Kronika imprez z 2016 roku
Spis treści
Noworoczne Spotkanie Rowerowe

01.01.2016

W ten piękny, ciepły i słoneczny dzień… tak zazwyczaj zaczyna się opowieść o wycieczce w pełni sezonu. A tutaj mamy pierwszego stycznia i w samo południe na rynku zeszła się dość liczna grupa 12 Ondraszków (w tym jedna Ondraszkula). Zważywszy, że dla niektórych z nas Sylwestrowa zabawa ledwo co się zakończyła peleton był dość liczny i trzeba powiedzieć , że co roku jest coraz większy.

Nie było co prawda zbyt ciepło lecz też równie było daleko do typowej zimowej aury - do czego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Serdecznie przywitaliśmy się w Nowym Roku, wymieniliśmy życzenia – a nasi Mikołaje (było ich łącznie trzech) po wypytaniu delikwentów o popełnione grzechy obdzielili uczestników łakociami czerpanymi z głębokiej skarpety. Prowadzący „Bystry” wyjaśnił gdzie udamy się w tym ledwo co rozpoczętym roku, w czym nieco przeszkadzał jakiś opóźniony, lekko zawiany sylwestrowicz, który usilnie domagał się od nas fajki.

Ruszyliśmy w końcu w stronę Boguszowic i już niebawem staliśmy u drzwi „Niezłomnego”. Przez gospodarzy zostaliśmy wprowadzeni na pokoje i ugoszczeni czym chata bogata. Po dłuższym popasie i wspominkach prowadzący odtrąbił odwrót i udaliśmy się teraz na drugi koniec miasta. Po drodze nasi rowerowi Mikołaje składali noworoczne życzenia napotkanym przechodniom, a grzeczne dzieci też miały okazję sięgnąć do wspomnianej skarpety. Naszym celem była chałupa „Kropelki”. Aby się tam dostać musieliśmy jednak pokonać chyba najbardziej stromy podjazd w mieście – ul. Dębową. Od razu dało się zauważyć, że kondycja niektórych została zapomniana gdzieś przy wigilijnym i innych stołach. W końcu udało się nam zebrać w całość i niebawem staliśmy u wrót „Niezłomnego” wzbudzając niemały popłoch gospodarzy liczebnością naszego peletonu. I tutaj trafiliśmy na pełny stół co z kolei wzbudziło popłoch w naszej grupie. Tutaj też zakończył się nasz krótki rekonesans i każdy już indywidualnie wracał do domowych pieleszy.

Przejechałem 25 km i stwierdziłem – z moją kondycją nie jest tak źle.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zebranie sprawozdawcze rozstrzygnięcie konkursów sezonu 2015

22.01.2016

Co roku o tym czasie dokonujemy podsumowania minionego sezonu, wspominamy co już za nami i planujemy zbliżające się chwile kiedy nasze bicykle będą w powszechnym użyciu. Za miejsce spotkania tym razem wybraliśmy piękna nową salę SM Cieszynianka przy ul. Zofii Kossak na osiedlu Banotówka. Miało to duże plusy lecz także i drobne minusy. Obawialiśmy się trochę, że uczestnicy mimo informacji tutaj po prostu nie trafią. Okazało się też, że sala była trochę mała i niektórzy musieli siedzieć „w drugich rzędach”. Uczestników zebrało się ponad 50, a z zaproszonych gości przybyli: pan H. Twardzik - prezes PTTS Beskid Śląski w Czechach, R. Mazur - honorowy prezes Oddiału PTTK Beskid Śląski, przyjaciele z Towarzystwa Rowerowego Olza przy PTTS: B. Fukałą, Z. Fierla, Cz. Byrtus, W. Kristen z PZKO, M. Prawdzik – szef Człapoków. Dopisały też Ondraszki w tym obaj nasi klubowicze z Bielska-Białej K. Sumera i W. Nowak.

Zebranie rozpoczęliśmy wspomnieniem ostatnio zmarłych świętej pamięci St. Pawlika długoletniego członka klubu oraz świętej pamięci J. Kozieła – znanego działacza Koła nr 2 PTTK w Skoczowie – Honorowego Członka PTTK. Wzorem lat ubiegłych prowadzenie zebrania powierzyliśmy paniom: „Czornej” - A. Wlach i „Ośce” - J. Rezmer, którym pomagał sekretarz „Bystry” - J. Rezmer.

W sprawozdaniach prezesa klubu, komisji rewizyjnej oraz skarbnika powiało optymizmem. Wynikało z nich jednoznacznie, że omawiany sezon był bardzo udany, gdyż ze sporą nawiązką udało się zrealizować wszystkie zamierzenia i jeszcze do tego... nie dopłacić.

W bloku przeznaczonym dla gości R. Mazur w swej wypowiedzi nawiązał do słowa wstępnego opublikowanego w książce „40 lat z Ondraszkiem”. Pogratulował klubowi osiągnięć i nie ukrywając zaskoczenia wyliczył na podstawie sumarycznego kilometrażu w konkursie długodystansowca, że prawie objechaliśmy dwukrotnie Ziemię dookoła równika. Wręczył również dyplomy za wyjątkowe osiągnięcia w roku 2015 dla: „Paparazziego” - P. Hamery za utworzenie Ondraszkowej strony na Facebooku oraz A. Poloczkowi za aktywny udział w klubowych wydarzeniach. W. Kristen w swojej wypowiedzi podsumował doświadczenia z organizacji wspólnego rajdu do źródła Olzy oraz omówił genezę i zachęcał do udziału w Żywocickich Rajdach Pamięci. Swoją wypowiedź poparł bardzo sugestywnie zadeklamowanym wierszem W. Młynka o ojcowiźnie. H. Twardzik w ciepłych słowach też wspomniała nasze kontakty i wspólne dokonania, które mogą być wzorem transgranicznej współpracy.

Następny punkt programu w całości był poświęcony sprawom Terenowego Referatu Weryfikacyjnego. Szef referatu - „Skryba” A. Nowak - szczegółowo poinformował o zdobytych odznakach (łącznie z zakresu turystyki kolarskiej 29 sztuk i górskiej 8 sztuk, co daje w sumie 37 sztuk) i wraz z R. Mazurem wręczyli je zdobywcom. Skryba od szefa Człapoków - M. Prawdzika odebrał zdobytą przez siebie odznakę turystyki pieszej przyznaną przez ten zacny klub.

Teraz przystąpiliśmy do ogłoszenia wyników klubowych konkursów. Rozpoczął „Bystry” – J. Rezmer - sędzia konkursu Długodystansowca. Klasyfikacja w czołówce pewnie nie była zaskoczeniem. Po raz kolejny „Maratończyk” - A. Warpechowski zgubił cały nasz peleton i odjechał na odległość aż 13.156 km! Tym samym bezapelacyjnie zdobył pierwsze miejsce w swojej kategorii. Miejsce następne w tej kategorii Juniorów zajęli: „Wędrowniczek” - L. Szurman (5.554 km) i „Paparazzi” - P. Hamera (2522 km).

W kategorii seniorów zwyciężył: „Ziołowy” - A. Nowak (5.239 km) przed „Przyponem” - L. Nowakiem ( 2.880 km) oraz „Miodzio” - H. Hanslem (2.248 km). W kategorii Pań najlepsza była „Szykowno” - B. Szarzec (2.048 km), następnie „Roztomiło” - K. Hansel (1.902 km) i „Czorno” - A. Wlach (1.500 km). W każdej kategorii miejsca do piątego włącznie zostały nagrodzone dyplomami.

Wyniki konkursu Najaktywniejszego kolarza sezonu 2015 podsumował „Kropelka” - W. Zmełty. Na podstawie rejestru ze strony internetowej ogłosił wszem i wobec, że w konkursie zwyciężył „Paparazzi” - P. Hamera (147 pkt), tuż za nim uplasował się „Wędrowniczek” - L. Szurman (144 pkt) oraz „Szykowno” - B. Szarzec (135 pkt). Wymienieni otrzymali dyplomy i nagrody rzeczowe.

W dyskusji nawiązując do ogłoszonych wyników zaznaczono, że konkurs na Najaktywniejszego turystę kolarza sezonu wymaga od uczestników sumienności w rejestrowaniu własnych dokonań, więc tym samym odzwierciedla wyniki tylko tych uczestników, którzy dbają o spełnienie wymogów regulaminowych. Ponadto głos zabrali m.in. „Wedrowniczek” - L. Szurman optując za uproszczeniem zasad wspomnianego konkursu, „Proszęjaciebie” - J. Stasik wnioskował za wystąpieniem do władz Urzędu Miasta Cieszyn w celu poprawy bezpieczeństwa rowerzystów w naszym mieście oraz „Jędruś” - A. Słota apelując o wybór funkcji kronikarza, który mógłby się zająć prowadzeniem klubowej kroniki.

Wręczyliśmy również nieco zaległe wyróżnienia: K. Kasztura odebrał dyplom za prowadzenie kolarskich triathlonów, a „Ziołowy” - A. Nowak - dyplom za osiągnięcia w roku jubileuszowym Oddziału PTTK. Klub wystosował też pisemne podziękowanie Z. Fierli z PTTSu za dobrą współpracę Beskidzioków z Ondraszkami poparte nagrodą rzeczową, gdyż na ostatnim zebraniu sprawozdawczo-wyborczym PTTSu wymieniony szef kolarzy niestety zrezygnował z pełnionej funkcji.

W ostatnim punkcie programu omówiliśmy kalendarium wypraw przewidzianych na jubileuszowy kolarski sezon a także planowane wydarzenia z tym związane. Podczas całego spotkania na ekranie można było podglądać wydarzenia omawianego sezonu dzięki prezentacji przygotowanej przez „Paparazziego” - P. Hamerę, a na stołach był przygotowany przez nasze panie mały poczęstunek.

Dzięki sprawnemu prowadzeniu obrad przez prezydium oraz zdyscyplinowaniu obecnych zakończyliśmy spotkanie się w przewidywanym czasie, a ostatnim jego akordem było wspólne odśpiewanie jubileuszowego hymnu Ondraszka. Teraz nic tylko czekać na wiosnę!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rowerowy objazd granicami miasta Cieszyna po obu stronach Olzy

19.03.2016

Plan był prosty: objedziemy Cieszyn wzdłuż administracyjnych granic i to po obu stronach rzeki Olzy. Niewiadomymi były pogoda oraz długość trasy, bo mimo, iż w większości mieszkamy w Cieszynie, nie mamy pojęcia o wielkości jego administracyjnego obszaru.

Przy nieśmiało przebijającym się słońcu na rynku spotkała się 14-osobowa grupa męskiej części Ondraszka i jeden sympatyk. Po powitaniach przejechaliśmy niezwłocznie w do Czeskiego Cieszyna, gdzie w alejach Masaryka, już nas oczekiwał J. Štirba, który przygotował trasę po tej stronie Olzy. Po wręczeniu Józkowi imieninowego prezentu i odśpiewaniu „Sto lat” ruszyliśmy w drogę, a nasz peleton powiększył się niebawem o W. Niedobę z PPTSu. Oczywiście jechaliśmy wzdłuż granicy raz po jednej a raz po drugiej stronie, gdyż tak właśnie jest wytyczona trasa, w terenie gdzie trudno o jakąkolwiek drogę. Niebawem przekonaliśmy się, że Cieszyn jest malowniczo położony w dolinie rzeki Olzy i otoczony całkiem sporymi górami, które po kolei zaliczaliśmy. Przez Kocobędz dojechaliśmy do Stanisłowic, a potem dalej do Cierlicka Dolnego. Tutaj pokonaliśmy najwyższy podjazd pod Babią Górę, a na zjeździe skręciliśmy nieco z trasy, aby zobaczyć miejscową ciekawostkę - oznaczony obeliskiem „czwórstyk graniczny” czyli miejsce gdzie spotykały się granice czterech sąsiadujących gmin: Żukowa Grn, Koniakowa, Grodziszcza i Trzanowic. Obecnie jest to styk granicy administracyjnej Czeskiego Cieszyna, które wchłonęło dwie pierwsze gminy. Dalsza droga prowadziła nas do Koniakowa i dalej do Wielopola. I tak wdrapując się na kolejne wzniesienia to znów z nich zjeżdżając dojechaliśmy do Ropicy, gdzie nastąpił zasłużony odpoczynek. Przypadkiem natknęliśmy się tutaj na sympatyczną „Indi”, która w towarzystwie też robiła rekonesans tyle że na piechotę.

Tutaj mieliśmy za sobą ok. połowę trasy i ok. 30 km. Nasza wyprawa dotychczas była prowadzona w bardzo malowniczym wiejskim pejzażu z widokami na jeszcze ośnieżone Beskidy. Pogoda była też łaskawa bo słońce świeciło, choć było nadal chłodno. Prowadzący co jakiś czas objaśniał gdzie administracyjnie kończy się miasto, gdyż właściwie nie było go nigdzie widać. Pożegnaliśmy brawami J. Štirbę za dobrze przygotowaną trasę, a zadanie prowadzenia przejął wtedy Wędrowniczek i Bystry. Do Polski wjechaliśmy starą drogą przez Błogocice, gdzie jadąc ściśle granicą miasta na „dzień dobry” zaliczyliśmy kolejny ostry podjazd ul. Dębową. Tutaj zostawiliśmy granicę po prawej stronie i podjechaliśmy pod kolejną górkę ul. Jastrzębią na Mnisztwo i następnie pod dalsze wzniesienie na Gułdowy. Cieszyn w tym miejscu sięga dość daleko, bo aż pod Bażanowice a my, już wyraźnie na skróty przejechaliśmy ul. Mleczną pod podjazd autostradą A-1. Trzeba też zaznaczyć, że nasza grupa zaczęła się mocno wykruszać, na co wpływ na pewno miała wymagająca, pełna przewyższeń trasa oraz ledwo co przekroczony próg kolarskiego sezonu. Prowadzący teraz Paparazzi podciągnął ten topniejący peleton do Zamarsk, czyli na kolejne rekordowe wzniesienie. Tutaj też zgodnie uznaliśmy, że plan był jednak zbyt ambitny, więc koło RSP zakończyliśmy wycieczkę obiecując sobie, że ją w przyszłości dokończymy.

Program „Endomondo” nasze wyczyny zarejestrował następująco: min. wysokość 271m, max. wysokość 468m, a więc choć różnica w pionie 197m to jazdy pod górę było 737m, przy średniej prędkości 11,57km/godz. Mając ponad 40km w nogach dociągnąłem jakoś do domu myśląc sobie, że plan był może prosty lecz objechać nasze miasto dokoła w jednym kawałku nie jest wcale łatwym zadaniem.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Memoriał kolarski im. Mariana Palowskiego

09.04.2016

Marzeniem każdego człowieka jest nieśmiertelność i to niezależnie od jego religijnych zapatrywań. Jest to oczywiście w dosłownym sensie niemożliwe, gdyż nasze ziemskie bytowanie jest ograniczone czasowo datami narodzin i śmierci. Jednakże nieśmiertelność w naszym rozumieniu polega właśnie na pozostawaniu w pamięci żyjących. I to dlatego faraonowie budowali piramidy, królowie wystawne grobowce, a my stawiamy pomniki na cmentarzach i przynajmniej raz w roku przychodzimy je odwiedzać wspominając tych, którzy przeszli już na drugą stronę.

W indywidualnej pamięci każdego z nas pozostają zmarli członkowie naszych rodzin oraz każdym rokiem powiększająca się grupa przyjaciół i znajomych. Jednakże niektórzy z nich za swoje zasługi i styl życia otwarty na innych, pozostają w pamięci zbiorowej wielu żyjących. W tym roku minie już dziewięć lat od 16.08.2007r. kiedy towarzyszyliśmy śp. Marianowi w jego ostatniej ziemskiej wędrówce. Czas nieuchronnie sprawia, że blakną wspomnienia i zacierają się twarze.

Lecz właśnie nasza obecność w tym miejscu, na starcie do kolejnego memoriału Jego imienia jest dowodem na to, że nie zapomnieliśmy, że nadal Go pamiętamy. Śp. Marian w swoim pracowitym życiu choć zawodowo pełnił odpowiedzialną funkcję lekarza zawsze znajdował chęci i czas aby być aktywnym w turystyce, sporcie czy kulturze, w działaniu na rzecz miejscowych polskich organizacji. Był też członkiem Polskiego Towarzystwa Turystyczno- Sportowego „Beskid Śląski” w Czechach, ale też wraz z żoną Danusią należeli również do naszego Klubu Kolarskiego Ondraszek. Z wielu lat współpracy zapamiętałem Go jako człowieka pogodnego, pełnego humoru i dobrych pomysłów, oryginalnie ubranego w rowerowy kask, odświętną koszulę z nieodłącznym krawatem. Dla wielu z nas również był i pozostał prawdziwym przyjacielem.

W tym miejscu warto też wspomnieć, że przez małżeństwo z Danusią śp. Marian stał się zięciem Henryka Jasiczka wyjątkowej osobowości znanej na Zaolziu i daleko poza jego granicami. Jego pracowite życie zakończone przedwczesną śmiercią w 1976 r. przypadało na niełatwy okres dominacji jedynie wówczas poprawnej opcji politycznej, co dla Jasiczka – poety, redaktora, osoby z własnymi niezależnymi poglądami na kulturalnej mapie Zaolzia, stało się przyczyną, że znalazł się na indeksie i był prześladowany i społecznie i politycznie. Wówczas mówił nawet o sobie „trędowaty poeta z cieszyńskiej ziemi”, lecz obecnie jego literacki dorobek należy do skarbnicy naszej małej ojczyzny.

