Kronika imprez z 2017 roku
Spis treści
Noworoczne spotkanie rowerowe

01.01.2017

Nowy Rok 2017 - dzień jak co roku o tej porze - po zabawach, prywatkach, a czasem spokojnym wieczorze spędzonym w domowym zaciszu. A jednak trochę inny. Dzień, który rozpoczyna drugie półwiecze istnienia Naszego klubu. Jak co roku, już od ośmiu lat, w samo południe na cieszyńskim Rynku spotkało się grono zapaleńców, którzy zamierzali Nowy Rok uczcić wycieczką rowerową. W tym roku była nas dwunastoosobowa ekipa rowerowa oraz pieszo - Beata. W bezśnieżnej scenerii Nowego Roku zrobiliśmy sobie kilka pamiątkowych fotek, a potem, wzbudzając uzasadnione zainteresowanie mijanych ludzi, ruszyliśmy w kierunku ulicy Majowej, do domu Lincerów, od których dostaliśmy zaproszenie. Gospodarze przywitali nas jak zawsze bardzo gorąco. Złożyliśmy im życzenia noworoczne, a następnie wznieśliśmy toast szampanem. Przy pysznych ciasteczkach i innych słodkościach czas szybko upływał. Trzeba było się pożegnać, chociaż nie na długo.

Następnym punktem programu było pieczenie kiełbasek na ognisku. W tym celu musieliśmy powrócić do Cieszyna, na ulicę Jana Łyska. Z daleka można było zauważyć dym z ogniska, gdyż Piotr, który przyjechał wcześniej z Marylą, nie czekał na nas, tylko już przygotował ognisko. Zyskaliśmy przez to trochę czasu. Przystąpiliśmy więc do pieczenia kiełbasek, tym bardziej, że pomimo świecącego słońca, było jednak dosyć zimno. W międzyczasie dotarli do nas Józek z mamą, Beata na rowerze oraz córka Małgosi i Kazika Holiszów z mężem i dzieckiem.

Po zjedzeniu kiełbasek i wymianie najświeższych wieści, powoli zaczęliśmy zbierać się do domów, tym bardziej, że słońca już nie było widać i zaczynało robić się coraz zimniej.

Myślę, że pierwsza impreza 51. sezonu "Ondraszka" była udana.

Jarek Rezmer - "Bystry"
Galeria
Zebranie sprawozdawczo-wyborcze na kadencje 2016-2019, rozstrzygnięcie konkursów

20.01.2017

Zebrania nigdy nie zastąpią naszych wspaniałych rowerowych spotkań, ale raz do roku trzeba się jednak spotkać, aby podsumować to, co za nami. Tym razem to zebranie było wyjątkowe, i to aż z trzech powodów.

Podsumowaliśmy bowiem nie tylko ostatni rok, ale całą kadencję, wybraliśmy nowy zarząd klubu, a do tego były na nim obecne władze naczelne PTTK(!) oraz prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” - J. Tyczkowski. Takiej sytuacji, jak długo istnieje Ondraszek, ba, nawet nasz cieszyński Oddział PTTK, pewnie nigdy nie było. A jaka była przyczyna?

Otóż „Szeryf” - Wł. Sosna został uhonorowany przez ZG PTTK nagrodą literacką im. Władysława Krygowskiego za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury krajoznawczej. Wręczała je delegacja w składzie Prezes ZGPTTK R. Bargieł, Przewodniczący Komisji Turystyki Górskiej J. Gajewski, redaktor naczelny „Wierchów” - W. Wójcik, Przewodniczący Kapituły Odznaczeń ZGPTTK - R. Mazur, sekretarz Komandorów Turystiki Górskiej - J. Konieczniak.

Wzruszony laureat odebrał nagrodę w postaci sporej wielkości obrazu o tematyce górskiej. Po tym pięknym wstępie zebranie odbyło się własnym torem. Quorum na przewodniczącą jednogłośnie wybrało A. Wlach – „Czornom”, która jak widać zaczyna się w tym specjalizować. Przy wejściu wszyscy otrzymali również kalendarze – sklerotniki z wkładką z propozycjami wypraw na nadchodzący sezon.

Zaczęliśmy od rozstrzygnięcia konkursu fotograficznego „Jubileusz Ondraszka w obiektywie” 10 jednakowych, gustownych pucharków znalazło swoich właścicieli, a nagrody wręczał A. Kowol prezes Klubu Fotograficznego „Start” współorganizator konkursu.

Następnie wysłuchano sprawozdań prezesa, komisji rewizyjnej, TRW oraz skarbnika. Wiało z nich optymizmem, gdyż wielokierunkowe działania całej kadencji zostały w większości zakończone sukcesem. A kadencja obfitowała w różne ważne wydarzenia włącznie z obchodami Złotych Godów naszego klubu. Wyjątkiem było sprawozdanie skarbnika, bo jak się okazało m.in. za sprawą kosztów organizacji jubileuszu w kasie klubu zostało raptem parę złotych. Ostatecznie zarząd w całości otrzymał rozgrzeszenie, czyli udzielono mu absolutorium. Przy tej okazji za udaną kadencję podziękowano prezesowi (czyli mnie) piękną przemową, oklaskami oraz bukietem kwiatów. Nie ma dwóch zdań – mocno się wzruszyłem.

Następnie, w bloku wyborczym wybrano odpowiednie komisje i zebrano kandydatury do zarządu klubu i koła kadencji 2017-2020. W wyniku głosowania tajnego (zgodnie z ordynacją wyborczą w PTTK) skład zarządu na kadencję 2017-2010 ukonstytuował się następująco (w nawiasie ilość oddanych głosów):

  • Zbigniew Pawlik (30)
  • Barbara Toman (29)
  • Jarosław Rezmer (28)
  • Andrzej Nowak (26)
  • Maria Biłko-Holisz (25)
  • Alicja Wlach (25)
  • Jadwiga Rezmer (19)
a do Komisji Rewizyjnej wybrano:
  • Marian Wlach (24)
  • Irena Dzikowska (23)
  • Kazimierz Szewczyk (21)

Teraz w głosowaniu tajnym nowo wybrani członkowie zarządu i Komisji Rewizyjnej wybrali prezesa klubu – Z. Pawlika oraz szefa Komisji Rewizyjnej – I.Dzikowską. Tak więc, jak widać wiele się nam ten skład nie zmienił.

A kiedy Komisja Skrutacyjna w osobach P. Hamera „Paparazzi” oraz J. Pawlik w pocie czoła zbierała i liczyła głosy, najpierw A. Nowak jako szef TRW wydał zdobyte odznaki turystyki kwalifikowanej oraz rozstrzygnęliśmy klubowe konkursy. Tym razem, właśnie z powodu jubileuszu, było ich więcej niż zazwyczaj. Rozstrzygnięto:

  1. konkurs na najciekawszą wycieczkę sezonu jubileuszowego (nagrodą były pamiątkowe patery wykonane przez poznaną na klubowej wycieczce firmę Gliniana Koniczynka). Otrzymali je:
    • I miejsce Jadwiga i Jarosław Rezmerowie,
    • II miejsce Barbara i Andrzej Słota,
    • III miejsce Włodek Nowak oraz Grażyna i Eugeniusz Klapuchowie.
  2. konkurs na najaktywniejszego turystę kolarza dekady 2007-2016 (nagroda-puchary)
    • I miejsce Zbigniew Pawlik i Jarosław Rezmer,
    • II miejsce Leszek Szurman,
    • III miejsce Jadwiga Rezmer i Beata Szarzec.
  3. konkurs na najaktywniejszego turystę-kolarza sezonu 2016 (nagrody rzeczowe)
    • I miejsce Leszek Szurman,
    • II miejsce Jarosław Rezmer,
    • III miejsce Aleksander Sorkowicz.
  4. konkurs na długodystansowca kadencji 2013-2016 (nagroda- pamiątkowe statuetki)

    Panie:

    • I miejsce Beata Szarzec,
    • II miejsce Kazimiera Hansel,
    • III miejsce Jadwiga Rezmer

    Panowie:

    • I miejsce Andrzej Warpechowski,
    • II miejsce Leszek Szurman,
    • III miejsce Andrzej Nowak Ziołowy
  5. konkurs na długodystansowca sezonu 2016 (dyplomy)

    Panie:

    • I miejsce Małgorzata Holisz,
    • II miejsce Beata Szarzec,
    • III miejsce Kazimiera Hansel

    Panowie seniorzy:

    • I miejsce Adam Poloczek,
    • II miejsce Andrzej Nowak Ziołowy,
    • III miejsce Jan Stasik

    Panowie Juniorzy:

    • I miejsce Andrzej Warpechowski,
    • II miejsce Leszek Szurman,
    • III miejsce Łukasz Krawczyk
W tej podniosłej chwili na klubowiczów (imienne listy w załączeniu), którzy zdobyli laury zwycięstwa spadł deszcz zasłużonych wyróżnień.

Korzystając z obecności prezesa honorowego Oddziału PTTK - R. Mazura Dyplom Zasługi zaległy od zebrania jubileuszowego otrzymał Piotr Holisz, a Stanisław Pawlik otrzymał zdobytą wówczas prestiżową statuetkę konkursu 50/50. J. Tyczkowski wręczył z kolei Dyplomy za Zasługi dla PTTK, na które wnioski złożył klub. Otrzymali je Alicja Wlach oraz Aleksander Sorkowicz.

Bardzo miłą chwilą było też ujawnienie zawartości niespodzianki, czyli sporej wielkości pudła przewiązanego wstążeczką. Mistrzem ceremonii była J. Pawlik, która wyciągnęła z niego… klubowe wielkoformatowe kalendarze ścienne na rok 2017. Była to moja prywatna inicjatywa, gdyż uznałem że mając ciekawe zdjęcia z konkursu fotograficznego warto było z nich zrobić taki użytek. A znając stan klubowej kasy zrobiłem to też na własny koszt. Te estetycznie wydane kalendarze można było traktować też jako sklerotnik w wersji max, bo zostały zaznaczone w nim wszelkie propozycje na 51 sezon klubowej aktywności. Ondraszki mogły go zakupić za cenę ich wykonania, z czego wielu skorzystało.

W bloku uchwał i wniosków przegłosowano dwie uchwały: likwidację konkursu długodystansowca w dotychczasowej postaci oraz realizację mutacji dotychczasowego konkursu 50/50 przy wykorzystaniu zasobu posiadanych statuetek. Do realizacji uchwał zobowiązano zarząd klubu.

W tle spotkania można było obserwować na ekranie jubileuszowy sezon w obiektywie w zestawie zdjęć przygotowanym przez P. Hamerę „Paparazziego”. Na zakończenie omówione zostały co ciekawsze propozycje wynikające z kalendarza imprez i był to ostatni akcent tego ważnego spotkania.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Spotkanie Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej Województwa Śląskiego

11.02.2017

Miejscem tego dorocznego spotkania było Muzeum im. Marii Skalickiej w Ustroniu Brzegach, a jego organizatorem był niedawny jubilat, czyli Turystyczny Klub Kolarski „Ondraszek” z Cieszyna, który w ubiegłym roku świętował złote gody swoje działalności. Impreza m.in. była okazją do podsumowania jubileuszowych wydarzeń wśród tak dostojnego gremium.

Miejsce obrad też nie zostało wybrane przypadkowo. Śp. Maria Skalicka była rodowitą ustronianką, i choć mieszkała, pracowała i zmarła w Katowicach, całe swoje pozazawodowe życie poświęciła „małej ojczyźnie”. W testamencie w formie darowizny przekazała jej bogate zbiory kolekcjonerskie i bibliofilskie związane z Ustroniem i Ziemią Cieszyńską, a także swój dom rodzinny. Tutaj właśnie je zebrano i udostępniono zwiedzającym, a uczestnicy spotkania mogli je odkryć dla własnych klubowych wypraw w przyszłości.

Do Ustronia przybyło łącznie 67 przedstawicieli z 13 klubów i komisji kolarskich z województwa śląskiego, w tym również Honorowy Członek Ondraszka St. Radomski z Gliwic, wiceprezydent UETC St. Karuga z Katowic oraz przewodniczący Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej M. Koba z Jaworzna. Po powitaniu i przedstawieniu przybyłych przez gospodarza spotkania Rechtora – Z. Pawlika głos zabrała kierownik placówki pani Irena Maliborska, która w swoim wystąpieniu przybliżyła postać fundatorki i historię tej filii ustrońskiego Muzeum Techniki. Uczestnicy z kolei nie ukrywali, że w zdecydowanej większości byli w tym miejscu po raz pierwszy.

Następnie prezes Ondraszka Rechtór – Z. Pawlik przedstawił półwieczną historię klubu posiłkując się przyniesionymi specjalnie z tej okazji tomami kronik klubowych oraz zawartością pakietu powitalnego, który wszyscy przy wejściu otrzymali. Był tak dobrany (m.in. egzemplarze archiwalnych WR, zbiory pocztówek itp.), że mógł w skondensowanej formie zilustrować dotychczasową działalność Ondraszka.

Bardzo miłym akcentem było uhonorowanie przez Ondraszka wszystkich ogniw Regionalnej Rady Turystyki Kolarskiej specjalnymi dyplomami, klubową monografią i jubileuszowym medalem. Przy tej okazji również pod naszym adresem wypowiedziano wiele serdecznych życzeń, popartych okolicznościowymi adresami i pamiątkami.

