

Następnie na stoły wjechała rybka z sałatką czyli tradycyjna wigilijna potrawa, a po degustacji chwyciliśmy za specjalnie przygotowane śpiewniki. I popłynęło w dal wesołe ondraszkowe kolędowanie podparte instrumentalnymi popisami naszych przyjaciół. Oczywiście to miłe spotkanie wypełniło również wspomnienia przygód, które wydarzyły się podczas tegorocznych bliższych czy dalszych klubowych wypraw oraz planując już to co przed nami.

Ostatni blok był przeznaczony dla naszego gościa specjalnego. Była to koleżanka J. Hławiczka, która została zaproszona do podzielenia się wrażeniami ze swojej wyprawy do Ameryki Południowej. Przedstawiła ciekawą multimedialną prezentację przygotowaną z tegorocznej podróży po Chile oraz Boliwii.

I tym akcentem zakończyliśmy spotkanie życząc sobie nawzajem wszelkiej pomyślności i kondycji przy realizacji przyszłorocznych rowerowych pomysłów.

Rechtór-Zbyś
Galeria