Przed nami kolejny sezon rowerowych wypraw. Dla Ondraszka jest to wyjątkowy rok, gdyż obchodzimy złote gody - jubileusz 50-lecia klubowej działalności. We wspólnym kalendarzu mamy sporo różnych propozycji imprez , na które już serdecznie zapraszam. Starannie je przygotujemy więc myślę, że przyniosą wyłącznie ciekawe przygody i pozytywne wzruszenia. Pamiętając, że śp. Marian był aktywnym Ondraszkiem, jestem przekonany, że pewnie też by w nich uczestniczył i nas wspierał, tak jak zawsze potrafił to robić. Tak sobie myślę, że robi to nadal, choć już w zupełnie innym wymiarze. Dziękując Wam za przybycie i udział proszę o chwilę zadumy, a nasze spotkanie zakończę nastrojowym fragmentem wiersza wspomnianego H. Jasiczka:

Podziękuj niebu za słońce, drzewom za cień smutku
i z każdą trawą, z każdym listkiem
Żegnaj się pomalutku.
Przejdą obłoki złudzeń przecierpiane do głębi,
Tyle po nich zostanie co w śniegu stóp gołębi.
To między wczoraj a jutro przejdziemy ścieżką wąską,
Jak cień, co przemyka pod złamaną gałązką.

Wycieczki rowerowe organizowane w kwietniu dostarczają organizatorom dodatkową porcje adrenaliny związanej z tym, że nigdy nie jest pewne czy będziemy na nich się opalać, testować peleryny, czy też może jeszcze brodzić w śniegu. Historia prologów uczy, że wszystkie te typy przerabialiśmy. Tym razem prognoza wskazywała na ciężkie opady deszczu, co niestety dokładnie się sprawdziło. Podejrzewam, że ostatni długotrwały brak opadów spowodował, że zbiorowe modły rolników i ogrodników w końcu zostały wysłuchane. W beznadziejnym deszczu i zimnie (ok. 5°C) na zbiórce na rynku zeszło się nas trzech „nieprzemakalnych”: Bystry, Rechtór i O. Sorkowicz. W takim składzie przejechaliśmy na miejsce do strażnicy OSP w Czeskim Cieszynie, gdzie czekali na nas organizatorzy w składzie jednoosobowym: J. Gociek w towarzystwie reportera z GL. Nieco później dotarli na rowerach J. Stirba oraz Paparazzi i Wędrowniczek. Osłonięci nieco daszkiem garaży czekaliśmy nadal i doczekaliśmy się jeszcze – tym razem zmotoryzowanych Przypona, Gwarka, Skrybę wraz z Afi. Autem Przyjechała też H. Twardzik - prezes PTTS.

Jak wieść niesie miesiąc temu (04.03.2016) H. Twardzik w Ambasadzie Polskiej w Pradze została odznaczona przez Prezydenta RP A. Dudę wysokim odznaczeniem państwowym: Złotym Krzyżem Zasługi. Z tej właśnie okazji złożyliśmy pani prezes serdeczne gratulacje oraz kwiaty.

Następnie całą grupą udaliśmy się na cmentarz. Przy mogile śp. Mariana już oczekiwał nas jego syn. Zaśpiewaliśmy „Szumi jawor” i wygłosiłem okolicznościowe słowo, po czym z zadumą złożyliśmy na grobie kwiaty oraz zapaliliśmy znicz wspominając Zmarłego. Na zakończenie p. Palowski podziękował wszystkim za przybycie mimo tak ekstremalnych warunków.

I na tym nasza wyprawa się zakończyła, gdyż już zdążyliśmy przemoknąć. Ten bardzo krótki prolog podsumowaliśmy przy herbacie i ciastku w kawiarni Noiva.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zlot Oddziałów PTTK woj. śląskiego w Chorzowie

16.04.2016

Tym razem turystyczną brać zaprosił do siebie Oddział PTTK w Chorzowie. Nasz „Beskid Śląski” reprezentowała skromna delegacja ze składu Zarządu (3 osoby) oraz mocny zespół Ondraszka (14 osób), który częściowo przyjechał samochodami a częściowo PKP. Na zlot ogółem zgłosiła się imponująca liczba ok. 500 uczestników i tradycyjnie w przeważającej części byli to piechurzy. Nasz team tym razem też się podzielił na dwa zespoły: rowerowy i pieszy - równo po siedem osób.

Zespół rowerowy miał wyznaczone spotkanie na terenie Kompleksu Sztygarka przy szybie „Prezydent” – jedynej pozostałości dawnej kopalni „Mościcki”, która zakończyła „fedrować” w latach 90 XX w. Po serdecznych powitaniach z pozostałymi rowerzystami - w większości reprezentowali kluby rowerowe z Górnego Śląska - wyszliśmy na szczyt wieży, skąd roztaczał się rewelacyjny widok na śląską aglomerację. W oddali majaczyły kopuły beskidzkich gróni, a nawet – jak twierdziła przewodnik - było widać Babią Górę. Zastanawiające, że w tym krajobrazie brakowało kominów fabrycznych, z którymi Śląsk jest nadal kojarzony, a teraz zastąpiły je wysokościowce osiedli mieszkaniowych.

Prowadzący mieli niełatwe zadanie przeprowadzenia naszego ok. 60-osobowego peletonu ulicami Chorzowa Batorego, aż do jego południowej części, gdzie mieliśmy wjechać do zespołu przyrodniczo-krajobrazowego „Uroczysko Buczyna”. Nie było to wcale łatwe zadanie, zważywszy brak osobnych ścieżek rowerowych i dość spory ruch pojazdów na drogach.

Prowadzeni opłotkami jakoś jednak dojechaliśmy. Nagle okazało się, że zabudowania się skończyły i jesteśmy… w lesie! Wielki obszar leśny w części jest podtopiony chyba za sprawą szkód górniczych. Było to idealne miejsce dla rowerzystów i piesze spacery i to pośrodku śląskiej aglomeracji.

Krótko po tym wróciliśmy jednak do cywilizacji i pojechaliśmy do sąsiednich Świętochłowic pod następną pamiątkę górniczej historii Śląska. Były to dwie wieże szybów kopalni „Polska”, w ubiegłym roku zrewitalizowane za unijne pieniądze. I tylko tyle pozostało po przemysłowej zabudowie, która jak było widać na wystawionych archiwalnych fotografiach, zajmowała całą okolicę.

Wracając do Chorzowa objechaliśmy dookoła ślimaczącą się budowę Stadionu Śląskiego, choć jak było widać zadaszenie, z którym było tyle problemów jest już gotowe. Wycieczkę zakończyliśmy w Górnośląskim Parku Etnograficznym w Chorzowie, gdzie przy grochówce spotkaliśmy się z naszymi piechurami. Atrakcjami na ich trasie było Planetarium oraz żelbetowe schrony Śląskiego Rejonu Umocnionego z 1939r. Wspólnie pospacerowaliśmy po skansenie, a ścieżki wszystkich uczestników zlotu zeszły się w tutejszej karczmie, gdzie przygotowano uroczystość zakończenia. Dodatkowaą atrakcję zapewniło Stowarzyszenie Historyczne „Bożogrobców” i zaprezentowało swój program „retro”. Były to tańce, śpiewy, ubiory, uzbrojenie i sztuka walki z epoki wczesnego średniowiecza. I tak obok siebie istniały teraz dwie różne epoki: na scenie naparzali się mieczami zakuci w stal rycerze, a wokół trwała radosna atmosfera pikniku.

Na zakończenie zlotu otrzymaliśmy pamiątkowe odznaki i dyplom. Przejechaliśmy na rowerach ok. 30 km, lecz do domu wróciliśmy bogatsi o nowe doświadczenia i wiedzę na temat zwiedzanych okolic. Było pięknie, ciepło i słonecznie i tak trzymać!

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
„Skryba” zaprasza na Otwarcie Jubileuszowego Sezonu

17.04.2016

W naturze zawsze występuje symetria. Podczas memoriału im. M. Palowskiego odgórne czynniki wysłuchały gderań ogrodników na suszę i... lało jak cholera. Tym razem, to nasze petycje zostały wysłuchane i otrzymaliśmy słoneczny, ciepły i prawie letni poranek. I jak tu nie jechać na rower?

Tak właśnie pomyślało 80 Ondraszków, Beskidzioków, przyjaciół z klubu ”Wiercipięta” z Jastrzębia oraz sympatyków, a wszyscy byli żądni rowerowych wrażeń. Na rynku w tym sporym tłumie byli też reporterzy z „Głosu Ziemi Cieszyńskiej” oraz TV Wiadomości Ratuszowe, którzy na bieżąco notowali i rejestrowali wydarzenia. Po serdecznych powitaniach prowadzący wyprawę Skryba objaśnił gdzie i po co jedziemy, i po wykonaniu rodzinnej fotografii ruszyliśmy w drogę. Trasa zmyślnie biegła zakosami do Dębowca, gdzie w tężni zaplanowano przerwę na wdychanie solankowego jodu. Tutaj też dołączyło kilku dodatkowych uczestników, i tak powiększony peleton wyruszył dalej do Ochab. Bocznymi dróżkami dotarliśmy do Pruchnej i Bąkowa. Tuż przy drodze, na granicy tych dwóch wsi napotkaliśmy mogiłę nieznanego żołnierza. Według wyjaśnień Skryby jest tu pochowany ledwie 18-letni żołnierz Wermachtu, który poległ w czasie radzieckiej ofensywy w styczniu 1945r. W tym czasie bowiem okoliczne tereny były na kilka miesięcy linią frontu, a zginęło na niej ok. 40 tyś żołnierzy obu stron. Pomyślałem w zadumie, że w jakimś domu rodzice na próżno czekali na powrót syna, którego tutaj pochowano, i nigdy się pewnie nie dowiedzieli co się z nim stało.

Do mety w ośrodku PZW Bąków dotarliśmy, zgodnie z przepisami, w kilku grupach a na koniec dużym wyzwaniem było przekroczenie bardzo ruchliwej drogi Katowice-Wisła. Na miejscu, korzystając ze słonecznej pogody, było już sporo amatorów świeżych ryb, którzy moczyli kije w stawach. Spotkaliśmy się też z grupą Beskidzoków oraz Maniusiem wraz z nieodłączną harmonią. Przyjechała też nasza Alapala w towarzystwie Afi i małym Filipem w dziecięcym wózku. Było to jego pierwsze spotkanie z Ondraszkami.

Zespół organizacyjny czyli Baśka i Apanaczi sprawnie wydały bloczki na jedzonko. Kiedy grillowana kiełbasa „z metra” znikła w naszych brzuchach nastał czas na pogawędki, wspominanie i planowanie. Ośka i Bystry przeprowadzili konkurs jazdy żółwiej, a Rechtór przedstawił zamierzenia klubu na cały jubileuszowy sezon a w sesji „streaptease Rechtora” zaprezentował najnowszą klubową odzież. Przypon - klubowy specjalista od wędkarstwa też zamoczył kija, ale ryby się na tym nie poznały i nie dały się namówić na patelnię. Maniuś grał, Beskidzioki śpiewały, ptaszyny ćwierkały, ryby pluskały, a słońce świeciło - słowem było wesoło i radośnie.

Najważniejszym wydarzeniem było oczywiście mianowanie nowych Ondraszków. W uroczystej ceremonii poprowadzonej przez Rechtora zaszczytu tego dostąpili: Adam Poloczek, który dosłownie i w przenośni został klubowym „Seniorkiem”, a dla równowagi Beniamin Sorkowicz z tego samego powodu został nazwany „Juniorkiem”. Wiwatom i gratulacjom nie było końca.

Rodzinka Sorkowiczów dodatkowo odebrała zdobyte regionalne odznaki „Rajdu Indywidualnego Ziemia Cieszyńska”, a także nagrody rzeczowe za II i III miejsce w rozegranym konkursie. Wykosił ich tylko Gwarek, który stanął na najwyższym podium.

Rechtór wręczył też „Rozstrzapkowi” - M. Biłko-Holisz oraz „Apanaczi” - B. Toman odznaki „Za zasługi w turystyce kolarskiej województwa śląskiego” przyznane przez Regionalną Radę Turystyki Kolarskiej w Katowicach.

Czas szybko uciekał, zrobiło się późno i zadowoleni uczestnicy w małych grupach powoli rozjeżdżali się w swoje strony. W ten bardzo udany sposób otworzyliśmy jubileuszowy sezon i jestem pewny, że nagromadzonego optymizmu wystarczy nam na długo. Przejechałem w czasie tej wycieczki około 50 km

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Gwarka”

24.04.2016

Pogoda jest jak kobieta, nigdy nie wiesz na co trafisz. Po słonecznym otwarciu sezonu wszyscy cieszyliśmy się na ciepełko i słońce, a tu było dokładnie odwrotnie. Siąpiło, niskie chmury wisiały nad głowami, o temperaturze nie wspominając. Ale pamiętając, że choćby żabami prało i koło się w tył obracało… i tak na rynku zebrało się nas aż osiem osób: prowadzący Gwarek, Rechtór, Juniorek, Bystry, A. Sorkowicz i dwóch sympatyków. Była też jedna, jedyna Czorno, która wśród pań nie zlękła się pogody. I prawdę mówiąc wszystkim uczestnikom zostało to wynagrodzone, bo im dalej jechaliśmy tym było lepiej. W każdym razie nie było trzeba sprawdzać wodoodporności naszych ubrań, choć rękawice i czapki jak najbardziej się przydały. Gwarek poprowadził nas najpierw do Pogwizdowa na cmentarz, aby wspomnieć śp. Staszka Pawlika. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze Unisono i Niezłomnego, Roztomiłóm oraz Miodzia. W takim składzie przyjechaliśmy do Kaczyc, gdzie na dawnym przejściu granicznym oczekiwał nas W. Owczarzy i tak dojechaliśmy do Frysztatu na rynek. Po małym postoju przed zamkiem ruszyliśmy w stronę Dziećmorowic, i dalej jadąc szerokim łukiem przez Piotrowice dotarliśmy do Piersnej pod pałac oznaczony inicjałami „ZP”. Nieudolnie jest to tłumaczone na „Zamek Petrovice”, ale i tak wszyscy wiedzą, że oznacza to „Zbyszek Pawlik”. A więc jestem u siebie!

I wcale się tego nie muszę wstydzić, bo pałac, a zwłaszcza jego otoczenie robi wielkie wrażenie. Budynek w stylu empire z XVIIIw. był własnością hrabiów Larisch von Mőnnich do 1927r. Park w manierze stylu angielskiego z trawką, której zrobiono staranny manicure, klombami, wodnymi oczkami z czarnymi łabędziami, „wypasionym” kącikiem do grillowania i innymi bajerami. Budynek obecnie to ekskluzywny hotel oraz restauracja. I to tak ekskluzywny, że nie stać na niego nawet właściciela. Pozostało nam tylko zobaczyć wnętrze i pałacową piwniczkę za szybą, a wyfraczona obsługa w muszkach, zamiast podawać schłodzonego szampana wstawiła nam tylko pieczątki do książeczek.

Pałac jednak nie przyniósł szczęścia jego właścicielom hrabiostwu Marii Luizie i Georgowi, a skoro tak to też się z nim rozstałem bez żalu. Pojechaliśmy do niedalekiej, też historycznej budowli - obecnie siedziby hotelu Dakol, gdzie Gwarek wynajął specjalnie salę, abyśmy mogli spożyć niedzielny obiad. I go spożyliśmy, a woń czosnku (z zupki czoskuli) jeszcze daleko się za nami ciągnęła. W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze miejscowy cmentarz oraz XVIIw. drewniany kościół w nieodległych Marklowicach Dolnych. Jest to jeden z najlepiej zachowanych zabytków tego typu w całym regionie. W 1920r. granica w tym miejscu została tak dziwacznie wytyczona, że kościół wraz z cmentarzem znalazł się w Republice Czechosłowackiej, a szkoła, która stoi ok. 100 m dalej, była już w Polsce. I nagle wszyscy mieszkańcy mieli problem, bo aby normalnie funkcjonować musieli na wszystko mieć przepustkę, do kościoła, szkoły czy nawet na dojście do własnego pola. I żeby było ciekawiej najbliższe przejście graniczne ustanowiono kilka kilometrów dalej, w Markowicach. Dobrze, że jest to już czas przeszły dokonany.

A nam pozostał powrót do domu i satysfakcja z udziału w tej ciekawej wyprawie która liczyła około 50 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Podbeskidzkie wędrówki rowerowe

01.05.2016

1 maja - kiedyś dzień radosnych spotkań, pochodów i imprez plenerowych. Później udział w pochodzie był traktowany jako obowiązek lub nawet przymus. Aż wreszcie tylko „zapaleńcy” 1 maja urządzają jeszcze pochody. Dlatego też z zaskoczeniem i ciekawością przyjęliśmy informację o formie imprezy organizowanej przez Monikę i Cześka. Na zbiórce w Ropicy, o nieludzkiej godzinie 740, stawiło się 10 Ondraszków oraz nasi przyjaciele - G. i E. Klapuchowie. Oprócz organizatorów, ze strony PTTSu, zjawiła się również spora grupka zaopatrzona w akcesoria pochodowe: wstążeczki, plakaty itp.