Kolejny blok programowy wypełnił M. Koba i St. Karuga, którzy omówili sprawy organizacyjne, czekające ciekawe wydarzenia nadchodzącego sezonu oraz inne nurtujące nasze środowisko. Sprawozdanie złożył też P. Rościszewski reprezentujący Klub Śląskich Znakarzy. Nie było ono zbyt optymistyczne, gdyż według sprawozdawcy klub działał w prawie jednoosobowym składzie, a władze samorządowe poszczególnych gmin i miast nie wykazują wiele zrozumienia i woli współdziałania dla batalii toczonej w sprawie utrzymania czytelności oznakowanych tras rowerowych w naszym województwie. Następnie Skryba - A. Nowak - prowadzący TRW przy klubie Ondraszek w swoim wystąpieniu przedstawił regionalne odznaki turystyki kolarskiej weryfikowane przez TRW i zachęcał do ich zdobywania. W tle obu wystąpień na ekranie można było zobaczyć Ondraszkowy przegląd wydarzeń jubileuszowego sezonu w prezentacji przygotowanej przez Paparazziego - P. Hamerę.

Po przerwie poświęconej podziwianiu muzealnych zbiorów, wymianie doświadczeń oraz „wchłonięciu” przygotowanego poczęstunku Rechtór - Z. Pawlik zaprosił do prezentacji historii klubu na bazie slajdów pochodzących w większości z lat 80-tych ubiegłego wieku. Poza tym, że osoby na nich uwiecznione „nieco” się zmieniły, to widać było jeszcze jak dalece zmieniła się też nasza rzeczywistość - od sprzętu rowerowego i biwakowego, po infrastrukturę rowerową, czy wygląd zabytkowych miejsc, które wówczas odwiedziliśmy.

Ostatnim akcentem tego udanego spotkania było zwiedzanie prywatnej kolekcji historycznych motocykli „Rdzawe diamenty”, przygotowane przez Wędrowniczka - L. Szurmana. Serdecznie pożegnaliśmy gości i pozostały nam miłe wspomnienia oraz wpisy do pamiątkowej księgi z życzeniem „do zobaczenia na rowerowych trasach”.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Rowerowy objazd granicami Cieszyna – cz. II - strona polska

26.03.2017

Ziarno pomysłu tej wyprawy zostało zasiane już w ubiegłym roku. Nikt z nas wówczas nie wiedział, że Cieszyn po obu stronach Olzy jest tak rozległy terytorialnie i mimo dobrych chęci nie udało się wtedy nam go objechać. Kontynuując, teraz przyszła kolej na stronę polską i jak się można było przekonać, nie było to łatwe zadanie, choćby z tego powodu, że Cieszyn leży na wysokości 260-375 mnpm, więc 115 m przewyższenia pokonaliśmy parokrotnie.

Na rynku przy w miarę przyzwoitej pogodzie zebrało się 19 śmiałków zdecydowanych do udziału w tej unikalnej wycieczce. Osobiście już dzień wcześniej zrobiłem mały rekonesans trasy stwierdzając, że nie wszędzie da się w ogóle dojechać, choćby nawet po miedzach, gdzie można sobie „pobrudzić buciki”. Lojalnie wszystkich o tym uprzedziłem i ruszyliśmy w drogę. Granica miasta z Czech do Polski przechodzi w Błogocicach i biegnie dokładnie wzdłuż ulicy Dębowej, więc jak wiadomo jednej z bardziej stromych w okolicy. Na rozdrożu z ul. Jastrzębią granica ucieka w kierunku Mnisztwa, lecz niestety o tym czasie nie jest to trasa nawet dla rowerów. Skorzystaliśmy zatem z objazdu ul. Jastrzębią, Słowiczą, Ustrońską, aby się z nią spotkać na granicy Bażanowic. Po drodze wraz z Dzięciołem musiałem niespodziewanie zrobić mały remont mojego bicykla. Jadąc dokładnie wzdłuż granicy, skręciliśmy w ul. Tulipanową, która doprowadziła nas do dzielnicy Potoczki. Tutaj najpierw skończył się asfalt, potem walcówka, dalej dróżka utwardzona kamieniem i na końcu została nam tylko miedza między szerokimi polami uprawnymi w Ogrodzonej. Widok Cieszyna z tej perspektywy był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Płosząc stada saren dojechaliśmy do Wielodrogi, która w aktualnym stanie była najbardziej odpowiednia dla traktorów i motocykli crossowych. Dobitnie się o tym przekonał jeden z uczestników, który zaliczył wywrotkę i się „upaprał jak nieboskie stworzenie”. Granica miasta znów nam nieco uciekła w pola, lecz niebawem ją spotkaliśmy dojeżdżając do asfaltu i cywilizacji w Gumnach.

Teraz przekroczyliśmy autostradę A-1 kładką pieszo-rowerową i ruszyliśmy w kierunku Zamarsk goniąc granicę, którą wytyczono na skróty między polami uprawnymi. W barze Źródełko zrobiliśmy mały postój, gdzie pokrótce wyłuszczyłem historię ekspansji terytorialnej Cieszyna. Wynikało z niej, że jeżeli jakieś prehistoryczne Ondraszki w 1155r. miałyby by ten sam pomysł wycieczki, to wystarczyło wówczas objechać wzgórze zamkowe. W XVI w. byłby to też krótki spacer wzdłuż miejskich murów. Na dobrą sprawę to większy przyrost nastąpił dopiero w 1922 r., gdy przyłączono podcieszyńskie Błogocice oraz w 1932 r. Bobrek. Miasto rozdęło się do obecnych rozmiarów (28,6 km2) dopiero w latach 70-tych XX w., kiedy Cieszyn połknął 7 okolicznych wsi, co zresztą nadal widać w miejsko-wiejskim krajobrazie. Granicę spotkaliśmy teraz na Pikietach w dolnym odcinku ul. Żniwnej. Po ostrym zjeździe trafiliśmy na ul. Rudowską w Kalembicach i podjechaliśmy dokładnie granicą miasta i jednocześnie lasu Parchowiec do oś. Szarotka. Po przekroczeniu drogi nr 938, jadąc nadal wzdłuż granicy ul. Boczną trafiliśmy do dzielnicy Parchów. Tutaj rozstaliśmy się z nią definitywnie, bowiem aż do Marklowic wytyczono ją w zupełnie niedostępnym dla rowerów głębokim jarze małego potoku. Tak więc pozostało nam zjechać do Marklowic najbliższą drogą asfaltową i wrócić do domu. Łącznie przejechałem nieco ponad 30 km, co uważam za świetny wynik, zważywszy że był to mój tegoroczny rowerowy debiut.

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
X Jubileuszowy Zlot Oddziałów PTTK Województwa Śląskiego

22.04.2017

Jak ten czas leci! Zupełnie niedawno nasza drużyna brała udział w pierwszym inauguracyjnym zlocie Oddziałów PTTK w Pszczynie, a teraz mieliśmy okazję uczestniczyć w nim już po raz dziesiąty. Zlot ten był dla nas wyjątkowy też z innego powodu. Autorem i przewodnikiem tras był nasz Ondraszek W. Nowak a pomagał mu J. Geresz z Żywca. Początkowo przewidywano, że będą dwie trasy, ostatecznie jednak pojechaliśmy wszyscy w tym samym kierunku.

Tradycyjnie Ondraszek wystawił silną dwudziestoosobową ekipę, co wobec 66 uczestników na trasie rowerowej było znaczącym wynikiem i to pomimo, że kilku z zapisanych przerzuciło się na trasy piesze lub z różnych powodów nie przyjechało.

Start wyznaczono przy bielskim dworcu PKP, gdzie oczekiwali już prowadzący i kłębił się tłumek postaci w strojach kolarskich i… pelerynach. Te ostanie były niezbędnym dodatkiem, gdyż wiosna ostatnio nas nie rozpieszcza, a na okolicznych szczytach górskich było całkiem biało.

Prowadzący postawił sobie karkołomne zadanie poprowadzenia tego dość licznego peletonu w normalnym ruchu miejskim i do tego przekazywania na bieżąco informacji krajoznawczych na temat oglądanych obiektów. A, że Bielsko i Biała mają długą i ciekawą historię było tego sporo zgodnie z załączonym wykazem. Było to trudne zadanie, jednakże, dzięki wykorzystaniu ulic o mniejszym natężeniu ruchu, rowerowych ścieżek, których w mieście było całkiem sporo oraz dyscyplinie w peletonie, udało się nam dojechać na metę w jednym kawałku.

Z trasy warto było wyróżnić ledwo co oddane do użytku Bulwary Straceńskie z rewelacyjną ścieżką rowerową, kolekcję starych samochodów w dawnym zajeździe tramwajowym, kolekcję „maluchów” wystawionych jako atrakcja w centrum handlowym, otwarty specjalnie dla nas kościół ewangelicki w Białej oraz mały, lecz historycznie ważny, kościół w Lipniku. Tam też dopadła nas ekstremalna aura - bo nie dość, że było zimno, to jeszcze zaczął padać deszcz ze śniegiem. Na szczęście, zanim dojechaliśmy do ośrodka ZIAD pod Szyndzielnią, przestało padać i pojawiło się nawet nieśmiało słońce.

Na mecie powitał nas już spory tłum uczestników, a było podobno zapisanych coś ponad 540 osób. Spotkaliśmy też 3-osobową ekipę z cieszyńskiego Oddziału PTTK z prezesem J. Tyczkowskim oraz „spieszonych” Ondraszków. Jedną z atrakcji mety był przygotowany konkurs wiedzy o Bielsku-Białej. I tutaj znajomością materii zaskoczył nas A. Sorkowicz, który w nim wystartował i zajął dobrą III lokatę.

Pod wiatą hulał zimny wiatr, więc po odebraniu świadczeń i konsumpcji posiłku, uczestników szybko ubywało. A nam pozostało wrócić w miejsce startu, gdzie mieliśmy zaparkowane auto. Przejechaliśmy ok. 35 km i mimo dość paskudnej pogody myślę, że zlot był udany i warto było w nim wziąć udział.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Otwieramy pierwszy sezon kolarski w drugim półwieczu klubu

23.04.2017

To wydarzenie miało historyczną rangę ze względu na swoją wyjątkowość, bo przecież pierwszy sezon otwiera się tylko raz, a nam udało się to zrobić powtórnie. Wydarzenie to wyjątkowe było też i z innego powodu. Wszyscy uczestnicy uzyskali dodatkowy tytuł „Twardziela Nowootwartego Sezonu”. No bo kto z przeciętnych użytkowników bicykla widząc termometr z paroma kreskami nad zerem oraz beznadziejny deszcz ze śniegiem za oknem bierze rower i jedzie na wyznaczoną zbiórkę? Tylko Ci, którym kołacze się po głowie fraza Ondraszkowego przyrzeczenia „że choćby żabami prało, i koło się w tył obracało, jedziemy...” oraz zmotywowani sympatycy. I takich Twardzieli zebrało się aż 25, w tym nasza młodzież Juniorek - B. Sorkowicz i P. Zmełty.

Ambitny plan Skryby wyjazdu do Pogórza, z racji tak ekstremalnych warunków, i tak został zweryfikowany. Zapobiegliwy Unisono M. Wlach już wcześniej zamówił dla nas miejsce pod daszkiem i w ciepełku w przytulnej restauracji w Pogwizdowie. Zebrane „pod laubami” Ondraszki oraz sympatycy, otuleni w ciepłą odzież oraz peleryny, przyjęli tą zmianę ze zrozumieniem, a Rechtór zaproponował i poprowadził zaimprowizowaną trasą. Po przeczekaniu większego deszczu wyruszyliśmy w drogę. Pojechaliśmy na Zaolzie i przez Brandys bocznymi ścieżkami do Kocobędza.

Tutaj zobaczyliśmy kilka schronów bojowych wybudowanych w latach 1936-1937 przez Czechosłowację do obrony granic przed zakusami zachłannych sąsiadów (w tym wypadku Polski). Linia tych bunkrów zaczyna się koło Cieszyna i ciągnie się wzdłuż dawnej (a właściwie i obecnej) granicy, przez Sudety i dalej na południe, otaczając całe państwo pierścieniem. Miano ich wybudować łącznie aż 14,5 tyś, a harmonogram przewidywał zakończenie budowy fortyfikacji w 1951r(!). Jak uczy historia nie na wiele się jednak przydały. Następny przystanek miał miejsce w Podoborze przy nowo postawionym budynku obsługi Archeoparku. Tutaj na pewno warto zajrzeć na dłużej, bo budowla wygląda imponująco. W dalszej drodze mieliśmy możliwość zobaczyć destrukcyjny wpływ wydobycia węgla na okolicę. Z dawnej wsi Łąki nad Olzą pozostał jedynie rozsypujący się kościół pw. św. Barbary, a reszta dawno zniknęła pod wielometrowymi zwałami kopalnianych hałd, które zupełnie zmieniły wygląd tej niegdyś uroczej okolicy. Dojechaliśmy następnie do Raju (dzielnicy Karwiny), gdzie podglądnęliśmy nowo wybudowany stadion piłkarski i wróciliśmy na polską stronę. W międzyczasie pogoda, o dziwo, zrobiła się całkiem znośna, przestało padać, a zza chmur nawet wyjrzało... słońce. I gdyby nie ten zimny wiatr byłoby całkiem przyjemnie. Nam jednak śpieszyło się na metę, gdzie niebawem dotarliśmy jadąc przez Kaczyce. Tutaj już nas oczekiwało kilku Ondraszków, którzy przyjechali na skróty, więc razem było nas ok. 30. Skocznymi melodiami powitał wszystkich duet muzyczny naszego Maniusia, a grali tak dobrze, że nogi same rwały się do tańca.