Po przystrojeniu rowerów ruszyliśmy w drogę do Dobracic, gdzie była wyznaczona zbiórka przed pochodem. Na placu przed restauracją „Kogutek” powoli zbierały się grupki manifestantów. Były flagi, transparenty, hasła, portrety przywódców, nagłośnienie. Prawie tak jak za dawnych lat - tyle tylko, że była to parodia tych prawdziwych pochodów. O godz. 1000 cała kolumna ruszyła na trasę liczącą ok. 500-600 metrów, w kierunku gospody Harenda. Cały czas było słychać pieśni patriotyczne, „Międzynarodówkę”, oraz hasła 1-majowe. Po przejściu trasy rozpoczął się piknik. Było tradycyjnie piwo - każdy kupował sobie - oraz to, co kto chciał zamówić sobie z menu.

Postanowiliśmy, że 1-majowe rajdy będziemy organizować właśnie do Dobracic. Chociaż wielu z nas nie chciałoby powrotu czasów komunizmu, to jednak na wspomnienie tych pochodów niejedno oko się zaszkli.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Dzień „Wędrowniczka” - szlakiem św. Jakuba

08.05.2016

Tego pięknego dnia nasz Wędrowniczek rozpoczynał swoją wielką rowerową wycieczkę po Polsce. Mając to na uwadze zaproponowany wyjazd do simoradzkiego kościoła powołania św. Jakuba był jak najbardziej na miejscu, zważywszy że św. Jakub „z urzędu” jest patronem podróżników. A jako, że Ondraszki bez wyjątku też są podróżnikami, na rynku w oznaczonej porze zebrała się nas spora ok. 35-osobowa grupa klubowiczów, sympatyków, był też i jeden Beskidziok.

W tym peletonie z racji objuczonego roweru wyróżniał się oczywiście prowadzący Wędrowniczek. Ok. 1000 wyruszyliśmy na trasę przez Gumną i Kostkowice do Dębowca. Tutaj, przy dworku nastąpiła mała przerwa. Tak mała, że niektórzy nawet nie zdążyli zsiąść z roweru, bo prowadzący poganiał peleton, chcąc zdążyć na spotkanie z proboszczem. Przez Iskrzyczyn, zaliczając dwa spore podjazdy dojechaliśmy do Simoradza na umówioną godzinę, po czym okazało się że proboszcz był zajęty, więc mieliśmy sporo czasu aby pogawędzić w ogródku pobliskiego LKS-u.

Kościół, który zwiedzaliśmy jest jednym z najstarszych zabytków w regionie. Proboszcz opowiedział o jego długiej historii oraz trwającej dwa lata żmudnej pracy konserwatorów, którzy odsłonili piękne renesansowe freski w prezbiterium. Są tu również wmurowane tablice epitafijne rodu Skoczowskich, ówczesnych właścicieli sąsiednich Wilamowic oraz Iskrzyczyna. Do wystroju wnętrza należała również ciekawa figura patrona, której autor, przypadkiem, był też obecny i został nam przedstawiony. A na zewnątrz kościoła przy prezbiterium umieszczono atrybuty podróżnika: muszlę, sandały i laskę, tyle że wykonane z brązu i przymocowane na stałe.

W swojej opowieści proboszcz nawiązał do tej symboliki oraz pielgrzymkowych szlaków jakubowych którym między innymi kościół ten jest powiązany z sanktuarium św. Jakuba w Szczyrku. Na zakończenie wraz z rodzinką Wędrowniczka pomachaliśmy mu chusteczką na pożegnanie. Spotkamy się z nim ponownie za dwa tygodnie na zlocie przodowników turystyki kolarskiej w Supraślu.

Tak zakończyła się organizowana część naszej wycieczki i teraz każdy, w własnym zakresie realizował trasę powrotną. W naszym przypadku (Afi i Rechtóra) były to Wilamowice. Chciałem zobaczyć w jakiej kondycji znajduje się renesansowy dwór wspomnianych Skoczowskich, obecnie będący w prywatnych rękach. I naprawdę się przeraziłem jak w majestacie prawa zabytkowy dwór się rozsypuje. Budynek, który jeszcze kilka lat temu miał dach, obecnie już go nie ma, a zmurszałe mury prawie się rozpadły. Za niedługo po tym pięknym niegdyś zabytku pozostanie już tylko wspomnienie. Zgroza!

Przez Kisielów, Kozakowice, Goleszów, Bażanowice i Zamarski wróciliśmy do Cieszyna przejechawszy ok. 50 km. Było warto!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Zielonoświątkowa jajecznica zaprawiona starociami

15.05.2016

Początki tej tradycyjnej imprezy polegającej na zielonoświątkowym „kucharzeniu” w plenerze giną w pomroce ondraszkowych dziejów. Osobiste wspomnienia z podobnej wycieczki, która odbyła się ponad 40 lat temu (chyba w 1973r.) w Ustroniu Poniwcu dotyczą mojego pierwszego kontaktu z klubem. Wówczas smażyliśmy jajecznicę z kilku jajek na małym ognisku w małym „kastrolku” tylko dla czterech osób: państwa Sosnów czyli „Szeryfów”, ”Afi” (mojej przyszłej żony) oraz mnie.

Minęło kilkadziesiąt lat i na rynku w oznaczonym czasie, mimo arktycznych podmuchów wiatru pojawiło się około 35 rowerzystów z zamiarem udziału w tej kulinarnej wyprawie. Prowadzący W. Zmełty - „Kropelka” odszedł od tradycyjnego pilotowania trasy, zamiast tego po prostu wyznaczył dwa punkty etapowe: Dębowiec przy tężni oraz metę w Ochabach. Tym samym nieświadomie przyczynił się do ugruntowania prawdziwości imienia klubowego naszego kolegi „Niezłomnego”, o czym poniżej.

I wszyscy się rozjechali własnymi dróżkami podążając do mety, która była ulokowana na terenie skansenu „Tradycyjna Zagroda Rolna” w Ochabach. Przyjechała też pani H. Lincer z „Kryską”, a także kilku sympatyków i jeden Beskidziok z Zaolzia. Prowadzący Kropelka oraz szef kuchni – „Śmig” - P. Holisz pojawili się już odpowiednio wcześniej, więc do czasu kiedy zjechali się rowerowi biesiadnicy w olbrzymiej brytfannie wesoło już skwierczał skrojony boczek. Teraz nasze panie raźno przystąpiły do tłuczenia ponad 200 jaj, w czym też mocno pomagał K. Holisz oraz „Paparazzi” P. Hamera. Wkrótce wokół roznosił się wspaniały zapach smakowitej plenerowej jajecznicy. Ustawiliśmy się w długiej karnej kolejce z naczyniami w rękach i nagle padło dramatyczne pytanie - A gdzie jest J. Lincer - „Niezłomny”?

Ze zbiorowej pamięci wynikało, że wyjechał wraz z innymi z rynku, ale na półmetku już go nie widziano. Rozdzwoniły się telefony, lecz zlokalizowanie jednego rowerzysty na ponad 20 km trasie z różnymi wariantami między Cieszynem a Ochabami nie było łatwym zadaniem. Pocieszając się, że na pewno dojedzie najpierw zjedliśmy przygotowane smakowite danie (brawo Śmig!) a potem przystąpiliśmy do realizacji programu. Najważniejszym było oddanie jubileuszowego strzału z wiatrówki do specjalnej jubileuszowej tarczy z podobiznami wszystkich dotychczasowych prezesów. Każdy strzał został komisyjnie odnotowany na specjalnym arkuszu. Trzeba zaznaczyć, że prezesi (poza jednym wyjątkiem) wyszli z tej opresji nieuszkodzeni. Wzorem innych pamiątkowych tarcz, które oglądaliśmy w cieszyńskim muzeum nasza też trafi „ku pamięci” do klubowej kroniki.

Następnie rozegrano konkurs strzelecki. Co prawda ten element jajecznicowych spotkań nie ma tak długiej historii (wprowadziliśmy go dopiero w 2007 roku), ale konkurs był równie emocjonujący. Wszystkich uczestników zdeklasował i został Królem strzelców tym razem „Unisono” - M. Wlach, i zgarnął przechodni puchar patelnię. W międzyczasie rozegrano też konkurs z jajem w roli głównej, w którym również zwyciężyła para „Czorno” i „Unisono”.

Zwycięzcy odebrali przygotowane nagrody rzeczowe, impreza dobiegała końca, a naszego Niezłomnego jak nie było tak nie ma. Przyjechała samochodem zaniepokojona rodzina, która już zdążyła spenetrować, niestety bez skutku, wszelkie możliwe drogi i dróżki w okolicy. I kiedy tak wszyscy głośno się zastanawiali, gdzie i jak nasz kolega się zdematerializował. padały propozycje szukania go po pogotowiach, szpitalach i policji, Niezłomny nagle po prostu przyjechał na rowerze!

Na gremialnie zadawane pytanie gdzie i którędy jeździł nie bardzo jednak potrafił odpowiedzieć. Najważniejsze jednak, że znalazł się cały i zdrowy, i jeszcze tutaj na nas trafił. To się nazywa mieć Niezłomny charakter .

Myślę, że ta dramatyczna lecz szczęśliwie zakończona przygoda utrwali w pamięci tą jubileuszową około pięćdziesięciokilometrową wyprawę.

Rechtór-Zbyś
Galeria
56 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK Supraśl

21.05.2016 - 29.05.2016

Prawie wczoraj, w 2006 roku w jubileusz 40-lecia Ondraszka, gościliśmy rowerową Polskę na Ziemi Cieszyńskiej na 46 zlocie przodowników turystyki kolarskiej Minęło 10 lat i nasza rekordowa liczebnie grupa (23 uczestników zgłoszonych 25 – obecnych) wzięła udział w 56. zlocie przodowników turystyki kolarskiej na drugim końcu Polski - na Podlasiu. Zorganizowała go w miejscowości Supraśl grupa zrzeszona w KTR „Koło” i Regionalny Oddział PTTK z Białegostoku.

Terenem rowerowych eksploracji były knieje Puszczy Knyszyńskiej, gdyż Supraśl (15 km na wschód od Białegostoku) leży właśnie w jej obrębie. Z tego względu otrzymało też niedawno status uzdrowiska, choć sanatoryjnych budynków jeszcze nikt tu nie widział. Na razie leczyć ma las i pożytki z niego płynące. Miasteczko jest jednak przygotowane na szturm wczasowiczów, gdyż jedyną gałęzią przemysłu (nie licząc gospodarki leśnej) jest tutaj „przemysł turystyczny”. Dlatego też w co drugim domu jest urządzona agroturystyka, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. I tak jak na poprzednich zlotach bywało ondraszkowy team został rozwleczony po całej miejscowości, co niestety nie sprzyjało pełnej integracji. Za wyjątkiem kilku umówionych „imprezek” w okrojonym składzie, spotykaliśmy się raczej przypadkiem zwłaszcza, że i baza zlotu też była dość mocno oddalona. Część ondraszków wybrało nocleg proponowany przez organizatora w tak zwanym Domu Pielgrzyma. I jak w prawdziwym domu zamykano jego bramę o określonej godzinie, i biada temu kto nie zdążył.

Codzienne nasze trasy wiodły w różne strony i były dostępne w dwóch wariantach: dłuższym i krótszym. Ten kto z nich pilnie skorzystał mógł naprawdę dużo się dowiedzieć i zobaczyć.

Oto kilka ciekawych -subiektywnie wybranych aspektów tegorocznego zlotu:

  • Wielokulturowość Podlasia: jak w mało którym regionie tutaj współistnieją obok siebie różne religie, czego widocznym znakiem były wieże kościołów i sanktuariów (np. Święta Woda, Białystok), błyszczące w słońcu cebule prawosławnych cerkwi (np. Gródek, Michałowo, Wasilków, Supraśl, Białystok), budynki synagog (Tykocin) oraz, czego gdzie indziej u nas nie zobaczysz - półksiężyce meczetów. W Polsce mieszka ok. 5 tyś. muzułmanów z czego duża grupa w Białymstoku. Ich świątynie znajdują się w Kruszynianach i Bohonikach. Kruszyniany, gdzie Tatarzy osiedlili się już w XVIIw. są obecnie centrum tej egzotycznej kultury i choćby z tego powodu warto było tutaj przyjechać. Prawosławie z kolei zachwyciło nas cerkiewnym chóralnym śpiewem, bogatym wystrojem świątyń i ikonami, o których wiele dowiedzieliśmy się w supraskim Muzeum Ikon.
  • Stolica Podlasia - Białystok zaskoczyła nas rozbudowaną rowerową infrastrukturą. Trzeba przyznać, że tutaj rowerzysta w plątaninie ruchliwych ulic tego ponad 300 tyś. miasta ma do dyspozycji dobrze oznakowane rowerowe drogi z dedykowaną sygnalizacją uliczną bezpiecznie doprowadzające do różnych atrakcji. Do Supraśla też wiodła jedna z nich, i była jak na prawdziwą ścieżkę przystało oddzielona od samochodów pasem zieleni. I pomyśleć, że jeszcze naście lat temu mówiono o tych terenach Polska C.
  • Skarby przyrody: występuje tutaj wyjątkowe zagęszczenie obszarów chronionych. Tym samym rajdowe trasy w większości były kierowane do cennych przyrodniczo miejsc jak Rozlewiska Narwi, licznych rezerwatów Puszczy Knyszyńskiej, arboretów, a nieodległa Puszcza Białowieska też była dostępna. Tereny idealne do wypoczynku i to nie tylko rowerowej wersji. Naturalnie, że pewnym utrudnieniem była nawierzchnia, bo czasami grzęźliśmy w sypkim piasku.
  • Koloryt pogranicza. Na wyznaczonych trasach jadąc po żwirowej „rolce” i mijając małe wioski o drewnianej zabudowie czy przydrożne krzyże osadzone w równinnym krajobrazie, miałem nieodparte wrażenie, że już tu kiedyś byłem. A byłem 6 lat temu na rowerowej wyprawie lecz po białoruskiej stronie, gdzie teren i krajobraz jest zupełnie podobny.
  • Wizyta w białoruskim Grodnie. Nie jestem zwolennikiem autokarowych wypraw na zlotach rowerowych, ale cel był wyjątkowy, więc pojechaliśmy. I wróciliśmy późnym wieczorem pełni pozytywnych wrażeń. Oprowadzani przez miejscowych Polaków spacerowaliśmy po Grodnie, spotkaliśmy Elizę Orzeszkową (wykutą w granicie), byliśmy w jej domu i w wykreowanych przez nią Bohatyrowiczach. Poczuliśmy się też milionerami, mając po kilkaset tysięcy rubli na drobne wydatki. Jedyną uciążliwością było przekroczenie granicy z trwającym w nieskończoność rytuałem sprawdzania paszportów.
  • I jeszcze może najważniejsze: było miło znów się spotkać w gronie dawno nie widzianych przyjaciół z PTTK-owskiej braci z całej Polski. Wspominać przygody na szlakach, popatrzeć na iskry ogniska i zaśpiewać turystyczne szlagiery. Mając na uwadze koszty przygotowywanej naszej jubileuszowej klubowej publikacji rozprowadzaliśmy cegiełki na ten szczytny cel. I odzew przekroczył nasze oczekiwania: te co mieliśmy przygotowane rozeszły się błyskawicznie i musieliśmy przez kuriera zamówić drugą partię. Potwierdziła się stara prawda, że na przyjaciół można liczyć.

Na pożegnalnym ognisku podziękowałem organizatorom za udany zlot i wręczyłem przygotowane gadżety. Co niezwykłe, już wiemy gdzie pojedziemy w przyszłym roku: na Dolny Śląsk.

Dodam jeszcze, że część naszej ekipy skorzystała z usług PKP z bezpośredniego połączenia Bielsko-Biała – Białystok, co było bardzo dobrym pomysłem. Łącznie przejechaliśmy od 200 do 800 km, zależy kogo z ondraszków o to zapytać.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień ”Paparazziego”

04.06.2016

Paparazii za temat swojej autorskiej wycieczki przodownickiej wziął ten tajemniczo brzmiący temat i prawdę mówiąc nikt ze zgromadzonych ponad 20 uczestników nie miał zielonego pojęcia o co chodzi. Wiedzieliśmy jedynie, że jedziemy w kierunku Cisownicy. Wśród zebranych licznych uczestników cieszył udział dawno już nie widzianych na naszych wycieczkach Beskidzioków.

Temat omówiony, pogoda zamówiona, a trasa – jak na nasze cieszyńskie warunki bardzo rekreacyjna, gdyż jeden z niewielu, w miarę płaskich wyjazdów z miasta, prowadzi doliną Olzy w stronę Puńcowa. Skorzystaliśmy też z jedynej prawdziwej ścieżki rowerowej w mieście. To w zestawieniu z niedawnym rowerowym podróżowaniem pięknymi ścieżkami w Białymstoku sprowokowało dość uszczypliwe uwagi. W Dzięgielowie skręciliśmy na dalszą ścieżkę rowerową wyznaczoną na drodze lokalnej co jest dobrą alternatywą dla równoległej drogi głównej, która ze względu na liczne zakręty nie jest dla rowerzystów zbyt bezpieczna. W Lesznej, zgodnie ze wskazaniami skręciliśmy w następną drogę lokalną z oznakowaniem ścieżki rowerowej. Dojechaliśmy tym sposobem do centrum Cisownicy skąd po krótkim postoju wyruszyliśmy w kierunku siodła między Czantorią i Tułem.