Po konsumpcji przygotowanego dobrego posiłku przystąpiliśmy do najważniejszej czynności tej imprezy, czyli mianowania na Ondraszka jednego z dotychczasowych „pogan”. Po pokonaniu ostatniej przeszkody (przełknięcia tajemniczej mikstury) i złożenia uroczystej przysięgi Aleksander Sorkowicz przy aplauzie wszystkich zgromadzonych otrzymał klubowe imię: OLO. Odbył się również tradycyjny konkurs łowienia ryb na sucho, a był bardzo zacięty, bo wymagał dogrywki. Był też konkurs wiedzy o Ondraszku i klubie. Ten ostatni wymagał przyswojenia tajemnej wiedzy z monografii, którą wydaliśmy z okazji ubiegłorocznego jubileuszu. Tutaj nieprzeciętną wiedzą wykazał się Bystry - J. Rezmer (I miejsce), Apanaczi - B. Toman (II miejsce) i Dzięcioł - G. Cieńciała (III miejsce).

Zwycięzcy otrzymali upominki i każdy już własnymi ścieżkami wracał do domu. Moment zakończenia też wybraliśmy właściwy, bo ledwie dojechaliśmy do Cieszyna znów lunęło deszczem. Łącznie przejechałem 31 km i podkreślam, że mimo tej niepewnej pogody było warto!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Gwarka”

13.05.2017

Jak to bywa 13, nie można liczyć na nic pewnego. Pogoda niespecjalnie zachęcała do wyprawy rowerowej, było pochmurno i chłodno, ale nie padało. O wyznaczonej godzinie na rynku zebrało się 13 Ondraszków (dopasowaliśmy się do daty) ciekawych tego, gdzie nas Gwarek „zasmyczy”. Był to kwiat młodzieży męskiej z jedną rodzynką - druhną K. Pawliczek.

W takim składzie pojechaliśmy przez Dzięgielów i Cisownicę do Goleszowa Równi, gdzie zahaczyliśmy o Izbę Pamięci Jerzego Gajdzicy. Nie byliśmy tutaj zapowiedziani, ale akurat nadjechał potomek tego znanego „piśmiorza”, który zaprosił nas dalej i opowiedział o swoim przodku. Jego „praszczur”, Jura Gajdzica, mieszkał w tym samym miejscu, czyli „na gruncie”, na przełomie XVII i XVIII wieku. Był bogatym gospodarzem, tzw. ”siedlokiem” i posiadł dość rzadką wówczas umiejętność czytania i pisania. Dodatkowo wyróżniał się tym, że kolekcjonował książki, które podpisywał własnym exlibrisem, co było tym bardziej wyjątkowe. Jako że oprócz gospodarzenia na roli trudnił się też furmaństwem, wożąc własnym wozem przeróżne towary nawet do Austrii i na Węgry, toteż z niejednego pieca chleb jadł i niejedno widział. A to co widział zapisywał i w ten sposób powstał oryginalny „Zapiśnik”, który teraz jest cennym świadectwem epoki w której żył. Jego „Zapiśnik”oraz księgozbiór jest teraz w muzeum, a na miejscu zachowała się oryginalna izba, w której urządzono mini muzeum, które zobaczyliśmy.

Dalsza droga wiodła do Ustronia, gdzie Gwarek zarządził mały postój w „Oazie”, za czasów PRL-u kultowej gospodzie, z modnymi wówczas dancingami. Po zaliczeniu „małej czarnej” pojechaliśmy dalej wałami Wisły do Hermanic, gdzie nasz Gwarek się urodził i spędził szczęśliwe dzieciństwo. Miejsce to znalazł po długim kluczeniu, bo wiele się tutaj zmieniło. Nie zmienił się tylko stary jesion, pod którym stała rodzinna chałupa małego Kazia oraz Wisła, która nadal płynie nieopodal. Powrót do korzeni dla każdego z nas jest dużym wzruszeniem, i jak myślę w większości miejsca te dzisiaj też inaczej już wyglądają, o ile w ogóle istnieją.

Dalej pojechaliśmy do Skoczowa i następny postój nastąpił w stołówce miejscowego „Teksidu”, gdzie za jedynie 9,50 zł można było zjeść obfity obiad ze sporego wyboru dań. Wierzyć się nie chce, że jeszcze gotujemy w domu.

Najedzeni po uszy ruszyliśmy w drogę powrotną przez Bładnice, Kisielów i Ogrodzoną do Cieszyna. W międzyczasie nawet zaświeciło słońce, co potwierdza tezę, że z Ondraszkiem warto jechać bez względu na to co za oknem. Obaliliśmy tez mit pechowej 13-tki, więc wycieczkę należy zaliczyć do udanych. Przejechałem 34 km.

Rechtór-Zbyś
Dzień „Wędrowniczka”

21.05.2017

W swojej autorskiej wycieczce przodownickiej L. Szurman „Wędrowniczek” wziął na tapetę pradzieje Ziemi Cieszyńskiej, czyli zaproponował podróż do przeszłości. I to dosyć odległej, bo plemiennej, kiedy w nieprzebytej puszczy, w dolinie Olzy żyło sobie plemię Gołęszyców. Na rynku stawiło się ok. 20 Ondraszków gotowych zanurzyć się w odmętach przeszłości. Pojechaliśmy więc, często przez nas ostatnio uczęszczaną trasą, na Puńców i Dzięgielów, skąd odbiliśmy w stronę dawnego przejścia granicznego w Kojkowicach. Tuż przed nim wykonaliśmy kolejny skręt, podjeżdżając pod tzw. Farską Górkę. To tutaj, wg słów naszego prowadzącego, w dawnych czasach stała prasłowiańska gontyna. Oczywiście nie ma po niej śladu, lecz zachowały się opowieści, obecnie formułowane jako legendy. Wg jednej z nich, po przyjęciu chrześcijaństwa, ówcześni kapłani kazali wykopać ogromny dół, w którym schowano dotychczas czczone bóstwa, z nadzieją na ich powtórne odkrycie. Tak się jednak nie stało, po latach wszyscy zapomnieli, gdzie je zakopano, więc nadal czekają na swojego odkrywcę. Fakt, że prowadzone rozpoznanie archeologiczne potwierdziło obecność pogańskich plemion na tym terenie. Następnie wróciliśmy do rzeczywistości i podjechaliśmy do ewangelickiego ośrodka dla seniorów Eben-Ezer, aby odwiedzić naszego klubowego „Seniorka”, który niedawno się tu przeprowadził. Powitaliśmy Go serdecznie, przy czym zapewnił nas, że przy przeprowadzce nie zapomniał też o rowerze, tym samym mamy nadzieję znów się zobaczyć na którejś klubowej wyprawie.

Nasza trasa zakończyła się nieopodal, w bardzo ciekawym miejscu pod nazwą „Frankówka”. Serdecznie powitał nas gospodarz. Jak opowiadał, po latach starań, udało mu się wykupić prawie 2 ha nieużytków i wielkim nakładem sił i środków wybudować to bardzo urocze ranczo. W otoczeniu kilku niewielkich stawów połączonych mostkami stoi niewielki domek, a w pobliżu urocza piwniczka wbudowana w skarpę oraz grill.

I to właśnie było nam potrzebne, aby tą krótką wycieczkę zakończyć przy opiekanych kiełbaskach oraz planowaniu najbliższych rowerowych wypraw. Wznieśliśmy też toast za nowonarodzoną Hanię i jej rodziców, którzy mianowali Afi i Rechtóra powtórnymi dziadkami. Przy okazji podziwialiśmy też determinację i upór gospodarza oraz niebanalne rozwiązania techniczne i krajobrazowe, dzięki czemu „Frankówkę” można śmiało nazwać miejscem magicznym.

Do domu każdy już wracał na własną rękę - my przez Gumna i Zamarski. Przejechaliśmy 34 km, w sam raz jak na krótki niedzielny rowerowy wypad za miasto.

Rechtór-Zbyś
Galeria
Podbeskidzkie wędrówki rowerowe

27.05.2017

Nasi przyjaciele z drugiej strony Olzy zaplanowali tym razem rowerową wędrówkę po górskim pograniczu Czesko-Słowackim. Zapowiadało to spore wyzwanie kondycyjne, ale z drugiej strony zapewniało przy dobrej pogodzie piękne widoki z górskich szczytów.

Na starcie, w Mostach koło Jabłonkowa, stanęło 14 Ondraszków, w tym Szykowno, Apanaczi i dwóch sympatyków klubu, którzy przyjechali aż z Zabrza. Środowisko PTTS reprezentowało 3 beskidzioków w tym organizator wycieczki Monika oraz pochodzący z Mostów prowadzący wycieczkę Janusz Sikora. Towarzystwo to w większości przybyło pociągiem z Czeskiego Cieszyna, część autami, ale też kilku tradycyjnie, czyli na rowerach.

Po powitaniu i przedstawieniu atrakcji wycieczki ruszyliśmy i to od razu pod górkę, a naszym celem był Wielki Połom. Wygodna wąska droga, lecz o dobrej asfaltowej nawierzchni, pięła się zakosami coraz wyżej i wyżej, choć tylko w końcowym odcinku była naprawdę stroma. Peleton oczywiście się podzielił i choć wydawało się to prawie niemożliwe, gdzieś po drodze zagubił się jeden z Ondraszków. Okazało się, że tak skutecznie pomylił trasę, że do końca wyprawy już się nie spotkaliśmy. Droga trawersując górskie zbocze zapewniała świetne panoramy, zwłaszcza na słowackie góry. Nieco zasapani dotarliśmy pod szczytem do schroniska Klubu Czeskich Turystów. Tutaj mieliśmy zasłużony odpoczynek i czas na uzupełnienie kalorii i podziwianie panoramy. Wtedy nastąpił krótki, lecz karkołomny zjazd i niebawem przejechaliśmy prawie niezauważalną granicę ze Słowacją. Leśnym duktem dojechaliśmy do miejsca zwanego „Niedźwiedzia Skała”. Ku naszemu zdziwieniu, to leśne ustronie położone wysoko w górach, pełne było ludzi i samochodów. Okazało się, że przy uroczej kapliczce ustawionej w cieniu ogromnej skały z okazji św. Huberta, słowaccy myśliwi zaplanowali polową mszę świętą.

Na naszą prośbę, odświętnie ubrany zespół, na trąbkach zagrał kilka pięknych myśliwskich melodii, co nagrodziliśmy brawami. Podziwiając dalsze panoramiczne widoki, zjechaliśmy na sporej wielkości polanę i leśną drogą wróciliśmy do Czech. O dziwo, pomimo, że nadal byliśmy w leśnej głuszy, tuż za granicą droga zmieniła się w asfaltową, więc pomknęliśmy w dół, aż do Jabłonkowskich Szańców. W tym miejscu byliśmy już kilkakrotnie, więc można zauważyć, że gospodarze dbają o ten zabytek militarnej architektury. Utwardzona kamieniami droga, rozstawione tablice informacyjne i stado owiec wygryzających trawę, aby szańce całkiem nie zarosły. Szańce powstały w XVII wieku jako obrona Księstwa Cieszyńskiego oraz uczęszczanej drogi kupieckiej z Węgier na Śląsk w czasie zagrożenia turecką inwazją. Szczęśliwie jednak nigdy nie były zdobywane, a jedynym ich wrogiem okazała się miejscowa ludność, która przez lata wykorzystywała kamień z umocnień do budowy własnych chałup. I tak, po latach pozostało go niewiele, ale fortyfikacje ziemne są nadal czytelne.

Po tym spotkaniu z historią znów zanurzyliśmy się w las i obraliśmy kierunek na Bocanowice. Po drodze część ekipy się odłączyła, gdyż zmierzała do punktu startu czyli Mostów. Zjeżdżając stopniowo w dół osiągnęliśmy dolinę Olzy i w Bystrzycy wjechaliśmy na ścieżkę rowerową, która doprowadziła nas do Cieszyna.

Przejechałem ok. 60 km, a piękna pogoda i fajna trasa i rewelacyjne widoki sprawiły, że wyprawę należy zaliczyć do bardzo udanych.

Rechtór-Zbyś
Sztafeta rowerowa „500 km na 500 lat Reformacji"

02.06.2017 - 03.06.2017

W dniach 02-03 czerwca 2017r parafia ewangelicko-augsburska w Wiśle Czarne organizowała sztafetę rowerową „500 km na 500 lat Reformacji”. Pomysłodawcą uczestnictwa w tej imprezie kolarskiej był Andrzej Nowak – „Ziołowy”, który objechał trasę wokół jeziora Czerniańskiego o długości 5 km i rozpoczął kompletowanie drużyny. Jako że wszyscy zawodnicy, którzy wzięli udział w sztafecie są członkami TKK PTTK Ondraszek Cieszyn automatycznie ustalono nazwę drużyny „Ondraszek Cieszyn”.

Drużyna wystąpiła w składzie: kapitan - Kazimierz Szewczyk, Andrzej Nowak, Łukasz Wilczek, Beniamin Sorkowi i Aleksander Sorkowicz. W zawodach w dwóch kategoriach wzięło udział 21 zespołów. W kategorii OPEN – 13 zespołów oraz w 8 zespołów w kategorii SPORT. W południe odbyła się odprawa kapitanów, na której każdy zespół otrzymał identyfikator drużyny w formie czipu oraz prowiant (wodę, napój energetyczny, baton i banany).