Podjeżdżając wąskim pasem asfaltu niepodziewanie napotkaliśmy na poboczu na skarpie niewielkiego potoku sporą tablicę opisującą „taliańskie schody”. I teraz można było rozwiązać zagadkę tej dziwacznej nazwy. Otóż historia tego miejsca sięga jeszcze lat I wojny światowej, kiedy Franciszek Józef nam miłościwie panował, a jego żołnierze (czyli nasi dziadkowie) walczyli m.in. z Włochami na froncie nad Piavą. Niektórzy z Włochów-Talianów jak ich nazywali trafiali do niewoli i jako jeńcy byli wykorzystywani w monarchii do wykonywania różnych prac, w tym melioracyjnych. I pewnie wówczas wykonano kamienne umocnienia brzegowe potoku nad który przyjechaliśmy. A, jako że miały kształt amfiteatralnie ukształtowanych schodów, przylgnęła do nich ta topograficzna nazwa. Z czasem umocnienia zarosły zielenią i się rozsypały (choć fragmenty jeszcze były widoczne), ludzie o nich zapomnieli, lecz nazwa została. I dopiero teraz jakiś szperacz lokalnej historii przypomniał o co chodzi i oznaczył tablicą to miejsce.

Tutaj tez zakończyła się wyprawa pilotowana przez Paparazziego a jako, że słońce jeszcze było wysoko każdy kontynuował wycieczkę już według własnego scenariusza. W kilkuosobowej grupce przejechaliśmy zatem trasę najbliższego rodzinnego rajdu rowerowego, ale to już zupełnie inna historia. Przejechałem ok. 50 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Okolice Czeskiego Cieszyna

11.06.2016

Rajd organizowany przez Józka Stribę i Józka Goćka zaczynał być już troszeczkę monotonny, dlatego też od dwóch lub trzech lat już na niego nie jeździłem. W tym roku postanowiłem jednak się wybrać i jakież było moje zdziwienie, że trasa jest zupełnie inna. Zbiórka tradycyjnie była w Alejach Masaryka, przy remizie strażackiej. Następnie przez Kocobędz, Stanisłowice, Cierlicko Kościelne dojechaliśmy do Olbrachcic, gdzie była meta. W Kocobędzu zatrzymaliśmy się koło zameczku, a w Cierlicku przy kościele Józek Stirba przybliżył nam losy tej budowli. Następnie zjechaliśmy na Żwirkowisko, gdzie prowadzący naszą wycieczkę przypomniał tragiczne losy polskich lotników. Z Cierlicka ścieżkami rowerowymi, przez zaporę, dojechaliśmy do Olbrachcic, gdzie mieliśmy w planie zwiedzanie drewnianego zabytkowego kościoła. Następnie udaliśmy się do gospody na posiłek. Droga powrotna była do wyboru - albo indywidualnie dowolną trasą, albo w grupie.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
XIX Rodzinny Rajd Rowerowy

12.06.2016

Dnia 12.06.2016r. od godz. 830 cieszyński rynek stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów wyruszających na trasę tegorocznej, XIX edycji rajdu, imprezy towarzyszącej XVI Świętu Trzech Braci. Nad rajdem patronat objął pan Ryszard Macura - Burmistrz Miasta Cieszyna, pan Grzegorz Sikorski - Wójt Gminy Hażlach na terenie której zorganizowano metę, a także pan Jacek Tyczkowski - Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie. Patronat medialny objął „Głos Ziemi Cieszyńskiej”, a imprezę anonsowano w lokalnej prasie i materiałach informacyjnych Święta Trzech Braci.

Celem Turystycznego Klubu Kolarskiego PTTK „Ondraszek” jako organizatora było propagowanie czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, promowanie oznakowanych ścieżek rowerowych, poznawanie uroków Ziemi Cieszyńskiej oraz realizacja hasła „Rowerzysto - bądź widoczny na drodze”.

W rajdzie udział wzięło około 115 uczestników - przedstawicieli aż czterech pokoleń w tym gości z Republiki Czeskiej oraz… z USA. Licznie była reprezentowana grupa dzieci i młodzieży. W rajdzie uczestniczyli przedstawiciele grup zorganizowanych należących do okolicznych klubów kolarskich: „Przerzutka” Zebrzydowice i „Ondraszek” Cieszyn, a także z Ludowego Klubu Sportowego „Victoria” Hażlach.

Cieszyńskie rajdy tym różnią się od organizowanych w innych miastach, że staramy się wyposażyć uczestników w różne przydatne elementy wyposażenia podnoszące komfort jazdy oraz bezpieczeństwo rowerzysty. Tym razem w ramach wpisowego rozdzielano praktyczne chusty tunelowe chroniące użytkownika przed zimnem oraz wiatrem, a dla dzieci - elementy odblaskowe.

Konferansjer i komandor imprezy Zbyszek Pawlik przekazał informacje o czekających uczestników atrakcjach, a obecny na starcie (wraz z rowerem!) Burmistrz Miasta R. Macura przekazał słowa uznania startującym. O godzinie 1040 wielobarwny peleton wyruszył na trasę. Należy dodać, że po raz pierwszy w historii tej imprezy burmistrz również wyruszył na trasę wraz uczestnikami i dojechał do granic miasta na rowerze. Tym razem zrezygnowano z pilotażu Policji i zgodnie z przepisami ruchu trasę pokonano w 15–osobowych grupach pilotowanych przez członków klubu Ondraszek przy zachowaniu przepisowej odległości. Trasa liczyła ok. 15 km i prowadziła przez malownicze tereny Pogwizdowa i Kaczyc na Brzezówkę, gdzie na terenie miejscowego LKSu zorganizowano metę. Odpoczynek na półmetku zorganizowano w Pogwizdowie, gdzie wszyscy uczestnicy otrzymali drobny poczęstunek ufundowany przez organizatora.

Na mecie uczestników powitał w imieniu władz gminy Wójt Hażlacha pan Grzegorz Sikorski oraz pan Ryszard Mazur - honorowy prezes Oddziału PTTK w Cieszynie.

Tutaj uczestnicy otrzymali ciepły posiłek przygotowany przez panie z miejscowego koła gospodyń wiejskich i po krótkim odpoczynku przystąpiono do rozegrania zaplanowanych konkursów. Były to:

Rysunkowy konkurs dla dzieci „Moja przygoda z rowerem” - 11 prac wykonanych przez dzieci w wieku 5-11 lat zostało wysoko ocenionych i wszyscy otrzymali torby z upominkami.

Konkurs „rowerowy tor przeszkód”

  • kategoria dorośli open zwyciężyli:
    1. Jacek Tomczyk
    2. Artur Zielke
    3. Piotr Waszut
  • kategoria Młodzież zwyciężyli:
    1. Patryk Dziadek
    2. Agnieszka Kuś
    3. Oliwier Błahut

Konkurs „ wymiana dętki w rowerowym kole” zwyciężyli:

  1. Krystian Smyczek
  2. Kazimierz Holisz
  3. Mariusz Bubik

W Konkursie rzutu oponą zwyciężyli:

  1. Jadwiga Przywara
  2. Jacek Czyż
  3. Mariusz Bubik

Zwycięzcy we wszystkich zmaganiach konkursowych otrzymali nagrody rzeczowe. Dodatkowo rozegrano, wysoko oceniony przez uczestników konkurs znajomości cieszyńskich zaułków na podstawie archiwalnych zdjęć z lat 80-tych ubiegłego wieku.

Porównując kadry archiwalnych zdjęć z rzeczywistością zgodnie stwierdzono, że w Cieszynie w minionym okresie zaszło szereg pozytywnych zmian. Najbardziej oczekiwaną częścią imprezy było zapewne wręczenie ufundowanych pucharów. Otrzymali je;

W kategorii „Rodzina rajdowa” – 8-osobowa rodzina państwa Nowaków z Cieszyna. Puchar ufundował Urząd Miasta Cieszyna i został wręczony przez R. Mazura emerytowanego przedstawiciela władz miejskich.

W kategorii „rajdowych seniorów” puchary ufundował wójt Gminy Hażlach , a otrzymali je: Jadwiga Przywara oraz 83-letni kol. Adam Poloczek - członek Klubu Kolarskiego „Ondraszek. Wójt wręczył puchary osobiście.

W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana” puchar ufundowany przez Oddział PTTK „Beskid Śląski” zdobyła ekipa LKS Victoria z Hażlacha. Puchar wręczył prezes honorowy Oddziału PTTK.

Wyróżniono również rajdowych juniorów:

W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę nagrodę rzeczową otrzymała 7-letnia Lena Kisiała (urodzona w 2009). Nagrodę ufundował klub Ondraszek.

W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu” słodką nagrodę ufundowaną przez klub Ondraszek odebrał Mateusz Zielke (urodziny w 2012), który był pasażerem na rowerze rodziców.

Impreza mogła zostać zrealizowana dzięki pomocy następujących instytucji oraz firm:

  • Urządu Miejskiego Cieszyn
  • Starostwa Powiatowego z Cieszyna
  • PTTK Oddziału „Beskid Śląski” Cieszyn
  • Urządu Gminy Hażlach
  • Hurtowni „Beskid Plus” Cieszyn
  • Centrum Oświetleniowego „Styl” Cieszyn
  • F.H.U.”Rustika” Izabela Pala
  • oraz innych

oraz dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu wielu osób z klubu „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną obsługę tego turystycznego wydarzenia.

Z turystycznym pozdrowieniem,

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
XVI Rajd do źródła Olzy, Wierch Czadeczka

18.06.2016 - 19.06.2016

Kontynuując naszą transgraniczną inicjatywę, ponad 50 uczestników spotkało się w Lasku Miejskim w Jabłonkowie, aby zobaczyć jak i co zmieniło się pod Gańczorką, skąd wytryska olziańskie źródełko. Ta wyprawa jednak, ze względu na nieprawdopodobne wydarzenia była inna niż wszystkie, o czym poniżej.

Po serdecznych powitaniach i złożeniu żartobliwego przyrzeczenia pilotowani przez straż miejską pojechaliśmy wzdłuż rzeki w stronę Bukowca. Tutejsze władze zainwestowały w prawdziwą ścieżkę rowerową i parę kilometrów przed mostkiem granicznym już jechaliśmy po przyzwoitej, wydzielonej z ruchu samochodowego ścieżce. Jednak jeszcze zanim na nią wjechaliśmy poprzedzający mnie rowerzysta gwałtownie przyhamował, a ja niestety już na nim, no i w efekcie złamałem błotnik w moim bicyklu. Oj, niedobrze- pomyślałem sobie, przeczuwając ciąg dalszy problemów.

Po polskiej stronie droga bardzo przyjemnie wiła się w leśnym cieniu wzdłuż Olzy, stopniowo wspinając się w górę. Bez przeszkód dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą Kubalonka - Istebna, gdzie skręciliśmy w stronę przysiółka Andziołówka. Niedaleko, tuż przy drodze, w cieniu starych drzew przycupnęła prywatna drewniana kaplica zbudowana w 1922r. przez seniora sławnej rodziny Konarzewskich, jako wotum za szczęśliwy powrót z zesłania na Ural. Tutaj też czekała na nas pani Ilona – reprezentant czwartego już pokolenia tego utalentowanego rodu malarzy, rzeźbiarzy, ceramików czy tkaczy. I jako, że miała dar przekazywania informacji opowiedziała nam w niezwykle ciekawej formie sagę swojej rodziny i ich związków z Istebną. Nagle coś mocno gruchnęło na drewnianą podłogę kaplicy! Co to? Okazało się, że jedna z uczestniczek naszej wyprawy zemdlała i osunęła się na ziemię. Nieszczęścia czasem chodzą parami-pomyślałem sobie. Rzuciliśmy się na pomoc i wynieśliśmy poszkodowaną na zewnątrz, gdzie powoli doszła do siebie. W towarzystwie naszego mentora zwiedziliśmy jej dom mieszkalny, który był skrzyżowaniem pracowni malarskiej z muzeum, a z racji nagromadzonych pamiątek rodzinnych mógłby z powodzeniem konkurować z niejednymi muzealnymi zbiorami. Naładowani sporą dawką pozytywnej energii ruszyliśmy w dalszą drogę w górę rzeki. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie kończy się droga. Tutaj zostawiliśmy bicykle i jeden za drugim ruszyliśmy wydeptaną w lesie ścieżką ostro pod górę, w stronę źródła.

Szliśmy żywo sobie dyskutując, aż tu nagle z leśnej gęstwiny wyskoczył jakiś rogaty diabeł i trafił w przechodzącą akurat Roztomiłóm - K. Hansel. Obaj się przewrócili, stwór ryczy a Roztomiło kwiczy! W momencie kiedy zdążyliśmy rozpoznać, że był to dorodny kozioł on błyskawicznie się podniósł i czmychnął w zarośla. Z Roztomiłóm było gorzej, bo leżała w szoku na ziemi, a krew lała się obficie z rozciętego rogiem łuku brwiowego. Wszyscy stanęli zaszokowani choć niektórzy nawet nie wiedzieli co się stało! Ktoś zadzwonił na pogotowie, ja popędziłem z powrotem do roweru po apteczkę. Kiedy udało się krwotok trochę zatamować, a Roztomiło doszła nieco do siebie, zaczęliśmy się zastanawiać nad absurdalnością tego wydarzenia. Tutaj naszła mnie myśl, że czasami ludzie straszą w lesie dziką zwierzynę, ale żeby ona nas?!

Nieco ochłonąwszy poszliśmy dalej do źródła, a Roztomiło w asyście Miodzia cofnęła się na rowerze parę kilometrów, gdzie przyjechało pogotowie. Po oględzinach i badaniach zawyrokowali - rana jest na tyle głęboka, że bez interwencji chirurga się nie obejdzie. Nie była jednak na tyle poważna, żeby zatrudniać karetkę do przewozu, tak więc spotkaliśmy się wszyscy na mecie rajdu – w pensjonacie „Maria”. Tutaj czekał na nas przygotowany posiłek czyli grillowane kiełbaski, a zamówiona góralska mini-kapela przygrywała wesoło do tańca i śpiewu. Powoli wszyscy przyszli do siebie, więc mogłem przeprowadzić konkurs – quiz na temat Istebnej i Trójwsi. Tym razem na podium stanęły same panie:

  1. M.Biłko-Holisz - Rozstrzapek,
  2. A.Wlach Czorno,
  3. D. Kuś

Panie otrzymały nagrody rzeczowe ufundowane przez Urząd Gminy Istebna. Piękny puchar ufundowany przez wójta gminy dla najliczniejszej rajdowej drużyny zdobył nasz 25-osobowy zespół Ondraszka, co już dawno się nie wydarzyło. Puchary ufundowane przez PZKO zdobyli z kolei rajdowy senior J. Štirba oraz junior 8-letni M. Wałach z Czeskiego Cieszyna.

Tak zakończyła się oficjalna część tej wyprawy. Część zespołu (same Ondraszki), która deklarowała udział w części drugiej rajdu połączonej z noclegiem na Wyrchu Czadeczka prowadzona przez Apanaczi - B. Toman pojechała dalej, a reszta po pożegnaniach, wracała do domów już własnymi ścieżkami.

Po powrocie na rowerach do Jabłonkowa (ok. 40 km w obie strony) poturbowaną Roztomiłóm oraz Miodzia wpakowałem do auta i zawiozłem do Cieszyna na pogotowie. Byliśmy na miejscu gdzieś ok. 1800, lecz na interwencję chirurga czekała prawie do 2200. I znów sprawdziła się sentencja, że aby się leczyć w służbie zdrowia, trzeba mieć końskie zdrowie.

Myślę, że opisany ciąg opisanych bardziej i mniej pechowych wydarzeń na tej wyprawie będziemy długo pamiętać. Na szczęście wszystko dobrze się zakończyło, choć teraz Roztomiło wchodząc do lasu, pilnie się rozgląda.

Rechtór-Zbyś
Galeria
IV Zlot Ukraińskiej FSiT Użgorod

22.06.2016 - 26.06.2016

Odkąd pojawiła się informacja o kolejnym zlocie organizowanym przez Federację Sportu i Turystyki Ukrainy (FSTiU) na Zakarpaciu byłem zdecydowany wziąć w nim udział. Trzeba jednak zaznaczyć, że chęci to jedno, a jakaś dziwna blokada informacyjna to drugie. Przez długi czas znana tylko była data i miejsce zlotu, bez żadnych szczegółów. Nawet na zlocie przodowników turystyki kolarskiej w Supraślu, czyli prawie dwa tygodnie przed terminem, też nic nowego nie powiedziano. Nieco szczegółów w końcu otrzymałem prawie tydzień przed zlotem, a i to dzięki przyjaciołom z żorskiego Wandrusa.