Start kategorii OPEN rozpoczął się o godzinie 13:00 przy byłej restauracji Fojtula, a zmagania w naszej drużynie rozpoczął najmłodszy z ekipy Benek, który pokonując pierwszą pętlę wyprowadził naszą drużynę na linię zmian na trzecim miejscu. Każdy z nas przejechał jedno okrążenie o długości 5 km, aby dobrze zapoznać się z trasą. W dalszej części zawodów jechaliśmy po dwa okrążenia w następującej kolejności: Beniamin, Łukasz, Aleksander, Kazimierz i Andrzej. Utrzymując się na szóstej pozycji. Najlepsze czasy kręcili Andrzej i Beniamin od 10 do 11 minut, a pozostali około 15 minut. Wszyscy razem wspaniale walczyliśmy, lecz z biegiem czasu, w nocy, dopadł nas lekki kryzys, gdyż pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia. Każdy szukał chwili na odpoczynek i sen. Jakby tego było mało, temperatura w nocy spadła do zaledwie 4 stopni Celsjusza (na szczęście na plusie), dlatego wszyscy grzaliśmy się przy ognisku i piliśmy ciepłą herbatę. Przez te perypetie spadliśmy na 9. miejsce, ale wciąż tkwił w nas duch walki o jak najlepszy wynik. Andrzej, Beniamin i Łukasz jechali nawet po 3 okrążenia by dać innym trochę więcej czasu na odpoczynek, a przy tym odrabialiśmy straty. Wyszliśmy wtedy na 8. miejsce i broniąc się dzielnie przed atakami drużyny ze Starego Bielska, dowieźliśmy to miejsce do mety. Ostatnie okrążenie, jako wyróżnienie za pomysł udziału w sztafecie, przejechał Andrzej Nowak. Na mecie przybiliśmy piątki i zrobiliśmy wspólne zdjęcie całej drużyny wraz z pastorem.

Nasz czas na 500 km to 22 godziny i 30 minut. Pierwsze cztery drużyny były poza zasięgiem, a z innymi można było powalczyć. Wiadomo, że nie chodziło o wynik a raczej o przygodę, poznanie osób, sprawdzenie się na tle innych oraz udział w tak dobrze przygotowanej imprezie. Jedyne czego zabrakło w naszej drużynie, to liczebność ekipy, gdyż inne liczyły od 10 do 25 zawodników, oprócz jednej 4-osobowej drużyny „Samorządowców”. Razem w zawodach wzięło udział 286 kolarzy.

Wyniki w kategorii OPEN

  1. My są stela – 18 godz 58 min 19 s
  2. Jonidlo – 19 godz 27 min 58 s
  3. Płonące Siodła – 19 godz 29 min 44 s

Wyniki w kategorii SPORT

  1. Opony Sarafinowskie – 17 godz 55 min 15 s
  2. Góral MTB Team – 18 godz 27 min 21 s
  3. Skoczów – 18 godz 36 min 20 s

Porównując nasz wynik amatorów do zawodowców wcale tak dużo nie straciliśmy. Naszą drużynę dzielnie wspierał nasz kolega Grzegorz Sawka z Kostkowic. O godzinie 18:00 odbyło się ogłoszenie wyników sztafety, rozlosowanie nagród rzeczowych i wręczenie pamiątkowych medali za uczestnictwo dla każdego kolarza. Następnie odbył się koncert zespołu Bubka, po którym trzy zwycięskie drużyny (w dwóch kategoriach), z rąk bp Adriana Korczago i burmistrza Wisły Tomasza Bujoka, otrzymały puchary i medale. Z poczuciem dobrze wykonanej pracy i przeżycia wspaniałych wrażeń w czasie całej sztafety, która odbywała się przy pięknej pogodzie, z wielką radością wracaliśmy do domu. Obiecaliśmy sobie, że jeżeli będzie znów podobna impreza, chętnie weźmiemy w niej udział, ale z większą ilością zawodników. Organizatorom, na czele z księdzem, pastorem i głównym sędzią, złożyliśmy serdeczne podziękowania oraz gratulacje za przeprowadzenie tej wspaniałej ekumenicznej sztafety „500 km na 500 lat Reformacji".

Rechtór-Zbyś
Zielonoświątkowa jajecznica

04.06.2017

Zgodnie z pradawnym zwyczajem, w dzień Zielonych Świąt, Ondraszek wyruszył rowerowo w plener, aby zgromadzić się przy brytfannie pełnej smakowitej jajecznicy usmażonej na ognisku. „Kropelka” - W. Zmełty na miejsce akcji wybrał tym razem gospodarstwo agroturystyczne w Kisielowie, gdzie w kilku grupach dotarło prawie 40 Ondraszków i sympatyków roweru, w tym przedstawicieli klubu Wiercipięta z Jastrzębia.

Bezsprzecznie najmłodszym uczestnikiem wycieczki był 1,5-roczny Filip, syn „Alipali” obecnie Gołuckiej, którego dumnie przywiózł na siodełku rowerowym dziadek „Rechtór” - Z. Pawlik. Był to jednocześnie debiut Filipa w naszym rowerowym gronie i debiut Rechtora w roli przewoźnika. Nad częścią kulinarną spotkania panował „Śmig” - P. Holisz, a nasze panie przygotowały smakowity wsad do kotła w ilości coś ponad 100 sztuk. Przygotowana w kilku partiach jajecznica wszystkim bardzo smakowała, więc mistrz ceremonii zebrał zasłużone brawa. Po tym obżarstwie przystąpiliśmy do tradycyjnego konkursu strzeleckiego o puchar – patelnię ondraszkowej jajecznicy. Rywalizacja była ostra i wymagała dogrywki. Ostatecznie puchar zdobył „Długi” - R. Pawliczek. Rywalizowaliśmy również w konkurencji wbijania gwoździ do pniaka. Była z tego kupa śmiechu, bo niektórym „wiatr” krzywił gwoździe we wszystkie strony. Ostatecznie jednak udało się ustalić zwycięzców.

Swoje osiągnięcia oraz przygody zaprezentowała ondraszkowa drużyna reprezentująca klub w zawodach „500 km na 500-lecie Reformacji”, który odbywał się niedawno wokół jeziora w Wiśle Czarnym. Po rozdaniu przygotowanych upominków, obgadaniu czekających w naszym kalendarzu atrakcji, już własnymi ścieżkami rozjechaliśmy się do domów. Należy dodać, że dotychczas sprzyjająca pogoda się spaskudziła i dosłownie na kilometr przed domem dopadła nas burza. Filip był już bezpieczny w domu, ale Afi, Rechtór i Alipala ugrzęźli na dobre pod drzewem i w efekcie przyjechali całkiem przemoczeni.

Zbyszek Pawlik - Rechtór
Galeria
57 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej PTTK Świdnica

10.06.2017 - 17.06.2017

Teraz, kiedy opadły już emocje zlotowe, można przystąpić do podsumowania niedawnych wydarzeń. Należy podkreślić, że zlot to impreza, która z roku na rok przyciąga coraz więcej uczestników. W Świdnicy było nas już prawie 580, a dokładnie w tym samym okresie czasu do Cieszyna – tyle, że 11 lat temu – przyjechało niecałe 300 osób. Taka ilość rodziła poważne problemy organizacyjne, gdyż mało który organizator dysponuje tak obszerną bazą noclegową. Tu również nie było inaczej i spora część zlotowiczów – w tym naszej ondraszkowej ekipy – została zakwaterowana na drugim końcu miasta. Dlatego też, pomimo tego, że byliśmy jedną z najliczniejszych ekip na zlocie, ciężko było nam się spotkać w całości.

Główna baza zlotu mieściła się jednak na campingu, a codzienne odprawy odbywały się w pobliskiej hali lodowiska, więc ci, którzy mieszkali pod namiotami byli stale w centrum wydarzeń. A działo się wiele dobrego. I znów porównując poprzednie imprezy trzeba przyznać, że każda kolejna dodaje do organizacyjnego kanonu coś ciekawego. Tutaj organizatorzy wykonali kawał dobrej roboty, aby wszyscy byli zadowoleni i czuli się dowartościowani. Składały się na to codzienne pilotowane wycieczki rowerowe na kliku trasach , z czego skwapliwie korzystała większość uczestników. Ondraszki eksplorowały teren w różnych konfiguracjach osobowych. Często spotykaliśmy się na trasach choć jechaliśmy w różnych kierunkach. A było co zwiedzać. Do ciekawych miejsc, które zobaczyliśmy należy na pewno zaliczyć: Kościoły Pokoju w Świdnicy i Jaworze (znajdują się na liście UNESCO), słowiańską górę Ślęża, podziemia Riesse w Walimiu oraz zamek Książ. Wartością dodaną były spotykane, liczne na tym terenie, krzyże pokutne oraz pałace dawnego niemieckiego ziemiaństwa zachowane w różnym stanie. Należy też dodać, że licznie występują tu dawne folwarki, które jako poniemiecka własność nie miały dobrego gospodarza przez co obecnie w większości są zrujnowane i straszą załamanymi dachami.

Było też kilka wycieczek autokarowych, w tym na stronę czeską do Adšparskich Skał i do Wrocławia. Ondraszki również skorzystały z tej opcji zwiedzania. Zlot rozpoczął się i zakończył tzw. „świdnickimi biesiadami” przy ufundowanych grillowanych kiełbaskach i muzyce.

Dnia 14.06.2017 po powrocie z tras zorganizowano blok szkoleniowy „Bezpieczny rowerzysta”. Można tu było pod okiem fachowców próbować reanimować fantoma, poznać techniki masażu sportowego, zrobić profesjonalny przegląd roweru i pogadać z uczniami jedynej w Polsce średniej szkoły sportowej o profilu kolarskim.

Przez cały czas była też możliwość wzięcia udziału w wielu różnorodnych zmaganiach konkursowych. Nasz zespół, w zmieniającym się składzie, uczestniczył niemal we wszystkich. Trzeba przyznać, że z bardzo dobrym skutkiem. Okazało się, że w konkursie na hasło zlotowe najwyżej ocenione zostało to, które wymyślił duet „Olo” i „Czorno”, zdobyli tym samym I miejsce. A hasło brzmiało:

"TKK Ondraszek przyjechał na zlot z Cieszyna do Świdnicy, gdzie przyjaźń i przygoda na rowerze najbardziej sie liczy!"

Drużyna Ondraszka startująca w interesującej rowerowej grze miejskiej zajęła z kolei drugą lokatę. To samo miejsce zajęła ekipa startująca w ciekawym konkursie „Kocham cię Świdnico”, który przypominał organizowany przez telewizję popularny blok konkursowy „Kocham Cię Polsko”. W indywidualnych zmaganiach osobiście zająłem dwa V miejsca: w konkursie z zakresu wiedzy o ruchu drogowym oraz w konkursie krajoznawczym. Nic więc dziwnego, że przy wręczaniu nagród czerwone koszulki naszego klubu były wyjątkowo widoczne.

Warto też wspomnieć, że w konkursie Komisji Turystyki Kolarskiej ZGPTTK na najaktywniejszy klub w Polsce w roku 2016 zajęliśmy VII miejsce i odebraliśmy dyplom. Do ciekawych pomysłów należy na pewno organizacja rowerowej procesji w dniu Bożego Ciała. Wzięło w niej udział ok. 300 uczestników (czyli większość zlotowiczów), a role ołtarzy pełniły kościoły w okolicznych miejscowościach. Ksiądz kursował przed nami autem witając u progu poszczególnych stacji – kościołów, a na zakończenie, do mszy św. służył nasz „Olo”, gdyż jak się okazało przez długie lata był ministrantem. W wolnych od eksploracji terenu chwilach odbywały się oczywiście wieczorne Polaków rozmowy. Było bardzo sympatycznie znów spotkać się w gronie dawno niewidzianych przyjaciół z całej Polski. Niestety tydzień szybko minął, lecz rozstawaliśmy się pocieszeni informacją, że jest już znane miejsce i organizator zlotu AD2018.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
XVII Rajd do źródła Olzy

24.06.2017

Tradycyjnie już, w czerwcu, turyści rowerowi z obu stron Olzy spotykają się w Jabłonkowie, aby wspólnie udać się na Gańczorkę, gdzie znajdują się jedne spośród wielu źródeł Olzy. Start w Lasku Miejskim w Jabłonkowie przygotowali czescy koledzy z PTTS-u „Beskid Śląski” wspólnie z członkami PZKO. Po powitaniu przybyłych uczestników, dopełniono ostatnich formalności związanych z wypełnieniem listy obecności, po czym cały 44-osobowy peleton ruszył w obstawie Policji Miejskiej z Jabłonkowa w kierunku granicy z Polską w Bukowcu. Utartym szlakiem dotarliśmy do Istebnej Tartaku. Stamtąd początkowo bocznymi drogami, a później ścieżką przez łąkę i las, chętni do zwiedzania dotarli do pracowni i galerii obrazów Jana Wałacha. Mogliśmy tam obejrzeć małe i duże, mam na myśli format, prace artysty wykonywane w różnych technikach malarskich, ponadto drzeworyty oraz inne pamiątki po artyście. Po zwiedzeniu muzeum powróciliśmy do rowerów i udaliśmy się w dalszą drogę wzdłuż Olzy w kierunku Gańczorki. Droga do źródełka, które było celem naszej wyprawy, wiodła nową ścieżką wykonaną przez leśnictwo Istebna.

Przy źródełku Władek Kristen przypomniał historię odkrycia tego miejsca, opowiedział kilka anegdot z nim związanych oraz zaintonował “Płyniesz Olzo”, którą wszyscy uczestnicy odśpiewali gromkim głosem. Następnie, już bez żadnych przygód (pamiętamy ubiegłoroczne spotkanie z dziką bestią!) dotarliśmy do rowerów i pojechaliśmy na metę przygotowaną w pensjonacie „Maria”. Tutaj czekał na nas posiłek, a dzięki uprzejmości GOK Istebna przygrywała nam też 2-osobowa kapela góralska.

Na zakończenie wycieczki zostały wręczone puchary ufundowane przez:

  • Wójta Gminy Istebna
    • dla najliczniejszej grupy zorganizowanej (ekipa PTTS ”Beskid Śląski”w Czechach),
  • PZKO
    • dla najstarszego uczestnika (Józef Štirba z PTTS),
    • dla najmłodszego uczestnika (Mateusz Wałach z PTTS).

W tym roku puchary w komplecie powędrowały na Zaolzie.

Wiceprezes Jarosław Rezmer - “Bystry”
Galeria
XX Jubileuszowy Rodzinny Rajd Rowerowy

25.06.2017

Dnia 25 czerwca 2017 roku, przy pięknej pogodzie, cieszyński rynek stał się miejscem spotkania kilku pokoleń rowerzystów, którzy wyruszyli na trasę tegorocznej, jubileuszowej już XX edycji rodzinnego rajdu rowerowego. Impreza ta na stałe zagościła w kalendarzu wydarzeń sportowo-rekreacyjnych miasta organizowanych przez nasz klub. Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objął p. Ryszard Macura - Burmistrz Miasta Cieszyna, p. Krzysztof Glajcar - Wójt Gminy Goleszów, na terenie której zorganizowano metę, a także p. Jacek Tyczkowski - Prezes Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie. Patronat medialny objął „Głos Ziemi Cieszyńskiej”, a imprezę kilkukrotnie anonsowano na jego łamach, a także „Wiadomości Ratuszowych” oraz stronach internetowych miasta, powiatu oraz klubu. W odstępach czasu kilkukrotnie ponawiano również plakatowanie w miejskim systemie ogłoszeniowym.

Celem imprezy było propagowanie czynnego wypoczynku na rowerze jako środka integrującego rodzinę, promowanie oznakowanych ścieżek rowerowych, poznanie uroków Ziemi Cieszyńskiej oraz popularyzacja wiedzy z zakresu pomocy medycznej i bezpiecznego poruszania się po drodze.

W rajdzie udział wzięło ok. 130 uczestników, przedstawicieli aż czterech pokoleń, w tym nastoletnich gości z USA, którzy przyjechali tutaj na wakacje. Licznie była reprezentowana grupa dzieci i młodzieży. W rajdzie uczestniczyli przedstawiciele grup zorganizowanych, należących do okolicznych turystycznych klubów kolarskich: „Przerzutka” Zebrzydowice, „Ondraszek” Cieszyn, a także „Wiercipięta” Jastrzębie-Zdrój.

W ramach opłaty wpisowej uczestnicy otrzymali pamiątkową koszulkę z wyszczególnieniem wszystkich dotychczas zorganizowanych rajdów, a także najnowszą wersję mapy tras rowerowych Śląska Cieszyńskiego. Konferansjer i komandor imprezy Zbigniew Pawlik przekazał informacje o czekających uczestników atrakcjach, a obecny na starcie (wraz z rowerem!) Burmistrz Miasta p. Ryszard Macura, a także Honorowy Prezes Oddziału PTTK w Cieszynie p. Ryszard Mazur, w swoich wystąpieniach przekazali słowa uznania startującym. Patronat medialny nad imprezą objął „Głos Ziemi Cieszyńskiej”, której reporter wykonał uczestnikom grupowe zdjęcie. Był też obecny reporter z TV Ostrawa - sekcja polska i przeprowadził wywiady z prowadzącymi imprezę oraz burmistrzem Miasta Cieszyna. O godzinie 1000 wystartowała pierwsza grupa. Na tym rajdzie, dotychczasowy wielki i pilotowany przez Policję peleton, został zastąpiony małymi maksymalnie 15-osobowymi grupami, które dojeżdżały na metę wieloma trasami, prowadzone przez klubowych przodowników turystyki kolarskiej. Była też możliwość indywidualnego przejazdu w ramach przygotowanej rowerowej gry terenowej, z czego skorzystało 5 zespołów. Ogólnie trasy liczyły ok. 20 km i prowadziły przez malownicze tereny gminy Goleszów aż do gospodarstwa agroturystycznego Etnochata „Topolej”, gdzie zorganizowano metę. W trakcie odpoczynku na trasach prowadzący przekazali uczestnikom słodki poczęstunek ufundowany przez firmę Mondelez Olza.

Na mecie uczestników powitała w imieniu władz gminy Zastępca Wójta p. Grażyna Porębska-Jochacy, pracownik Urzędu Gminy Goleszów, p. Tomasz Lenkiewicz oraz p. Ryszard Mazur. Tutaj uczestnicy otrzymali ciepły posiłek i po krótkim odpoczynku przystąpiono do realizacji zaplanowanego bloku sportowo-rekreacyjnego. Odbyły się następujące konkurencje:

  • Konkurs rysunkowy dla dzieci „Moja wycieczka rowerowa”. Wszystkie prace wykonane kredą na kartonach przez naszych milusińskich zostały nagrodzone upominkami. Najmłodsza artystka miała 2,5 roku.
  • Konkurs „bieg w workach” dla dzieci, zwyciężyli:
    1. Jonasz Raszka, 10 lat,
    2. Szymon Górniak, 5 lat,
    3. Marcin Pońc, 10 lat.
    Dodatkowo za zaangażowanie w konkurencję uhonorowano Alicję Węglorz, 4 lata.
  • Konkurs wiedzy „Rowerzysta w ruchu drogowych ”, zwyciężyli:
    1. Jarosław Rezmer 10 pkt,
    2. Mariusz Bubik 8pkt,
    3. Janusz Czech 7 pkt.
  • Konkurs „Wymiana dętki w rowerowym kole” na czas, zwyciężyli:
    1. Henryk Słowiak 52.05 sek,
    2. Henryk Brylewski 57.39 sek,
    3. Mariusz Bubik 68,8 sek.
  • Konkurs rzutu oponą, kategoria: dorośli, zwyciężyli:
    1. Jadwiga Przywara 15 pkt,
    2. Andrzej Nowak „Ziołowy” 12 pkt,
    3. Fryderyk Wędrzyn 11pkt.
  • Konkurs rzutu oponą, kategoria: dzieci, zwyciężyli:
    1. Jonasz Raszka,
    2. Miłosz Fijałkowski,
    3. Marcin Pońc.
    Dodatkowo uhonorowano Erwina Pawliczka.

Zwycięzcy we wszystkich zmaganiach konkursowych otrzymali nagrody rzeczowe. Otrzymali je również uczestnicy rowerowej gry terenowej, którzy na podstawie mapy startowej, ze znalezionych w terenie liter odcyfrowali hasło „Na rowerze z Ondraszkiem”. W ramach bloku edukacyjnego szkolenie ze sztucznego oddychania przeprowadził p. Grzegorz Gawłowski, zastępca szefa grupy GOPR w Cieszynie. Uczestnicy mogli pod jego kierunkiem samodzielnie sprawdzić nabytą wiedzę na przygotowanym fantomie. Inną atrakcją mety było tez stoisko firmowe Dr Marchewka, gdzie prowadzono nieodpłatne badania wzroku.

Najbardziej oczekiwaną częścią imprezy było zapewne wręczenie ufundowanych pucharów. Otrzymali je:

  1. W kategorii „Rodzina rajdowa”: 4-osobowa rodzina p. Górniaków. Puchar ufundowany przez Burmistrza Miasta Cieszyna wręczył p. R. Mazur.
  2. W kategorii „Najwcześniej urodzeni rajdowicze”: puchary ufundował wójt Gminy Goleszów, a otrzymali je: Krystyna Pawliczek oraz Władysław Gojniczek oboje z klubu Ondraszek. Puchary wręczyła p. Grażyna Porębska-Jochacy.
  3. W kategorii „Najliczniejsza grupa zorganizowana”: puchar ufundowany przez Honorowego Prezesa Oddziału PTTK „Beskid Śląski” w Cieszynie zdobyła 12-osobowa ekipa z klubu „Przerzutka” Zebrzydowice, a wręczył go osobiście sam fundator. 11-osobowej grupie przedstawicieli klubu „Wiercipięta” Jastrzębie wręczono dodatkowo upominek.

Wyróżniono również rajdowych juniorów:

  1. W kategorii „Rajdowego Juniora”, czyli najmłodszego rowerzysty, który samodzielnie pokonał trasę, nagrodę rzeczową otrzymał 6 letni Benjamin Mrózek (r. 2011).
  2. W kategorii „Najmłodszy uczestnik rajdu”, słodką nagrodę i upominek odebrała Aleksandra Węglorz (r. 2014), która była pasażerem na rowerze rodziców.

Impreza mogła zostać zrealizowana dzięki pomocy następujących instytucji oraz firm:

  • Urządu Miejskiego w Cieszynie
  • Starostwa Powiatowego z Cieszyna
  • Urządu Gminy Goleszów
  • firmie Mondelez Polska S.A. Oddział Olza Cieszyn
  • oraz innych
a przede wszystkim dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu wielu osób z Turystycznego Klubu Kolarskiego „Ondraszek”, którzy zapewnili pełną organizację oraz obsługę tego wydarzenia.
Prezes TKK Ondraszek, Zbyszek Pawlik - Rechtór
„Z rowerową wizytą u sąsiadów” – okolice Bielska-Białej

09.07.2017

Wyprawę tradycyjnie przygotował nasz bielski Ondraszek - Włodek Nowak. Uczynił to niezwykle starannie, a temat był podany w dość tajemniczej formie. Włodek miał też znajomości wśród „czynników wyższych”, gdzie zamówił piękną pogodę, którą dostarczono na czas.

Nic zatem dziwnego, że przy dworcu PKP w Bielsku zebrało się nas prawie 20 Ondraszków. Po powitaniu i objaśnieniu jakie atrakcje przed nami, pojechaliśmy przez centrum miasta do muzeum „Dom Tkacza”. Jest to wierna rekonstrukcja drewnianego budynku z XVIII wieku. Oryginalny niestety spłonął w 1986, tuż przed otwarciem muzeum. Wewnątrz odtworzono warsztat i mieszkanie zamożnego mistrza sukienniczego, co przypominało o tkackich tradycjach Bielska. Na poddaszu z kolei zebrano ekspozycję etnograficzną strojów regionalnych z okolic, w tym z Beskidu Śląskiego, Pszczyny oraz Małopolski (m.in. Wilamowic).

Jadąc dalej, korzystając ze ścieżek rowerowych, dotarliśmy do Gemini Parku, gdzie akurat odbywał się zlot „maluchów”. Zadziwiające, jak to małe autko, jeszcze nie tak dawno popularne na drogach, stało się obiektem kolekcjonerskim, a niektóre z nich były naprawdę dopieszczone. Następnie podjechaliśmy do Bystrej. Tutaj zatrzymaliśmy się na dłużej zwiedzając muzeum artystyczno-biograficzne Juliana Fałata, który zmarł tu w 1929 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Ten znany polski malarz z przełomu XIX i XX wieku, rówieśnik Wojciecha Kossaka, kupił w 1910 roku posiadłość, w której obecnie znajduje się muzeum. Oprowadzała nas sama pani kustosz i w interesujący sposób omówiła zbiory dokumentujące życie prywatne, osiągnięcia i kolekcję obrazów mistrza. Przedstawiono też dzieje słynnej, a obecnie nieistniejącej panoramy Berezyna, która była dziełem spółki Fałat & Kossak. J. Fałat był bardzo sławny i ceniony, choć jak się dowiedzieliśmy, życie go jednak nie rozpieszczało. Temat był tak ciekawy, że nie wiadomo kiedy zleciała nam cała godzina, a i tak nie wszystko udało się nam zobaczyć.

Następnym przystankiem w naszej rowerowej peregrynacji był kościół parafialny w Rybarzowicach. Ksiądz proboszcz powitał nas serdecznie i opowiedział historię świątyni. Parafianom „od zawsze” wystarczał mały XIX-wieczny kościółek. Jednak obecnie był już za ciasny i postanowiono go w niekonwencjonalny sposób powiększyć. W 2004 roku z boku dobudowano sporej wielkości rotundę, potem zlikwidowano jedną z bocznych ścian i w ten sposób powstała jedna świątynia składająca się z dwóch części - dawnej i nowoczesnej - co wewnątrz jest doskonale widoczne. Dodatkowym atutem tego miejsca był pięknie zaaranżowany ogród otaczający cały kościół. Z błogosławieństwem otrzymaliśmy też pieczątki do KOT-ów oraz breloczki ze Świętym Krzysztofem – patronem podróżników.

Teraz ruszyliśmy super ścieżką rowerową w górę potoku Żylica i dojechaliśmy docelowo do Szczyrku, gdzie znajdowała się meta naszej wycieczki. Tutaj, w regionalnej gospodzie, mieliśmy zamówiony obiad, za czym wszyscy już tęsknili oraz mieliśmy dowiedzieć się czym jest rzeczona niespodzianka.

Było nią spotkanie z miejscowym gawędziarzem - instrumentalistą. Ubrany w góralski strój przyniósł całe naręcze różnych fujarek na których grał, a w przerwach gawędził o tym jak „hańdowni bywało”. Zagrał też na dudach oraz stuletniej harmonii-guzikówce.