Nikt z nas nie był na ukraińskim Zakarpaciu, a program wyglądał zachęcająco, więc z Ondraszka zgłosiło się 5 uczestników oraz sympatyczna Hanka z Zawiercia, natomiast ekipę Wandrusa stanowiło 3 uczestników. Jak się na miejscu okazało, te dwa kluby (łącznie kilka osób) stanowiły całą reprezentację PTTK. Na bazę zlotu wybrano wieś Onikiwci tuż za opłotkami ponad 115 tyś. miasta Użgorod/Użhorod/Ungvar położonego nad rzeką Uż, przy granicy ze Słowacją. Region nazywany dawniej Rusią Zakarpacką, a obecnie Zakarpaciem ma skomplikowaną historię typową dla pogranicza. Najdłużej, bo przeszło 800 lat panowali tutaj królowie węgierscy. Po nich, aż do 1918r. Habsburgowie. Po I wojnie cały region przypadł Czechosłowacji, później na mocy układów monachijskich w 1938r. znów powrócili tutaj Węgrzy. W 1944r. całość wyzwolili Sowieci i tak już zostało. W 1938r. był też epizod ogłoszonej niepodległej Ukrainy Zakarpackiej, która przetrwała ledwie kilka dni. Nic dziwnego, że w tak skomplikowanej układance każda z mieszkających tutaj narodowości jest do dziś licznie reprezentowana.

Nasza ekipa wybrała się na zlot dwoma drogami: Rechtór i Afi wybrali się samochodem, a pociągiem do słowackich Michalovic pojechali Gwarek, M. Bubik, J. Woszczyński i koleżanka Hanka. Każdy sposób miał swoje dobre strony - autem wybornie się jechało po słowackich widokowych autostradach lecz sporym minusem okazała się konieczność przekroczenia szczelnej granicy UE. Pociąg też miał zalety, jednak na rowerach jeszcze należało dojechać ponad 30 km do granicy, przy czym przejście w Użgorodzie okazało się dla rowerzystów niedostępne. W tej sytuacji M. Bubik i J. Woszczyński nadłożyli dodatkowo ponad 60 km, chcąc przekroczyć granicę na kolejnym przejściu. Pozostałych przewiozłem przez granicę samochodem w Użgorodzie, po prawie 5 godzinach spędzonych w kolejce.

Bazę zlotu ulokowano nad sporym stawem, jednak okazała się mocno prowizoryczna jak na nasze przyzwyczajenia, dlatego też cała polska ekipa zamieszkała w kilku okolicznych hotelach. Mimo iż mieliśmy namiot, też postanowiliśmy z niego nie korzystać i znaleźliśmy całkiem sympatyczny pokoik w pobliskim hotelu „Ujut” czyli „Przytułek”. Program zlotu był opracowany w formie szczegółowego harmonogramu na każdy dzień, jednak mając wcześniejsze doświadczenia z poprzednich spotkań na Ukrainie wiedziałem, że będzie to raczej sugestia, która z rzeczywistością niewiele może mieć wspólnego. I tak właśnie było, gdyż zlot miał dyskretny urok improwizacji.

W dniu otwarcia na pieszym kilkugodzinnym spacerze po mieście poznaliśmy bogatą historię Użgorodu, zwiedziliśmy potężną twierdzę oraz unicka cerkiew, która dawniej była jezuicką świątynią i kolegium. Przewodnik stwierdził, że miasto „ucywilizowali” dopiero Czesi w okresie międzywojennym, bo wcześniej przypominało raczej rozległą wieś.

Jako, że z Afi byliśmy pierwszymi zlotowymi gośćmi więc już wcześniej mieliśmy możność zwiedzenia interesującego skansenu budownictwa ludowego, w którym zgromadzono kilkadziesiąt zagród wiejskich z całego regionu Zakarpacia. Były tam górskie chaty Łemków i Bojków, domy z niziny węgierskiej i rejonu rumuńskiego pogranicza Maramuresz. Bardzo cennym obiektem była oryginalna XVIIw. cerkiew unicka z rejonu Mukaczewa.

Na kolejne dni były przewidziane różne, czasem dość ekstremalne rowerowe propozycje. Z wynikającej z programu rowerowej wyprawy, ze względu na spore przewyższenia, zrezygnowaliśmy, w zamian przejechaliśmy ponad 80 km szlakiem kościołów i cerkwi okolicy opracowanym na podstawie otrzymanej w świadczeniach dobrej mapy regionu Użgorodu. Na niej poczyniliśmy parę spostrzeżeń: lokalny koloryt wiejskiego pejzażu całkiem przypomina węgierskie wsie, włącznie z językiem mieszkańców i dwujęzycznymi tablicami przy drogach. W miejscowości Siurte, chcąc zobaczyć kościół kalwiński trafiliśmy na bardzo przyjaznego turystom pastora, który oprowadził nas po wszelkich kościelnych zakamarkach z dzwonnicą włącznie i przekazał (w języku angielskim!) sporo interesujących informacji . Droga powrotna trafiła w rejonie nieco przypominające nasze Beskidy. Wykorzystaliśmy też skrót z zaznaczonej na mapie drogi lokalnej, i mocno się zdziwiliśmy, kiedy niebawem skończyła się nam… w lesie. Przedzierając się w górę przez gęste krzaczory osiągnęliśmy w końcu szczyt rozległej połoniny, która była mocno rozjeżdżona głębokimi koleinami dróg i dróżek prowadzących we wszystkich możliwych kierunkach. Między nimi było też widać prowizoryczne ziemianki i okopy. Tknięci przeczuciem zjechaliśmy po przeciwstoku w dół, napotykając po drodze najpierw tablicę „Tankodrom”, a w końcu bramę pilnowaną przez żołnierzy. To od nich dowiedzieliśmy się, że jeździliśmy po rozległym górskim poligonie. Dobrze, że nie wzięli nas za szpiegów, czy też ruchome tarcze.

W dniu następnym postanowiliśmy pojechać wraz z całą grupą, lecz nie udało się nam ich spotkać. Tak więc znów w dwójkę pokonaliśmy całą przewidzianą ok. 80 km trasę, zaliczając po drodze jeden z bardziej ekstremalnych odcinków. Było to ok. 5 km długości połączenie dwóch górskich wsi, które na dwóch różnych mapach przedstawiono jako przyzwoitą drogę, a na drugiej wręcz odwrotnie. Postanowiliśmy to sprawdzić a w terenie okazało się, że to ten drugi wariant był prawdziwy. Droga początkowo brukowana, niebawem zamieniła się w błotnisty poligon pełny sporej wielkości kałuż i jeziorek o niezbadanej głębokości, które w żaden sposób nie dało się objechać. Gdy w końcu upaprani jak nieboskie stworzenia dojechaliśmy do celu, dopiero kąpiel wraz z rowerem w lokalnym potoku przywróciła nam normalny wygląd.

Zlot zakończył się późnonocnym międzynarodowym ogniskiem z kiełbaskami, pod baldachimem rozgwieżdżonego nieba, przy pełnej integracji polsko-ukraińskiej rywalizacji w śpiewaniu (i nie tylko). Jednogłośnie stwierdziliśmy, że nasi ukraińscy przyjaciele śpiewanie mają we krwi. A z nami rywalizowały tylko żaby koncertujące w pobliskim stawie.

Jako, że cały tydzień był bardzo upalny, w drodze zaliczaliśmy prawie każdy sklepik wypijając hektolitry płynów. Łącznie na rowerze przejechaliśmy ok. 240 km po dziurawych drogach i górskich bezdrożach. Poznaliśmy jednak ciekawe miejsca jak choćby malownicze ruiny zamków niewidzkiego i serediańskiego, czy urocze wiejskie widoki z błyszczącymi w słońcu kopułami cerkiew. Dodatkowo, już po zakończeniu zlotu podjechaliśmy też do położonego niedaleko węgierskiej granicy Mukaczewa/Munkacs, aby zwiedzić usytuowany na niedostępnej górze zamek-twierdzę. W XVIIw. zamek ten zasłynął w całej ówczesnej Europie, gdyż jego węgierska załoga skapitulowała dopiero po prawie 3-letnim oblężeniu przez Austriaków, a obroną dowodziła… dzielna żona właściciela twierdzy Ilona Zrinyi. Z murów twierdzy można było zobaczyć wspaniałe dookolne panoramy.

Czas szybko minął i pozostało nam wrócić do domu tą samą 400 km trasą przez Słowację. Musieliśmy też spędzić kilka godzin w granicznej kolejce, aby słowaccy pogranicznicy raczyli nas wpuścić w granice UE. Wiemy jednak na pewno, że było warto!!!

Rechtór-Zbyś
Galeria
Na rowerze i pod żaglami – jezioro Goczałkowickie cz. IV - „tyska browarnia”

02.07.2016 - 03.07.2016

Po rowerowym okrążeniu zapory myślałem, że na tym nasz pobyt w tym sympatycznym miejscu się zakończy. Później jednak tak bardzo spodobał mi się pomysł wyprawy z ubiegłorocznego zlotu centralnego w Pszczynie do tyskiego browaru, że postanowiłem go powtórzyć. Zacząłem temat drążyć, w wyniku czego w ten pierwszy lipcowy weekend znów spotkaliśmy się w stanicy wodnej PTTK w Wiśle Wielkiej. Przybyło tutaj 18 Ondraszków oraz 2 sympatyków. Część tej ekipy przyjechała na rowerach, część pociągiem do Tychów, a część samochodami. Autorem trasy oraz przewodnikiem była bardzo sympatyczna R. Kania szef klubu „Koło” z Pszczyny, a celem wyprawy „na rowerze” było muzeum piwowarstwa w Tychach.

Po przedstawieniu trasy i czekających nas atrakcji ruszyliśmy w drogę. Regina sprawnie nasz peletonik przeprowadziła przez Pszczynę, przy czym do przejazdu przez miasto wykorzystaliśmy rozległy park pałacowy. Wkrótce dojechaliśmy do Studzienic i zanurzyliśmy się w rozległych lasach stanowiących otulinę Tychów. I dobrze, bo upał był straszny i każdy kawałek cienia był bardzo potrzebny. Sprawnie dojechaliśmy do Tychów, lecz browar leżał na drugim końcu miasta. Musieliśmy zatem przez niego przejechać co znakomicie się udało dzięki sprawnemu prowadzeniu Reginy oraz w większości oznakowanym ścieżkom rowerowym. W muzeum już czekała na nas zamówiona pani przewodnik w śląskim stroju, która w „slónskij godce” przez ponad dwie godziny interesująco wprowadzała nas w tajniki historii i współczesności miejscowego piwowarstwa. Wszystkich zadziwiło świetnie zaaranżowane muzeum, zachowane zabytkowe urządzenia i budynki, a także nowoczesna szybkobieżna automatyczna linia rozlewnicza złocistego płynu do butelek i puszek. Na końcu zwiedzania czekała wszystkich wizyta w browarnej piwniczce degustacyjnej, co wobec upału na zewnątrz bardzo nam przypadło do gustu.

W drodze powrotnej dłuższą przerwę obiadową zrobiliśmy też nad jeziorem Paprocańskim, dosłownie oblężonym przez tłumy spragnionych ochłody. Potem pojechaliśmy do Promnic i przez lasy do Kobióra oraz Radostowic. Trzeba odnotować, że dziurawa i pełna kałuż leśna droga, jaką trzy lata temu jechaliśmy do zameczku w Promnicach teraz zamieniła się w piękną asfaltową rowerową leśną autostradę. I tak po przeszło 70 km, klucząc między polami i lasami wróciliśmy do Wisły Wielkiej czyli miejsca startu. Siedemnastu ondraszków, którzy zadeklarowali się zostać zakrzątnęło się koło urządzenia noclegu i ogniska. Ogniska nie dane nam było jednak zapalić, gdyż silny wiatr niosący niskie chmury i odgłosy bliskich grzmotów nie wróżyły nic dobrego. I ledwie zdążyliśmy uciec pod daszek, kiedy zaczęło padać, i tak już zostało przez prawie cały wieczór. Niewiele nas to zmartwiło, bo Maniuś miał harmonię i zrobił z niej użytek, my mieliśmy śpiewniki, a Śmig zakrzątnął się wokół kuchni i przysmażył ogniskowe kiełbaski w piecu. Słowem było wesoło, radośnie i tanecznie. Gdzieś koło północy nawet przestało padać, więc wyleźliśmy na zewnątrz. Śmig z Juniorkiem po dłuższych próbach rozpalili w końcu przygotowane ognisko, a po wodzie niosły się nasze dalsze wokalne popisy. Jednak niedługo później następna fala deszczu znów nas wygoniła do budynku, a ognisko definitywnie zgasił deszcz.

Rano obudziło nas bębnienie deszczu w okienne szyby. W odróżnieniu od wczorajszego upalnego dnia świat zasnuł się szarością i nic nie zapowiadało jakiś zmian. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się jednak zrezygnować z programu „pod żaglami”, ciesząc się, że udało się przynajmniej zrealizować program „na rowerze”. Co ciekawe, po powrocie do Cieszyna okazało się jednak, że słońce niebawem wyjrzało zza chmur, co tylko potwierdza fakt, że pogoda jak kobieta – zmienną jest!

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
„Z rowerową wizytą u sąsiadów” - okolice Bielska-Białej

10.07.2016

Nikt z uczestników tej wycieczki nie przypuszczał, jakie to krajoznawcze perełki włącznie z rozszyfrowaniem powyższego napisu zaserwuje prowadzący wyprawę Włodek Nowak czyli Ondraszek z Bielska–Białej.

Spotkaliśmy się w słoneczny niedzielny poranek przed dworcem PKP w Bielsku-Białej, gdzie przyjechało 10 Ondraszków. Paparazii, Ziołowy i Seniorek tradycyjnie przypedałowali z Cieszyna na rowerach, a reszta autami i autobusem (do autobusu można wziąć rower!). Po powitaniach i ogólnym przedstawieniu trasy ruszyliśmy w drogę klucząc ulicami Bielska. Dojechaliśmy niebawem do parterowego budynku na przedmieściach, a nad nim sporych rozmiarów szyld wieszczył: „Muzeum Fiata 126” z dumnym dopiskiem: „Maluch to nie auto, to styl życia”. Niebawem przybył właściciel i zaprosił nas do swojego królestwa, skąd po 1,5 godz. prelekcji wyszliśmy mocno zdumieni. Pan A. Przychodzień zdołał zebrać w tym miejscu chyba wszystkie wersje tego popularnego autka rodem z PRLu, którego produkcja rozpoczęła się w czerwcu 1973 i już dawno się zakończyła. I nie chodzi wcale o te, które można jeszcze czasem spotkać na drogach, ale egzemplarze krótkich specjalnych serii, w tym eksperymentalnych. Tutaj dowiedzieliśmy się, że produkowano malucha w wersji kabriolet (z nadwoziem z laminatów), wojskowej - z odejmowanymi kołami zamienianymi na gąsienice i płozy śnieżne!, milicyjnej, desantowej – sześciokołowej, czy pick-upa. I to wszystko tam było można zobaczyć wraz z kilkoma innymi: Fiatem-Bis, jednym z ostatnich modeli jakie zjechały z taśmy w 2000r. oraz dedykowanymi przyczepkami campingowymi z fikuśnie rozkładanymi namiotami. I wszystko to jeździ, jest sprawne i zarejestrowane. O tym i innych ciekawych sprawach, jak choćby jak zdobywał poszczególne eksponaty właściciel umiał bardzo interesująco opowiedzieć. Opuściliśmy to niezwykłe miejsce będąc pod wrażeniem determinacji i osiągnięć kolekcjonera.

Aby ugruntować zdobyte wiadomości pojechaliśmy do niedawno otwartej kawiarni i zarazem muzeum Fiata 126P. Tutaj można było coś zjeść i wypić siedząc np. w tylnej części auta i stolikiem opartym na silniku 650, otoczeni przeróżnymi gadżetami i ówczesnymi gazetami dotyczącymi tego auta. Nawet poręcze były wykonane z samochodowych zderzaków, a wokół lady namalowano fajne rysunki satyryczne z epoki dotyczące „malucha”. Po kawie zaliczonej w tym niezwykłym otoczeniu ruszyliśmy bocznymi drogami w kierunku Oświęcimia przez Bestwinę docelowo do Starej Wsi. Tutaj w cieniu starych drzew otaczających uroczy drewniany kościół czekała pani przewodnik. Zbudowany w XVIw. z jodłowego drewna na dębowych podwalinach kościół powołania Podwyższenia Krzyża św. jest absolutnym unikatem. Szczęśliwie ominęły go wszelkie kataklizmy i dotrwał do naszych czasów w prawie niezmienionej formie. Obecnie otoczony opieką konserwatorską nadal potrafi zaskakiwać. Jak się dowiedzieliśmy w trakcie prowadzonych robót konserwatorskich odsłonięto, teraz wyeksponowaną wspaniale zachowaną renesansową polichromię stropu, a z przypadkiem odkrytej skrytki wyciągnięto cynową ampułkę z zapisanym na pergaminie aktem konsekracji świątyni z 1530r. Ostatnio w innej skrytce odnaleziono z kolei późnogotycki kielich mszalny. Te i inne eksponaty zebrano w niedawno otwartym muzeum parafialnym, którego bogactwo nas zaskoczyło. Należy zaznaczyć, że liturgiczne artefakty - kilkusetletnie sztandary, ornaty, kapy, bogata biblioteka itd. - pochodzą wyłącznie z tego kościoła, a pozostałe wystawione zbiory – militaria i falerystyka to efekt kolekcjonerskich pasji proboszcza. I trzeba przyznać, że proboszcz zebrał unikalną pod każdym względem kolekcję - np. zbiór orderów Virtuti Militari, w tym w wersji ustanowionej przez ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego. Można było też podziwiać m.in. kilka wersji najstarszego i najwyższego odznaczenia polskiego „Orderu Orła Białego”. Jeżeli dodać do tego bogaty zbiór białej broni, broni długiej z różnych epok i krótkiej z np. kowbojskim Coltem wychodzi na to, że w tej bądź co bądź niewielkiej wsi jest muzeum, którego zbiorów mogą pozazdrościć wielkie i znane specjalistyczne muzea. I znów wyszliśmy pod wielkim wrażeniem tego co zobaczyliśmy.

Jadąc bocznymi dróżkami klucząc między polami i lasami dojechaliśmy niebawem do nieodległych Wilamowic. Przy drodze dojazdowej do tego trzytysięcznego miasteczka witał nas przytoczony w tytule dumny napis – co tłumaczy się na „Witamy w Wilamowicach”. Zaintrygowani pojechaliśmy dalej. Przed widoczną z daleka wieżą neogotyckiego kościoła czekała na nas urodziwa Wilamowiczanka – członkini miejscowego zespołu regionalnego i powitała nas w języku, w którym nikt z nas nie zrozumiał ani słowa. W bardzo interesującej gawędzie dowiedzieliśmy się, że Wilamowicach mieszkają potomkowie osadników, których we wczesnym średniowieczu sprowadzono z tzw. Zachodu (terenów obecnej Holandii, Belgii i Niemiec). I przez setki lat utworzyła się tutaj niezwykła enklawa mająca własną kulturę, strój oraz język. Ludzie ci znali się na tkactwie i handlu i na tyle się wzbogacili, że wykupili swoją osadę z rąk ówczesnego feudała a w 1818r. kupili dla niej prawa miejskie. Tutejsza, założona w XIXw. fabryka produkująca tkaniny miała nawet filię w pobliskim Bielsku, wówczas największym po Łodzi potentacie w tej branży! Spoiwem był ich język dość bliski flamandzkiemu. Język wilamowski jest skodyfikowany, ma swój alfabet i gramatykę i ma status odrębnego języka (nie jest to gwara). Niestety po wojnie, gdzieś do lat 70-tych XXw. nie mieli łatwego życia, gdyż ich język powszechnie kojarzono z niemieckim i zostali skazani na zapomnienie. Obecnie posługuje się nim ok. 200 miejscowych i są czynione starania (na poziomie uniwersyteckim) aby go rozpowszechnić. I oby się to udało.

Dzięki garstce kilku miejscowych zapaleńców udało się uratować te zanikające tradycje i stopniowo je odtwarzać, co mieliśmy okazję zobaczyć w Izbie Regionalnej. Naprawdę zadziwiająca jest odrębność tej kultury oraz to, że pomimo przeróżnych przeciwności losu zdołała przetrwać. Miejscowi zawsze stawiali też na wykształcenie, stąd Wilamowic pochodzi wielu zasłużonych obywateli. Chyba najbardziej znanym jest św. abp. J. Bilczewski Metropolita Lwowski, który się tutaj urodził w 1860r. i został wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II .

Po obiedzie w miejscowej gospodzie (po Wilamowicku - Der Kràćium) opuściliśmy tą uroczą miejscowość będąc pod wielkim wrażeniem tego co się dowiedzieliśmy. Stąd część naszej drużyny –Paparazzi, Ziołowy i Ł. Krawczyk postanowiła wracać przez Czechowice do Cieszyna na rowerach, a reszta powróciła do miejsca startu po drodze podziwiając rozległe panoramy i rozbudowany układ komunikacyjny obwodnicy Bielska.

Przejechaliśmy łącznie ok. 50 km> i uważam, że ta wyprawa pod względem krajoznawczym była zupełnie wyjątkowa.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Odkryjmy Zamarski

17.07.2016

Niedzielny poranek ze względu na ciągle ostatnio padające deszcze i nisko wiszące chmury nie specjalnie zachęcał do działań odkrywczych ani jakichkolwiek innych, więc w miejscu startu - na cieszyńskim rynku - zebrali się wyłącznie ci mocno zmotywowani tudzież nieprzemakalni, którzy aktualnie nie przebywają na ciepłych plażach z drinkami w rękach. I wraz z autorem wyprawy było nas akurat siedmiu, przy czym tym razem panie zostały w domu.

Nie czekając na kolejną porcję deszczu wyruszyliśmy na trasę zaopatrzeni w parę wstępnych informacji na temat celu wycieczki jakie przekazał prowadzący. Trasa nie wiodła wprost do celu bo mocno nadłożyliśmy drogi jadąc przez Rudów do Hażlacha i dalej na Czarne Doły. Tutaj był przewidziany krótki postój przy źródełku Borgońki. Znajdujące się pośrodku bukowego lasu ujęcie wody ocembrowane w kształcie małej kapliczki wyglądało bardzo malowniczo.

Aby dojechać do celu musieliśmy podjechać pod spory kopiec, gdyż Zamarski leżą na wysokim wzniesieniu tym samym stanowią doskonały punkt obserwacyjny na całą okolicę. O dziwo nawet pogoda okazała się łaskawa, bo dotychczas nie tylko nie zmokliśmy, a nawet chmury zaczęły się stopniowo rozstępować i odsłaniać coraz dalsze widoki. Kontemplację odłożyliśmy jednak na później, gdyż już czekał na nas Sołtys Zamarsk pan Krzysztof Zawada oraz pan Rudolf Mizia - kronikarz, społecznik i animator miejscowego życia kulturalnego. Dowiedzieliśmy się, że niedawno obchodził uroczyście 90. urodziny i wdzięczni mieszkańcy posadzili dęba nazwanego „Rudolf” od jego imienia. Posiłkując się unikanymi publikacjami jego autorstwa a wydanymi z okazji jubileuszu wsi nasi rozmówcy przybliżyli ciekawą historię miejscowości, jak również i jej całkiem współczesne oblicze. Sołtys szczegółowo omówił np. jak powstał piękny park w centrum wsi zlokalizowany na dawnych nieużytkach. Po czterech latach wytężonej społecznej pracy i bojach o dotacje mieszkańcy mogą się chlubić miejscem wypoczynku, jakiego nie znajdziesz w całej okolicy. Jest tutaj oświetlony plac zabaw dla dzieci, boisko do gier sportowych, alejki z ławeczkami, klombami i kwietnymi rabatami, a nawet fontanna. Odwiedzających wita kamienne tableu z wyrytą w granicie historią Zamarsk.

Pan Rudolf przed laty założył m.in. amatorski zespół teatralny, który przez długie lata z powodzeniem wystawiał sztuki w miejscowej OSP. To kolejna inicjatywa bez precedensu, zważywszy, że nawet w Cieszynie, który ma własny piękny teatr, do dziś nie ma stałego zespołu. Zwiedziliśmy również drewniany kościół powołania św. Rocha, którego wieża z XVIw jest najstarszą drewnianą budowlą sakralną po polskiej części Śląska Cieszyńskiego. Jest ciekawostką, że zabytkowe wyposażenie wnętrza zostało niegdyś przeniesione tutaj z cieszyńskiego kościoła św. Jerzego.

Kulminacyjnym punktem naszego programu miało być podziwianie panoramy Beskidu Morawskiego i Śląskiego z sąsiedniego wzniesienia Krzepty. Jednak zanim tam dojechaliśmy, chmury ją szczelnie zasłoniły i panoramę oglądaliśmy wyłącznie oczami wyobraźni. Na dodatek zaczęło jednak „cedzić”, więc nie czekając odtrąbiliśmy na odwrót.

Choć przejechaliśmy tylko ok. 20 km wycieczka była bardzo udana i jest potwierdzeniem starej prawdy, że aby coś ciekawego poznać wcale nie trzeba daleko jechać, bo znajdziesz to tuż za własnym progiem.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Kolarski Zlot Jubileuszowy „śladami Ondraszka”

02.09.2016 - 03.09.2016

Taki zlot zdarza się raz na 50 lat, więc przygotowaliśmy się do niego bardzo starannie. Osią przewodnią spotkania były kolarskie odwiedziny miejsc związanych z Ondraszkiem - historycznej postaci z przełomu XVII/XVIIIw i patrona naszego klubu. Tym samym postanowiliśmy nadrobić półwieczne zaległości, bo mimo że okolice Frydku-Mistku leżą w zasięgu jednodniowej rowerowej wyprawy z Cieszyna, Ondraszki tego terenu dotychczas nie eksplorowały. W ramach przygotowań odbyliśmy kilka wycieczek rozpoznawczych i doszliśmy do wniosku, że należy opracować kilka wariantów tras. W dniu poprzedzającym wycieczkę miało się odbyć zwiedzanie miasta oraz wieczór integracyjny. Założenia te ubraliśmy w regulamin, który oprócz opublikowania na naszej stronie internetowej z dużym wyprzedzeniem został rozesłany potencjalnym uczestnikom, w tym wszystkim środowiskom kolarskim zrzeszonych w Radzie Regionalnej Turystyki Kolarskiej PTTK w Katowicach.

Promocję zlotu ograniczyliśmy terytorialnie wychodząc z założenia, że na krótki lokalny rajd z daleka nikt raczej nie przyjedzie. I jakież było nasze zaskoczenie, gdy jedna z pierwszych deklaracji udziału dotarła do nas z Ukrainy, a konkretnie od Tarasa Pacholiuka Zastępcy Prezydenta Federacji Sportu i Turystyki Ukrainy, szefa komisji kolarskiej tej Federacji i wiceprzewodniczącego UETC, który wraz z żoną zameldował się w Cieszynie w 5-osobowym składzie. Obecni byli również reprezentanci ośrodków kolarskich z Raciborza, Bielska–Białej, Żywca, Bytomia i Rybnika oraz nasi przyjaciele zza Olzy. Cieszyła również liczna obecność naszych Ondraszków. Należy zauważyć, że dzięki obecności przyjaciół z Ukrainy i Czech zlot nabrał niepodziewanie międzynarodowego charakteru.

Jak zapowiedziano zlot rozpoczął się rowerowym zwiedzaniem miasta, podczas którego goście mieli możliwość przekonać się, że Cieszyn leży na sporych wzniesieniach i zachował się tutaj szereg ciekawych zabytków z różnych epok. Po krótkim odpoczynku ponownie spotkaliśmy się pod wieczór w ogrodzie restauracji „Kaskada”, której atutem jest najlepsza w mieście panorama na okoliczne góry. Tutaj w około 40-osobowym składzie poszerzonym o Ondraszków biesiadowaliśmy przy grillu i turystycznych piosenkach, wspomagani wydatnie przez klubowego wirtuoza gitary J.Kożusznika. Kapitalny pokaz wokalnych możliwości dał też Taras wspomagany przez swoją drużynę, a każdy ich występ był mocno oklaskiwany. W przerwach Rechtór przedstawił zestawione fakty i legendy o zbójniku Ondraszku.

Nazajutrz rankiem, nasz cieszyński rynek był świadkiem spotkania sporej grupy rowerzystów. Przybyły Ondraszki w wielkiej liczbie, Beskidziocy i goście ze Lwowa jak również i uczestnicy, którzy o tej propozycji dowiedzieli się z lokalnego informatora czy Internetu. Doszło też do swoistego spotkania na szczycie, bo oprócz Tarasa serdecznie powitaliśmy Halinę Twardzik, szefa Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Sportowego w Republice Czeskiej.

Zgodnie z wcześniejszym pomysłem, przedstawiliśmy propozycje czterech różniących się długością tras. Najtrudniejsze zadanie miał A. Nowak „Ziołowy” , który zaproponował wyjazd na szczyt Łysej Góry, a było tego i wysoko (1323m n.p.m.) i daleko bo ok. 100 km. Trasa Z. Pawlika „Rechtora” i P. Hamery „Paparazziego” zakładała przejazd ok. 80 km z pobytem w miejscach związanych z postacią Ondraszka, przy czym propozycja Rechtora była bardziej rozbudowana krajoznawczo. Trasa prowadzona przez A. Nowaka „Skrybę” liczyła ok. 50 km w tym dojazd do Janowic, gdzie urodził się nasz patron i zakładała powrót do Cieszyna pociągiem.

Uczestnicy podzielili się na zespoły, a wraz z Rechtorem wystartowało 16 osób. Ten wariant prowadził przez Górny Żuków, Gnojnik, Ligotkę Kameralną, gdzie nieoczekiwanie spotkaliśmy się z grupą Skryby. Już przejazd tych kilkunastu kilometrów uświadomił uczestnikom, że Ziemia Cieszyńska dla rowerzysty nie jest bułką z masłem, bowiem po drodze zaliczyliśmy kilka całkiem sporych podjazdów. Dalsza droga prowadziła przez Raszkowice do Janowic, gdzie w 1680r. urodził się Ondra Fuciman nazwany później Ondraszkiem Panem Łysej Góry. Przypominała o tym tablica wmurowana w ścianę gospody oraz ustawiona przy wjeździe do wsi. Następnie dotarliśmy do Frydku-Mistku miasta, które w 1943r. utworzono z dwóch sąsiadujących miast: śląskiego Frydku i morawskiego Mistku przedzielonych rzeka Ostrawicą. W Mistku zobaczyliśmy rynek, ciekawy tzw. labirynt mocy oraz tablicę pamiątkową poświęconą jedynej w całej ówczesnej republice potyczce z wojskami niemieckimi zajmującymi Czechosłowację w myśl układów monachijskich. We Frydku z kolei byliśmy na rynku, gdzie poćwiartowano zwłoki zamordowanego Ondraszka, widzieliśmy zamek hrabiego Prażmy który ścigał ondraszkową zbójniczą kompanię i poznaliśmy historię pątniczego kościoła powołania Nawiedzenia Marii Panny powstałego w połowie XVIIIw w miejscu znalezienia słynącej cudami figurki Matki Boskiej Frydeckiej. W 1999r. świątynia została podniesiona przez Jana Pawła II do godności bazyliki mniejszej (basilica minor). Następny przystanek nastąpił w nieodległym Świadniowie. Tutaj w miejscowej karczmie w 1715r. zakończył swoje krótkie życie zbójnik Ondraszek zamordowany ciosem obuszka przez swojego kompana Juraszka. Jadąc dalej w dzielnicy Hajek zobaczyliśmy zabytkową kaplicę i studzienkę oraz i wypróbowaliśmy wodę z cudownego źródełka. W sąsiednich Sedliszczach trafiliśmy na festyn gdzie przypatrywaliśmy się występom miejscowej grupy folklorystycznej. Docelowo korzystając ze ścieżki rowerowej dotarliśmy do miejscowości Dobra, gdzie w listopadzie 1680r. w kościele pierworodnemu synowi janowickiego wójta na chrzcie nadano imię Ondra. Tutaj zakończył się przygotowany program wycieczki. Z możliwości skrócenia trasy powrotnej pociągiem skorzystał tylko jeden uczestnik, natomiast reszta dzielnie pokonała jeszcze kilka dalszych wzniesień na drodze do Cieszyna, zaliczając ponad 80 km dość wymagającej rowerowej trasy.

Absolutnym rekordzistą zlotu był Taras i Maksym z Ukrainy, którzy nie tylko zaliczyli bardzo stromy podjazd na Łysą Górę, ale dodatkowo pojechali jeszcze do Frydku i wrócili na rowerach do Cieszyna pokonując łącznie ok. 120 km.

Tak zlot jubileuszowy przeszedł do historii, a jego uczestnicy dzięki wspaniałej pogodzie mieli możliwość poznać ciekawy zakątek Ziemi Cieszyńskiej oraz wziąć udział w niecodziennej rowerowej przygodzie.

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
Rajd jubileuszowy z okazji 60-lecia działalności Łódzkiego Klubu Turystów Kolarzy PTTK im. H. Gintera

09.09.2016 - 10.09.2016

Na zaproszenie Jubilata w dwudniowym jubileuszowym rajdzie uczestniczył Włodek Nowak nasz Ondraszek z Bielska-Białej. Wyjechał pociągiem z Bielska–Białej do Łodzi, gdzie już oczekiwał go kolega z łódzkiego klubu, i na rowerach pojechali przez centrum miasta na bazę noclegową do Siedlątkowa. Po drodze udało się jeszcze zwiedzić kościół św. Faustyny, zrobić zdjęcie przy pomniku świętej, a także przysiąść na ławeczce obok A. Mickiewicza. Droga na bazę prowadziła przez Aleksandrów Łódzki, Poddębice i Księże Młyny. Po rozpakowaniu się i przywitaniu z już przybyłymi gośćmi wszyscy pojechali do Księżych Młynów, gdzie była baza rajdu. Przybyło tutaj wielu uczestników z bliższych i dalszych regionów, więc było miło znów się spotkać w gronie znajomych. Gospodarze zorganizowali ognisku powitalne i było uroczyście i wesoło. Po powrocie na bazę noclegową okazało się, że w tym dniu na rowerach przejechano 90 km, a więc wcale nie tak mało jak na jubileuszowy zlot.