I tak radośni i najedzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Niespodziewanie natknęliśmy się na „prawie prawdziwego” Ondraszka, który był ozdobą miejscowego festynu sportowego. Wykonane rodzinne zdjęcie na pewno trafi do annałów historii naszego klubu. Część ekipy ruszyła przez Przełęcz Salmopolską do Wisły i Cieszyna, a część (zmotoryzowanych) wróciła w miejsce startu. Ogółem przejechałem 47 km, a wyprawę zaliczam do udanych i niezwykle ciekawych.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Paparazziego”

16.07.2017

Paparazzi zaprosił uczestników na rowerową podróż szlakiem ciekawych miejsc na trasie do Bielska. Jako że były określone dwa miejsca startu: w Cieszynie i Skoczowie, skorzystałem z tego drugiego. Na placu targowym wraz z kilkoma uczestnikami oczekiwałem na przybycie peletonu dowodzonego przez prowadzącego. Przyjechali niebawem i było nas już 13 Ondraszków i kilku sympatyków.

Paparazzi jest znany z tego, że ma rower obwieszony wszelkimi gadżetami, z GPS’em na czele. Dzięki temu, kilkukrotnie zaskoczył nas, prowadząc naszą wycieczkę dotąd nieznanymi nam ścieżkami. Przejechaliśmy przez Pogórze na dawny trakt bielski, a w Grodźcu skręciliśmy pod stare zamczysko Grodeckich. Tutaj nastąpił krótki odpoczynek. Obeszliśmy cały zamek dookoła, podziwiając po drodze piękne pomnikowe drzewa w parku. Dalej podjechaliśmy na wzgórze Goruszka, gdzie zobaczyliśmy odrestaurowaną zamkową kaplicę grobową. Następny przystanek nastąpił również na wzgórzu Goruszka, lecz już w Jaworzu - w miejscu, gdzie właściciele tej miejscowości wybudowali w XVIII wieku altanę widokową - świątynię dumania. Od tego czasu okoliczne drzewa mocno się rozrosły zasłaniając cały widok z altany. Jaworza specjalnie nie zwiedziliśmy, jednak podjechaliśmy do niedawno otwartej tężni solankowej. Warto było skorzystać z możliwości nawdychania się zdrowego „morskiego” powietrza. Ciekawe, że tężnia ma całkiem odwrotną konstrukcję niż ta w Dębowcu. Tutaj trzeba dookoła niej chodzić, więc korowód kuracjuszy i spacerujących w tym samym kierunku ludzi, robił wrażenie… więziennego spacerniaka.

Z Jaworza do Bielska to już prawie rzut beretem. Przejechaliśmy jeszcze koło lotniska w Aleksandrowicach, obserwując startujące i lądujące szybowce. W Bielsku, korzystając ze ścieżek rowerowych, dojechaliśmy na metę - do pączkarni w Białej. Prowadzący obiecał na starcie, że tutaj zafunduje uczestnikom po „kreplu” (pączku) i słowa dotrzymał. Tutaj też zakończyła się pilotowana część wycieczki i powrót każdy organizował sobie na własną rękę. Jako że pogoda była wspaniała, a Bielsko to miasto godne dłuższego pobytu, większość z nas pojechała najpierw na zamek, a potem na rynek do Bielska. Trzeba przyznać, że zmieniło się tutaj dużo i obydwa miejsca wyglądają naprawdę wspaniale: chociażby zamkowy dziedziniec, który w całości został przykryty szklanym zadaszeniem opartym na specjalnej ażurowej konstrukcji.

Do Skoczowa dojechałem w towarzystwie Łukasza oraz Gwarka zatrzymując się na dłużej w Jaworzu. A to, co zobaczyliśmy, niedługo stanie się celem kolejnej naszej ondraszkowej wyprawy. Tą niedzielną wycieczkę poza miasto zaliczam do bardzo udanych.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Rowerowym szlakiem Green Velo - cz. II Północne Mazury

18.07.2017 - 22.07.2017

W ubiegłym roku przejechaliśmy po Green Velo od jego początku, czyli od Elbląga, po Bartoszyce (na skraj Warmii). Na ten rok pozostały nam Mazury. Mieliśmy na to 4 dni, co w zupełności wystarczyło.

Ostatecznie, ze względów logistycznych, w tym samym składzie („Rechtór”, „Afi” i J. Pawlik) dojechaliśmy samochodem do Kętrzyna. Tutaj porzuciliśmy auto i przepakowaliśmy bagaż na rowery by wyruszyć na spotkanie z przygodą. W Barcianach napotkaliśmy znajome pomarańczowe drogowskazy z charakterystycznym logo Green Velo. Miasteczko z krzyżackim zamkiem i średniowiecznym kościołem na pewno było warte zobaczenia, a dobry obiad, w jedynej chyba restauracji, też nas błogo nastroił. Zaraz za Barcianami znaki skierowały nas na boczną żwirową drogę i… tak miało w większości pozostać do końca wyprawy. Niedaleko, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, spotkaliśmy osadę o znajomej nazwie - Pastwiska - jakże niepodobnej do naszej cieszyńskiej dzielnicy.

Cechą mazurskiego odcinka szlaku było to, że trzymał się z boku głównych dróg i związanych z nimi miejscowości. Przez większość trasy jechaliśmy zatem w sielsko-wiejskim krajobrazie, a mijaliśmy jedynie bociany i krowy. Nasza żwirowa dróżka była porządnie oznakowana i nawet wyposażona w bariery w miejscach o bardziej stromych skarpach. Według mnie była to lekka przesada, że np. na skrzyżowaniach z innymi polnymi dróżkami, gdzie jedynym napotkanym pojazdem mechanicznym mógł być traktor, znaki drogowe obwieszczały koniec drogi rowerowej by kawałek dalej zaznaczyć znów jej początek. Co kilkanaście kilometrów rozmieszczono MOR-y (Miejsca Obsługi Rowerzystów) w postaci zadaszonej wiaty, stojaków na rowery oraz budki z toaletą (toi-toi). Trzeba podkreślić, że choć urządzono je czasami na zupełnym pustkowiu, wszystkie były zadbane, trawa wokół wykoszona, a w WC był nawet papier toaletowy. Widać, że szlak ma swojego lokalnego opiekuna. Na dojazdach do większych miejscowości (np. Węgorzewo, Banie Mazurskie, Gołdap) nasza żwirowa dróżka zamieniała się w porządnie oznakowany asfaltowy pas, towarzyszący lokalnej drodze powiatowej. Wszędzie była jednak separowana od drogi publicznej tak, że auta trzymały się od rowerów w bezpiecznej odległości.

Węgorzewo przywitało nas przydrożnym banerem wieszczącym, że jest to rowerowa stolica Polski. Skoro jesteśmy w stolicy, to zostaliśmy tutaj nieco dłużej. Na nocleg zakotwiczyliśmy w agroturystyce w Węgorzewie. Nazajutrz zboczyliśmy ze szlaku, aby objechać dookoła jezioro Mamry, czyli zaliczyć „Małą pętlę Mamr”. Celem było zobaczyć pałac w Sztynorcie Wielkim oraz kompleks niemieckich, dobrze zachowanych bunkrów w Mamerkach. Plan ten nie do końca wypalił, gdyż pałac był w remoncie, a bunkry zamiast zwiedzać to zmuszeni byliśmy wykorzystać do przeczekania ulewy, która nas akurat dopadła. I tak po przebyciu około 40 km, z czego prawie połowę w deszczu, przemoczeni, znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli w Węgorzewie. Na szczęście wreszcie przestało padać, więc pojechaliśmy dalej i znaleźliśmy nocleg w osadzie Grądy Węgorzewskie, w agroturystyce „Zielona dolina”. Piękne to miejsce i mili gospodarze, więc godne polecenia na dłuższy popas.

Na rowerze taszczyłem też namiot, który tym razem się przydał. Miło wspominamy dwa noclegi pod namiotem na campingu MOSiR nad jeziorem Gołdap, no może za wyjątkiem komarów, które nas mocno atakowały. W ostatnim rowerowym dniu pojechaliśmy już bez bagażu do punktu końcowego naszej wyprawy. Był to trójstyk granic Rosji, Litwy i Polski o nazwie „Wisztyniec” położny około 40 km na wschód od Gołdapi. I tak obchodząc dookoła granitowy obelisk z wyrytymi godłami odwiedziliśmy od razu je wszystkie. Jak się później okazało w Rosji byliśmy nie całkiem legalnie, bo na tablicy obok jak wół pisało, że obowiązuje zakaz wchodzenia na ich kawałek terenu.

Nieopodal był też pomnik naszego Green Velo - w sam raz na pamiątkowe zdjęcie - z ukończenia jego północnej części. Po drodze w Stańczykach podziwialiśmy niezwykłe, najwyższe w Polsce, wiadukty kolejowe, tzw. „akwedukty północy”. Wiadukty wybudowano w celu przerzucenia linii kolejowej nad głębokim jarem rzeki Błędzianki. Powstały dwa identyczne tuż przed I Wojną Światową oraz zaraz po niej. Pociągi jednak wykorzystywały tylko jeden z nich, a i to do czasu gdy Rosjanie w 1944r. w ramach „wyzwalania” zdemontowali tory kolejowe i wywieźli je na wschód. Pozostało tylko torowisko, obecnie częściowo wykorzystane na ścieżkę rowerową oraz infrastruktura kolejowa. W mijanej miejscowości Żytkiejmy na elewacji dawnego dworca była nawet wyraźnie widoczna jej dawna niemiecka nazwa.

W Stańczykach miało też miejsce niezwykle miłe przypadkowe spotkanie z rowerową grupą organizatorów zlotu przodowników turystyki kolarskiej w Świdnicy. Jechali w przeciwnym kierunku Hajnówki z zamiarem dotarcia do Gdańska. Jako, że mieliśmy na sobie akurat zlotowe koszulki więc łatwo się rozpoznaliśmy.

Podsumowując, trzeba przyznać, że te 200 km mazurskiego odcinka trasy nie oferuje tylu zabytków kultury materialnej co warmiński odpowiednik, w zamian stawiając na obcowanie z przyrodą. Mile zapamiętamy sielskie krajobrazy z jeziorami w tle, urocze miejscowości, Puszczę Romincką oraz całkiem konkretne podjazdy (ostatni fragment to region o nazwie Mazury Garbate). Na pewno warto się zatrzymać na dłużej w Węgorzewie, gdzie wytyczono wiele lokalnych ścieżek rowerowych oraz w Gołdapi - jedynym na Mazurach uzdrowisku z niedawno otwartym parkiem zdrojowym, leczniczymi wodami oraz tężnią całkiem jak w Ciechocinku.

Po drodze spotykaliśmy czasem i innych rowerzystów-sakwiarzy, którzy jak my odkrywali uroki szlaku i myślę, że doszli podobnego wniosku: warto jechać na Green Velo!

PS. powinni też się na Green Velo wybrać budowniczowie lokalnych ścieżek rowerowych, aby mieć pojęcie jak powinny one wyglądać.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Chodź na Turbacz…

25.08.2017 - 27.08.2017

Chodź na Turbacz! - tak właśnie zawołał Karol Wojtyła do wiernych zgromadzonych podczas pielgrzymki w Ludźmierzu w 1997r. I chociaż nas tam nie było, to zawołanie do nas dotarło, więc na ten ostatni sierpniowy weekend „Apanaczi” wraz z „Jędrusiem” przygotowali wyprawę w Gorce. Rowery zostały w domu a prawie 30 Ondraszków i innych sympatyków górskich wypraw wyruszyło raniutko autokarem Jędrusiowego biura podróży w kierunku Nowego Targu. Po drodze mieliśmy w planie zwiedzanie skansenu kolejowego w Chabówce, dokąd niebawem dotarliśmy. Skansen posiada bogatą kolekcję lokomotyw, taboru oraz przeróżnych artefaktów kolejowych. Spora część eksponatów jest sprawna i na chodzie, dzięki czemu organizowane są turystyczne przejazdy „pod parą”, a także są często wykorzystywane dla potrzeb produkcji filmowych. Akurat trafiliśmy na moment, kiedy rozpalano ogień w kotle lokomotywy. I w tym momencie poczuliśmy się w większości jak dinozaury. Przecież ten obrazek, który pamiętamy jeszcze z dzieciństwa obecnie jest już w skansenie turystyczną atrakcją. Co do solidności dawnych konstrukcji niech świadczy fakt, że najstarsza w kolekcji lokomotywa wyprodukowana w połowie XIXw. była w służbie aż do 1970r. Niestety współczesne auta tak nie mają!

Docelowo dojechaliśmy do miejscowości Koninki, gdzie zostawiliśmy autokar i z całym majdanem na plecach ruszyliśmy do Gorczańskiego Parku Narodowego. Dość archaiczny wyciąg krzesełkowy podwiózł nas na Tobołów, skąd po kliku godzinach marszu pod górę dotarliśmy, przez szczyt Turbacza (1310 mnpm), do schroniska PTTK. Na dzień dobry stała się rzecz niespodziewana: ledwie co się rozlokowaliśmy po pokojach jeden z naszych uczestników nieoczekiwanie zasłabł i niezbędna była interwencja GOPR. Skończyło się na zwiezieniu poszkodowanego do szpitala w Nowym Targu. Tutaj po zaaplikowanych lekarstwach przyszedł do siebie, jednak na Turbacz już nie wrócił.

Rankiem następnego dnia inwersja zapewniła nam niecodzienny spektakl: piękny widok na dolinę nowotarską zasnutą mgłą, z której - jak wyspy wystawały ostre grzebienie tatrzańskich szczytów. Gorce to ciekawa grupa górska w formie gwiazdy, której punktem centralnym jest Turbacz, skąd roztaczają się rewelacyjne widoki. W trakcie naszej wycieczki mieliśmy eksplorować jej dwie odnogi. Podzieliliśmy się zatem na grupy - jedna poszła na wschód, na Kudłoń (1274 mnpm), a druga na zachód - przez Obidowiec (1102 mnpm) na Groniki (1027 mnpm). Obie trasy miały swoje zalety (a druga nawet schronisko PTTK na Starych Wierchach), lecz jednak zdecydowałem się na pierwszą opcję. W 7-osobowym składzie, w którym zdecydowaną większość stanowiły Ondraszki, przewędrowaliśmy całodzienną, prawie 20 km trasę. Jej zaletą były polany po drodze, z których roztaczały się rozległe panoramy na okolicę. Obie grupy spotkały się dopiero wieczorem przy ognisku. Nieoceniony animator ogniskowych baletów - J. Kożusznik wspaniale grał na gitarze, więc prawie do północy prześpiewaliśmy wszelkie dostępne śpiewniki. Dodatkową animację zapewniły też rozbłyski dalekiej burzy, która jednak nas oszczędziła. Następny dzień rozpoczęliśmy o godz. 5:45 obserwacją wschodzącego słońca. Mieliśmy przy tym rzadko spotykaną wygodę, gdyż nie trzeba było nigdzie wychodzić i wystarczyło po prostu otworzyć okno. Po szybkim śniadaniu w kilka osób poszliśmy na mszę św. do kaplicy Matki Boskiej Leśnej Królowej Gorców, położonej ok 20 min. drogi ze schroniska. Reszta towarzystwa zdobywała w tym czasie dodatkowe gorczańskie szczyty: Jaworzynę i Kiczory.

Msza św. odbyła się przed kaplicą, a za ołtarz służył sporej wielkości głaz. Domyślam się, że uczestnikami byli w większości turyści, bo daleko dookoła nie było żadnych zabudowań. Po celebracji mszy, duchowny samorzutnie zrobił nam interesujący wykład o tej niezwykłej budowli. Wybudowano ją z drewna w 1979 r. na niezwykłym rzucie krzyża Virtuti Militar i jako... szopę na siano, gdyż wówczas władze PRL-u krzywo się patrzyły na nowo powstające budowle sakralne. Górale zrobili wszystko własnym sumptem. Przewidując bieg wydarzeń finalnie całość ofiarowali papieżowi i jemu też posłali klucze. Kiedy władze się zorientowały w czym rzecz i nakazały rozbiórkę budynku przebiegli górale stwierdzili, że to nie jest ich własność, a gospodarz mieszka w Watykanie… Niezwykłe jest to, że żaden element kaplicy nie jest przypadkowy i ma swoją symbolikę nawiązującą do walki z najeźdźcami w różnych okresach historii Polski. Było to arcyciekawe doświadczenie.

Powrót do miejsca, gdzie zostawiliśmy autobus, oznaczał prawie trzygodzinną wędrówkę w dół z ciężkimi plecakami na grzbiecie, co niektórym dało się mocno we znaki. Z prawdziwą ulgą dotarliśmy do doliny potoku Turbacz, który zaprowadził nas do parkingu przy wyciągu i zarazem naszego autokaru.

Wtedy pozostało nam już tylko wrócić do Cieszyna, a po drodze zrobiliśmy jeszcze mały postój w Rabce Zdroju aby pooddychać solankową inhalacją w tężniach i trochę połazić po uzdrowiskowym parku.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Z serii „Ziemia Cieszyńska znana i nieznana” Odkryjmy uroki Jaworza

10.09.2017

Uroki te odkrywaliśmy za drugim podejściem, bowiem pogoda w pierwotnie wyznaczonym terminie (03.09.2017) nie zachęcała do odkrywania czegokolwiek, chyba że zawartości domowych piwniczek. Wyprawa została zaplanowana przez „Rechtora” bardzo starannie, a natchnieniem było ostatnio dokonane przez potomków rodziny Hrabowskiej St. Germain d’Anneaucourt przekazanie rodzinnych archiwaliów do depozytu Muzeum Ziemi Cieszyńskiej. Przedstawiciele tego rodu pochodzącego z terenów dzisiejszej Belgii w połowie XIX w odkryli i wypromowali Jaworze jako uzdrowisko, czym pozostawili w historii Ziemi Cieszyńskiej trwały ślad po sobie.

Na zbiórce, w dość nietypowym miejscu - tzn. przy dworcu PKP, spotkało się 20 uczestników, w tym rowerowa rodzinka państwa Górniaków z dwójką chłopaków 5- i 7-latków - starszy już na swoim rowerku! Wobec szczątkowej postaci transportu kolejowego z Cieszyna, przejazd pociągiem do Czechowic sam w sobie stanowił już nietypową atrakcję. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że lokalny przewoźnik mile nas zaskoczył, gdyż rowery przewozi gratis!

Na dworcu w Czechowicach dziedzicach oczekiwał na nas Ondraszek z Bielska - W. Nowak, który podjął się prowadzenia wyprawy na odcinku rozpoczynającym się w Jaworzu. Wyjeżdżając z miasta zobaczyliśmy, niestety zza płotu, ładnie odrestaurowany pałac hrabiostwa Kotulińskich. Aby go zwiedzić dokładniej należałoby go kupić, jako że hotel który w nim funkcjonował jest wystawiony na sprzedaż. Drugim obiektem wartym zobaczenia był arcyciekawy kościół powołania Chrystusa Odkupiciela, wybudowany w latach 1995-1998. Zespół architektów za tą bardzo oryginalną budowlę z wieżami kształcie przypominającymi minarety otrzymał ministerialną nagrodę.

Następnie przez Bielsko-Białą i Aleksandrowice przemieściliśmy się do Jaworza. Tutaj dłuższy postój nastąpił w leczniczej atmosferze tężni solankowej, a nadwątlone siły zregenerowaliśmy w pobliskiej restauracji. W ramach zwiedzania odbyło się też spotkanie z hrabią Maurycym - założycielem uzdrowiska, którego spiżowa postać czekała cierpliwie na ławeczce. Następnie poznaliśmy historię sanatorium i cały szereg sławnych postaci, które tu niegdyś bywały. Zahaczyliśmy też o pałac hrabiów, który po pożarze w 2010r. dzięki odbudowie ponownie nabrał blasku; kościół katolicki z 1802r oraz tzw. ”ćwiartkę hrabiowską” na cmentarzu, gdzie pochowano kilka pokoleń właścicieli tejże miejscowości. Hitem były jednak odwiedziny Muzeum Fauny i Flory Morskiej i Śródlądowej. Już sama lokalizacja muzeum jest dość oryginalna ale uzasadniona, bowiem oparta na bogatych zbiorach marynarza, który był mieszkańcem Jaworza. Zbiory obecnie mieszczą się w nowym budynku i wraz z komentarzem prowadzącego warte były wizyty .

Dalsza trasa zaprowadziła nas do Nałęża, skąd bardzo dziurawą leśna drogą trawersując zbocze Łazka i Zebrzydki dojechaliśmy do Szpotawic skąd następnie na Bucze. Tutaj zwiedziliśmy miejsce, w którym w latach międzywojennych była kuźnia kadr harcerskich. W obecnym budynku sanatorium dziecięcego w 1929r założono Żeńską Szkołę Instruktorów ZHP, co dało początek ulokowania w Górkach Wielkich obiektów szkoleniowych harcerstwa, w których wyrosły kadry Szarych Szeregów. Po tej działalności obecnie pozostała wmurowana tablica pamiątkowa oraz tablice z opowiedzianą historią tego miejsca.

Następnie terenową dróżką po zboczach Bucza zjechaliśmy do Górek, skąd malowniczymi bocznymi ścieżkami przez Hermanice, Bładnice i Kisielów dotarliśmy do Cieszyna. Pokonaliśmy łącznie ponad 60 km, a wspominając napotkane po drodze, ukryte w terenie, perełki krajoznawcze twierdzę, że warto było spędzić ten dzień z Ondraszkiem!

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Maratończyka” szlakiem J. Sarkandra

17.09.2017

Niestety, wrześniowa pogoda nas nie rozpieszcza, gdyż ostatnio niebo zsyła na ziemię kolejne porcje wody i tym razem też nie było inaczej. Mieszkańcy już przygotowują worki z piaskiem do odparcia powodzi, a Ondraszki planują kolejną rowerową wyprawę, tym razem do Skoczowa na szlak św. Jana Sarkandra. Jak można się było spodziewać, w miejscu zbiórki w Cieszynie tłumów nie było. Na rowerze pojawiło się tylko dwóch „wodoodpornych”: „Paparazzi” oraz M. Bubik, a do Skoczowa autem dotarli „Rechtór” i „Afi” (z rowerami na dachu) oraz „Ziołowy” wraz z małżonką. Oczekiwał na nas już prowadzący – „Maratończyk” w towarzystwie dzisiejszego przewodnika pani Haliny Szotek.

Deszczowy krótki rowerowy spacer rozpoczęliśmy w kamienicy sąsiadującej z ratuszem, gdzie dzięki wielkiemu zaangażowaniu pani Haliny funkcjonuje parafialne muzeum. Tutaj właśnie 20.12.1576 urodził się Jan Sarkander. Jako młody chłopak - już w 1589 roku - wraz z matką wyjechał na Morawy, z którymi związał swoje krótkie życie, kapłańską posługę i gdzie zmarł w tragicznych okolicznościach. Hostyń, Kromierzyż, Charwaty, Brno, Towaczów, Przybor, Boskowice to miejscowości na Morawach, w których przebywał i gdzie zachowały się pamiątki jego obecności. Ostatecznie, w 1616 roku, został proboszczem w miejscowości Holeszów, w trudnych czasach wojen religijnych. W 1619 roku uratował to miasto przed najazdem lisowczyków, lecz zamiast wdzięczności przewrotnie został oskarżony o ich sprowadzenie, więc uciekł i ukrywał się w różnych miejscach. Został jednak złapany i uwięziony. W lutym 1620 roku w sądzie w Ołomuńcu był przesłuchiwany i torturowany strasznym urządzeniem niewinnie nazwanym skrzypcami. W wyniku okrutnego znęcania się nad nim zmarł po kilku dniach siedemnastego marca 1620 roku. Jego doczesne szczątki, już jako relikwie, spoczywają od 1860 roku w ołomunieckiej katedrze św. Wacława.

W podziemiach budynku zachowała się kamienna piwnica, podobno miejsce urodzenia, a obecnie kaplica. Następnie przejechaliśmy do kościółka tak zwanego „szpitolika”, gdzie został ochrzczony. Tu z kolei zachowała się oryginalna - wykuta w piaskowcu - chrzcielnica, przy której Jan został ochrzczony. Następnym punktem na naszej trasie było wzgórze Kaplicówka, z którego przy dobrej pogodzie roztacza się wspaniały widok, lecz w strugach deszczu nie było widać nawet najbliższych budynków. Tutaj zobaczyliśmy kaplicę św. Jana Sarkandra oraz ołtarz i krzyż papieski z pamiętnej wizyty Jana Pawła II w Skoczowie. Następnym, a zarazem ostatnim, punktem na trasie była wizyta w kościele św. Piotra i Pawła, gdzie na polichromiach przedstawiono sceny z życia świętego. W drodze powrotnej zobaczyliśmy też kapliczkę z figurą świętego ustawioną przy Domu Sióstr Służebniczek.

Nasz przewodnik, pani Halina, dawniej również Ondraszek, jest z wykształcenia historykiem, a z zamiłowania pasjonatem Skoczowa, którego historię zna jak nikt inny. Można dołożyć do tego jeszcze jej elokwencję, znajomość tematu i swobodę narracji. To wszystko spowodowało, że mimo beznadziejnego deszczu, wycieczka była bardzo atrakcyjna i ze wszech miar warta udziału. Dlatego uznaliśmy, że warto ją jeszcze powtórzyć przy bardziej sprzyjającej aurze.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Miasto Jana Pawła II - Wadowice i okolice

22.09.2017 - 24.09.2017

Znając organizacyjny profesjonalizm „Apanaczi” - B. Toman nie ukrywam, że na tą wyprawę czekaliśmy wszyscy z niecierpliwością. Jej propozycja miała same atuty - pięknie położona i wspaniale wyposażona baza w ośrodku szkoleniowo-rekolekcyjnym Totus tuż nieopodal Zembrzyc oraz okolica z wieloma interesującymi miejscami do rowerowej eksploracji.

W piątek, w niestety deszczowe popołudnie, 13 Ondraszków przyjechało czterema samochodami z rowerami na dachu i zajęło dwie super wyposażone chatki - bungalowy. Przy rozpalonym kominku do późnego wieczora, dzięki obecności naszego wirtuoza gitary J. Kożusznika, przerobiliśmy wszelkie zabrane śpiewniki, wsłuchując się w deszcz bębniący o blaszany dach i pocieszając się, że nazajutrz będzie lepiej.

Niestety następnego dnia, czyli w sobotę, lepiej wcale nie było… cedziło nadal i nic nie wskazywało na to, że przestanie. W tej sytuacji nie było sensu wsiadać na rower. Wsiedliśmy zatem do naszych aut i odwiedziliśmy kolejno:

Stryszów - wieś niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej, w której zachował się renesansowy dwór będący obecnie siedzibą Oddziału Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu. Słuchając opowieści przewodnika zobaczyliśmy historycznie wnętrza dworskie oraz ciekawą kolekcję rzeźb i korzenioplastyki miejscowego twórcy.