W dniu następnym kolarski peleton gości i jubilatów pojechał na zlotową trasę przez Niemysłów do Poddębic. Tutaj można było zwiedzić pałac Grudzińskich i spróbować wód termalnych w pijalni. Było to jednocześnie miejsce oficjalnego otwarcia rajdu. Główne uroczystości odbyły się w miejscowym kościele ewangelickim, gdzie zebrani uczestnicy złożyli gratulacje Jubilatowi. W imieniu Ondraszków W. Nowak też pogratulował Jubilatowi dotychczasowych sukcesów, życząc jednocześnie wielu dalszych lat tak owocnej działalności. Pamiętamy przecież udany niedawny zlot przodowników turystyki kolarskiej w Cesarce organizowany właśnie przez Łodzian. Po tej oficjalnej części wszyscy pojechali na rajdową trasę z metą w Siedlątkowie, gdzie wieczorem zapłonęło wielkie pożegnalne ognisko. Przy tej okazji nasz reprezentant również wygłosił mowę, tym razem w „gorolskij rzeczy”. Jak relacjonował wszystkim się to ogromnie spodobało zwłaszcza, że przy tej okazji adresat przemowy czyli szef łódzkiego klubu został przyodziany w góralski kapelusz, w którym podobno było mu bardzo do twarzy. Trasa ogółem liczyła ok. 50 km.

11.09.2016 był dniem pożegnań. Z bazy noclegowej przez Puczniew, Brzeg, Włyn i Wartę W. Nowak dojechał do Sieradza, skąd już pociągiem udał się do Łodzi Fabrycznej, a następnie do Bielska-Białej. Włodek w swoim sprawozdaniu podkreślił, że pogoda dopisała, a zlot był dobrze zorganizowany, więc wszyscy wrócili z niego zadowoleni z bagażem pozytywnych doświadczeń.

Włodek Nowak (opracował Zbyś-Rechtór)
Galeria
Z „Apanaczi” w Pieninach

09.09.2016 - 11.09.2016

Pieniny ogólnie rzecz biorąc są OK, lecz Pieniny z Apanaczi to jest to! I tak właśnie pomyślało 37 uczestników tej wyprawy, w tym 17 Ondraszków, a reszta takich, którzy z rowerem niewiele mają wspólnego. I słusznie, bo była to jedna z niewielu propozycji klubu, w której rowery odpoczywały w domu. Wczesnym rankiem cała ferajna wpakowała się do firmowego autobusu Jędrusia aby przez kawałek Czech i pół Słowacji dotrzeć do miejscowości Czerwony Klasztor. Po drodze zobaczyliśmy urokliwe krajobrazy słowackich gór, w tym Wysokich Tatr, które w komentarzu Jędrusia (równocześnie kierowcy i przewodnika) nabierały konkretnych krajoznawczych treści.

W Czerwonym Klasztorze zwiedziliśmy właśnie klasztor, dawniej należący do zgromadzenia Kartuzów i następnie Kamedułów. Obecnie jest to bardzo ciekawe muzeum, po którym oprowadzała nas urocza przewodniczka. Rozwiązanie zagadki dlaczego jest on czerwony było proste: otóż obramowania okien wykonano z piaskowca w tym kolorze i nazwa przylgnęła najpierw do klasztoru i następnie i do całej miejscowości położonej tuż nad Dunajcem. Po drugiej stronie granicznej - w tym miejscu rzeki leżą Sromowce Niżne, a obie miejscowości są od niedawna połączone rowerowo-pieszą kładką. Następnym punktem w programie było zwiedzanie elektrowni na zaporze Niedzickiej. Z bardzo ciekawych opowieści prowadzącego wynikało, że ta najwyższa w Polsce ziemna zapora budowana była prawie przez 20 lat i została ukończona dokładnie w momencie, w którym była potrzebna. Co więcej przydała się już w dnia otwarcia. Wielka woda w 1997r. dzięki niej nie zatopiła wiele nadbrzeżnych miejscowości leżących poniżej, tym samym poniesione ogromne koszty hipotetycznie spłaciły się w tym jednym dniu!

W pozostałym wolnym czasie indywidualnie zwiedziliśmy też malowniczy zamek niedzicki leżący na skarpie tuż nad wodami powstałego jeziora. Zamek był własnością prywatną węgierskiej rodziny magnackiej, która w nim mieszkała aż do 1943r.

Późnym popołudniem przyjechaliśmy do schroniska PTTK „Trzy Korony” gdzie mieliśmy zamówione wyżywienie i noclegi. Trzeba przyznać, że obiekt ten choć już nie młody, oferuje całkiem przyzwoite warunki pobytu, o pięknym widoku na Trzy Korony nie wspominając. Rankiem podzieliliśmy się na grupy zainteresowań. Najliczniejsza poszła w góry, część zdecydowała się na spływ Dunajcem oraz realizację własnego programu. Pod tą najbardziej znaną górę Pienin podchodziliśmy Wąwozem Szobczańskim. Niestety niewiele było widać, bo wszystko szczelnie otulała mgła. Nie martwiliśmy się jednak zbytnio, bo było to typowe dla tej pory roku zjawisko inwersji. Jak doszliśmy na przełęcz Chwała Bogu mgła pozostała na dole, a z przełęczy rozpościerał się piękny widok na zębate tatrzańskie szczyty. Najbliższym naszym celem była Okrąglica (982m) – jeden jedyny z pięciu wierzchołków Trzech Koron, na który można wyjść. Ale przed tym trzeba jeszcze było uiścić specjalną opłatę oraz odczekać swoje w kolejce na szczytową platformę. Za to dookolny widok z niej był przepyszny - jak z okna samolotu.

Dalsza trasa doprowadziła nas do ruin zamku Pieniny czyli XIIIw. fortalicji wybudowanej w niedostępnym górskim terenie, jako schronienie przed tatarskimi najazdami. Następnym celem była Sokolica (747m) dumnie wznosząca się kilkusetmetrową pionową ścianą nad wodami Dunajca. Wytyczona do niej graniowa ścieżka nosi nazwę Sokolej Perci, i też dostarcza turystom wiele pięknych widoków na okoliczne góry wraz z leżącym daleko w dole przełomem Dunajca. Najciekawsza panorama była jednak z szczytu Sokolicy zwłaszcza, że dużą rolę gra tutaj mocno pokręcona ponad 300-letnia sosna rosnąca prawie poziomo nad urwiskiem. Jest to chyba najbardziej obfotografowane drzewo w całych Pieninach. Z gór zeszliśmy do Krościenka, skąd autokar dowiózł nas z powrotem na bazę. Wieczór był zarezerwowany do kulinarnych (kiełbaski z ogniska), muzycznych i wokalnych talentów uczestników wyprawy. Było tak fajnie, że nie wiedzieć kiedy zrobiła się późna noc.

Nazajutrz trzeba już było myśleć o powrocie, jednak jeszcze zdążyliśmy zobaczyć Szczawnicę, skosztować tutejszych leczniczych wód, a także próbowaliśmy zagrać na dziwacznych „Organach Hasiora” na przełęczy Snozka. Pełni wrażeń i pozytywnej energii dotarliśmy do Cieszyna późnym wieczorem , a w drodze powrotnej już układaliśmy plan wyprawy w roku następnym.

Rechtór-Zbyś
Galeria
„Gliniana koniczynka” na Dzień „Ziołowego”

18.09.2016

Pod tym zagadkowym tytułem A. NowakZiołowy zorganizował ciekawą wyprawę, której celem było podpatrzenie jak powstają artystyczne wyroby z ceramiki. Mimo dość niepewnej pogody zebrało się na rynku ponad 20 osób, i w tym składzie ruszyliśmy przez Pastwiska, Rudów i Hażlach do Kończyc Wielkich, a po drodze zgarnęliśmy jeszcze Seniorka, który jechał nam naprzeciw.

Pierwszym naszym celem były dwa kilkusetletnie dęby rosnące opodal pałacu Thunów. Oba te Mantuzalemy mają swoje imiona: Mieszko i Przemko. Mieszko jest starszy bo ma 700 lat, a w pasie liczy sobie 9 m, natomiast młodzieniaszek Przemko w obwodzie ma 5,5m i ma ledwie 400 wiosen. Dzięki oddziałowi PTTK z Cieszyna i gminie Hażlach wyznaczono specjalną ścieżkę przyrodniczą z tablicami informacyjnymi oraz ławeczkami. Można więc przysiąść w cieniu tych ogromnych drzew i podumać, że w tym miejscu też ktoś mógł korzystać z cienia już we wczesnym średniowieczu!

Następnie dojechaliśmy do Kończyc Małych. ”Gliniana Koniczynka” to nazwa warsztatu ceramiki artystycznej pani Beaty Figuli. Swego czasu z hobby rozwinęła warsztat produkujący różnie cudeńka, które po wypaleniu cieszą oko kształtem i formą. Warsztat mieści się w niepozornym budyneczku dawnego garażu. Artystka szczegółowo opisała nam, jak zrobić, aby kawał gliny o konsystencji plasteliny zamienił się w paterę, dzbanek lub nawet i biżuterię. A, że gotowe wyroby były na sprzedaż, niektórzy z nas zrobili tu sobie zakupy. Następnie przenieśliśmy się do miejscowego zamku, gdzie pani Beata zmieniła się w przewodnika Izby Regionalnej. Według jej opowieści początek stanowiła potrzeba skompletowania stroju regionalnego na występy uczniów w tutejszej szkole. Dzieci poproszono, aby przyniosły co nieco ze strychów swoich domów. I wszyscy byli zaskoczeni jak wielka liczba eksponatów się zebrała. Artefakty zapełniły aż dwie zamkowe sale. Zaaranżowano tutaj wnętrze wiejskiej chałupy, warsztatów rzemieślniczych, a co cenniejsze trafiły też do gablot. I dobrze się stało, bo zazwyczaj te urocze, lecz obecnie już niepotrzebne przedmioty pewnie dawno skończyłyby na śmietniku. A tak cieszą oko, a i młodzież może się dowiedzieć „jak hańdowni bywało”.

Po tej dawce „dla ducha” odwiedziliśmy też i zamkową restaurację, aby kupić coś „dla ciała”. Tutaj też nasza wycieczka się zakończyła i wracaliśmy już do domów własnymi ścieżkami. Pogoda łaskawie się utrzymała, więc uczestnicy na pewno wrócili zadowoleni, że mogli coś ciekawego zobaczyć, usłyszeć i kupić.

Rechtór-Zbyś
Galeria
X Jubileuszowy Rajd do ujścia Olzy im. Władysława Janika

24.09.2016

Każdy jubileusz zobowiązuje do szczególnego potraktowania tematu, dlatego niezawodni Grażyna i Eugeniusz Klapuchowie, którzy podjęli się organizacji rajdu nie mieli łatwego zadania. Tradycyjnie spotkaliśmy się na przystanku kolejowym w Dolnej Lutyni, dokąd większość z 38-osobowej grupy przypedałowała, pozostałych kilkunastu uczestników rajdu przyjechało pociągiem z Czeskiego Cieszyna. Wśród tego tłumu Beskidzioków, Ondraszków i sympatyków była również reporterka z radia Ostrawa. Chciała się ona dowiedzieć skąd wziął się pomysł tej wyprawy i jak zaczęła się nasza transgraniczna współpraca. Wszystkie wypowiedzi zostały nagrane i jak oświadczyła niebawem zostaną puszczone w eter.

Po załatwieniu formalności - czyli wpłaty wpisowego - ruszyliśmy w drogę. Olzę przejechaliśmy w Wierzniowicach i niebawem dojechaliśmy polną drogą do Łazisk. Miejscowość ta leży w Polsce i nikt nawet nie zauważył kiedy przekroczyliśmy granicę. Wspomnieliśmy te, całkiem nieodległe czasy, kiedy granica kojarzyła się z zasiekami z drutu i zaoranym pasem. Widać z tego, że coś co wydawało się być stałe też może się zmienić. To akurat nie dotyczy miejscowego drewnianego kościoła, do którego dojechaliśmy. Prowadzący E. Kalpuch w profesjonalny i fachowy sposób omówił historię oraz zabytkowe wnętrze budowli. Istniała już w XVIw. i szczęśliwie przetrwała wszystkie burze dziejowe, w tym ostatnią wojnę.

Po niej została akurat specyficzna pamiątka. Otóż w 1945 roku podczas sowieckiego ostrzału do wnętrza wpadł pocisk artyleryjski i nie wybuchł. Dziura jaką wyrwał w ścianie „na wieczną rzeczy pamiątkę” pozostawiono i osłonięto szybą z wizerunkiem Oka Opatrzności. Kościół ma nietypową konstrukcję opartą na jednym słupie sterczącym pośrodku nawy. Najciekawsze były naścienne polichromie odsłonięte przypadkowo w trakcie kolejnej renowacji. Przedstawiały sceny zarówno świeckie jak i religijne, w tym prawdopodobnie fundatorów świątyni. Uwagę zwracał też tryptyk ołtarzowy, którego dużo starsze boczne skrzydła były dwustronnie zdobione i osadzone na osi , więc można je obracać.

Następnie przez Gorzyczki i Uchylsko dojechaliśmy do miejscowości Olza. Tutaj na kapliczce zaznaczono poziom wody gdzie sięgała w trakcie powodzi w 1997r. A było jej tyle, że stojąc na drodze lustro wody mielibyśmy wysoko ponad głowami. Aż trudno sobie wyobrazić tragedię jaka wówczas ludzi dotknęła. Przy wale przeciwpowodziowym zostawiliśmy rowery i na piechotę doszliśmy do miejsca, gdzie Olza wpada w ramiona Odry. I choć byliśmy tu wielokrotnie mam wrażenie, że co roku to magiczne miejsce wygląda inaczej. Oczywiście zaśpiewaliśmy nasz hymn Ziemi Cieszyńskiej i po wykonaniu rodzinnego zdjęcia wróciliśmy do rowerów. Dalsza droga prowadziła do miejscowości Odra oraz docelowo do Rogowa. Tutaj w restauracji „U Kaczyny'” zakończyliśmy rajdową trasę. Tutaj byliśmy mocno zaskoczeni widząc długi stół biesiadny przygotowany do uroczystego posiłku. Niebawem wjechał na niego gulasz i następnie domowej roboty pierogi. Smakowało to wybornie, więc w krótkim czasie zniknęły z talerzy, a prowadzący zebrali zasłużone owacje.

Po tak wspaniałej biesiadzie właściciel zaprosił nas jeszcze do zwiedzenia powozowni, gdzie zgromadził poważną kolekcję powozów i sań, w tym niektóre prawdziwe unikaty. A wszystkie pięknie odrestaurowane i „na chodzie”. Były to też pojazdy „z duszą” , bo z każdym wiązała się ciekawa historia jego zdobycia. Integralną częścią tego magicznego miejsca była też stajnia oraz mini zoo. Jednak dalsze zwiedzanie pozostawiliśmy na następny raz i przez Czyżowice, Gorzyce, Gorzyczki, Gołkowice i Karwinę wróciliśmy do Cieszyna, mając w nogach ponad 80 km, a w głowie myśl, że warto było wziąć udział w tej wyprawie.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Dzień „Rozstrzapka” - Szlakiem Ernesta Lipki

01.10.2016

Wycieczka odbyła się w ciepłą, słoneczną i przyjemną sobotę. Na starcie na rynku pojawiło się 21 osób, którzy chcieli pojechać tą trasą oraz dowiedzieć się kim był Ernest Lipka - patron tej wyprawy. Orest, bo tak go nazywaliśmy, to przede wszystkim nasz dobry kolega z ubiegłego wieku (jak to brzmi !), który zmarł w roku milenijnym - 2000r.

Trasa, którą zaproponowałam, była niegdyś przejeżdżana pod przewodnictwem Oresta, i to zanim powstały numerowane ścieżki rowerowe. Uprawiał on różnego rodzaju sporty zarówno letnie jak i zimowe. W młodości należał nawet do czołówki polskich pływaków. Później pracował jako ratownik na otwartych basenach w Cieszynie i Wiśle. W wolnych chwilach wędrował po Beskidach, Tatrach, a nawet Alpach.

Tysiące przedeptanych kilometrów dały znać o sobie. Lekarz zalecił tylko rower. Tak zaczęła się nasza wspólna przygoda rowerowa. Byliśmy na różnych wycieczkach, w tym także zagranicznych np. szlakiem nad Dunajem - Donauweg. Imponował nam odwagą i umiejętnością radzenia sobie w każdych warunkach, a poza tym znał świetnie język niemiecki.

Nasza trasa rowerowa wiodła przez Cieszyn, Czeski Cieszyn, Chotebuz, ścieżkami rowerowymi nr 6100 i 6097 do Albrechcic, gdzie był postój przy drewnianym kościele. Nad zbiornikiem wodnym Terlicko (Hostinec u Zatoce) zorganizowaliśmy następny postój dla uzupełnienia straconych kalorii. Zbiornik ten pierwotnie spełniał rolę jako zapas wody użytkowej dla dołów karwińskich oraz Huty Trzynieckiej, a obecnie jest centrum wypoczynku. Powierzchnia lustra wody wynosi 267,6 ha a głębokość 23,4 m.

Trasa nr 56 - do niebieskiego szlaku spacerowego - pięknie wiła się wśród pól. Dłuższy odpoczynek zarządziłam przy samym zbiorniku wodnym Żermanice, który leży na południe od Hawierzowa. Zbiornik ten powstał 1962r. na rzeczce Luczyna. Powierzchnia zapory wynosi 248 ha, a głębokość 28 m.

Powrót nastąpił malowniczą trasą rowerową z widokiem na Beskid Śląsko - Morawski (trasa nr 6090). Dziękuję wszystkim za uczestnictwo w mojej wycieczce i zapraszam na następne.

Maria Biłko–Holisz „Roztrzapek”
„Piknik w Kadłubku” czyli Dzień „Maratończyka”

09.10.2016

Maratończyk to ma szczęście. Termin organizowanej przez niego wyprawy wypadł po tygodniu ciągłych opadów, ale w ten jeden dzień odgórne czynniki odpowiedzialne za deszcz wzięły sobie wolne i zrobiło się całkiem ładne okno pogodowe. Na rynku zebrało się zatem kilkunastu Ondraszków i sympatyków z zamiarem dotarcia do Ochab, gdzie miał na nas oczekiwać prowadzący. Dojechaliśmy tam przez Dębowiec, a nasz peleton rósł w siłę jeszcze po drodze. W miejscu startu, czyli boisku LKS Ochaby wraz z Maratończykiem oczekiwał też spory tłumek kolarzy, tak, że razem było nas 29. Prowadzący objaśnił pokrótce trasę i wyruszyliśmy w stronę Zaborza, Chybia docelowo do Zarzecza. A że drogi i dróżki, którymi jechaliśmy, były ta mocno poplątane, już wkrótce nikt z nas nie wiedział, gdzie się znajduje (no, może za wyjątkiem właścicieli GPS-ów). Tak czy inaczej dojechaliśmy w końcu do miejsca docelowego, czyli dawnej strażnicy OSP i sąsiadującej z nią kapliczki. Są to jedyne pozostałości po tej dzielnicy Zarzecza, która w 1956r. w całości zniknęła pod wodami zapory goczałkowickiej. W strażnicy urządzono izbę pamięci nieistniejących już miejsc oraz ekspozycję przyrodniczą okolic. Warto dodać, że w Zarzeczu niedaleko stąd, a obecnie już pod wodą zapory znajdował się też dom rodzinny słynnego aktora komediowego Bogumiła Kobieli „Bobka”.

A dlaczego miejsce nazywa się Kadłubkiem? Otóż na drewnianej wieży strażnicy umieszczono budkę lęgową, dla ptaków - czyli właśnie kadłubek i stąd nazwa. Pod nim oczekiwali nas już opiekunowie tego miejsca, którzy opowiedzieli wiele ciekawych szczegółów o historii okolicy. Wynikało z niej, że mieszkańcy po dziś nie mogą się pogodzić z utratą ojcowizny i choć minęło już 60 lat od czasów, gdy ich domy rozebrano pod budowę zapory, to co roku spotykają się tutaj wspominając dawne, dobre czasy.

Tymczasem Śmig z kilkoma Ondraszkami zadbał o to, aby zapłonęło ognisko i rozpoczęliśmy urocze biesiadowanie korzystając z przywiezionych wiktuałów. Gwarek zabrał też organki z których zrobił użytek ale jakoś nikt nie zabrał śpiewnika. A, że czas płynął szybko i wesoło, a wieczór robi się już teraz wcześniej Maratończyk zatrąbił na odwrót. Do Cieszyna wracaliśmy przez Frelichów, Chybie, Drogomyśl i w Ochabach zamknęliśmy pętle tej wspaniałej wycieczki. Przejechałem ok. 60 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
„Ośka” i „Bystry” zaprasza na Zakończenie sezonu
Śladem cieszyńskich kamieniołomów i inne niespodzianki

16.10.2016

To niewiarygodne jak czas szybko upływa. Przecież ledwo co rozpoczynaliśmy jubileuszowy sezon a tu już ostatnia jego wycieczka. Jak przystało na tak ważny końcowy akord dopisała i pogoda - bo po ostatnich paskudnych ulewach wreszcie nie padało - jak i uczestnicy - bo mimo, że było zimno i niepewnie na rynku pojawiło się prawie 40 uczestników i to zarówno Ondraszków jak i sympatyków. Ostatnia wyprawa sezonu była też nietypowa bo właściwie prawie nie wyjeżdżaliśmy z miasta a prowadzący duet Ośka i Bystry wzięli na celownik takie ciekawostki jak tajemnica balustrady mostku przy ul. 3. Maja, bunkier umocnionej pozycji obronnej „Cieszyn” z wojny obronnej 1939, wychodnie skał nazywających się „cieszynit”, czyli geologicznych intruzji kamieni magmowych warstwach łupków. Zobaczyliśmy je w kilku okolicznych, obecnie nieczynnych kamieniołomach. Odwiedziliśmy też siedzibę miejscowego hobbystycznego stowarzyszenia miłośników wojskowości. Kilka lat temu uporządkowali dawny podziemny schron materiałów pędnych Wojska Ochrony Pogranicza (WOP) i obecnie jest to miejsce, gdzie młodzież zainteresowana militariami może się spotykać, ćwiczyć i aktywnie spędzać wolny czas. Do tego zgromadzono też odpowiednie rewizyty z dwoma transporterami opancerzonymi BRDM (z rosyjskiego: Bronirowannaja Razwiedywatielno-Dozornaja Maszyna) włącznie. A przy okazji można też dosłownie dotknąć historii, gdyż wystawiono tutaj kilka silników lotniczych pochodzących z „wykopków” w miejscach katastrof lotniczych oraz elementy umocnień niemieckich linii obronnych z lat ostatniej wojny.

Zakończenie tej bardzo ciekawej wycieczki nastąpiło w restauracji w Pogwizdowie, lecz przed tym jeszcze na miejscowym cmentarzu odwiedziliśmy oraz zapaliliśmy znicz na grobie zmarłego w ubiegłym roku naszego klubowicza śp. St. Pawlika .

Posiłek w ciepłym pomieszczeniu restauracji wszyscy przyjęli z zadowoleniem, bo już trochę zdążyliśmy zmarznąć. Zakończyliśmy tutaj dwa klubowe konkursy - jubileuszowy „ 50 wycieczek na 50 lecie klubu” oraz „Długodystansowca sezonu” i przekazałem kilka informacji związanych z zbliżającymi się wydarzeniami obchodów jubileuszu klubu. Takim sympatycznym akcentem zakończyła się ostatnia wyprawa wyjątkowego sezonu, a my już zaczynamy tęsknić do następnego. Przejechaliśmy ok. 20 km.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wielka Gala Jubileuszowa „Ondraszka”, wystawa w Domu Narodowym w Cieszynie

05.11.2016

Po wielkich przygotowaniach, które streściłem we wspomnieniu „zanim podniesiono kurtynę…” Gala rozpoczęła się wernisażem wystawy fotograficznej. Prace konkursowe zostały umieszczone na płytach i sztalugach w korytarzu przed wejściem na salę. Już godzinę wcześniej uczestnicy spotkania głosowali na najciekawsze zdjęcia, a karty głosowania znikały w przygotowanej urnie.

O godzinie 1500 po krótkim powitaniu przez Rechtora Zespół jubileuszowy Ziemi Pieśni i Tańca im. J. Marcinkowej dał wspaniały półgodzinny koncert który rozpoczął się odraszkowym hymnem jubileuszowym. Zespół zebrał gromkie brawa oraz mały upominek do obczęstowania wśród członków, choćby po naparstku jak zaznaczył wręczający go Rechtór.

Konferansjer Czorno - A. Wlach zainaugurowała spotkanie od wspomnienia zmarłych klubowiczów – zwłaszcza śp. St. Pawlika, który zmarł w ubiegłym roku. Następnie Rechtór w kilkunastu minutach wystąpienia otrzymał niełatwe przestawienie półwiecznej klubowej historii. Nawet udało się mu zmieścić w ramach czasowych, gdyż Czorno nie interweniowała za przekroczenie czasowego limitu.

Bardzo przyjemną częścią spotkania było wręczenie przyznanych wyróżnień członkom klubu według załączonej listy. W gronie wyróżnionych znalazły się też: PTTS „Beskid Śląski” oraz nasz Klub otrzymując Śląskie Honorowe Odznaki PTTK.

W wystąpieniach gości głos zabrali prawie wszyscy przybyli, w tym burmistrz Cieszyna - R. Macura, Starosta Powiatu cieszyńskiego - J. Król, przedstawiciel ZGPTTK - E. Kutyła, Euroregionu - B. Kasperek, Rady Regionalnej Turystyki Kolarskiej Województwa Śląskiego - M. Koba, przedstawiciele PTTS-u, PZKO, macierzystego Oddziału PTTK i jego jednostek organizacyjnych, a także zaprzyjaźnionych klubów. Padło wiele ciepłych słów oraz wiele życzeń na drugie półwiecze pod adresem jubilata, otrzymaliśmy też sporo upominków, tym książek we wszelkiej postaci.

Przerywnikiem artystycznym był brawurowy występ zespołu tańca nowoczesnego dziewcząt z Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika, który zebrał wielkie owacje. W dalszej części wręczono statuetki jubileuszowe 50/50, których zbiór pięknie się prezentował na prezydialnym stole. Skryba przedstawił historię narodzin tego wyróżnienia a jego pomysłodawca, wykonawca i sponsor w jednym – Bystry J. Rezmer najpierw wręczył 11 honorowych statuetek zasłużonym organizacjom i założycielom klubu oraz dotychczasowym jego trzech prezesom - wedle załączonej listy. Następnie zostały wręczone statuetki jego zdobywcom. A że nie było to łatwe zadanie, świadczy niewielka liczba jego zdobywców - tylko 15 klubowiczów i jeden sympatyk.

Oficjalną część spotkania zakończyło wykonanie rodzinnego zdjęcia, po czym na salę wjechał piękny jubileuszowy tort. Spełniliśmy tez uroczysty toast dzięki winem z winnicy Skryby - A. Nowaka, który bezinteresownie go ofiarował na tę okazję. Podsumowanie tej udanej imprezy nastąpiło już w podgrupach – goście oficjalni z restauracji Kamienica Konczkakowskich, a pozostali w przytulnej Sali Cieszyńskiego Dworku.

LpWyróżnienieKandydatWręczający/Uwagi
Wyróżnienia państwowe
1Brązowy Krzyż ZasługiAndrzej SłotaOdznaczenie wręczone w Urzędzie Wojewódzkim dnia 05.04.2016
Wyróżnienia Wojewody Śląskiego
2Odznaka Zasłużony dla województwa śląskiego w st. ZłotymAndrzej SłotaOdznaczenie wręczono dnia 15.10.2016 na wniosek Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości (wniosek PTTK został wycofany jako złożony później)
3Odznaka Zasłużony dla województwa śląskiego w st. srebrnymEmilia SosnaSylwia Cieślar - Wiceprzewodniczaca Sejmiku Śląskiego
Andrzej Nowak
Wyróżnienia ZGPPTK
4Honorowy członek PTTKWładysław SosnaZarząd klubu wystosował wniosek do Oddziału PTTK o przedstawienie kandydatury pod głosowanie na walnym zebraniu Oddziału PTTK Beskid Śląski
5Medal „Za pomoc i współpracę”Krzysztof MarciniukRyszard Mazur - przewodniczący kapituły odznaczeń ZG PTTK
6Złota Odznaka Honorowa PTTKJadwiga RezmerEdward Kutyła członek ZG PTTK lub Ryszard Mazur przewodniczący kapituły odznaczeń ZG PTTK
Andrzej Nowak
7Brązowa Odznaka Honorowa PTTKBarbara Nowak
8Złota Odznaka Zasłużony w Pracy PTTK wśród młodzieżyAndrzej Nowak
9Dyplom ZGPTTKAlicja Gołucka
Kazimierz Szewczyk
Piotr Hamera
Rada Prezesów Oddziału PTTK województwa ślaskiego
10Wpis do księgi zasłużonych województwa śląskiegoEmilia SosnaWpis został dokonany dnia 26.11.2016 w Jaworznie na uroczystym spotkaniu Rady Prezesów Oddziału PTTK
11Śląska Honorowa Odznaka PTTK Polskie Towarzystwo Turystyczno-Sportowe „Beskid Śląski” w RCZJacek TyczkowskiCzłonek Rady Prezesów Oddziału PTTK województwa śląskiego
Włodzimierz Nowak
Władysław Kristen
Turystyczny Klub Kolarski Ondraszek
12Dyplom Rady Prezesów Oddziału PTTK wojewdztwa ślaskiegoLeszek Szurman
Kazimierz Szewczyk
Andrzej Nowak Ziołowy
Piotr Hamera
Piotr Holisz
Rada Regionalna Turystyki Kolarskiej województwa śląskiego
13Odznaka za zasługi w turystyce kolarskiej województwa śląskiegoLeszek SzurmanMarek Koba - Przewodniczący Rady Regionalnej Turystyki Kolarskiej województwa śląskiego
Władysław Zmełty
Piotr Hamera
Krzysztof Sumera
Włodzimierza Nowak
Oddział PTTK „Beskid Śląski”
1450 lat w PTTKWładysław SosnaJacek Tyczkowski - prezes Oddziału PTTK
Emilia Sosna
15Dyplom Honorowy za pomoc i współpracęGrażyna Klapuch
Eugeniusz Klapuch
Józef Štirba
Adam Kłodowski
16Dyplom Honorowy Zarządu Oddziału z okazji jubileuszuEmilia Sosna
Władysław Sosna
Beata Szarzec
Krzysztof Kasztura
Leszek Nowak
Piotr Holisz
Józef Lincer
Krzysztof Sumera
Andrzej Słota

Jubileuszowe statuetki - 50 wycieczek na 50-lecie Turystycznego Klubu Kolarskiego Ondraszek

LpOdznaczonyIlość wycieczek
1Beniamin Serkowicz51
2Kazimiera Hansel52
3Henryk Hansel52
4Beata Szarzec54
5Zbigniew Pawlik55
6Alicja Wlach56
7Stanisław Pawlik56
8Kazimierz Szewczyk57
9Marian Wlach58
10Piotr Hamera63
11Jadwiga Rezmer63
12Jarosław Rezmer67
13Andrzej Nowak "Ziołowy"77
14Aleksander Serkowicz86
15Leszek Szurman132
16Andrzej Warpachowski169

Kapituła, Zarząd TKK Ondraszek, dnia 27.10.2016

Rechtór-Zbyś
Galeria
Wigilijka z „Ondraszkiem”

18.12.2016

Ostatnim akordem mijającego roku Jubileuszowego klubu była tradycyjna wigilijka. Tym razem miejscem spotkania była sala w restauracji „Leśna Pasja”. Z propozycji spędzenia ciekawego wieczoru skorzystało 41 ondraszków oraz sympatyków, z których nie wszyscy mieli kontakt z klubem. Był również obecny W. Kristen z Czeskiego Cieszyna oraz …aniołek w białej szacie ze skrzydełkami, w rolę którego wcielił się Paweł Zmełty. Animatorem spotkania była oczywiście „Apanaczi” - B. Toman.

Przy świątecznie udekorowanym stole i tradycyjnej rybce spotkaliśmy się, aby złożyć sobie wzajemnie życzenia szczęścia oraz pomyślności oraz przełamać się opłatkiem i zanucić kolędy. W tym ostatnim mocno nas wspierał duet gitarowy w składzie Michał Kasztura i Szymon Wyra.

Gwoździem programu był recital dwuosobowego zespołu Michała Kasztury, który na gitarze akompaniował solistce Dagmarze Dordzie, a włączał się też czynnie Władek Kawecki na harmonijce ustnej. Duet Dagmary i Michała („Lunatyp” - Lunatyp na Facebooku, Lunatyp kanał YouTube) istnieje od niedawna, a już mają za sobą debiutancką płytę z własnymi utworami. Profesjonalnym brzmieniem jej głosu absolutnie wszyscy się zachwycili, więc nic dziwnego, że domagaliśmy się bisów.

Zaistniał też nowy „zespół jednego wieczoru” w składzie: Ośka, Apanaczi, A. Sorkowicz, który przy moralnym wsparciu Aniołka zaśpiewał żartobliwą pastorałkę. Dodatkowo talentem recytatorskim błysnął również Władek Kristen, gdy z pamięci ekspresyjnie wyrecytował „Pana Twardowskiego” Adama Mickiewicza.

Była też chwila na wspomnienia i to dalekiej przeszłości bowiem pomieszczenia w których przebywaliśmy już odegrały ważną rolę w historii klubu, i to do tego dwukrotnie. Ćwierć wieku temu odbyło się tutaj uroczyste spotkanie z okazji dwudziestopięciolecia klubu, i to w obecności przyjaciół, z których niestety już niektórzy nie żyją. Druga okazja wydarzyła się dziesięć lat temu, bowiem tutaj właśnie była siedziba sekretariatu 46. zlotu przodowników turystyki kolarskiej ”Ziemia Cieszyńska”, a więc centralnego punktu organizowanej wówczas ogólnopolskiej imprezy. I to właśnie wtedy „coś” zaiskrzyło między „Ośką” a „Bystrym”, i zakończyło się to później na ślubnym kobiercu.

Na zakończenie zaśpiewaliśmy też Włodkowi Nowakowi radosne „Sto lat” i złożyliśmy życzenia poparte drobnym upominkiem, bowiem niedawno dopisał sobie do metryki kolejny rok, mimo że na to przecież nie wygląda.

I tak radośnie w sympatycznym gronie przyjaciół spędziliśmy ten przedświąteczny czas ciesząc się na nadchodzące Święta i Nowy Rok, a w raz z nim na nowe rowerowe przygody.

Rechtór-Zbyś
Galeria