Kalwarię Zebrzydowską – znane na całą Polskę miejsce pielgrzymkowe. Kościół i klasztor bernardynów ufundowany przez Mikołaja Zebrzydowskiego początkiem XVII w. stopniowo rozrósł się do całego założenia kalwaryjskiego imitującego prawdziwe miejsca w Ziemi Świętej. Tak więc można tutaj np. wyjść na Golgotę czy Górę Oliwną oraz przekroczyć Cedron. Na sąsiadujących z klasztorem wzgórzach wzniesiono kilkadziesiąt kaplic nawiązujących do Drogi Krzyżowej. Po kompleksie klasztornym oprowadzał nas przewodnik przybliżając historię budowy, kultu oraz wizyty Jana Pawła II w 1979r.

Lanckoronę - jedną z niewielu wsi w Polsce z własnym rynkiem i bardzo ciekawą historią. Dostaliśmy się tu w objęcia VII Dobrego Anioła Lanckorony bo taki nietuzinkowy tytuł nadano panu Zbigniewowi Lenikowi, który tak pokochał Lanckoronę, że wie o niej prawie wszystko i też wiele dobrego tutaj uczynił. Spacer rozpoczęliśmy od wizyty w miejscowym muzeum, gdzie nasz Anioł przekazał sporo informacji na temat historii miejscowości z naciskiem na okres Konfederacji Barskiej. Był to ruch opozycyjny, który zawiązał się w Barze w 1768r., wobec króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W Lanckoronie konfederaci długo się bronili i po dziś są widoczne ślady ówczesnych fortyfikacji. Następnie przeszliśmy przez rynek i zwiedziliśmy kościół. A, że nasz mentor miał przebogatą wiedzę i umiał ją w rozbudowany sposób przekazać, pewnie w Lanckoronie zastała by nas późna noc. Interwencja „Apanaczi” spowodowała, że - nie bez żalu - pożegnaliśmy tego wyjątkowej klasy przewodnika i prawie o zmroku dojechaliśmy do bazy.

A deszcz nadal padał sobie w najlepsze i wcale nie miał zamiaru przestać. Tak więc z ochotą zabraliśmy się znów do dalszego przerabiania śpiewników przy akompaniamencie gitary. W niedzielny poranek obudziło nas nieśmiałe słońce! Na śniadanie na stół niektórym wjechała jajecznica z grzybami. „Śmig”, „Unisono” i „Gwarek” spenetrowali okoliczny lasek i zgodnie stwierdzili, że grzybów jest mnóstwo. Następnie po Zembrzycach, czyli swojej rodzinnej miejscowości oprowadziła nas „Apanaczi”. Na zakończenie mieliśmy zaplanowane zwiedzanie niedalekich Wadowic. W dyskusji jak się tam dostać zwyciężyła jednak opcja, że rowery pozostają tam gdzie były, czyli na dachach aut. Przenieśliśmy się zatem do miasta Jana Pawła II, po drodze podziwiając obecnie napełnianą zaporę Świnna-Poręba. Tutaj zwiedziliśmy całkowicie przebudowane muzeum Jana Pawła II. Muzeum jest teraz super nowoczesne i wykorzystuje wszelkie współczesne sztuczki multimedialne. Oprowadzał po nim bardzo uduchowiony przewodnik lecz nieustannie też nas poganiał, więc niewiele z tych sztuczek udało się wypróbować. Następnie zwiedziliśmy też ekspozycję „Wadowice gdzie wszystko się zaczęło” w sąsiednim budynku, a całość wyprawy już w zmniejszonym składzie podsumowaliśmy w cukierni. I co się okazało?

Stwierdziliśmy, że wycieczka była bardzo ciekawa i krajoznawczo wyjątkowo interesująca. Jednak dlatego, że rowery nie miały zajęcia pozostał jednak pewien niedosyt, zgodnie zatem uznaliśmy, że na pewno warto wycieczkę powtórzyć.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Dzień „Maratończyka” szlakiem J. Sarkandra - drugie podejście

01.10.2017

Zgodnie z postanowieniem, tym razem w słoneczną niedzielę, odbyło się drugie podejście do wycieczki szlakiem św. J. Sarkandra. Z cieszyńskiego rynku wystartowało ośmiu Ondraszków i sympatyków, a drugie tyle miało dojechać bezpośrednio do Skoczowa. Byli też i zmotoryzowani: Niezłomny z mamą w towarzystwie Skryby, czyli łącznie coś ze 20 osób. Grupa cieszyńska prowadzona przez „Rechtora” dotarła do Skoczowa przez Bażanowice, Ogrodzona, Kisielów i Bładnice i na skoczowski rynek zjechaliśmy się wszyscy prawie w tym samym momencie. Pani Halina Szotek już na nas czekała w muzeum Sarkandra, skąd po godzinnym wykładzie, z precyzyjnie przytoczonymi wydarzeniami z życia świętego, przemieściliśmy się do „szpitolika”, aby zobaczyć obrazki z jego życia umieszczone na stopie oraz chrzcielnicę, w której go ochrzczono. Następny przystanek przewidziano na Kaplicówce przy kaplicy poświęconej św. J. Sarkandrowi. Teraz doceniliśmy w pełni przecudną panoramę Skoczowa na tle beskidzkich „gróni”, bowiem tym razem była rewelacyjna widoczność.

Tak jak poprzednio sarkandrowski szlak zakończyliśmy w kościele św. Piotra i Pawła. Według naszego przewodnika kościół w tym miejscu stał już w XII w, co mocno przesuwa wstecz datę narodzin miasta. Był to również pierwszy skoczowski rynek. Po tej dawce dla ducha podjechaliśmy posilić nadwątlone ciało do przyrynkowej kawiarni „Bajka”, gdzie rozkoszowaliśmy się pyszną kawą i ciastem. Wtedy „Maratończyk” poprowadził wycieczkę do Międzyświecia, gdzie chcieliśmy zobaczyć „Piekiełko”. Wedle legendy stało tu miasto, które za niecne uczynki mieszkańców zapadło się pod ziemię i następnie „przeskoczyło” na obecne miejsce - stąd nazwa. A tak naprawdę w IX w. znajdował się tutaj najdalej wysunięty na wschód gród Gołęszyców, po którym pozostały dziś nadal dobrze widoczne ziemne obwałowania. Jego historia jest jednak pełna tajemnic, bowiem archeolodzy przebadali zaledwie niewielki fragment wnętrza. Znaleźli m.in. pozostałości pieca do wytopu rudy darniowej, co miałoby świadczyć o dużym znaczeniu tego grodu. Według pani Haliny ślady osadnictwa zanikły gwałtownie już po 200 latach. Obecnie jest to miejsce do którego nawet trudno trafić, ale może w przyszłości doczekamy się rekonstrukcji na miarę Biskupina. Tutaj zakończyła się wyprawa, na której zgodnie z przewidywaniami zainteresowani tematem na pewno ubogacili mocno swoją wiedzę.

W drodze powrotnej część grupy przez Kisielów, Goleszów pojechała do Dzięgielowa aby odwiedzić naszego „Seniorka” A. Poloczka, od tego roku pensjonariusza miejscowego Domu Seniora. Bardzo się ucieszył na nasz widok, tak jak i my widząc go w dobrym zdrowiu i kondycji. Przejechałem 43 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Galeria
Zakończenie sezonu

15.10.2017

„α i Ω” początek i koniec, czyli jeżeli coś się zaczyna to też się niestety kończy. Tak też jest i z naszym pierwszym sezonem kolarskim w drugim półwieczu klubowej historii. W piękną, wręcz wymarzoną pogodę na cieszyńskim rynku zebrało się 40 Ondraszków i sympatyków. Serdecznie przywitaliśmy też gości zza Olzy: R. Wałaskiego - nowo mianowanego lidera Stowarzyszenia Rowerowego „Olza” przy PTTS-ie oraz M. Machaczową. Prowadzący „Ośka” i „Bystry” omówili jakie to atrakcje są przed nami i aby ogarnąć tak spory peleton podzieliliśmy się na grupy. Raz łącznie, raz oddzielnie przemieściliśmy się przez Puńców i Dzięgielów do Bażanowic, skąd już boczną dróżką, a później miedzą, trafiliśmy do dawnego wyrobiska margla, które tutaj działało przez cały okres funkcjonowania cementowni Goleszów. A był to okres prawie stu lat, w którym z wydobywanego w tym miejscu surowca produkowano dobrej jakości cement. W tej historii był też i tragiczny wojenny epizod, kiedy działał w cementowni podobóz KL Auschwitz-Birkenau.

Kiedy pod koniec XX w. zakończono definitywnie produkcję i zastanawiano się co zrobić z tą ogromną wyrwą w zboczu góry Chełm, znalazła się firma Teksid (dawniej Odlewnia Skoczów), która z kolei zastanawiała się co zrobić z odpadami produkcyjnymi, czyli piaskiem formierskim. I tak właśnie powstało specjalnie przygotowane miejsce, dodam, że imponujące swoim ogromem, do którego odpady są od kilkunastu lat zwożone. Ta wielgachna dziura będzie się jeszcze zapełniać przez kolejne 10 lat. A co potem? Przewodnik, który opowiedział nam tą ciekawą historię stwierdził, że potem będzie tutaj to, co i przed rozpoczęciem wydobycia - czyli szumiący las.

Wzbogaceni tą wiedzą ruszyliśmy dalej ostro pod górkę, aby zatrzymać się przy restauracji na szczycie. Szkoły szybowcowej już tutaj dawno nie ma, ale pozostała po niej tablica pamiątkowa, rozległy widok z kominami odległych kopalń i beskidzkimi kopcami w tle oraz całkiem przyjemna gospoda. Oczekiwała też nas 10-osobowa ekipa, która na zakończenie przyjechała samochodami, w tym dawno w naszym gronie nie widziana „Kryska” i „Biedronka” – Bogusia. W uroczej scenerii opiekaliśmy przywiezione kiełbaski i wspominaliśmy wesołe i smutne wydarzenia sezonu, w tym też i prywatnych bliższych czy dalszych wypraw. W formie słodkiego poczęstunku „Baśka” i „Skryba” podziękowali wszystkim za udział w niedawnym pogrzebie śp. Lucjana Jurysa. Dzięki akompaniamentowi „Maniusia” na akordeonie mocno przydały się też nasze śpiewniki. Na dobry początek współpracy lider SR Olza odebrał pakiet „powitalny” z monografią klubu i materiałami krajoznawczymi. Niestety to bardzo sympatyczne spotkanie, też się musiało skończyć, więc już indywidualnie naładowani pozytywną energią rozjechaliśmy się do domów.

Przejechałem 38 km.

Zbyszek Pawlik - "Rechtór"
Zakończenie sezonu

15.10.2017

“Tak niedawno żeśmy się spotkali, a już pożegnania nadszedł czas…” - parafrazując słowa popularnej piosenki “ogniskowo-biesiadnej” można byłoby zaśpiewać: “Tak niedawno żeśmy zaczynali, a już zakończenia nadszedł czas”. I tak dotarliśmy do dnia zakończenia 51. Turystycznego Sezonu “Ondraszka”. W słoneczne przedpołudnie 15 października na cieszyńskim Rynku spotkali się członkowie i sympatycy “Ondraszka”, aby wspólnie wybrać się na ostatnią kalendarzową wycieczkę rowerową. Celem naszej wyprawy była Góra Chełm. Jednakże po drodze mieliśmy dla uczestników niespodziankę. Byliśmy umówieni na spotkanie z Panem Januszem Gadżałą - właścicielem firmy EKO-GLOB, która w Goleszowie prowadzi rekultywację terenu po byłej kopalni margla. W dawnym wyrobisku są składowane pyły odlewnicze z TEKSID IRON POLAND w Skoczowie, który to zakład jest dzierżawcą tego terenu od gminy Goleszów.

Pan Gadżała nawiązał w swoim wystąpieniu do budowy geologicznej terenu, wspomniał również o nieistniejącej już cementowni w Goleszowie, a także nawiązał do czasów II wojny światowej, kiedy to w Goleszowie istniał podobóz KL Auschwitz, a jego więźniowie wydobywali w okolicznych kamieniołomach kruszywo. Następnie zapoznał nas z budową i funkcjonowaniem składowiska. Po ciekawej prelekcji, która wzbudziła zainteresowanie uczestników wycieczki przejawiające się w zadawanych pytaniach, cała grupa ruszyła na trasę ostatniego etapu wyprawy. Wjazd na szczyt Chełma miał pokazać, kto uczciwie przepracował sezon, a kto się po prostu “woził”. Jaki był wynik, nie potrafię powiedzieć, ale ważne jest, że wszyscy dotarli na metę. Tam czekało już na nas rozpalone przez “Śmiga” ognisko, przy którym zaczęliśmy piec przywiezione ze sobą kiełbaski. Czas umilał nam grą na harmonii Marian, a nuty płynące z Jego instrumentu oraz te, które przyjmowaliśmy doustnie spowodowały, że towarzystwo nabrało ochoty do śpiewów. Prezes klubu krótko podsumował zakończony sezon, chwilą ciszy uczciliśmy pamięć tych, którzy w ostatnim czasie odeszli, tzn. Lucjana Jurysa, Ryszarda Syrokosza i kol. Żagana z Zebrzydowic.

Naszym gościem był pan Robert Wałaski z PTTS-u, nowy szef sekcji rowerowej u naszych zaolziańskich przyjaciół. W promieniach jesiennego słońca, które na ten dzień było specjalnie zamówione, w mniejszych i większych grupkach powoli rozjeżdżaliśmy się indywidualnymi trasami do domów. Już niedługo, bo za sześć miesięcy rozpoczynamy nowy sezon. Ale kto by tak długo czekał żeby pojeździć na rowerze?

Wisia i Jarek